
Zapomniana wokalistka, zapomniany gitarzysta, zapomniany zespół. Tak te wszystkie wspomnienia dotyczące dziewcząt z Enerdowa nastroiły mnie romantycznie i nostalgicznie, że zacząłem wspominać moje młode lata, ideały, które mnie fascynowały. Jak to wszystko wiązało się jedno z drugim: pogląd na świat, muzyka, wygląd zewnętrzny. Ja już kiedyś pisałem na ten temat, że moje wejście w świat dorosłych związane było z chyba najciekawszym fragmentem historii powojennej świata: ruchem młodzieżowym z 1968 roku i muzyką tego okresu.
Dzisiaj każdy zna Janis Joplin, o mnóstwie wokalistek się pamięta, tymczasem czy polskiej młodzieży niestroniącej od muzyki z przełomu lat 60. i 70. mówi coś imię i nazwisko Grace Slick? A przecież kiedyś była uważana za jedną z największych wokalistek świata, porównywano ją właśnie z Janis, miała wspaniały głos, była tak niezależną i wolną kobietą, że ściągało na nią to wielokrotnie mnóstwo kłopotów. Na całym świecie ludzie, którym bliskie były ideały dzieci – kwiatów ubóstwiali Grace Slick i jej Jefferson Airplane.
Po pewnym czasie Jefferson się rozwiązał i na jego miejsce powstał Jefferson Starship, gdzie Grace była główną wokalistką, ale poszła w kierunku komercji i dla mnie to nie jest najciekawszy fragment jej biografii.

Paul Kantner i Jack Casady
Zupełnie inaczej jest ze współpracą jej z Paulem Kantnerem, zapomnianym gitarzystą, kompozytorem i autorem tekstów (słyszałem, że piękne, ale dostępne tylko w angielszczyźnie), tam zresztą sytuacja jest zagmatwana. Ona niby śpiewała nie w zespole Jefferson Starship, a dla niego, a zespół tylko grał dla Paula – bez vodki nie razbierjosz. Daję Wam link do ich wspaniałego utworu „Blows Against the Empire” – zobaczcie, co to była za potęga. I ta gitara. I ten głos.
Posłuchajcie koniecznie tego, to jest cudowne. Jak kiedyś napisał zeen, zawijam się w kwiecistą sukienkę dziewczyny i zaczynam wyć z nostalgii i tęsknoty
Ja tak napisałem? To musiałem wcześniej jakieś grzybki albo cuś…..
A gitarka istotnie smaczna, lubię takie. Natomiast Grace nigdy nie uważałem za dobrą wokalistkę, z tego okresu to ceniłem Julie Driscoll
http://www.youtube.com/watch?v=4SX4nL3CUEA
Ale czasy to były istotnie piękne i ciekawe pod wieloma względami, z których rewolucja obyczajowa oraz gwałtowny rozwój muzyki, wysyp świetnych książek, filmów były dodatkiem do naszej młodości
Przez: zeen w 28/02/2008
o 15:37
Widziałeś zeenie, jak to nie można zawierzyć własnej pamięci? To powiedział Komerski. Ale mam nadzieję, że nie mam Cię za co przepraszać.
Oto dowód:
http://torla.blog.interia.pl/?id=978856
Przez: Torlin w 28/02/2008
o 15:53
Oczywiście, że nie masz za co
A komerski to ciekawe ile lat ma, pamieta takie rzeczy (Canned Heat) i kwiecistą sukienkę mamy….
http://www.youtube.com/watch?v=cCng_nL_Ouk
i
http://www.youtube.com/watch?v=q6FShaXeDW0
Bo to rozdzielili a w sumie to jedno nagranie jest…
Przez: zeen w 28/02/2008
o 16:07
A zwróćcie uwagę na perkusistę – wypisz-wymaluj John Goodman z Big Lebowski…
Przez: zeen w 28/02/2008
o 16:11
A już się obawiałem, że to o Renie Rolskiej będzie… Driscoll faktycznie bardziej do mnie – jak i do zeena przemawia, ale Slick była – o ile się orientuję – bardziej wpływową postacią.
Tylko czemu Torlin nie przypomniał tego?
http://pl.youtube.com/watch?v=6xhYk9PEmXA&feature=related
Przez: komerski w 28/02/2008
o 16:11
Widzę, że Torlin odkompił się tymczasowo i mój post, do którego nawiązałem Big Lebowskim, czeka w poczekalni.
Przez: zeen w 28/02/2008
o 16:25
Zeenie!
Ja też muszę coś zjeść. Dałeś dwa linki, to musiałem Cię wyrwać z niebytu. Ja w ogóle nie poznałem tej piosenki, dla mnie “Amerykańska kobieta” to jest to
http://pl.youtube.com/watch?v=n1×6NNNfVJc&feature=related
Komerski!
Nie dałem, bo:
1. Grace lepiej śpiewa późniejsze utwory,
2. bo jest to przebój “do znudzenia”. Jeżeli już ktokolwiek słyszał o JA, to pierwsze, co kojarzy, to WR z Woodstocka.
Mam do Ciebie pytanie z angielskiego. Jaki polski tytuł nosi utwór tej dwójki: “Silver spoon”? W słowniku internetowym “spoon” to jest i “głupek” i “człowiek ślepo zakochany”. Ja wiem, że z punktu widzenia logiki to jest to samo, ale…
A może “Srebrna łyżka” lub “srebrna zwojnica”?
Przez: Torlin w 28/02/2008
o 17:14
@Torlin: “silver spoon” najlepiej chyba przetłumaczyć jako “srebrna łyżeczka”. Jeśli dobrze rozumiem ten tekst:
http://www.musicaememoria.com/paul_kantner_sunfighter.htm#Silver%20Spoon
to w pierwszych wersach jest mowa o tym, żeby wyrzucić wszystkie srebrne łyżeczki i jeść surowe mięso rękami. Taki cannibal song
Przez: Quake w 28/02/2008
o 20:37
Quake!
Dzięki!
Przez: Torlin w 28/02/2008
o 21:20
Srebrna lyzeczka to taki fetysz podarowywany nowonarodzonym jako omen czy cos tam. W kazdym razie kazdy urodzony tutaj, w Ameryce ma swoja srebrna lyzeczke.
Innymi slowy: odrzuc to, jak cie uwarunkowalo spoleczenstwo i przejdz na “wild side”.
Swym przeslaniem calkiem pasuje to do Woodstock i do tamtej epoki.
Brrrrrrr……
Przez: Jacobsky w 29/02/2008
o 02:48
Cześć Jacobsky!
Dawno Cię nie było, od czasu elektrowni…
Zastanawiam się tylko, co ma srebrna łyżeczka do jedzenia mięsa rękami, ale może to jakaś przenośnia, metafora, alegoria…
Przez: Torlin w 29/02/2008
o 06:55
Torlinie
Tak jak pisze Jacobky. Ba, powiem wiecej. zwyczaj obdarowywania nowonarodzonego srebrna lyzeczka byl i jest zywy w PL. Przede wszystkim w tradycji mieszanskiej. A “wild side”?
Jesc rekami = “powrot” do Natury a la wiewiora, szop pracz czy szczury.
albo jak Indienie niektorzy.
Pamietam takie zdjecie:
Lansk, tow.tow rzadziedzcy+Gomulka+Cyrankiewicz. Mieso pieczone!!! Tow. tow radzieccy jak Indianie, Gomulka takze, ale jakos skromnie paluszkami….
i Cyrankiewicz bezwstydnie nozem i widelcem.
Trudno bylo wcielac idealy 68 w demoludach!!!
Przez: dana 1 w 29/02/2008
o 07:56
Aż wstyd się przyznać, ale zastanawiam się, czy te piosenki nie są starsze ode mnie… Chyba nie, ale sam fakt pojawienia się w mojej głowie takich pytań, nakazuje się zarumienić…
Przez: pak4 w 29/02/2008
o 08:13
Dana1!
Ja rozumiem powrót do natury, pojmuję jedzenie rękami (była taka moda w mojej młodości à la kraje arabskie, daje to niezapomniane przeżycia), dociera do mnie, że się wręcza niemowlakowi srebrną łyżeczkę.
Tylko dalej nie rozumiem, co ma srebrna łyżeczka do dzikiej strony naszego życia i jedzenia rękami?
Przez: Torlin w 29/02/2008
o 08:18
Ależ Paku, to wspaniale być młodym. Najważniejsze to nie zamykać się we współczesności i poznać również rzeczy starsze. Ja np. fascynuję się orkiestrami jazzowymi, kocham dawne orkiestry: Glenna Millera, Tommy Dorsey’a, Benny Goodmana, Duke Ellingtona, a przecież są to lata 30. i 40.
Przez: Torlin w 29/02/2008
o 08:24
Torlinie
To byla raczej moda na Indie.
Jest takie powiedzenie- urodzony ze srebrna lyzka w ustach. Oznacza czy raczej oznaczalo ze ktos jest wybrancem, uprzywilejowanym.
Przez: dana 1 w 29/02/2008
o 08:35
Drogi Dana,
To be born with a silver spoon in a mouth = byc w czepku urodzonym, słowem byc farciarzem ( idiom ). Rzeczywiście, istnieje zwyczaj obdarowywania dzieci w dniu ich chrztu srebrnymi łyżeczkami lub kubeczkami, ale także, np. w mojej rodzinie dziewczynek – złotym medalikiem, chłopców – srebrnym ryngrafem. To obyczaj związany z wyznaniem. Łyżeczki i kubeczki to raczej kościół protestancki, medaliki i ryngrafy – katolicki. To o czym mówicie, to chyba przenośnia – wyrzucic srebrne łyżeczki – to odrzucic tradycję, krępujące więzy obyczaju, uwolnic się z okowów standardów cywilizacji mieszczańskiej, słowem wrzucic na luz i po prostu życ po swojemu, tak jak nam się podoba.
Przepraszam, ale muszę odejśc od komputera – siła wyższa !
Pozdrawiam !
Przez: Bars w 29/02/2008
o 11:02
Skoro już wszyscy wyjaśnili o co chodzi z łyżeczką, to ja przypomnę jeszcze, że jest taka piosenka The Who, w której słyszymy, że podmiot liryczny był born with a plastic spoon in his mouth… znaczy takim był rockowym pechowcem
Przez: komerski w 29/02/2008
o 11:54
PAK-u, od Komerskiego to na pewno starsze
No, ja trochę muzyki z tamtych lat słuchałem, ale o tym tutaj pierwsze słyszę
Przez: Hoko w 29/02/2008
o 12:13
Hoko,
przyznawałeś się do jakiejś metalurgii, spust surówki w rodzaju Megadeth czy cuś…
Przez: zeen w 29/02/2008
o 12:17
a ja jestem chorótka i biedniutka i nie ma siły czytać
…odwiedzę Was jak wydobrzeję ….
Przez: Jolinek51 w 29/02/2008
o 13:48
Uuuuuj, Jolinku, boso spałaś?
Duuużo zdrówka Ci życzymy i coś na rozgrzewkę ślemy:
Przez: zeen w 29/02/2008
o 14:08
Jolinku!
Zdrowiej nam. I szybko wracaj
Przez: Torlin w 29/02/2008
o 14:16
Jolinku
Nie zapomnij o dobrym okryciu.
Przez: dana 1 w 29/02/2008
o 14:19
Jolinku, napoje rozgrzewające też mogą się przydać
Przez: Quake w 29/02/2008
o 14:39
Torlinie,
zawsze pisze z przyjemnoscia na Twoim blogu. Nie pcham sie do zagadek, bo odppadam w przedbiegach. Raz – ze nie wiem, a dwa – ze kiedy otwieram komputer, to juz jest za pozno (roznica w strefach czasowych), w Bulgarii nigdy nie bylem, i nawet muzyki, a muzyczki, o ktorej piszesz juz nie slucham i nie mam do niej sentymentu. Fefferson Airplane po raz ostatni opisal Homer Simpson w jednym z odcinkow serialu poswieconego swej rodzinie, kiedy to wywodzil dla Barta cos tam o ewolucji (Airplane -> Starship).
Ale masz racje: cholernie trudno jesc mieso lyzeczka , nawet srebrna (chyba ze mielone), a wiec apel z piosenki ma byc moze wytlumaczenie jak najbardziej przyziemne, i odwierciedla on frustracje autora tekstu, ktoremu podano befszyk, ale nie podano sztuccow. W takiej sytuacji trudno uwazac sie za urodzonego w czepku, czy nawet w czopku, no bo jak zjesc krwisty ochlap z grilla ? Tylko recami. Incydent ten wzburzyl jednak autora do posad jego czlowieczenstwa, przez co jego wscieklosc przerodzila sie w atawistyczna rzadze zjedzenia na surowo gospodarza oraz innych, ktorzy sie napatocza przy okazji.
W dziele “co autor chcial przez to powiedziec” powinno sie stosowac Brzytwe Ockhama i przyjowac, ze czesto najprostsze wytlumaczenie jest najbardziej sensowne.
No a poza tym brzytwa zawsze mozna pokroic ten befsztyk, a potem zjesc go lyzeczka.
Pozdrawiam.
Przez: Jacobsky w 29/02/2008
o 15:02
sorry za literowki, pisalem w pospiechu.
Lyzeczka stukajac w klawiature…
Przez: Jacobsky w 29/02/2008
o 15:06
Drogi Jolinku,
życzę jak najszybszego powrotu do zdrowia ! A na gorączkę dobra, prababcina rada : plasterki cytryny położyc na pięty, na to wdziac grube skarpetki i zakopac się głęboko w bety – mija jak ręką odjął !
Pozdrawiam serdecznie.
Przez: Bars w 01/03/2008
o 03:02
Drogi Dana,
wyrwałam sie jak Filip z konopii z tym wykładem, bardzo, bardzo przepraszam ! Chyba nabrałam belferskich manier – kręci się wokół mnie sporo żółtodziobów chętnie korzystajacych z mojej pomocy i wiedzy, którzy obsadzili mnie w roli kogoś w rodzaju mentora i tym samym chyba nieco spaczyli mi charakter
Przez: Bars w 01/03/2008
o 03:54
Ależ Bars, czy może być ładniejszy widok niż dziewczyna wychodząca z konopi z bukietem polnych kwiatów w objęciach i w hippisowskim wianku na głowie? I te konopie. Toż to obraz w stylu epoki i tamtej muzyki.
A o łyżeczce też trzeba po angielsku i dla wyjaśnienia było to potrzebne.
Przez: dana1 w 01/03/2008
o 09:00
Droga Bars!
Nic właśnie – jak mawiał niezapomniany i cudowny Jurek Dobrowolski. Właśnie potrzeba w tym blogu takich wpisów, one są jego niezbędnym elementem. Wszyscy mamy coś z belfrów, trochę ideałów Judyma, trochę ciekawości Prusa. Nie zmienia to faktów, że mój blog jest trochę staroświecki (nazwijmy to – “nie nadąża za duchem czasu”)
Przez: Torlin w 01/03/2008
o 09:31
Torlinie
Że świecki to się zgadzam, ale staro?
Przez: dana1 w 01/03/2008
o 09:37
Dana1!
A lepiej, gdybym napisał “starozakonny”?
Przez: Torlin w 01/03/2008
o 09:57
Lubię stare zakony np ten
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/5/55/Tyniec.jpg
Przez: dana1 w 01/03/2008
o 10:06
zeenie, Megadeth też – ale to było wcześniej (i dłużej)
Przez: Hoko w 01/03/2008
o 13:30
Jolinku, miód i okład z kota są najlepsze na przeziębienie
Przez: Hoko w 01/03/2008
o 13:35
Wracam do tematu. Rozrzewniłam się… A od PAK-a powyższe przeboje na pewno są starsze – to koniec lat 60. Też wciąż do niego wracam
Ale zwróciliście uwagę na komentarze 14- i 16-latków, którzy marzą o machinie czasu?
Prawdę mówiąc, ja też – człowiek młodszy był. Mogę się tylko pocieszać, że również głupszy
Przez: Dora w 01/03/2008
o 15:38
Skoro Gospodarz się zgadza, to pozwólcie sobie zaproponowac ciekawostkę i to w dodatku nie tylko z łyżeczką w tle, ale i w nawiązaniu do nieodległego w czasie postu Torlina, mianowicie tego o makabrycznym ciągu skojarzeń. Chodzi mi o znany obraz Holbeina ” Ambasadorowie “. Na pierwszym planie, u stóp portetowanych postaci widac dziwny, dyskoidalny kształt – to tzw. anamorfoza…
Wyjaśnienie znajduje się tutaj :
http://pl.wikipedia.org/wiki/Ambasadorowie
Obraz jest straszliwie “przegadany”, pełen symboli i ukrytych znaczeń, które autor opracowania znajdującego sie pod linkiem wyczerpująco wyjaśnia.
Polecam, bo warto.
Przez: Bars w 01/03/2008
o 19:48
Widzisz Bars, znaczenie poszczególnych symboli w malarstwie średniowiecznym, renesansowym, w każdym razie dawnym, jest dzisiaj niezrozumiała. My możemy się domyślać jedynie znaczeń, ale nigdy nie wiemy, czy nasze przypuszczenia są prawidłowe. Mam w domu książkę pt. “Jak rozumieć malarstwo – rozwiązywanie zagadek, rozumienie i smakowanie dzieł dawnych mistrzów” Patricka de Ryncka i on inaczej mówi o poszczególnych symbolach, np.:
1. Lutnia ma pękniętą strunę i jego zdaniem oddaje to narastający konflikt pomiędzy katolikami i protestantami,
2. jest błąd w tłumaczeniu – “Geistlich Gesangbuhli” to jest “Geistlich Gesangbuch” czyli “religijna księga hymnów”, a nie “śpiewnik”
3. globus pokazuje centrum świata czyli Europę
itd. Ja wcale nie mówię, że Rynck ma rację, ale my – współcześni – i tak nie rozumiemy połowy tych symboli.
Ale obraz piękny.
Przez: Torlin w 01/03/2008
o 22:14
Drogi Dana,
Namalowałeś przepiękny obrazek i tym samym obudziłeś we mnie wspomnienie mego sielskiego dzieciństwa. Co to konopie dowiedziałam się od mojego wspaniałego Papy, kiedy wzrostem sięgałam może połowy wysokości konopianego pędu. Mieszkałam wówczas na najprawdziwszym folwarku, wśród wspaniałych ogrodów i pól uprawnych, a po sąsiedzku, tuż za okalającymi ten folwark bzowo-głogowymi żywopłotami i za łanem obsianym lnem, w niewielkim mająteczku z równie niewielkim dworkiem, w którym swego czasu za tutora “robił ” Sienkiewicz, siedzibę swoją miała doświadczalna stacja warszawskiej SGGW. Zajmowano się w niej badaniami roślin oleistych i roślin dających włókno, więc pola obsiewano zarówno lnem jak i konopiami. Szefujący stacji ówczesny rektor uczelni, prof. N. wraz z żoną, w okresie od wiosny do jesieni, pomieszkiwali właśnie w rzeczonym dworku. Przyjaźnili się z moimi Rodzicami i często razem grywali w bridge’a. Państwo N. byli małżeństwem bezdzietnym, ale lubili dzieci, więc stałam się u Nich częstym gościem. Przed dworkiem, pod ogromną brzozą czekały na mnie zawsze jagody lub poziomki i jakieś wspaniałe wypieki pani domu. Wystarczylo przeleźc przez jedną ze znanych mi dziur w zywopłocie, przebiec przez łan lnu czy konopi, a czasem nawet i maku, przedrzec się przez kolejny żywopłot…A że lata bywaly wówczas piękne i gorące, bieglo się na bosaka, w samych pantalonach, ale za to w kwietnym wianku lub szykownym kapeluszu z ptasiego rdestu na głowie. Żeby miec taki kapelusz należało delikatnie wykopac z ziemi jak najbardziej rozłożystą roślinkę wraz z korzonkiem. Zakładalo się ją na głowę wiążąc najdłuższe pędy pod brodą, tak by pozostały na zewnątrz korzonek mógł buńczucznie sterczec w niebo jak antenka. Wielce szykowne, nieprawdaż? A wianki plotło się ze wszystkiego co wpadlo w ręce, a co bylo kolorowe i pachnące, ale przede wszystkim z koniczyny, dmuchawców i rumianków, które przeplatalo się trawami, kłosami zbóż i wszelakim atrakcyjnym z kształtu lub zapachu zielskiem.
Ciąg dalszy po komedii, którą mam ochotę obejrzec, o ile Torlin nie wyrzuci mnie z blogu za gadulstwo…
Przez: Bars w 01/03/2008
o 22:32
Kiedy pisałam o “Ambasadorach”, Torlinku, na myśli miałam wyłącznie ciekawostkę, jaką jest namalowana na nim anamorfoza czaszki, no bo to i łyżeczka do odczytania zagadki jest potrzebna i Holbein jako autor dzieła gościł niedawno w Twoim blogu…A nadmieniłam że warto przeczytac cały artykuł ponieważ uważam, iż wiedzy nigdy nie jest za dużo. Oczywiście masz rację – tempora mutantur… – a każdy z badaczy przeszlości ma prawo do własnego zdania i własnej interpretacji dzieła. Książki, którą wymieniasz nie znam i bardzo żałuję, bo już sam jej tytuł jest fascynujący. Ja np. pamiętam, że mój wykładowca takie smaczki jak m.in. anamorfoza, uważał za cechę manierystyczną raczej niż renesaansową, nawet jeśli występowała w dziele par excellence renesansowym. Co do jednego jednak nie masz mojej zgody. Chodzi o tłumaczenie tytułu “Geistliche Gesangbuch”. Słowo “Gesangbuch” jest zbitką wyrazów “śpiew” lub “pieśń” i “książka”, a więc jak by nie kombinowac jego polskim odpowiednikiem jest słowo śpiewnik, natomiast przymiotnik geistlich oznacza “duchowy” i zostalo użyte tu w sensie “religijny”. Nawiasem mówiąc czasem słowem “Geistliche” jako rzeczownikiem w liczbie mnogiej, określa się także duchownych, pastorów czy księży. Tak więc ja przetłumaczyłabym ten tytuł jako ” Śpiewnik religijny” a nie ” Religijna księga hymnów”. Ot i wszystko. A obraz rzeczywiście piękny !
Przez: Bars w 02/03/2008
o 12:25
Bars!
http://portalwiedzy.onet.pl/tlumacz.html?qs=Gesangbuch&tr=nie-auto&x=34&y=12
Przez: Torlin w 02/03/2008
o 13:56
Ten link mnie zadziwił ! Co to za dziwny słownik ? Mogę się z taką wersją zgodzic pod jednym warunkiem, takim mianowicie, że rozumowanie autora słownika biegło mniej więcej takim torem : hymn = pieśń = Gesang, a więc Gesangbuch to ksiega hymnów. Mam w domu kilkanaście słowników niemieckich – najstarsze z XIX stulecia, ale z nich korzystam rzadko, bo nie umiem, w przeciwieństwie do Taty i Dziadunia, biegle czytac gotyku. Moja rodzina to przede wszystkim Galicja, a że byli to ludzie świetnie wykształceni, więc język niemiecki znali nie gorzej niż ojczysty, czy też niezbedny w tzw. towarzystwie francuski. No, ale mniejsza o to. Istotne jest, że zajrzałam do trzech (!)nowszych egzemplarzy i w każdym z nich słowo Gesangbuch tłumaczone jest jako śpiewnik!
W języku niemieckim istnieje słowo Hymne = hymn, które w liczbie mnogiej przybiera formę Hymnen, ale ze słowem Hymnebuch czy Hymnenbuch, które gdyby zaistniała taka potrzeba na pewno by powstało, nigdy się nie spotkałam.
Mam od zawsze serdecznego przyjaciela, rodowitego Austriaka, germanistę z wykształcenia. Otóż mój J. twierdzi, że język niemiecki jest językiem wyjątkowo głupim i niekonsekwentnym. Np. chlopiec jest w nim, jak Pan Bóg przykazał, rodzaju męskiego, ale już dziewczynka, Bóg jeden wie dlaczego, nijakiego. To przykład pierwszy z brzegu, a jest tego więcej. Pomieszkując w Austrii i w Niemczech, nie mogłam wyjśc z zadziwienia nad faktem, że wspaniale wykształeni ludzie, posługujący się literackim niemieckim, ciągle dyskutują nad poprawnością użytej formy. Ba, dyskutują – wręcz skaczą sobie do oczu ! To, czego sama niejednokrotnie byłam świadkiem, potwierdziło opowiadanie Taty o czasach okupacji, kiedy to przychodzili do niego Niemcy z prośbą o rozsądzenie lingwistycznych sporów.
Mój J. dzwoni co piątek – sprawdza, czy żyję i funduje mi godzinną lekcję niemieckiego, żebym nie zapomniała języka i nie wyszła z wprawy. Jeśli mi to nie umknie z pamięci, to spróbuję wyjaśnic nasz dylemat.
Mam nadzieję, że ten wpis nie jest pieniaczy !
Przez: Bars w 04/03/2008
o 15:02
Bars!
W mojej książce o zrozumieniu malarstwa jest o “Księdze Hymnów”. Mnie się wydaje, że dawniej nie nazywano tego “Śpiewnikiem”, bo to była za “frywolna” nazwa.
A co do niemieckiego, to w Polsce trudno sobie wyobrazić scenę, gdy reporter pyta o coś niemieckiego kolarza na mecie wyścigu, ten nadaje jak najęty przez dwie minuty, a na koniec niemiecki reporter zwraca się do telewidzów; “Państwo zrozumieli cokolwiek, co powiedział nasz zawodnik?”
Przez: Torlin w 05/03/2008
o 11:55
Torlinie, mam nadzieję, że się nie obrazisz, jak podlinkuję twój wpis u siebie:)
Bo w sumie wieczorkiem zamierzam napisać o kobiecych głosach wspaniałych i może panią z Jefferson Airplane wspomnę, bo mnie zainspirowałeś.
Pzdr
Przez: grześ w 08/03/2008
o 13:23
A a propos ciekawej dyskusji lingwistycznej, to Gesangbuch to tak jak pisze Bars, to śpiewnik raczej, przy okazji Duden i langenscheidt podają, że jest to już śpiewnik z założenia z pieśniami religijnymi.
A tłumaczom internetowym to ja nie ufam za bardzo
Przez: grześ w 08/03/2008
o 13:29
Z tą srebrną łyżeczką w ustach to jest tak: srebro ma właściwości odkażające. Lecznicze i dezynfekcyjne właściwości srebra są znane od dawna. Istnieją historyczne dowody, że starożytni Grecy używali srebrnych naczyń na wodę i inne płyny, by zachować ich świeżość. Srebrne utensylia zdobyły po raz pierwszy popularność ze względów zdrowotnych w Imperium Rzymskim. Ówcześni lekarze radzili swym bogatym pacjentom używanie tylko srebra stołowego, jeśli chcą zachować zdrowie. Jednak lecznicze właściwości srebra nigdy nie stały się bardziej oczywiste, niż w czasie średniowiecznej pandemii dżumy gruczołowej.
Epidemia dżumy gruczołowej, znanej również jako Czarna Śmierć, wybuchła w 1333 roku w Chinach. W ciągu następnych 15 lat europejscy kupcy podróżujący na Daleki Wschód stopniowo przywlekli zarazę na swój kontynent, który dżuma spustoszyła w latach 1348-49. Biorąc początek we Florencji epidemia przeniosła się do Anglii i Francji, dotarła do Polski i stąd zaatakowała Rosję. Na swej drodze pozostawiła miliony ofiar. Ludność Anglii przed nadejściem Czarnej Śmierci liczyła 3.5 do 5 milionów, a do roku 1377 została zredukowana, jak się ocenia, do 2 milionów.
Zaraza atakowała wszystkich bez wyboru. Przyniosła okrutną i bolesną śmierć milionom osób, które nie były w stanie oprzeć się jej morderczej sile. Jednocześnie jednak ta okropna zaraza wydawała się niemal całkowicie omijać jedną warstwę społeczną: obdarzonych błękitną krwią przedstawicieli klasy rządzącej.
W szeregach szlachty przypadków śmierci prawie nie było. Istniejące proste wyjaśnienie tego zjawiska bywa często przeoczone. Sztućce, talerze, tace, i puchary arystokratów były wszystkie wykonane ze srebra. Gdy posługiwali się nimi, wszechobecne srebro dostawało się w znikomych ilościach przy każdym posiłku do ich organizmów.
W krytycznych latach Czarnej Śmierci “błękitnokrwiści” dawali swym dzieciom srebrne łyżki do ssania, by uchronić je przed dżumą. Tak powstało powiedzenie “urodzony ze srebrną łyżką w ustach”.
Pionierzy przemierzający Dziki Zachód często wkładali srebrną dolarówkę do pitnej wody
i mleka, by nie wietrzały i zachowały świeżość.
Srebro uznaje się za tak unikalne i efektywne we wzmacnianiu ludzkiego systemu odpornościowego, że nie powinniśmy ignorować tych jego zalet. Zwłaszcza, że nie jest wykluczone, iż może ono stać się naszą najlepszą bronią w zwalczaniu “super zarazków”, wirusów-mutantów, morderczych mikrobów stosowanych przez bio-terrorystów i innych śmiertelnych plag XXI wieku.
Przez: kuczan w 12/03/2008
o 13:28