Napisane przez: torlin | 16/09/2008

Rock symfoniczny

To nie jest zmarły Richard Wright, ale Roger Waters. Jednak zdjęcie śliczne. Poniżej Pink Floyd z dawnych lat.

Śmierć jednego z członków zespołu Pink Floyd przypomniała mi temat, o którym chciałem napisać już dawno w swoim blogu. Jest to moja dawna fascynacja rockiem symfonicznym. Pamiętam, z jaką radością obserwowałem rozwój muzyczny poszczególnych zespołów i muzyków, ich umiejętności. Reprezentanci tego nurtu usiłowali wprowadzić muzykę rockową na wyższy poziom artystyczny, chcieli udowodnić, że potrafią skomponować arcydzieła, a teksty też nie muszą być banalne. (Jejku, w tym momencie w Radiu Jazz leci „Bolero” w wykonaniu Franka Zappy – coś niesamowitego – w życiu nie słyszałem).

Spróbuję scharakteryzować poszczególne punkty reprezentatywne dla tego nurtu i jego myśli przewodniej. Pomijając sprawę kompozycji, tekstów i umiejętności gry na poszczególnych instrumentach dla reprezentantów rocka symfonicznego najważniejszymi punktami były:

1. ucieczka od trzyminutowych piosenek narzucanych przez rozgłośnie radiowe na rzecz długich utworów, często ponad dwudziestominutowych, wersją kanoniczną były jednak płyty często niepodzielone na poszczególne utwory, złożone w jedną całość, zarówno w formie muzycznej, jak i tekstowej,

2. cała płyta rocka symfonicznego była złożona w formie suity lub sonaty, często ułożona w formie ronda, ale według tradycyjnej postaci A + B + C + A + coda, z przejściami w postaci wspaniałych pasaży, czasami z wbudowanymi elementami kolażu lub cytaty,

3. poszczególne płyty nagrywane były w formie rozmaitego instrumentarium, mogły być złożone z tradycyjnego zestawu rockowego (olśniewającą płytę „The Dark Side of the Moon” Pink Floyd nagrali za pomocą niewielkiego zestawu instrumentów: fortepian, organy, syntetyzator typu VCS3, saksofon, gitary i instrumenty perkusyjne), a czasami zespoły wspomagały się wręcz orkiestrami symfonicznymi – przykład poniżej,

4. za moich czasów nie używało się formy „rock progresywny”, ale właśnie „rock symfoniczny” i nie zawsze miało to związek z muzyką klasyczną. Albumy nagrywane przez artystów i zespoły symfonicznego (progresywnego) rocka miały często charakter programowy zarówno w sensie stylistyki muzycznej, jak i w sferze tekstowej, a całość podporządkowana była jakiejś naczelnej idei: życia, śmierci, wolności jednostki, religii, filozofii. I to jest w jakiś sposób odpowiedź pośrednia dla Defendo na jej ostatnią notkę, to jest właśnie właściwy sposób ucieczki od banału, a nie protesty werbalne. Zdarzało się, że całość zespół próbował zamknąć w jednym utworze – cudownym przykładem jest „Kashmir” grupy Led Zeppelin,

5. i muszę jednak koniecznie dodać – wirtuozerię wykonania.

Powinienem w tym miejscu wymienić najważniejsze zespoły i charakterystyczne płyty, ale nie chciałbym, aby ta notka rozrosła się do niewiarygodnych rozmiarów. Jeżeli rozważalibyśmy przykłady zespołów, których pomysł koncepcyjny oparty jest na powyższym schemacie w całej ich twórczości, to na myśl przychodzą mi tylko dwaj giganci: EL&P i Pink Floyd. Pierwsi z płytami: Tarkus, Pictures at an Exhibition, Trilogy i Brain Salad Burgery, a drudzy z: Dark Side of the Moon, Wish You Were Here, Animals i The Wall. Do tego należałoby dodać prawdziwe perełki np. Orkiestra Samotnych Serc Sierżanta Pieprza Bitelsów, od którego dla mnie faktycznie rozpoczął się rock progresywny, Moody Blues od „Days of Future Passed” z London Festival Orchestra po „Seventh Sojourn”, The Nice (z poprzedniczką dla Keitha Emmersona w stosunku do EL&P): „The Nice”, „Five Bridges” i „Elegy” oraz Procol Harum, które chociaż we wszystkich płytach zawarli powyższe ustalenia (np. płyta z 1972 r. „Live In Concert With the Edmonton Symphony Orchestra”), ale tak naprawdę ich największą płytą był „Grand Hotel”. A przecież należałoby zauważyć King Crimson z ich debiutancką płytą „In the Court of the Crimson King” i „Islands”, Mike Oldfield z “Tubular Bells” I “Ommadawn”, Blood, Sweat & Tears.

Ciekawe jest również zawarcie powyższych ustaleń w jednym utworze, o Led Zeppelin już pisałem, na myśl przychodzi mi również Iron Butterfly z ich „In-A-Gadda-Da-Vida”. W Polsce jedynym właściwie odpowiednikiem byli Skaldowie z ich „Krywaniu, Krywaniu”, no może jeszcze Armia z „Ultima Thule” .

Dorę błagam o niedokuczanie mi w kwestii muzyki poważnej – jestem amatorem i mogę robić błędy. Z przykrością zauważam, że z wolna zaczynają zabierać z mojej półki – moi idole odchodzą.

Advertisements

Responses

  1. Coś się WordPress buntuje i kodem pluje…

  2. A jakim kodem, jak u mnie nie ma kodów?
    Wielka szkoda Quake’u, bo z chęcią przeczytałbym luźne Twoje uwagi do mojej notki. Ale niech żywi nie tracą nadziei.

  3. Tak jest, trzeba z żywemi naprzód iść!

    z przejściami w postaci wspaniałych pasaży

    Czyli jeśli te pasaże nie były wspaniałe, to utwór z definicji nie był symfoniczny? 🙂

  4. Hoko!
    Czepiasz się 😀

  5. Torlinie, jeśli widzę u Ciebie we wpisie następujący tekst:

    5. i muszę jednak koniecznie dodać – wirtuozerię wykonania.”

    to jest to właśnie kodowanie, które nie widzieć czemu się pojawia.

    A odnośnie samej notki: miałem przyjemność być na koncercie Pink Floyd w Pradze – była to trasa promująca płytę „The Division Bell”. Naprawdę było to niezapomniane przeżycie 🙂 I szkoda, że Wright już niczego nie nagra bo uważam, że np. jego solowa płyta pt. „Broken china” była całkiem udana.

  6. Torlinie,

    zanim moje bezwarunkowe uwielbienie dla Floydów przeszło (tzn. nie przeszło w ogóle, tylko przeszło na Cohena), zdołałem zebrać wszystkie ich kasety (było to jakieś 8 – 10 lat temu – winyli już nie było, a w zakresie płyt CD byłem technicznie zapóźniony). Mój subiektywny ranking 5 najlepszych:

    1. Dark Side of the Moon (bo jakżeby inaczej?)
    2. The Division Bell (bo bez Watersa też można…)
    3. Animals
    4. Meddle (za „Echoes” i „Fearless”)
    5. Wish You Were Here

    Szkoda że se ne vrati… 😦

    Pozdrawiam!

  7. PS Tylko prosze bez komentarzy pod moim adresem w rodzaju „to w waszym pokoleniu jeszcze się tego słucha?!” 🙂

  8. Torlinie, wybacz, brak czasu uniemożliwa mi teraz napisanie czegoś więcej.

    Pozwolę sobie tylko na zaproszenie do przeczytania wpisu „Rockowe dygresje” podejmującego poruszony przez Ciebie temat:

    http://logosamicus.bloog.pl/id,3269460,title,ROCKOWE-DYGRESJE,index.html

  9. Mi się tylko tak wydaje Torlin, czy ty naprawdę nie wspomniałeś o Yes?

  10. Quake’u!
    To o to Ci chodziło? A dlaczego ja nie mogę pisać w punktach? Ja czasami Was nie rozumiem. Co to złego?
    Ja na jedynym koncercie poza granicami Polski byłem na Led Zeppelinach w Wiedniu w 1980 roku
    Geografie!
    Nie będzie żadnych komentarzy, od kiedy siedemnastoletni syn znajomej powiedział, że najwspanialszym artystą rockowym był Jimi Morrison i grupa The Doors. Ja mam kolejność inną:
    1. Dark Side of the Moon – ale tylko pod warunkiem nadawania całej płyty ciurkiem, nieznoszę jej dzielenia
    2. Wish You Were Here
    3. Animals
    4. The Wall
    5. The Final Cut – A Requiem for the Post War dream
    6. Atom Heart Mother
    To się nie wróci, ale jest…na płytach
    Logosie Amicusie!
    Wspaniała notka, bardzo ciekawa, ja już trzykrotnie usiłowałem się do Ciebie wpisać i jak dotąd mam trudności. Pink Floydzi nie mieli kontaktu ówcześnie z wielkim tłumem wielbicieli, ale odzyskali wszystko „trochę niezasłużenie” dzięki utworowi „The Wall” i Murowi Berlińskiemu.
    Komerski!
    To co napiszę teraz będzie dla Ciebie szokiem. W końcówce lat 60. i początku 70. byłem zwariowanym wariatem na punkcie zespołów młodzieżowych, pisaliśmy własne listy przebojów, sprawdzaliśmy i spisywaliśmy wszystkie listy przebojów z Melody Marker i Billboard, interesowaliśmy się zespołami undergroundowymi w Stanach Zjednoczonych i nigdy nie słyszałem o Yes. Po raz pierwszy usłyszałem ich w latach 90. Ale po spojrzeniu do Wiki na stronę Yes zrozumiałem, oni pierwsze osiągnięcia mieli w 1972 roku, gdy moje zafascynowanie listami zaczęło słabnąć. Ja ich w ogóle nie znam, dla sprawdzenia puściłem sobie dla przykładu „Close to the Edge” i nie jestem zachwycony.

  11. @Torlin: kompletnie się nie rozumiemy. W chwili gdy pisałem komentarz skopiowany przeze mnie fragment wpisu wyglądał jak szereg niezrozumiałych kropek, kresek i innych krzaczków. Dopiero później tekst ten zmienił się w prawidłowo wyglądający punkt – wcześniej wyglądał zupełnie inaczej. Dzieje się tak ponieważ wordpress czasem robi problemy przy formatowaniu tekstu. Mam nadzieję, że to wyjaśnienie ostatecznie i definitywnie kończy ten wątek.

  12. Torlinie, Twoje oświadczenie, iż o „Yes” usłyszałeś po raz pierwszy w 1990 r. jest chyba jakąś kolejną Twoją prowokacją.
    Pomijając „Pink Floyd”, to Właśnie „Yes” zaliczano w latach 70-tych do ścisłej czołówki rocka progresywnego (czy, jak wolisz, symfonicznego), zaraz obok „EL&P” czy „King Crimson”.
    To tak, jakby przeżyć lata 70-te i nie słyszeć o „Genesis”.
    Moim zdaniem dużo straciłeś, nie słuchając wówczas Ricka Wakemana (klawisze).

    Z tym braniem z „naszej półki” też chyba raczysz przesadzać.
    Wszak zaczęli z niej brać już dobrych kilkadziesiąt lat temu – bo przecież biorą ze wszystkich półek, tylko na tych „górnych” branie jest większe :))

    PS. Zapytałem się Wirtualnej Polski dlaczego nie dochodzą do mnie komentarze z WordPress (nie Ty pierwszy mi o tym piszesz).
    Odpowiedzieli mi, że posty z tego serwera traktowane są jak spam :))
    Ha! Ha! Polska polityka!?
    Ja im na to, że przecież dla mnie nie jest to spam spam, a oni…. cisza 🙂

    (Komentarze powinny przejść, jeśli nie jest się zalogowanym.)

  13. Torlinie – Yes! Yes! – no chyba raczysz żartować!… a ja się wygłupiłem, znów wpadając – jak to się kiedyś wyraził Telemach – w „pułapkę dosłowności” :))

  14. No dobra Torlin, nieobecny – usprawiedliwiony, choć faktycznie ciężko mi uwierzyć, że żyjąc w tamtych czasach i interesując się muzyką, nie miałeś okazji się z nimi zetknąć. Ale rozumiem też, że nie były to czasy 167349 stacji radiowych, Internetu i tym podobnych i w sumie możliwe.

    Natomiast przygotowując wpis o tej odmianie muzyki powinieneś był jednak o Yes choć napomknąć 🙂

  15. Nie, Logosie! Ja już tak mam. Mówi się trudno. Po obłąkańczej – przyznaję – fascynacji muzyką – w roku 1972 – 73, a może i wcześniej, nastąpiło załamanie się moich zainteresowań. Przez całe lata 70. i 80. w ogóle mnie nie interesował rock, fascynowałem się starym jazzem i muzyką poważną. Muzykę rockową uważałem za niegodną słuchania wobec moich dawnych idoli. Tak wtedy uważałem. W związku z tym grupa Genesis istnieje tylko jako nazwa w pamięci, ale nie potrafię wymienić ani jednego przeboju tej grupy, ani jednego tytułu płyty, tak jak i Yes. Dotyczy to również UFO, Whitesnake czy Focus.
    Ps. Queenów poznałem również w latach 90.

  16. Drogi Komerski, jak ja mam napomknąć, skoro ja nie znam ani jednego tytułu przeboju. Daj mi najważniejsze tytuły Yes, to solennie obiecuję, że przesłucham w YouTube. Te, które Ci się najbardziej podobają.

  17. A słyszeliście kiedyś, Drogie Robaczki, o grupie Sky, która łączyła klasykę, rocka i oryginalne instrumentarium (tuba). Kiedyś w Trójce Piotr Kaczkowski zaprezentował ten http://plum.cream.org/sky/sky2.htm podwójny album i padłem, jak kawka. Serio.

    A to rzeczywiście dziwne, że takie zespoły, jak Yes i Genesis nie zagościły w Twojej okolicy.

    A co sądzicie o próbach polskich zespołów – na przykład o „Krywaniu” Skaldów?

  18. Dopiero teraz trafiłem na tą notkę i szkoda, że czasu nie mam…
    Zwracam tylko uwagę, że Torlin jak każdy ma prawo mieć swoje zdanie….

  19. Torlinie, nic ci nie dam, bo ja sam nie jestem zbytnim wielbicielem Yes (głos Andersona jest dla mnie ciężki do przetrawienia). Po prostu zdziwiłem się, że pisząc o rocku symfonicznym wspominasz o Led Zeppelin (!?) a o Yes, którzy byli ucieleśnieniem nurtu chyba najdoskonalszym, nie ma nic. Ale oczywiście rozumiem, że wpis to nie encyklopedia, tylko twój subiektywny przegląd 🙂

    Co do Genesis (z Gabrielem) to polecam ci na początek płyty Trespass i The Lamb Lies Down on Broadway. Jeśli nie znasz, to koniecznie nadrób! I napisz, czy ci się podoba 🙂

  20. @komerski: Ja oprócz tytułowego „The Lamb Lies Down on Broadway” nic więcej z tej płyty nie pamiętam. W dodatku słuchałem jej dopiero jako wtórne zainteresowanie po wydaniu przez Genesis popowego albumu „Genesis” w 1983 roku.

  21. Torlinie,

    wyrosles w fascynacji do rocka progresywnego/symfonicznego i o Yes uslyszales dopiero w latach 90-tych…

    Wiem, ze jestem kolejnym, ktory dolacza do choru zdumionych, ale coz: Twoje szczere oswiadczenie wzbudza nasze szczere zdumienie…

    Moze to pod wplywem Twojego wpisu (ale chyba nie, bo CD pokutuje na biurku od tygodnia) wysluchalem Koncert Fortepianowy Emersona z „Works”. To sie jednak slyszy, ze ta generacja muzykow przeszla (przynajmniej w sporej ich czesci) przez solidna szkole muzyczna. Nie wszyscy pokonczyli konserwatoria jak chlopaki z EL&P, ale jednak.

    Palmer byl tutaj, w Montrealu jakis czas temu, ale mnie akurat nie bylo w miescie, wiec koncert mnie obszedl. Oni teraz koncertuja po salach c.a 500 osob max i sa to wystepu dla koneserow.

    Natomiast Yes widzialem w Montrealu dwa raz: raz na koncercie za pieniadze, a drugi raz na koncercie darmowym, wcale nie gorszym od platnego.

    Ale ze Ty, Torlinie wpadles na „Jesów” dopiero w latach 90-tych… Nie moge wyjsc ze zdumienia…

    Pozdrawiam

    Mala uwaga: nie szukaj „przebojow” u Yes. Oni nie produkowali przebojow. Oni produkowali freski muzyczne, ktorym daleko bylo do przebojowosci w potocznym rozumieniu. No, moze tylko „Owner of the lonely heart” jakos tam zapisal sie na listach z przebojami.

  22. Do wszystkich!
    Ja teraz rozumiem, skąd to się wzięło. To wszystko wyszło z mojego załamania interesowania się muzyką młodzieżową na początku lat 7o. Ja raptem przestałem jej w ogóle słuchać, i dopiero w latach 90. zacząłem to nadrabiać.

  23. Jacobsky: „Owner…” to chyba nawet był jedynką Billboardu w pewnym momencie 🙂

  24. I nie było to żadne osiągnięcie w kategoriach artystycznych, było to zwycięstwo Phila Spectora choć nominalnym producentem płyty był Trevor Horn…

  25. z pozdrowieniami 🙂

  26. Ten Phil Spector, to niezły urwis. Strasznie namieszał też na „Let it be” Beatlesów.

  27. Torlinie, nie obraź się, ale pisanie o rocku symfonicznym nie wspominając o „Yes” jest niczym pisanie o muzyce baroku bez uwzględnienia Bacha czy Vivaldiego.
    (No cóż, mam nadzieję że mężnie zniesiesz i tę uwagę :))
    (Ale Ci się dostało… Ale to wszystko gwoli respektu dla tematyki Twojego wpisu, a nie po to, by Ci dokuczyć :))

    Spowodowałeś, że odgrzebałem moją recenzję z koncertu, na którym byłem 17 lat temu w Chicago (do głowy by mi nie przyszło, że to jeszcze kiedyś zrobię :))

    Pozwolisz, że dla zainteresowanych przytoczę tutaj jej mały fragment:

    * * *
    „Kiedy w 1968 r. w jednym z londyńskich klubów Jon Anderson i Chris Squire obmyślali zawiązanie własnej grupy, ich zamierzenia sięgały znacznie wyżej, niż tylko chęć zaimponowania dziewczynom, czy wykrzykiwanie pseudo-rewolucyjnych hymnów, podpierając się trzema akordami.
    Marzyli o czymś zupełnie innym: wynieść muzykę rockową na wyżyny sztuki prawdziwej, w obszary nieskrępowanej niczym wyobraźni i inwencji.
    Rock & Roll miał czad i dziką dynamikę, ale brakowało mu jazzowej finezji i odwagi w szukaniu dźwięków i barw.
    Czy można to połączyć? Czy dzięki fuzji tej zdołają zrealizować swoje marzenia? Czy taki mariaż jest wogóle możliwy?
    A może by jeszcze tak ubrać to w formy klasyczne, nadać temu klasyczny porządek i złożoność?
    Trzeba przyznać, że to plany ambitne.
    (…)”

    * * *
    Czy im się to w końcu udało?
    Raczej tak: wiele z ich kompozycji są dość znacznymi osiągnięciami artystycznymi, chociaż często te poszukiwania prowadziły ich na manowce przeintelektualizowanego wyrafinowania, tracąc na spontaniczności i sprawiając wrażenie przeciążonych elaboratów.

    Głos Andersona jest bardzo oryginalny, choć niekiedy operuje w zbyt wysokich rejestrach i brzmi cherubinkowato. Niemniej jednak jest to moim zdaniem wokalista wybitny, co sprawdziło się choćby przy okazji kolaboracji z Vangelisem (pamiętni „Friends of Mr. Cairo”).

    No cóż, może jeszcze, na koniec, spisane zaraz po koncercie moje wrażenie:

    „(…) wspaniały był nie tylko koncert, ale i publiczność. W większości małoletnia – w czasach startu grupy niechybnie ssąca jeszcze smoka i lejąca w pieluchy – a tak entuzjastycznie reagująca na tę trudną, jakby nie było, muzykę”.

  28. Sorry, ale niechcący przekierowałem swój nick na mojego bloga fotograficznego :))
    Teraz jest chyba dobrze :))

    Przy okazji zapraszam na mój skromny debiut na łamach wordpressu:

    http://logosamicus.wordpress.com/

    (Mam nadzieję, że Torlin nie weźmie mi tego za złe :))

    Pozdrawiam i dziękuję za wycieczkę do przeszłości !!!

  29. Logosie – nigdy się nie obrażam na konstruktywną i rzetelną krytykę. Może to wygląda na moją wiwisekcję, ale jestem w swoim blogu szczery (szczyry!!!) aż do bólu.

  30. Przepraszam Malwinkę i Logosa, ale nie zauważyłem, że Wasze komentarze znalazły się w spamie. Wybaczcie. Logos, z trzech wybrałem najdłuższy, a dwa pozostałe pozwoliłem sobie skasować, bo były o tej samej treści.
    Jedno Wielkie Sorry.

  31. Z podziękowaniami dla malwinki :))

    http://pl.youtube.com/watch?v=WybjHMUTFhM

    http://pl.youtube.com/watch?v=6mSJP18SMXw&feature=related

  32. Droga młodzieży, z upodobaniami muzycznymi to jest taka sprawa. Kiedyś można było natychmiast się zorientować na podstawie fascynacji muzycznych kto kiedy dojrzewał i do czego dojrzał. Po prostu wiadomo było kiedy które getto rządziło emocjami pokolenia. Załuję czasem że się to – jako masowy fenomen – skończyło.Wydaje się też, że jest to proces nieodwracalny. Dostępność wszystkiego zawsze i wszędzie doprowadziła do nieuniknionej inflacji.
    Sympatycznie jednak było sobie poczytać o tym co dla was kiedy było ważne. I co z tego pozostało.
    Pozdrowienia

  33. Hm, a ja się przyznam, że rock progresywny/symfoniczny mnie trochę jednak nudzi.
    Znaczy uwielbiam niektóre utwory Pink Floyd, King Crimson,EL&P czy Yes właśnie o którym tyle w komentarzach, ale np. całej płyty Floydów to jakoś nie przesłucham chyba choć na komputrze prawie całą dyskografię ich ma.
    Wystarcza mi posłuchać ,,hey You”, Division bell czy Wish Yo wer here czy Shine on your Ceazy Diamond.

    Inna sprawa Led Zeppelin, ale oni tak nie smęcili:)
    A jeszcze chyba nie wpsomniał nikt zespołu Camel, a to też w miarę ciekawa rzecz.

    A teraz sobie słucham Katarzyny Groniec i dobrze mi z tym:)

    Pozdrówka.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: