Napisane przez: torlin | 15/05/2009

Muza prosi o zmiany

Klio

Jan Vermeer van Delft „Alegoria malarstwa” – na obrazie podopieczna Apolla, a zarazem jego siostra przyrodnia, Bohaterka Tego Wpisu – Klio, Muza Historii

Znowu przeszedłem przez pewnego rodzaju „sztafetę myśli”, a zaczęło się to od stwierdzenia pewnej gimnazjalistki, że nie znosi historii. Ja pamiętam zaś czasy, w której nie znosiłem fizyki i chemii, a za to obok wszystkich przedmiotów humanistycznych uwielbiałem matematykę i astronomię. Doszedłem do wniosku, że naukę w szkołach trzeba absolutnie zmienić do gruntu, do podstawy. Moim zdaniem sposoby przekazywania wiedzy są błędne, niedostosowana do wyzwań XXI wieku. Są ku temu trzy ważne powody:

1. uczenie nieistotnych informacji,
2. przekazywanie wiedzy w sposób oderwany od rzeczywistości,
3. ograniczanie możliwości „samouczenia się” uczniów

Dobrym przykładem są muzea. Mój syn wrócił wstrząśnięty z wizyty na Wawelu: „Tato, po pierwsze tam nic ciekawego nie ma, a po drugie pani za nami chodziła krok w krok i pilnowała”. Takim pięknym przykładem, że można inaczej, jest Muzeum Historii Naturalnej w Londynie, gdzie można wszystkiego dotknąć, zobaczyć procesy dziejowe przedstawione w sposób wirtualny, przeżyć trzęsienie ziemi. Toutes proportions gardees w podobny sposób zrobione zostało Muzeum Powstania Warszawskiego w Warszawie.

I w identyczny sposób prowadzone powinny być lekcje z poszczególnych przedmiotów – przecież wiadomo, że nie mówię o matematyce czy języku polskim, ale za to o – jak to za moich młodych lat się je nazywało – przyrodzie, fizyce, chemii. Chemia to powinna być lekcja tylko i wyłącznie w dobrze zaopatrzonym laboratorium szkolnym, fizyka w pracowni fizycznej, a przyroda na zewnątrz: w lesie, parku narodowym, na łące, w miejscach zagrożeń ekologicznych lub wartych ochrony. I w ten sposób przeszliśmy do głównego tematu mojego wpisu – nauczania historii, ale najpierw – pozwólcie – trzy anegdoty z mojego życia (autentyczne, ale już kiedyś przeze mnie opisywane w tym blogu):

1. anegdota pierwsza – w młodości zakochałem się w pewnej nauczycielce, którą poznałem latem na wyprawie na południe od Iwonicza Zdroju. Ona uczyła w wiejskiej szkole podstawowej i na jej prośbę zrobiłem dzieciakom godzinny wykład z czasów napoleońskich – słuchały z rozdziawionymi gąbkami, zafascynowane, zasłuchane. Było i o Marii Walewskiej, o Józefinie, Sułkowskim, Somosierze, spotkaniu w Tylży na tratwie, Egipcie, Bitwie pod Trafalgarem, Kamieniu z Rosetty, Elbie, 100 dniach, Ney’u, Wyspie Św. Heleny, Poniatowskim i Elsterze, Waterloo, Moskwie, Berezynie i Raszynie.

2. anegdota druga – mój syn będąc w liceum uczył się historii, gdyż miał być pytany. Jaki okres przerabiacie? Napoleoński. Ja – mówię – świetnie go znam, może ci pomóc. Nie, tato, ja muszę sam wykuć. A co kujesz? Nazwiska dowódców w bitwach pod Pułtuskiem, Iławą, Lidzbarkiem Warmińskim i Frydlandem.

3. Opisywałem Wam kiedyś, że wszystkie wakacje w okresie dziecięcym i młodzieżowym spędzałem w dworku swojego wuja (ze strony babci) na Suwalszczyźnie. Ciotka, siostra wuja była astronomką, chociaż uczyła fizyki. Jakie pasjonujące było dla mnie siadanie „na przyzbie” i słuchanie opowieści o planetach, księżycach, warkoczach, Słońcu i Wietrze Słonecznym, Wielkim Wybuchu, potrafiła mnie zbudzić w nocy, aby pokazać mi jakąś planetę. Jak doszedłem do 10 klasy i miałem rok astronomię, to ze śmiechem odrzuciłem podręcznik – wiedziałem wszystko, co tam było napisane.

Musimy sobie powiedzieć jedną prawdę – historia to jest historia (sic!) poszczególnych ludzi i społeczeństw, pełna ludzi żywych, mających swoje pragnienia, kochających i mordujących, zwycięzców i pokonanych, wiernych i zdradzających, pełna dramatyzmu, liryczności, drapieżności i przypadkowości, wielkich ludzkich myśli i bezeceństw, kultury i podłości. Ale powtarzam, wszystko to jest związane z żywym człowiekiem – historia to jest proces przybierający formę anegdoty, bez niej jest to spis suchych dat i wykute na pamięć „nazwiska dowódców w bitwach pod Pułtuskiem, Iławą, Lidzbarkiem Warmińskim i Frydlandem”.

PS. Zupełnie przypadkiem mój wpis częściowo zamienił się w element cyklu „Moje ulubione obrazy”.

Reklamy

Responses

  1. Że 1 i 2 mamy w Polsce, to się zgodzę. (Choć i to zależy od nauczyciela — historyczki, które mnie uczyły nie miały takich złych zapędów.) Ale 3? Owszem: http://www.supermozg.pl/supermozg/1,91626,6192361,Mlodzi_Polacy_nie_zainteresowani_nauka.html
    To jednak nie tylko kwestia szkoły, ale też domu i mediów.
    (To ciekawe zresztą, że bylibyśmy na ostatnim miejscu, gdyby nie zainteresowanie rodzimem młodzieży gadżetami, co także liczy się jako zainteresowanie nauką i techniką.)

  2. Ja historii zacząłem się uczyć po studiach. 🙂

    Pierwszą zbrodnią szkoły jest to, iż przekonuje społeczność, że ma monopol na uczenie. Ludzie uczą się bierności wobec systemu edukacyjnego, czekając aż zostaną nauczeni.

    Drugą zbrodnią jest przekonywanie że proces nauczania jest obojętny dla samego uczenia się. Hoko kiedyś cytował „Środek przekazu jest przekazem”. Podobnie jest z nauczaniem: sposób nauczania jest uczeniem.

    Sam mam przekonanie godne teorii spiskowej, że szkoła się nie zmienia, bo jej zadaniem jest kształcenie tępych konsumentów. A do tego nadaje się znakomicie.

  3. PAKu!
    Ależ Twój link znakomicie koresponduje z tym, co ja napisałem. Ja ten proces nazywam casusem Wołoszańskiego, ja wiem, że z jego maniery można się łatwo wyśmiewać („Jest godzina dziewiąta rano i z lasu naprzeciw wyłonił się…” lub „na biurku w gabinecie X zadzwonił telefon”) ale to jest jedyna droga na zainteresowanie czymkolwiek. Dotyczy to wszystkich przedmiotów, to musi być żywe, realne, współczesne, współistniejące. I to nie chodzi o Internet, że tam sobie może znaleźć informacje młody człowiek, bo nie znajdzie. Potrzebne są np. Festiwale Nauki, planetaria, muzea techniki, gdzie wszystko można dotknąć i sprawdzić.
    I do tego nauczyciele – pasjonaci.
    Dru’!
    Uczenie młodzieży w szkole jest dramatycznym wyzwaniem podejmowanym przez Państwo. Komuna postanowiła wyedukować społeczeństwo, ciemne i analfabetyczne po Międzywojniu i sam widzisz, do czego takie głupie pomysły doprowadzają 😀

  4. Ironiczna uwaga muzy Klio przebranej za Torlina: „…społeczeństwo, ciemne i analfabetyczne po Międzywojniu…” zainspirowała mnie do sprawdzenia jak to z tą ciemnotą było. 😀
    Pierwszą „pamięcią”, jaka mnie naszła (ostatecznie Klio to córka Mnemosyne) było wyczytane u Bobkowskiego w „Szkicach piórkiem” twierdzenie, iż Polska miała w 1938 roku więcej maturzystów na 1000 mieszkańców niż Francja. Niestety nie mogę tego niczym potwierdzić a Bobkowski jest w tej części mojej biblioteki, która leży w Polsce. Podobnie jest z Rocznikiem Statystycznym. Może jakaś dobra dusza sprawdzi?
    Jest jednak Wiki, a w Wiki mapa obrazująca analfabetyzm w roku 1931.

    Na mapkę należy nałożyć informację:
    1. „W 1914 na ziemiach polskich było: 57% analfabetów w zaborze rosyjskim, 40% w Galicji i 5% w zaborze pruskim. Wg statystyk w Polsce w 1921 było 33, 1% analfabetów, w 1931 – 23,1%”.
    2. Pierwsze ustawy wprowadzające faktycznie obowiązek szkolny pochodzą z XIX w.1819 Prusy, 1869 Austria, 1872 Japonia, 1876 W. Brytania, 1882 Francja, 1848–1918 USA, a w wielu krajach obowiązek szkolny wprowadzono dopiero w XX w.
    Polska 1919, co miało praktyczne znaczenie tylko w zaborze rosyjskim. ZSRR w 1930 r.
    Wnioski:
    1.Zanikanie analfabetyzmu w XX wieku było sprawą głównie biologiczną. Z czasem pokolenia nieobjęte obowiązkiem szkolnym wymierały. Akcja likwidacji analfabetyzmu w drugiej połowie lat 40 była akcją propagandową, swego rodzaju magią ideologiczną.
    2.Mapka mówi także, że największe nasilenie analfabetyzmu występowało na obszarach zamieszkałych przez słowiańskie mniejszości narodowe. Dotyczy to zarówno ziem zaboru rosyjskiego jak i Galicji. W wypadku Galicji można tu się dopatrzyć świadomych zaniedbań ze strony Rady Szkolnej Krajowej. Mniejszości niemieckiej problem analfabetyzmu chyba już nie dotyczył. Żydzi, mężczyźni byli objęci religijnym obowiązkiem alfabetyzacji „od zawsze”, nie szkodzi, że w alfabecie hebrajskim, bo znajomość hebrajskich liter otwierała możliwość czytania obficie wychodzących publikacji w jidysz. Dodać należy, że obowiązek szkolny upowszechniał znajomość języka polskiego wśród młodszych pokoleń.
    3. To, co da się jeszcze z mapki wydobyć to konstatacja, że dziwnym trafem na „kresach” obszary mniej dotknięte analfabetyzmem pokrywają się z obszarami, na których obecność ludności polskojęzycznej była nieco większa. Da się wyśledzić nawet zaścianki szlacheckie. 😀
    ……
    A propos uwagi dru o kształceniu konsumenta.
    Dawno, dawno temu, wybrałem się na targ do miasteczka Viana do Castelo .

    Nie znałem języka tubylców. Zatrzymałem się przed kobietą handlarką, która oferowała duże opakowane w folię pęki skarpet. Chcąc dowiedzieć się ceny i nie licząc na to, że się dogadam podsunąłem kobiecie notes i długopis. Zobaczyłem w jej oczach bezradność. Uratował nas miejscowy inteligent, który wyjaśnił mi, że to analfabetka. Ogarnęła mnie żałość i współczucie. Z pomocą inteligenta kupiłem wór skarpet typu „jednorazówka”. Po rozpakowaniu okazało się, że wszystkie skarpety są bez pięty, co do jednej, jakiś odrzut.
    Byłem złym uczniem dru.

  5. Dana1:
    Jeśli dobrze odczytałem przekaz, to nie zachowałeś się jak tępy konsument, ale jak wrażliwy na ludzką niedolę człowiek. To uczucie konsumentowi obce.

    Dobry dla gospodarki konsument to człowiek, który kieruje się własnymi zachciankami najczęściej ukształtowanymi przez reklamę, której mechanizmów nie jest w stanie zrozumieć. Myśli że podejmuje racjonalne decyzje, jest oszczędny i gospodarny, a w rzeczywistości żyje ponad stan „wydając pieniądze, których nie ma na rzeczy których nie potrzebuje”. Obowiązkowo nie umie liczyć, zwłaszcza procentów. Typowy obiekt badawczy pana Cialdiniego.

    Torlinie, owo Państwo nigdy nikogo niczego nie nauczyło. Państwo nie zajmuje się nauczaniem, bo nie jest to jego zadaniem, a poza tym nie ma o nauczaniu bladego pojęcia. Państwo zajmuje się administrowaniem oświatą, a jak pokazałem w moim ostatnim poście wykorzystuje do tego system, który potrafi wartość z obszaru edukacji (jaką jest wybór studenta) całkowicie zniszczyć. Jego administracja jest więc tragicznie zła, bo nie poddaje się reformom o celach stricte edukacyjnych.
    Nauczaniem jako takim zajmują się nauczyciele, a wg mnie właściwiej było by napisać: uczą się uczniowie, a zadaniem nauczyciela jest mu w tym pomóc.
    Jeśli zaś chodzi o polski system oświaty, to przez ostatnie ćwierćwiecze niewiele się w tej kwestii zmieniło. System zarządzania, kształcenia nauczycieli, organizowania zajęć oraz podziału władzy między uczestnikami systemu pozostał komunistyczny. Trochę zamieszania w nauczaniu początkowym trudno nazwać reformą. Zrobiono natomiast wiele głupot w rodzaju testów maturalnych, gimnazjów, awansu nauczycieli oraz finansowego podporządkowania szkół samorządom.

  6. Wczoraj udzielałam korepetycji siostrzeńcowi, przedmiot nazywa się „wiedza o kulturze”, uczy – a jakżeby inaczej – historyczka.. Chłopak jest w pierwszej klasie LO. Wyobraź sobie, ze boi się sprawdzianu(sama bym się bała) – cholerne babsko wymyśliło, żeby zrobić listę 150 arcydzieł. Z różnych wsi – architektura, malarstwo,czort wie, co. Z tego mają jak w teleDurnieju – wybrać losowo dwa. i na początek powiedzieć, czy to akwaforta, akwatinta czy olej na desce(oczyma duszy zobaczyłam klozetową). Przy czym kompletnie jej nie interesuje, czy dzieciak wie, czym się różni linoryt od kwasorytu. Biedaki boją się trafić na bazylikę św. Piotra – bo nie dość, że mają wskazać, który architekt projektował którą część fasady, to jeszcze podać daty. Obłęd? Nie koniec szaleństwa.
    – Najwyżej dostaniesz trójkę i poprawisz…
    – Ciociu, nie da rady. System jest taki: dziś zdaję na cztery. Jutro chcę poprawić, ale ta sam wiedza starcza na trzy. Piątki się nie już nie da. Może odpuścić i pójść za tydzień?
    – Ochżeż, Ty stara …k..szanowna pani(samo mi wlazło na usta), Ty zaprzeczenie wszelkiej pedagogiki, Ty… Jaka uczeń ma motywację, żeby uzupełniać wiedzę? Można skuteczniej zniechęcić nastolatka do wszelkich dzieł sztuki?

    W podstawówkach uczą infantylne panienki(generalizuję, ale takie mam doświadczenia), w gimnazjach jest jako tako, ale w ogólniakach to już zgroza – na dwóch,trzech sensownych i mądrych – dziesięć idiotek.

  7. I jeszcze jedno – niezależnie od poziomu pańć – jaki debil uznał, że można uczyć wiedzy o kulturze w ciągu tylko jednego roku, raz w tygodniu(nieco ponad trzydzieści godzin – w praktyce)? W dodatku pierwszoklasistów, dla których coś takiego jak barok jest abstrakcją?
    Rozstrzelałabym twórców reformy szkolnej – bez sądu! I niech ich wszystkich trafi wynalazek mistrza Guillotaine. Jeśli pojmą, co to, bo gotowi to uznać za nowy model prezerwatywy.

  8. Widzisz dru, prawda jest taka, że ja to miasteczko trochę poznałem. Znam z widzenia posiadłość Analfabetki i jej potomków. Bardzo podobna do takich samych w PL, których właściciele już analfabetami nie byli. 😀

    Paskudne te ich rezydencje, ale mnie cieszą.

    Konsument, to jak wiemy jedna z naszych ważnych ról społecznych. Ważnych, od kiedy ludzie zaczęli się specjalizować i od kiedy istotą cywilizacji stała się (chwała Bogu) wymiana rzeczy pożądanych. Jakość naszego życia zależy od szybkości tej wymiany. Oczywiście zawsze można udać się na „ pustelnię” – odmówić udziału.

    Co to jednak znaczy racjonalność decyzji? Wedle mego doświadczenia i wiedzy jest to umiejętność ich uzasadnienia ex post. Racjonalność jest modna od kilkuset lat tyle, że obszar jej funkcjonowania chyba się nie zwiększył. Dotyczy bardzo niewielkiego procentu ludzkiej aktywności.

    Czy nie czujemy pewnego zaniepokojenia, kiedy postulujemy „racjonalność a priori”? Ja taki niepokój czuję, co nie znaczy, że nie staram się być „racjonalny”.

    I tu nasuwa mi się w „pole widzenia” pewna rzeźba która stała się już banalnym symbolem. Idzie o „Myśliciela” Rodina, który zresztą pierwotnie nie miał być „Myślicielem”.
    Co ten facet naprawdę robi?

    http://farm1.static.flickr.com/22/24712999_9b13f9180a.jpg?v=0

    Ach, ta kultura podejrzeń!!! 😀

    Jaki „szczebel” jest odpowiedni by administrować oświatą obowiązkową? Samorząd? Piszesz, że nie.
    Państwo? Może jednak UE?

    Wiem, że te pytania wkraczają w obszar u Torlina zakazany, w politykę. Potraktuj je, jako retoryczne. Chyba, że Torlin pozwoli.

  9. Soory za emocje i komentoreę – ale mną miota dzika zlość – dziś mam na stanie siostrzeńca z tą pożałowania godną listą. Jest na niej wprawdzie Seurac, ale nie ma El Greca i Boscha….boszzzz… a kończy się na Wyspiańskim i jego witrażach. Amen.
    I fajnie – po rybi członek mącić dzieciom w głowinkach taką Kobro, Siudmakiem czy innym Wojtkiewiczem? Że już nie wspomnę o Miro, Nowosielskim czy innym Kanto-Hasiorze…
    W zakres wiedzy o kulturze nie weszła – rzecz jasna – muzyka. Bo i po cholerę?

  10. Dru – stara prawda – ciemną masą łatwiej rządzić.
    Napisz, do diabła, jakąś petycję, a ja się podpisze obiema rękami i przyłożę odcisk kopytka i rogu.
    Chcieli społeczeństwa obywatelskiego? Niech mają. Choćby nazwali nas „przypadkowym”(ten przypadek to nie biernik, to myślnik).

  11. defendo

    Zlituj się nad dzieckiem (i „pańcią”).

    Na „Umarłą klasę” chcesz siostrzeńca prowadzić?

    Nie martw się. Jeśli ma takiego wuja czy ciotkę jak ty to kiedyś sam na ich własną, jego pokolenia „Umarłą klasę” pójdzie.

    A jeśli nie?

    Dziury w niebie od tego nie będzie.

  12. Potwierdzacie państwo oponię mojej mamy, którą w ramach sztafety pokoleń przekazałem synowi.
    „Szkoła powszechna wymyślona została po to, by bachory do południa nie rozrabiały na ulicy”

  13. Piotruś
    Moja mama i babcia (a więc zahacza to o długi wiek XIX) już pracowały zawodowo. W miarę „narastania” wieku XX zatrudnianie kompetentnych prywatnych opiekunów było coraz bardziej absurdalne ekonomicznie. Szkoła ich zastąpiła. Przy okazji powstały narody, bo informatorów zatrudniono także dla tych, których na prywatne nauczanie nie było stać.
    Jakby nie szkoła – obowiązkowa i powszechna- to, kto by dziś wołał na meczach „Francja, czy Polska, gola!”?
    Było by „nudno i smutno” jak na „Wielopolu” do którego podobno mamy dzieci przyuczać. 😀

  14. Ha! Drogi Piotrusiu. Ową pokoleniową prawdę mi osobiście pierwszy przekazał kilka lat temu naczelnik naszego miejskiego wydziału edukacji.

    Dana1:
    W kwestii zarządzania systemem edukacji napiszę tak:
    Każdy sposób zarządzania niesie ze sobą pewien system wartości. Metody zarządzania nie są obiektywne w związku z czym powinny być dostosowywane do obszaru, którym się zarządza (w naszym przypadku edukacji).
    W Polsce coś takiego nie ma praktycznie miejsca. Administracja państwowa rządzi niepodzielnie pakując wszędzie swoje biurokratyczne porządki, które edukację po prostu niszczą.
    Nauczyciele myślą głównie o przestrzeganiu procedur, a nie o doskonaleniu swojej pracy. Awans zawodowy to gromadzenie papierów.
    Administratorzy muszą zrozumieć, iż o samej edukacji wiedzą niewiele albo nic, w związku z tym ich rola polega na współpracy z nauczycielami, a nie tylko na porządkowaniu ich pracy.
    Bardzo ogólnie, ale więcej jako komentarz się nie zmieści. 🙂

  15. Dru popatrz na obecny formalizm przy ocenie prac maturalnych. Przecież to jaskrawy przykład rozejścia się edukacji i „systemu edukacji”. Szkolnictwo jednak nie jest odosobnione gdyż kroczy ramię w ramie z „system ochrony zdrowia”. „systemem budowy autostrad” itd. Ciekawe co jest celem cywilizacji „systemów”? -oczywiście oprócz „systemu optymalizującego systemy”

  16. Moi Drodzy!
    Wasze wpisy są niekomentowalne. Chciałbym Wam wszystkim i każdemu z osobna bardzo podziękować.

  17. No toś mnie (nie jestem uprawniony by wypowiadać się z pozostałych) załatwił Torlinie.

    Jak Wałęsa Wujca. 😀

    Nie, nie poczułem się zwolniony. To żart. Żeby ktoś nie pomyślał inaczej.

  18. Szkoła zabija chęć nauki. dopiero po jej skończeniu naprawdę zachciało mi się uczyć i zdobywać nowe umiejętności. bez stresu i dla siebie. Cokolwiek by nie mówić o systemach edukacyjnych, mają tyle samo wad co zalet, a jak do tej pory nie wymyśliliśmy nic lepszego. Tzn. wymyśliliśmy, ale nie są one ogólnie akceptowane. jest taki człowiek w Rosji, który edukuje dzieciaki w zupełnie niezwykły sposób – jedno dziecko uczy się jednego tylko przedmiotu, tak, by potem być w stanie przekazać tą wiedzę innym, nie tylko opowiadając o tym, ale także poprzez wspólne przebywanie razem i coś na kształt telepatii, trudno mi to wytłumaczyć, sama słabo pamiętam. Każdy ma swoją działkę wiedzy. Jednocześnie dzieciaki same budują i gospodarują w swojej szkole, będącej jednocześnie domem. Facet ma strasznie dużo przeciwników, a jednocześnie wiele ludzi jest zainteresowanych posłaniem swoich dzieci do jego szkoły. Niestety nie pamiętam w tym momencie jego nazwiska, byś sobie mógł wyguglowac i poczytać bardziej klarowne i dokładne informacje:( przeciwników aktywnie niszczących jego reputacje i osiągnięcia jest tak wielu, bo ten nowy system niestety działa bardzo dobrze, a to nie podoba się władzom… my nie powinniśmy być zdolni do samodzielnego myślenia. Powinniśmy powtarzać formułki i pamiętać nieistotne nazwiska…

  19. Strasznie Cię przepraszam Edwarze, że może to źle zabrzmiało, ale jestem fatalnym dyskutantem. Pracowałem przez całą sobotę i niedzielę i mój intelekt ma poziom zerowy. Nie chciałem Cię obrazić, napisałem, że wszystko z przyjemnością przeczytałem, ale nie mam siły wdać się w dyskusję. Wielkie sorry.

  20. Żart!!!
    pozdro

  21. Ale Ty nam Torlin słodzisz. 😀

  22. Dru’!
    No zobaczysz, jaka następna moja notka będzie słodka. Sam mniód.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: