Napisane przez: torlin | 30/07/2008

Rozwój stylistyczny jazzu

Kto czyta moje notki wie o tym, że jestem wielbicielem jazzu. Szczególnie tego starszego. Podziwiałem zawsze w nim jego rozwój stylistyczny, przebiegał on z taką logiką, oczywistością, ciągłością i prawidłowością, jaka jest charakterystyczna jedynie dla Wielkiej Sztuki. Bo zlikwidowanie chociaż jednej części spowoduje, że będziemy mówić o modzie, a nie o stylach jazzu. Są one autentyczne, w jego rozwoju zajmują tak samo ważne miejsce, jak barok, klasycyzm, romantyzm czy impresjonizm w europejskiej muzyce koncertowej – czyli określają swoją epokę. I nie kłóćmy się, co należy do jazzu, a co nie. Każdy z nas będzie miał rację – ja tylko przedstawiam swoje przemyślenia.

Ragtime – cudowny Scott Joplin, u niego jest wprawdzie komponowana muzyka fortepianowa, a w ten sposób brakuje podstawy jazzu – improwizacji, ale za to jest swing, a wielu muzyków używało ragtime’owe melodie jako tematy jazzowych improwizacji. A tak nawiasem mówiąc mało osób wie, że ragtime był muzyką robotników kolejowych przeciągających wielkie linie przez amerykański kontynent. Kompozytorzy (i Scott również) wybijali swoje ragi w wałki mechanicznych fortepianów, a wałki te rozpowszechniano w tysiącach egzemplarzy.

Równolegle – jazz nowoorleąński i dixieland, pierwszy murzyński, drugi biały. Pytanie do Komerskiego, która wersja jest prawdziwa, część twierdzi, że słowo „Dixieland” pochodzi od luizjańskiego banknotu dziesięciodolarowego, na którym obok angielskiego słowa „ten” widniało francuskie słowo „dix”, a część, że od linii Masona – Dixona. Ot, zagwozdka!

Ale i jazz nowoorleąński i dixieland charakteryzuje beztroska wesołość charakterystyczna dla okresu sprzed I Wojny Światowej.

Trzecim jest styl Chicago, spotkanie bluesa nowoorleańskiego z wesołością dixielandu, świetnie charakteryzował „roaring twenties” – szalone lata 20.

Następnym był Swing, cudowne orkiestry: Count Basiego, Duke Ellingtona, Benny Goodmana, Harry Jamesa, Charlie Baroneta – symbolizuje zabezpieczony byt lat 30. i powszechną standaryzację życia.

Bebop – z Parkerem, Youngiem i Hawkinsem – to jest niepokój i nerwowość lat 40.

I znowu równolegle – cool jazz i hard bop, biały jazz mówi o przygnębieniu i rezygnacji białych w latach 50., murzyński hard bop reprezentuje bunt wobec segregacji rasowej.

I tak powiem szczerze, że na zespole The Messengers kończy się (z pewnymi wyjątkami) moje zrozumienie jazzu.

Advertisements

Responses

  1. Czuję coraz większe ciśnienie i chyba wreszcie pęknę i zrealizuję swoje dawne, muzyczne marzenia. Nagram i opublikuję w formacie MP3 moje młodzieńcze muzyczki – w tym jeden ragtime wzorowany na stylistyce Joplina (ale do prawdziwego jazzu jest mi raczej daleko).

  2. Torlin,
    Nie odpowiem ci nic rozstrzygającego – tylko bardziej skomplikuję. Jest jeszcze teoria, że żył był sobie właściciel plantacji niewolników, pan Dixy, który był tak dobrym, ludzkim panem, że ziemię Dixy’ego (Dixy’s Land) zaczęto utożsamiać z krainą mlekiem i miodem płynącą.
    Ale z tego, co na szybko sprawdziłem, to sprawa wygląda tak, że większość ludzi twierdzi, że to od linii Masona-Dixona, ale fachowcy skłaniają się do teorii z banknotem. Howgh.

  3. Tes Tequ!
    Dasz posłuchać?
    Komerski!
    Dzięki!

  4. Ograniczam się do wklejenia linki:

    To wejście w 1:32 – pełna rewelacja 😀

  5. Ach, Quake’u, to właśnie tygrysy 😉 lubią najbardziej!
    Torlinie, a dlaczego w przykładzie nutowym są trzylinie, a nie pięciolinie? 😯

  6. No cieszę się Pani Kierowniczko 🙂

  7. Pani Kierowniczko,

    Bo to byli biedni, czarni, wykorzystywani przez plantatorów dżezmeni i na porządne pięciolinie ich nie było stać. Nawet Coltrane zaczynał podobno od czterolinii. 🙂

  8. Torlinie,
    też lubię jazz, zwłaszcza Miles’a Davisa; a w szczególności ścieżkę z filmu „Dingo”, gdzie Davis zagrał starego zrzędnego jazzmana czyli siebie 🙂 Film zresztą świetny, chociaż ascetyczny pod względem fabuły, ale bardzo impresjonistyczny. A najlepsza scena lądowania Jumbo na środku pustyni.

    Ale skąd, na Boga, „zabezpieczony byt lat ’30-tych” albo „przygnębienie i rezygnacja białych w latach ’50-tych”? Czy nie było odwrotnie? Lata ’30-te (zwłaszcza początek) to apogeum kryzysu, a prezydentura Trumana i Eisenhowera to wspaniała prosperity!

    Pozdrawiam

    Geograf

  9. Geografie!
    Tak jak napisałem, są to moje przemyślenia i nie mam monopolu „na manie racji”. Lata 30. ubiegłego wieku mają związek z Wielkim Kryzysem tylko na samym początku, w drugiej połowie dekada ta zaczyna przypominać lata 20, pełne wesołości, zabaw, bogacenia się społeczeństwa. Dlatego Amerykanie tak kochali izolacjonizm.
    Dla mnie lata 50. to jest wojna w Korei, doktryna powstrzymywania, Maccartyzm i segregacja rasowa w szkołach. Ale od razu Ci odpowiadam, że nie potrafię wyjaśnić swojej niekonsekwencji, że z lat 30. biorę drugą połowę, a pierwszą ignoruję, a w latach 50. na odwrót, biorę pod uwagę pierwszą, a nie akcentuję drugiej.
    Wyjaśnieniem może być fakt ujawnienia u Dory mojej głęboko skrywanej tajemnicy, że tak naprawdę jestem kobietą, może dlatego jestem taki niekonsekwentny.

  10. Prawdziwym artystom to i jednolinia wystarczy by zawiesić trójkąt i grać, grać, grać…

  11. A nawet przerywana linia…

  12. Nie wciskajcie kitu Hoko, trójkąt trafiwszy na przerwę w lini spadnie i nastąpi przerwa w koncercie…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: