Napisane przez: torlin | 10/02/2010

Trzeba było sobie postawić bańki

Zdjęcie ze strony autorstwa Emilii Białeckiej

Taki wpis mi się zrobi z lekka osobisty. Miałem niesłychanie męczącą chorobę, nazwałbym ją upierdliwą, niby taka jak co roku na przełomie jesieni i zimy, z potwornym katarem i kaszlem – na grypę to ja jestem genetycznie uodporniony. A tutaj zamiast zwyczajowo czuć się źle jeden dzień, później pokasływać przez trzy i Schluß, ja właściwie do dzisiaj nie wydobrzałem. Nie pomagały lekarstwa, antybiotyk, leżenie, jakieś takie uodpornione paskudztwo o dziwnej porze roku. I wtedy od różnych osób usłyszałem: „Dlaczego nie postawiłeś sobie baniek?”.

Starzy, Mili Mojemu Sercu Goście pamiętają ogromną dyskusję wywołaną moim wpisem o homeopatii, związana ona była z bezprecedensowym spisem w „Przekroju” noszącym tytuł „Obalamy 100 mitów, w które wierzą miliony”. Stawianie baniek znajduje się pod poz. 54 na 6 stronie, informacja jest krótka i bym rzekł treściwa: „Nie leczy. Zresztą nie wiadomo, dlaczego miałoby leczyć. W końcu bańki to nic innego jak robienie płytkich siniaków na plecach. Właściwie solidne lanie pasem na goły tyłek powinno mieć podobne działanie”. To samo mniej więcej pisze Wikipedia, tymczasem w Wielkiej Encyklopedii Powszechnej czytamy: „bańki – małe naczynka szklane, które przystawia się do skóry, rozrzedziwszy w nich uprzednio powietrze przez ogrzanie wnętrza płomieniem. Przystawiona bańka ma silne działanie ssące, pod wpływem którego pękają drobne naczynka krwionośne w skórze, dając okrągłe skupiska wybroczyn. Zabieg stawiania baniek, podobny w działaniu do autohemoterapii*, stosuje się w zapaleniach opłucnej i płuc i w ostrych nieżytach dróg oddechowych”.

Jednocześnie, jak się wpisze w naszym kochanym Googlu frazę „stawianie baniek” na samym czele znajduje się mnóstwo pozytywnych linków, jak to stawianie baniek wraca do łask, i to autentycznie w portalach poświęconych zdrowiu. Wielką zwolenniczką baniek były i moje babcie, i moja mama, i żona, a córka była jedną z osób wypowiadających tę kwestię przytoczoną w tytule wpisu. Wczoraj spotkałem sąsiadkę, standardowy zestaw pytań: „Co cię tak dawno nie widziałam?”, a później: „Trzeba było zadzwonić, wiesz że ja jestem specjalistką od baniek, postawiłabym cię na nogi w mgnieniu oka”. Piszą, że to jest placebo, ale nawet gdyby nim było, czy można używać tych słów w sposób lekce sobie ważący?

* – autohemoterapia – leczenie własną krwią chorego, polegające na domięśniowym wstrzykiwaniu krwi natychmiast po jej pobraniu z żyły (WEP)

————————-

Aneks dla Neli!

W swoim poprzednim blogu dałem notkę o moim ulubionym rysowniku Franciszku Kostrzewskim, stamtąd rysunek

Filozof z nad Wisły

– A to ci mróz dopiru. Kupiłbym sobie aliganckie warszawskie kamasze, ale się boję, boby mi zara od mrozu popękały (1901)

Reklamy

Responses

  1. Bańki stawiała mi moja matka i oczywiście pozostawały siniaki parę dni ale działały. Nie siniaki ale bańki 🙂 Oczywiście wszystko można podciągnąć pod efekt placebo tak jak pigułki z cukru leczą z najgorszych chorób gdy pacjentowi się wmówi że będzie zdrowy a on uwierzy że to zadziała niemniej jednak coś w tym jest. Co do homeopatii tą zdania podzielone. Niektórzy twierdzą że nie ma to najmniejszego znaczenia dla naszego zdrowia a inni wręcz przeciwnie. Można by się spierać ale jak na razie nikt nie stwierdził że coś takiego jest szkodliwe więc chyba nie ma co kruszyć kopii a zresztą papierosy są szkodliwe niemniej jednak są produkowane mimo że są zaopatrzone odpowiednim napisem ostrzegawczym „Palenie jest szkodliwe” wiec jak to jest? Konsorcja mogą produkować coś co jest szkodliwe a państwo na tym zarabia krocie z akcyzy i wszystko jest OK? Jak to się ma dla naszego zdrowia?!

  2. Zabieg stawiania baniek kojarzy mi się z dzieciństwem. Bańki stawiał u nas w domu tata, oczywiście wtedy, gdy zalecił to lekarz jako dodatek do standardowych lekarstw.
    Nie było to przyjemne, więc i ja i moja siostra dostawałyśmy na pocieszenie jakiś prezent. Z drugiej strony odczuwałam swego rodzaju dumę z tego, że moja choroba była na tyle poważna, że aż trzeba było stawiać bańki:)

    Nie wiem, czy dzięki bańkom, ale w końcu wracałyśmy do zdrowia. Na pewno więc nie szkodziły.

  3. Witam serdecznie Joannę, pozdrawiam Elenoir. Coś w tym jest, pamiętam rady, nigdy nie stawiać na kręgosłupie, nie powinno ich być za dużo i broń Panie Boże przeziębić bańki. Najlepiej trzy dni siedzieć w domu. Wydaje mi się zresztą, że dla wielu „babcinych” sposobów, jakby naukowcy się tak sprężyli, to znaleźliby naukowe potwierdzenie – coś w stylu Starego Kiemlicza, który „zakrzątnął się, zagniótł naprzód zwilżonego chleba, a gdy o pajęczynę nie było w chacie trudno, wnet opatrzył Kmicica” – czyli dał mu antybiotyk.

  4. Niedawno była ogólnoświatowa akcja: „Przedawkuj lek homeopatyczny” 😉

    Mojemu kuzynowi ktoś nieumiejętnie postawił bańki tak że niestety poraniły mu skórę, więc i bańki mogą zaszkodzić 😉

  5. Ależ oczywiście Napoleonie, ale w ten sposób udowodnię Ci, że zaszkodzi Ci nawet zwykła woda. Wszystko spożywane lub używane wbrew zasadom przynosi więcej szkody niż pożytku.

  6. to nie lepszy boks?

  7. Nawet jeśli same w sobie nie pomagają, co mi dość trudno przyjąć, to przynajmniej dyscyplinują by tych trzech-czterech dni potem się w domu grzać. I może o toż właśnie rzecz idzie (osobliwie, że to zwykle element towarzyszący jakiej kuracji farmaceutycznej), bo wszelkie kuracyje insze tej mocy psychicznej, by przymusić do siedzenia na d… nie mają… Co mówię i opisuję, bo czuję po sobie:)
    Kłaniam nisko:)

  8. Drogi Wachmistrzu, zgoda. Czytałem fascynujące pamiętniki lekarza z Kresów, coś w rodzaju doktora Pawlickiego ze „Znachora” (ale mam nadzieję, że lepszego). Otóż on opisywał, że mówił do baby: „Weźmiesz czarnego koguta, zabijesz go o północy i zrobisz z niego wywar, i będziesz dawała po ileś tam łyżek co ileś tam godzin”. A wszystko to chodziło o to, aby chory zjadł rosołu.
    Hoko!
    Teoretycznie tak, tylko że w chorobie?

  9. Mam lekarza zaprzyjaźnionego od zawsze. Leczył nie tylko mnie, ale i całą moją rodzinę. Ma trzy specjalizacje i tytuł doktora nauk medycznych…
    I w przypadku zapalenia oskrzeli, zapalenia płuc, oprócz koniecznych leków stanowczo zaleca postawienie baniek.
    Nie ma co się spierać. Bańki w stanach kłopotów z układem oddechowym zdecydowanie wspomagają leczenie. Trzeba oczywiście wiedzieć gdzie je stawiać. Na kręgosłupie nigdy.

  10. W stawianiu baniek starego typu, nie tych nowych bezogniowych, było coś magicznego i tajemniczego: ogień, zapach palącego się denaturatu, trochę bólu i ulga, kiedy to okropieństwo z pleców ściągnięto. Trochę jak z tym kogutem zabijanym o północy.

  11. Bawiłem pewnego razu w pewnej agrokulturze na Mazurach. Przybyłem tam na długi weekend by pobyć z niewidzianymi od lat znajomymi.

    Znajomi podobnie jak ja od lat poza Polską. Jednemu z nich poza tą Polską dorosła córka tyle córka. Dorosła na tyle, że rozpoczęła studia medyczne.

    W sobotnie popołudnie siedzimy w grodzie i nie wiadomo, z czego zaczęła się rozmowa o gusłach, zamawianiu, pijawkach, bańkach, leczeniu liszajów moczem.

    Ktoś sobie przypomniał, że mu w dzieciństwie bańki stawiali.

    Młoda adeptka medycy strzygła uszami.
    – Chciałaby to zobaczyć.

    Nie tylko ona strzygła uszami. W podle naszego stołu kręciła się starucha (nasza chyba rówieśnica) wynajęta przez agrokulturystę do prac w ogrodzie.

    – Ja stawiam. – Odezwała się prostując grzbiet nad plewionym klombem.

    – Pokaże mi pani? Może na mnie pani postawi? – Zapytało dziecko znajomego.

    – Jakbym na pani stawiała toby pani nic nie widział. Może na którymś z panów.

    Nikt z panów, nawet siedzący miedzy nami etnograf nie zareagował.

    Nic innego nie zostało mi do zrobienia jak zgłosić ciało do eksperymentu. Ostatecznie to ja dwunastoletni zjadłem żywą żabę żeby zaimponować dziewczynie.

    – Dobrze zgodziła się staruszka. U mnie wieczorem. Gospodarz pokaże, która moja chałupa.

    Już odchodziła, ale sobie cos przypomniał i zawróciła.

    – Spirytusu w domu nie mam. Muszę kupić.

    – Ile trzeba?
    – A kapkę. Ale mi sklepowa nie sprzeda mniej niż flaszkę.

    Dostała na spirytus i poszła.

    W naiwności swojej wyruszyliśmy wieczorem na bańki. Baba leżała w rozkroku na środku kuchni a pies na niej. Wierne psisko nawet nie wyszczerzyło zębów, kiedy adeptka medycyny sprawdzała puls kobiecinie.

    – Zdrowa. – Orzekła adeptka.

    Kiedy etnograf sięgnął po opróżnioną tylko w jednej trzeciej flaszkę pies skoczył mu do gardła. Na szczęście wysportowana kandydatka na

    lekarza złapała psa w locie za kark. Wybiegliśmy z chałupy z flaszką, i rzucając psa na znachorkę zatrzasnęliśmy drzwi.

    Odeszliśmy już kawałek od znachorki, kiedy zobaczyliśmy pędzącą za nami spienioną bestię. Ani kija, ani kamienia w pobliżu.

    – Żal – Powiedział etnograf patrząc jak nasza „lekarka” kładzie flaszkę na ścieżce.

    Wściekłe bydlę zatrzymało się przy rozlanej flaszce i zaległo przy swym łupie.

    – Szkoda jednak tego spirytusu. – Westchnął przy kolacji ojciec adeptki i zwracając się do córki dodał – Dana1 pokazałby ci jak pije się płonący spirytus. Zwykłej chłodnej wódki nie zapalisz tak łatwo. Tam u nas nie ma już takich chłopców jak my.

  12. Dana1 – rozśmieszyłeś mnie tuż przed snem…
    Oby ci nóżka spuchłą! 😆

  13. Niektórym to wszystko pomaga. Innym znowu – nic.

  14. W życiu nie miałem stawianych baniek. I z wszystkich chorób wyszedłem 🙂

  15. paku4 – No sam widzisz, ile jeszcze ekstremalnych doznań przed tobą 😆

  16. Bańki mi stawiali – nawet pomagało. Ale prawdziwa jazda to przystawianie pijawek. Mam przed oczami pijawki w słoju na babci parapecie. A obok wywar z muchomora na muchy. Ach, te wspomnienia z dawnych, naturalnych jeszcze czasów …
    Pozdrawiam

  17. Kartko!
    Ja pamiętam szklaną, pękatą flaszkę od góry zamykaną szklanym korkiem, od dołu była dziuraale z kołnierzem od środka. Tam się nalewało serwatkę. Całość stała na trzech nóżkach…
    Od spodu wchodziły sobie muchy, skuszone wonią serwatki… wzlatywały… i tum cię czekał z mokrą ścierką!!! Już nie wylatywały i kończyły żywot w tej serwatce. Całe ustrojstwo stało sobie spokojnie w kuchni, na parapecie 😀
    Ekologia, to piękna rzecz…

  18. Nela
    Pamiętam te muchy – częśc leżała do góry „nogami” wywokół wywaru z muchomora rozlenego na deczku od słoika wecka. Część natomiast była przylepiona do lepu wiszącego na żyrandolu. A te które przeżyły łapał garścią moj dziadek. Bardzo mi imponował bo łapał na raz po trzy, miażdżył w garści a potem pogrzebaczem odciągał fajerki na kuchni z taką satysfakcją na twarzy i wrzucał muchy do ognia. A ja na to patrzyłem z kąta w którym siedziałem na nocniku. Masz rację, że brak teraz tej prostej, życiowej ekologii
    Pozdrawiam

  19. Nie wiem czy to jest czy nie jest placebo. Sam nigdy z baniek nie korzystałem. Natomiast moja mama ich używa – i z tego co wiem sobie chwali.

  20. Kartko! Lep też miał swój urok 😉
    I jeszcze skórzana packa na kijku!
    A ja z bratem i kuzynami latałam na bosaka bo buty były mocno reglamentowane w czasie wojny. Pamiętam drewniaki z podeszwą przeciętą pod palcami, aby się zginała – łączyło to się kawałkiem skórki albo jakiegoś parcianego paska.
    Wierzch też był parciany 😀
    Mam takie zdjęcie w stroju krakowianki 😀

  21. Bańki trzeba umieć stawiać, jak i homeopatii umiejętnie używać.W jedno i drugie wierzę.W mojej rodzinie stosowało się bańki i trzeba przyznać,że Babcie Obie i Mama umiały to robić.
    Tato mój zmuszony był się wykąpać w morzu przy -20 st, mrozie,ponieważ ratował naszego psa, który sobie popłynął był w celach sportowych między krami. I nie bardzo chciał wrócić.Do domu było blisko.Mama natychmiast stawiała Tacie bańki
    i żadnych przeziębień nie było.
    Pies natomiast wygrzewał się dobę pod kocem i na jakiś czas zaniechał wypraw polarnych.
    Od wielu lat nie używam innych leków niż homeopatyczne.
    Myślę,że zwalczanie homeopatii związane jest z konkurencją na rynku farmaceutycznym.Ale homeopatia od dawna przez Chińczykow jest skutecznie stosowana,ostatnio nawet chińskie bańki nabyć można.. . u konkurencji, czyli w aptece.
    Pozdrawiam zdrowego już Autora i gości.

  22. Nela
    To latanie na boso nie było złę bo się fajnie stopa wysklepiała na podbiciu. Też latałem na boso – nawet po ściernisku – pewnie dlatego nie narzekam na stopy i mogę daleko chodzić. Babka jak mnie prowadziła ze wsi do kościoła, do miasta to przez pola szła na boso. Dopiero na rogatkach myła nogi pod pompą i zakładała buty
    Pozdrawiam

  23. Kartko
    dobrze ,że własne buty miała , nieraz bywało tak ,że była jedna para na kilka osób

  24. Aneks dla Neli i dla wszystkich polemistów z wyrazami sympatii. Ponieważ to jest rysunek, dałem go we wpisie. Zajrzyjcie na samą górę.

  25. Kilka razy miałem stawiane, ostatni raz wtapiane…
    Blizny mam do dziś, ale pomogło 🙂

  26. Nietoperzyco
    Mój śp Tata kupował sobie zawsze za małe buty i za ciasne spodnie. Później buty rozciągał, rozpychał takim specjalnym prawidłem czy kopytem a spodnie odnosił do krawcowej by kliny wszyła. Pewnego razu spytałem czemu nie kupi sobie dopasowanych – na miarę. Po co te wszystkie zabiegi? Odpowiedział, że za okupacji butów nie było a stopa mu rosła więc musiał chodzić w za dużych i ciągle się potykał, wywracał, nie mógl swobodnie biegać. A w za dużych ubraniach wyglądał jak clown. Tak go ta sytuacja w dzieciństwie psychicznie psychicznie obciążyła, że gdy już go było stać na buty to leczył wojenne kompleksy kupując wszystko za małe i za ciasne. Ja znów mam odwrotnie – buty, spodnie, swetry, kurtki muszę mieć luźne. Pewnie mnie z kolei coś w dzieciństwie gniotło i ograniczało. Ot, psychologia …
    Pozdrawiam

  27. Stopy mam rzeczywiście wysklepione nad podziw. Mimo szczupłej stopy wciąż mam problemy z kupnem butów, bo w podbiciu „piją”
    Po ściernisku nie biegałam, ale po sosnowych szyszkach to i owszem. A jak się dużym palcem trafiło w korzeń sosny 😯
    Wystawały ponad ziemię…
    Ale najbardziej lubiłam kałuże po letnim deszczu… Jak pięknie się błoto przedostawało pomiędzy palcami 😆

  28. A filozof znad Wisły cóś jakby po lwowsku bałakał 😉
    Rysunek świetny. Dziękuję.

  29. Kartko
    buty się na kopycie rozciagało .Prawidła pamietam bardzo dobrze.Z drzewa i do tego sprężyna .Nie wiem czy robi się jeszcze takie , ale szewcy zapewne mają .Mój dziadek wpoil mi , że nie wiem jak piękny strój bym miala na sobie a buty nie będą wyglancowane , efekt do d……Zaś Tata , ktory jak Twój przeżył wojnę( głównie w pasiakach) nauczył mnie jak kupować i dbać o buty .To co teraz się produkuje to raczej produkt „butopodobny”.Kiedyś kolega poprosił mnie bym pomogła mu kupić buty .Chodziliśmy po sklepie , a ja : nie , nie te , nie szyte, nie ta futrówka , skóra nie garbowana .A za nami niczym don pedro podążał ekspedient , być może dzięki temu się czegoś nauczył.Nowy system zniszczył zawód szewca .Pojawiły się buty”jednorazowe”.Nie wielu potrafi naprawić fleki lub wie co to przyszczypka , ciekawe czy wiesz co to takiego .Dobry but to inwestycja : czujemy się w nich jak w papciach bez względu na obcas , a noga nigdy nie jest zmeczona .Wolę kupić jedną porządną parę butów raz na jakiś czas , niż kilka „butopodobnych ”
    ja również serdecznie pozdrawiam

  30. ale fajny cykl wspomnień się wytworzył :)))

  31. Nooooooooooo!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

  32. Nietoperzyco
    Zgadzam się z twoją oceną wspołczesnych butów – są do d…. . Nawet markowe nie wytrzymują długo. W pażdzierniku kupiłem buty turystycznej – średnia marka, ponad 200 zl i już są pościerane podeszwy. Buty, ktore powinny wytrzymać kilka tysięcy kilometrów ścierają się już po tysiącu. Torlin chyba kiedyś pisał tekst o takich nietrwałych produktach. Czytam ksiązkę Antoniego Mączaka „Życie codzienne w podróżach po Europie w XVI, XVII wieku” gdzie autor cytuje porady dla pieszych wedrowców. Radzono brać na drogę buty skórzane z metalową zelówką, drewniaki na błoto i klamry na lodowce. Czyli buty skórzane i drewniaki starczały na pieszą drogę np do Hiszpanii i na powrót. Tak te buty były porzadnie robione
    Pozdrawiam
    Nelu
    Pamiętam kałuże z blockiem – uwielbiałem to
    Pozdrawiam

  33. Ps. Oczywiście nie metalowa zelówka, tylko podbity żelazną blaszką obcas
    Pozdrawiam

  34. Kartko
    zapomniałeś o przyszczypce , to kawałek skóry naszyty na but , tam gdzie skóra przetarła się .Pamiętam buty z podeszwą również ze skóry , elegancko wyglądały miały tylko jedną wadę , można się było nieźle pośliznąć
    Słyszałam , ze w oczekiwaniu na roztopy kalosze drożeją ……no cóż trzeba każdą okoliczność wykorzystać , biznes się musi kręcić
    Jeszcze jedna sprawa związana z butami , w butach trzeba umieć chodzić , szczególnie w szpilkach .Proponuje Panom test :usiądźcie sobie wiosna w parku i poobserwujcie ….. wrażenie niesamowite , za wszystko inne zapłacicie kartą M………..( nie będę uprawiać reklamy ) 🙂
    Dobranoc

  35. Kartka z podróży:

    1. Wiadomość dobra: są takie buty i wytrzymują naprawdę dużo. Moje np. ponad 8.000 km w ciągu 15 lat. Np. tutaj:
    http://www.hanwag.de/start.php?lang=2
    Tam też do znalezienia polski dystrybutor.
    2. Wiadomość gorsza: nie kosztują 200 złotych. Kosztują pięć razy tyle.

    Ale naprawdę się opłaci.

  36. Chociaż jak się kupi w sieci, to można i (trochę) taniej:
    http://www.idealo.de/preisvergleich/OffersOfProduct/1216476_-bergler-hanwag.html

  37. Telemachu
    zatem zgadzasz się z tym co ja napisałam , miło 🙂

  38. Jest takie przysłowie angielskie: „Masz to, za co zapłaciłeś”.

  39. Gdzie moge kupic Chińskie bańki??????

  40. Nie wiem!!!!!!!!
    Pozdrowienia dla Mj


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: