Napisane przez: torlin | 25/01/2010

Graniówki

O tym, że ja kocham góry, wiedzą wszyscy będący ze mną w moim blogu. Ale są dwie wyprawy górskie, na dźwięk których szybciej zaczyna mi bić serce. Tą drugą wyprawą są trekkingi, najczęściej wielodniowe, ale na pierwszym miejscu stoją jednak graniówki.

Polakom jest stosunkowo łatwo zrozumieć, co to jest graniówka, gdyż jest nią nasza Orla Perć, więc termin ten nie wymaga specjalnych określeń. Ja byłem na terenie Niemiec na dwóch takich graniówkach, na których w niektórych miejscach serce stawało z przerażenia. Ja wiem, że na terenie Alp jest ich o wiele więcej (ja swoje zrobiłem w 1999 i 2000 roku, czyli 10 lat temu), ale moim kłopotem jest trudność ze znalezieniem kompana, a sam nie bardzo chciałbym, a po drugie przez ostatnie lata stać mnie było na wyjazd turystyczny, ale do Polski lub sąsiadów, Alpy nie wchodziły w grę.

Watzmann – jedna z najwspanialszych niemieckich gór turystycznych. Leży we wschodniej części Niemiec w kotle Berchtesgaden i słynna jest głównie ze swojej Ostwand (Wschodniej Ściany) o wysokości 1.600 metrów. Watzmann jest drugą pod względem wysokości górą Niemiec, ale najwyższą, która leży w całości na terytorium Niemiec (tak jak Kozi Wierch w Polsce). Poprzednie zdjęcie pokazuje, skąd startowaliśmy w kotle Berchtesgaden. Piękne jezioro Königssee o długości 8 kilometrów, po którym pływają statki, z cudownym kościółkiem St. Bartholomä założonym w 1134 roku i z jeszcze piękniejszą Die Ostwand der Watzmann.

Składa się z trzech wierzchołków (Hocheck – 2.651; Mittelspitze – 2.713; Suedspitze – 2.712), przez które poprowadzona jest bardzo trudna trasa turystyczna (w Polsce nie ma odpowiednika). Widać ją właśnie prawie w całej okazałości powyżej na poprzednim zdjęciu, ludzi widać trochę po prawej stronie.

Drugą, którą szedłem, była to Jubiläumsgratweg, idąca od najwyższego szczytu Niemiec Zugspitze do pięknego szczytu Alpspitze – to wszystko w rejonie Garmisch – Partenkirchen w górach Wetterstein. Powyżej na zdjęciu mój kumpel od gór Marcin, trasa Jubiläumsgratweg prowadzi momentami bez możliwości zejścia w doliny, w takich miejscach Niemcy pobudowali schrony turystyczne z trzema miejscami do spania, żywnością, lekarstwami i kocami. Kto co weźmie, ma obowiązek wpisać do zeszytu – nam się strasznie plastry przydały, bo nam się skończyły, a zaniedbaliśmy kupić w Ga-Pa.

Powyżej początek trasy widzianej ze szczytu Zugspitze.

Przyznaję szczerze, że na trzecią słynną graniówkę Niemiecką, tę w okolicach Oberstdorfu (Hindelanger Klettersteig od Nebelhornu), mam coraz mniej szans. Podejrzewam, że czas na graniówki typu ubiegłorocznych, kiedy to po dwóch godzinach wspinaczki zdobyłem Kiczorę 903 m i grzbietem Pasma Jałowieckiego po kilku godzinach wlazłem na Jałowiec (1.111).

Ale co mam wspomnienia, to mam.

Advertisements

Responses

  1. Torlinie w Pasmo Jałowieckie najlepiej wybrać się zimą zabierając ze sobą biegówki. Polecam urokliwy nocleg w studenckiej chacie na Adamach.

  2. Świetne widoki i zdjęcia.
    Też lubię połazić po górach, ale znam swoje możliwości i do Orlej Perci raczej się nie zbliżam:)

  3. Elenoir!
    Dzięki, widziałem Twoje zdjęcia Krakowa, usiłowałem się wpisać, ale jak zwykle nie mogłem się przedrzeć przez logowania, mam coś tam niezgodne…
    Wiesz Piotrusiu, rzadko jeżdżę w zimie dokądkolwiek, bo podstawowy urlop robię w lecie, jestem łazikiem górskim letnim.

  4. Orlą Perć przeszłam całą! Od Kasprowego po Granaty i od Granatów po Krzyżne. Wprawdzie tempo mojego przejścia dla Torlina byłoby nie do przyjęcia 😀 za to ja wiem, jak pachną tatrzańskie łączki i gdzie, jaki zapach trwa – i nigdzie indziej!
    Bo Torlin po górach lata, ja w górach przebywałam 🙂
    A kiedy się wraca od strony stawków gąsienicowych do Murowańca, to jest taki moment, że po jednym kroku ustaje cisza i szumi potok. O!

  5. Ostatnie zdjęcie jest fantastyczne… i ten kolor….

    P.S. A… ekhem… rozumiem, że „graniówka” to takie coś jak po połoninach w Bieszczadach, tylko na prawdziwych górach? Wycieczka „wzdłuż” łańcucha?

  6. Tak i te cudowne widoki są „stałe” , nas nie będzie a one będą.

    Nie dziwie się tej miłości do gór, takie widoki to jak narkotyk!…

    ;D

  7. Oj Nelu – latam, to jest prawda, ale to nie jest tak, że nie stać mnie na chwilę przerwy i refleksji. Ale to jest niestety tak, że jeżeli człowiek chce jednego dnia przejść z Palenicy Białczańskiej przez Morskie Oko, Szpiglasową Przełęcz i Zawrat do Kuźnic, lub z tychże Kuźnic przejść Czerwonymi Wierchami i Halą Ornak, aby dojść do Kir – musi ostro wędrować, bo inaczej nie zdąży.
    Julu!
    Jednym z najpiękniejszych widoków w Alpach są Płonące Skały. Wieczorem słońce tak pada na skały, że są one całkowicie czerwone, ale zdjęcia takiego nigdy nie zrobiłem.
    Komerski!
    Stęskniłem się za dawną paczką, Dru’ się nie odzywa, Hoko napisze trzy wyrazy, Napoleona dawno nie było, Teloch milczy. W „temacie” notki masz oczywiście rację, ale grań raczej pasuje do określenia ze SJP: „ostry, skalisty grzbiet górski z krawędzią, w której zbiegają się strome stoki” – lub z „Encyklopedii Tatrzańskiej” – „grań – grzbiet szczytu lub turni, zwykle skalisty i wąski, albo też cały grzbiet skalistego pasma górskiego (chociaż miejscami może być szeroki i trawiasty)”. O Bieszczadach i Paśmie Jałowieckim możemy mówić w tym kontekście jedynie z uśmiechem.

  8. Ja się uśmiechałem, jak zawsze kiedy nie mam pojęcia i uprzejmie o coś pytam 🙂 Dzięki za wyjaśnienie.

  9. Torlin! No to już zażartować nie można? To, że ja tak kontemplacyjnie, wynika z mojej raczej delikatnej budowy i słabej kondycji. Stąd ta refleksyjność… a może to troszkę te zielone winogrona? Moje najdłuższe tatrzańskie przejście było z Morskiego Oka do Kuźnic przez Świstówkę, Opalone, Zawrat i Dolinę Jaworzynki. Z plecakiem tygodniowym. Przyznaję, że jak w pociągu zasnęłam jeszcze na bocznym torze w Zakopanem, w wagonie do Wrocławia, to otworzyłam oczy na stacji Wrocław Brochów. 😀

  10. Torlin
    Zaimponowałeś mi – wysoko tam. Przyznam, że z racji występującego czasem lęku wysokości wolę bardziej płaskie ale za to długie trasy. No ale gdybym po drodze trafił na taką grań to bym pewnie przeszedł – no bo co można zrobić innego.
    Pozdrawiam
    Ps. A tak z ciekawości. Ile dziennie kilometrów robisz po górach?

  11. Nelu!
    To i tak piękna trasa. Gdyby nie te korki przy zejściu z Zawratu.
    Komerski!
    Ty ze mnie szutki robisz, wiesz świetnie, co to jest grań, jesteś tłumaczem, znasz takie trudne słowa jak stetoskop 😀 , a udajesz, że nie wiesz, co to jest grań.
    Kartko!
    Rzeczywiście, momentami jest niebezpiecznie, jak to Niemcy określają „nur für Geübte”. A w górach to ciężko jest mówić o kilometrach, ale tak przypuszczam, że w takim ostrym dniu, jakby trasę rozprostować, to jakieś 40 kilometrów.

  12. Torlin: Wcale nie 🙂 Co to jest grań, z grubsza owszem wiedziałem, ale nie miałem pojęcia, że wycieczka górska granią to „graniówka” a już na pewno nie byłem w stanie stwierdzić, czy spacer po „grani” (uśmiecham się) Caryńskiej to już właśnie „graniówka”, czy nie.

    P. S. Gdybyś mógł, podmień proszę link do mnie w swoim Blogrollu, na nowy 🙂

  13. 40 km to dużo. Nawet na równinie kilka dni tak długich dystansów może solidnie zmęczyć. Ja przy długich, wielodniowych marszach ustawiam trasę dzienną na 30 – 35 km. Ale mam zwykle zapas sił na nieprzewidziane, dodatkowe 10 – 15 km. Z tym, że nie chodzę cały dzień – idę zwykle 6-7 godzin od rana.
    Pozdrawiam

  14. Komerski!
    Zgoda, w slangu „górali” graniówka jest to forma przejścia wysokimi górami właśnie granią łączącą poszczególne szczyty, a więc nie wchodzi w rachubę zejście ze szczytu w dolinę i wejście na następny szczyt. Tak jak pisałem, Orla Perć w sposób absolutny spełnia warunki graniówki, ale jest po prostu – w porównaniu z niemieckimi – łatwa. Tak jak Ci napisałem, pozostałe trasy typu bieszczadzko – beskidzkiego w tym stylu można nazwać graniówkami tak jak na nadjeżdżający osobowy możemy powiedzieć „wsiadamy, ekspres przyjechał” 😀 Zaraz poprawię.
    Kartko!
    Toteż ja (my) tak nie chodzimy po górach. Jeżeli jestem w Alpach na tego rodzaju wyprawie – jednego dnia wspinamy się (najczęściej łatwą trasą) do schroniska na nocleg, drugiego się wstaje 4.30 – 5 i na ostatnich nogach przychodzi się wieczorem do następnego schroniska, a trzeciego dnia powoli się schodzi do cywilizacji. Chyba, że robię wędrówkę po schroniskach (von Hütte zu Hütte) bez schodzenia w doliny, ale wtedy trasy są 5 – 6 godzinne. W tym pierwszym wypadku robimy dwa dni przerwy, zwiedzamy, wypożyczamy rowery, jedziemy do aquaparku, gramy w minigolfa. W Tatrach to samo, jeden dzień ostry, drugi wypoczynkowy.

  15. Torlinie, wybacz, ale 40 km w ciągu jednego dnia W GÓRACH to ja między bajki włożę. Mógłby tego, owszem, dokonać młody, dobrze wytrenowany sportowiec, a i to raczej na zasadzie jednorazowego wyczynu.
    Kiedyś, jeszcze w liceum, mój kolega chwalił się, że zrobił tyle w Tatrach z rodzicami. Zaproponowalem mu, żebyśmy na próbę przeszli to po płaskim – w Puszczy Kampinoskiej. Przeszliśmy, ale gość ledwie po tym zipał, ja zresztą też.

  16. Pawle, nie jestem człowiekiem nieumiejącym się przyznać do błędu, moja pisanina o 40 km wynikała z tego, że ja nie umiem przełożyć górskich odległości na płaskie, nie liczyłem też tego nigdy. Po pytaniu Wojtka tak sobie tylko porównałem na logikę, z Palenicy Białczańskiej do Morskiego Oka jest 8 – 9 km, z powrotem drugie tyle, to daje 16 – 18 km na dzień dobry i do widzenia. A gdzie Rysy czy Przełęcz pod Chłopkiem? Po drugie – w lecie robię 20 – 25 km do obiadu po Lesie Kabackim, jeżeli chodzę, a nie biegam i jeżdżę na rowerze. Przez cały dzień tyle wyjdzie. A teraz podliczyłem centymetrem na mapie moją najdłuższą wyprawę po górach Zawoi i wyszło mi 27 kilometrów. Nie kłócę się, nie umiem tego przeliczyć.

  17. Bo tego się na kilometry nie przelicza. W dawnych przewodnikach po Tatrach podawane były orientacyjne czasy przejścia poszczególnych odcinków tras. Czas był tak wyliczany, aby starczyło go na krótki odpoczynek, albo przystanięcie, żeby się ponazachwycać widokiem, zrobić zdjęcie. I ja ze swoim tempem marszu w tych czasach mieściłam się idealnie. Czasy podawane w przewodnikach po innych pasmach bywały bardzo zawodne. Szczególnie beskidzkie trasy były fatalnie pod tym względem opisane, a to trasy długie, najczęściej bez możliwości zejścia do cywilizacji krótszą drogą.

  18. Ale ja Nelu, wielbiciel przewodników Nyki po Tatrach, mam jego przewodnik (1969 r.), gdzie obok czasów są podane odległości. Kuźnice – Murowaniec – 5 km, Murowaniec – Morskie Oko przez Zawrat, Świstówkę i Opalone – 12 km.

  19. Wiadomo, że w górach liczy się na godziny, nie na kilometry. Pewnym przybliżeniem, choć też często zawodnym, są punkty GOT: 1 pkt. za 1 km odległości oraz 1 pkt. za 100 m różnicy wysokości w podejściu. Przy marszu na długi dystans trzeba przyjmować średnio 4 pkt. na godzinę marszu (chyba że ktoś jest naprawdę wyczynowcem).
    Zatem 40 km plus, powiedzmy, przynajmniej 1000 m sumy podejść, daje 50 pkt. GOT, a więc 12 godzin na trasie, nie licząc dłuższych odpoczynków.
    Cóż, pewnie do zrobienia, ale raczej jako jednorazowy wyczyn, a nie norma.
    Wejście z Morskiego Oka na Rysy czy pod Chłopka to już w kilometrach bardzo niewiele. Tam punkty lecą za przewyższenie.
    Nawiasem mówiąc, moje oceny mogą być nieco zaniżone, bo niemal zawsze chodzę po górach z pełnym ekwipunkiem, czyli mając co najmniej 20-25 kg na plecach.

  20. Torlinie, laboga, 25 km po Lesie Kabackim? Toż zanudzić się można, chodząc w kółko.

  21. Może Torlin gra tam w szachy – ruch, 5 km spaceru, ruch…5 km spaceru… W ten sposób to i setkę zrobi 🙂

  22. Z chodzeniem jest problem gdy się chodzi tylko okazjonalnie np 5 dni w górach. Mój organizm dostraja się do codziennego marszu (30-40km) po około 2 tygodniach – wtedy następuje spadek wagi i inaczej się oddycha. Mnie waga leci z około 80 do 67 kg. To jest optymalna masa pozwalająca mi iść w tempie ok 6-7 km na godzinę. Wtedy czuję, że mnie niesie i nie sprawia mi różnicy czy idę po równinie czy przekraczam góry. Wolniej tylko schodzę z uwagi na ścięgna. I wspieram Torlina w jego spacerach po lesie, bo podobnie jak on przechodzę przynajmniej raz w tygodniu koło 20 km po okolicznych lasach. Oczywiście z przerwą na piwo w jakiejś wiejskiej gospodzie. Nie ma nic lepszego dla zdrowia fizycznego i psyche niż dobre, intensywne natlenienie organizmu. I nie nudzę się – zwykle wymyślam jakieś teksty i układam w głowie zdanie po zdaniu.
    Pozdrawiam


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: