Napisane przez: torlin | 14/09/2010

Historia pewnego okrętu.

Piraci, bitwy, łupy, piękne żaglowce. Któż w młodym wieku nie wyobrażał sobie wspaniałych rabusiów przemierzających morskie przestrzenie ( a miało to tyle wspólnego z rzeczywistością, co kowboj z filmu i z rzeczywistości), a wszystko to było zawsze wyobrażane w bajecznych landszaftach mórz południowych. My mamy mało takich historii, ale jedną mamy.

Przed rozpoczęciem opowieści w dwóch słowach należy przypomnieć sobie ówczesne realia historyczne. W latach 60. i 70. XV wieku w Polsce panował Kazimierz Jagiellończyk, a Gdańsk od kilku lat szczycił się Wielkim Przywilejem. W Europie zaś trwała wojna pomiędzy Anglią i Francją a Hanzą. W Anglii rządził wtedy Edward IV, a kupiectwo angielskie miało już dosyć pośrednictwa Hanzy i eksterytorialnych faktorii handlowych w ich stolicy. A tymczasem…

„Peter von Danczk”, wtedy jeszcze nazywający się „Pierre de La Rochelle”, przybył w swoim dziewiczym rejsie do Gdańska tuż po Zielonych Świątkach 1462 r. wioząc sól z Brouage – portu na zachodnim wybrzeżu Francji. Był to bardzo duży statek, więc zgodnie z przyjętą praktyką nie zawinął od razu do portu na Motławie, gdyż z powodu zbyt dużego zanurzenia mógłby ulec uszkodzeniu. Port motławski był zawsze płytki, więc większe statki rozładowywano częściowo już na redzie i przewożono część ładunku do Gdańska na małych jednostkach. Tak też planowano zrobić w przypadku „Piotra z La Rochelle”. Niestety plan ten nie powiódł się, bowiem kiedy statek czekał na redzie na częściowy rozładunek, nadeszła burza, która uszkodziła go w znacznym stopniu. W wyniku uderzenia pioruna zniszczeniu uległ wysoki na 41 metrów grotmaszt padając zniszczył pokład, a tragedii dopełnił pożar.

Statek został przyholowany do Miasta, gdzie stał przez kilka lat w porcie, będąc obiektem powszechnego zainteresowania zarówno fachowców (jego karawelowe poszycie „na styk” było czymś nie znanym dotąd w Gdańsku), jak i ogółu mieszkańców – tak wielkiego statku jeszcze bowiem w Gdańsku nie oglądano. Nie będę się rozpisywał o sprawach finansowych, w skrócie – armator, wobec braku środków na kosztowny remont statku, pożyczył sumę tysiąca grzywien od gdańskich kupców Rolofa Feldstete i Jaspara Lange. Zabezpieczeniem spłaty pożyczki był oczywiście sam statek i jego wyposażenie, złożone tymczasowo w składach na Szafarni. Z bliżej nieznanych względów pożyczone pieniądze nie zostały wykorzystane na doprowadzenie statku do stanu używalności, a może kwota 1000 marek była zbyt mała… Wobec niewywiązania się przez Francuzów z terminów zwrotu pożyczki wierzyciele przejęli na własność statek i jego ekwipunek. Wyprzedając stopniowo elementy wyposażenia statku „wyszli na swoje” na tyle, że stracili zainteresowanie statkiem i de facto porzucili go. Niszczał więc stopniowo w gdańskim porcie. Trwało to tak długo, że władze portu uznały, że czas „wyzłomować” wrak, utrudniający żeglugę w i tak dość ciasnym korycie Motławy. Uratowała go wojna Hanzy z Anglią i Francją.

Rada, przygotowując się do gdańskiego udziału w odwecie na angielskim królu za jego poczynania względem hanzeatów w Londynie, postanowiła wyremontować wrak i przebudować go na potężny okręt wojenny. I tak, w 1470 r., po dziewięciu latach postoju, statek został wyciągnięty na ląd na Brabanku i oddany w ręce gdańskiego szkutnika Hansa Pale, który dokonał gruntownego remontu konstrukcji i poszycia. Następnie przeholowano jednostkę do stoczni na Lastadii, gdzie wykonano dla niej nowy grotmaszt oraz kasztele na dziobie i rufie. Prawdopodobnie dodano również dodatkowy pokład w ładowni, przeznaczony na pomieszczenia dla licznej załogi okrętu wojennego.

Dowódca okrętu Bernt Pawest wypłynął w morze 6 stycznia 1472 r., by rozpocząć patrolowanie wód Kanału La Manche eskadrą złożoną z czterech jednostek. Wyprawa trwała 9 tygodni i zapewniła hanzeatom swobodę żeglugi na Kanale, bowiem eskadra Pawesta skutecznie zniechęcała Anglików do działań zaczepnych przeciw statkom Hanzy. Wieść o pojawieniu się w okolicy gdańskiej „Wielkiej Karaweli” powodowała chronienie się w portach zarówno statków handlowych, jak i okrętów kaperskich. Takie zachowanie wroga uniemożliwiło jednak Pawestowi i załodze eskadry wsławienie się bohaterskimi czynami. Wyprawa omal nie skończyła się tragicznie, bowiem w wyniku burzy 23 lutego 1472 r. pojawił się jeden wielki i kilka mniejszych przecieków w poszyciu okrętu, które tylko cudem udało się opanować i wypompować wodę z kadłuba. Po tym zajściu „Peter von Danzig” wszedł do portu Sluis we Flandrii, gdzie 12 marca 1472 r. wyciągnięto go na ląd i poddano gruntownemu remontowi. Uszkodzenia były tak znaczne, że prace trwały aż do końca czerwca. Niezależnie od szkód, niebezpieczeństwa zatonięcia, którego ledwo udało się uniknąć, sława gdańskiej karaki lotem błyskawicy obiegła północną Europę. Mimo braku dotychczasowego bojowego kontaktu z wrogiem, sama nazwa okrętu budziła paniczny strach u wrogów Hanzy. Przedłużająca się bytność „Petera” w stoczni portu Sluis spowodowała pojawienie się swoistej turystyki, bowiem ludzie z całej Flandrii przybywali do miasteczka, żeby obejrzeć teraz już sławnego olbrzyma, podobnie jak kilka lat wcześniej oglądali go z innych powodów, ale z równym zainteresowaniem Gdańszczanie w porcie na Motławie.

Anglicy i Francuzi na wieść o „uziemieniu” gdańskiego okrętu rozpoczęli śmiałe działania przeciw hanzeatom, przeprowadzając wiele udanych akcji i przejmując kontrolę nad wodami południowej części Morza Północnego i Kanału La Manche. Sprawa powrotu „postrachu wrogów” na morze stawała się pilna.

W tym czasie okręt zmienił właściciela. Rada stwierdziła, że jego utrzymanie staje się zbyt kosztowne, sprzedała go zatem spółce trzech gdańskich kupców. Byli nimi Johann Sidinghusen, Tidemann Valandt i Henrick Niederhof. Zmienił się również dowódca – został nim wsławiony już brawurowymi rajdami przeciw Anglikom, a z czasem najsłynniejszy gdański żeglarz – Paweł Beneke. Beneke wraz z komendą nad okrętem uzyskał udział szóstej części w jego własności. Od Gdańska otrzymał list kaperski, uprawniający go do zbrojnego występowania przeciw wrogom Gdańska na morzu w jego imieniu.

W kwietniu 1473 „Peter von Danzig” wyszedł w morze wraz z drugim gdańskim okrętem i czterema hamburskimi. Eskadra podzieliła się następnie, a Beneke uwieńczył ów kaperski „sezon” swoim najsławniejszym zwycięstwem – zdobyciem 27 kwietnia 1473 r. płynącej pod burgundzką banderą galaidy z przebogatym ładunkiem – w tym również słynnym „Sądem ostatecznym” Memlinga. Po tym zwycięstwie Beneke skierował „Petera von Danzig” latem 1473 r. do Gdańska, by przekazać należną część łupów pozostałym właścicielom okrętu i uzyskać ich dyspozycje co do dalszych działań. W następnym roku (1474) doszło do zawarcia między wojującymi stronami pokoju w Utrechcie. Działania kaperskie zostały wstrzymane. „Peter von Danzig” został na powrót statkiem handlowym.

Jak już pisałem, jestem zafascynowany ludźmi mającymi swoje pasje i zainteresowania. Przygotowując się do tego wpisu co rusz wpadałem na dyskusje w sprawie okrętów. Sam „Peter von Danczk” był czym? Karawelą czy karaką? Ten akapit jest tylko dla fascynatów: karawela to statek z ożaglowaniem co do zasady łacińskim (trójkątne żagle umocowane ukośnie do masztu), a jeśli nawet pojawia się żagiel rejowy (prostokątny, na rei prostopadłej do masztu) to jedynie na fokmaszcie – pierwszym licząc od dziobu. Dla karaki charakterystycznym jest odwrócenie tych proporcji – żagle są rejowe – łaciński pozostaje samotny na bezanmaszcie, czyli ostatnim licząc od dziobu. Karawela ma płasko zakończoną rufę, rufa karaki jest zaokrąglona. Długość karawel waha się od 15 do 30 metrów, podczas gdy karaki to statki o długości od 30 do ponad 70 metrów. Nadbudówki: w przypadku karaweli jest zazwyczaj jeden kasztel na rufie, a jeśli są dwa, to rufowy jest wyższy niż dziobowy; kasztel dziobowy karaki jest z reguły wyższy od rufowego. Czyli był karaką – ja się sam na tym nie znam, tylko przepisałem zafascynowany. A do tej grupy okrętów należały największe sławy, karaką była „Santa María” Krzysztofa Kolumba, „São Gabriel” Vasco da Gamy i „Victoria” Magellana.

Drugą wątpliwością jest statek pojmany, raz go nazywają „galerą”, raz „galeonem”, a niekiedy „galaidą”. I rzeczywiście, jak dla współczesnych, to „Piotr z Gdańska” był naprawdę wielki, trudno się dziwić, że wszyscy przychodzili go oglądać. Ja pamiętam, jak cała Warszawa przyszła oglądać pierwsze Boeingi lądujące na Okęciu. „Peter von Danzig” miał trzy maszty, ponad 52 metry długości, ok. 12 m szerokości, ponad 5 metrów zanurzenia, ładowność około 800 ton i żagle o powierzchni ponad 750 metrów kwadratowych. Biorąc pod uwagę przeciętne rozmiary kogi – dominującego w średniowiecznej bałtyckiej żegludze statku – która zazwyczaj miewała około 25 metrów długości i około 10 szerokości, „Wielka Karawela”, która jako pierwszy tego typu statek zjawiła się w Gdańsku, była rzeczywiście wielka.

Korzystałem z wielu źródeł polskich i niemieckich, ale szczególnie wiele, wręcz kopiując, wykorzystałem materiałów z TEJ strony, dziękując autorom za tak znakomite opracowanie. Stamtąd również zdjęcia, obrazy i rysunki.

Na koniec przemowa dowódcy do marynarzy, którzy chcieli zrejterować po ujrzeniu „San Matteo”, która była statkiem większym od gdańskiego.

Reklamy

Responses

  1. Przy okazji.

    Będąc na początku września w Gdańsku zaszedłem do tamtejszego Muzeum Narodowego. Trwa ta wystawa obrazów będących w posiadaniu Muzeum Narodowego im. Brukenthala w Sibiu (Rumunia)

    Do ekspozycji włączono wspomniany Sąd Ostateczny.

    Wystawa „Van Eyck – Memling – Brueghel”.

    Polecam.

  2. Torlin
    My lądołazy mamy rozszyfrować czy to,karawela czy Karaka?
    Dla mnie to łajba z tamtych czasów.
    A po tylu przeróbkach i remontach to może by.ć składak.Polacy lubią skladaki.
    Mój komputer to taki składak pytali mnie co chce a ja mowiłem i to ito.
    I działa.

  3. Torlin
    za Twoim przyzwoleniem (nie czekam)
    Ciekawi mnie opinia Pań i Panow na ytemat naszych gwiazd estrady telewizji i powiedzmy mody.
    Przeglądając co w telewizji trafilem chyba na Opole i jakis jeszcze szoł.
    I przeżyłem (moze tylko ja) szok.
    W/g mnie nasze panie ubierają sie na te gale (prowadzące) bez gustu zapamiętałem jedną w czerwonej sukni odsłonięte jedno ramie podkasana sukienka dla mnie dziwactwo wręcz tandeta.Kto to zatwierdza (stylista),czy może specjalnie by wywołać zainteresowanie (Gaga,Doda, i wiele innych)
    Elegancja juz się nie liczy?
    Oświećcie,tego zramolałego staruszka.

  4. Cie choroba z okrętu na modę

  5. Piękny wpis Torlinie.Tyle szczegółów!
    Moim zdaniem statek to karawela.
    „Peter von Danzig” raz był okrętem, kiedy wykonywał swoje bojowe zadania, a po ich ustaniu
    byl już tylko statkiem(handel, transport).
    Polecam wizytę w Centralnym Muzeum Morskim na Ołowiance w Gdańsku, vis a vis widocznego na rycinie żurawia.Dojazd sprzed żurawia promem.
    Jest tam wiele ciekawych obiektów w tym i arsenał.
    Przed laty wykonywałam dla tego Muzeum kopie XVI wiecznych bander statkowych, a właściwie można by rzec, były to „miniatury o wymiarach ok.2m b.)Piszę”miniatury”, gdyż bandery ówczesne stanowiły znak rozpoznawczy statku/okrętu i siłą rzeczy, by były widoczne na morzu- długość ich sięgała ok.16 mb.
    Wprawdzie w poście wybiegłam dwa stulecia dalej,ale w CMM wiszą (mam nadzieję)”moje” bandery”Wazów”, „Gdańska”,
    „Kaperska( Pogonia).” Jagiellonów „i „Batorego”.

    ps. przypomnieć nie zaszkodzi,że Gdańsk był centralnym hanzeatyckim portem transportu wszelkich zasobów żywności , zwanym „spiżarnią Europy”.Pozdrawiam.

  6. CMM w Gdańsku:
    http://www.cmm.pl/siedziba.php?main=info&mid=7&lang=pl_

  7. Warto dodać – wyczytałem w podanym przez Torlina źrodle – że pirat miał niezłą siłę ognia. Wyposażono go bowiem w siedemnaście dział, 15 kusz i jedną hakownicę. Oto hakownica

    Pozdrawiam

  8. „Wyprawa trwała 9 tygodni i zapewniła hanzeatom swobodę żeglugi na Kanale, bowiem eskadra Pawesta skutecznie zniechęcała Anglików do działań zaczepnych przeciw statkom Hanzy.”

    A my teraz narzekamy, że się ponadpaństwowe korporacje panoszą…

  9. Przemowa, jak przemowa ale we wstępie jest fajowe zdanie:
    ” (…)Przemowa ta odniosła skutek, skoro do dziś możemy oglądać w Gdańsku najwspanialszy, choć wcale nie najcenniejszy z łupów, jakie wówczas zdobyto.”
    norwidowy język giętki… 😉

  10. Do wszystkich, przede wszystkim z podziękowaniem.
    Pomijając czasy starożytne to Europa rozpanoszyła się po całym świecie, ze swoimi wojnami, modami, techniką, religią. Ale pod słowem Europa musimy rozumieć kraje leżące na zachód od Łaby, ja jak wiecie nie mam kompleksów polskości, staram się na chłodno analizować przyczyny i skutki, ale jak bym kota nie odwracał, to zawsze mi wyjdzie, że od X wieku wszystkie właściwie wynalazki, mody, style, odkrycia, zafascynowania – wypłynęły z Europy Zachodniej (należy do tego kręgu kulturowego zaliczyć również USA, Kanadę i Australię). Nie jest w związku z tym dla mnie dziwne, że na nieliczne perełki chuchamy i dmuchamy, jak na Skłodowską, Beniowskiego czy Jana z Kolna, nie zawracając sobie głowy szczegółami. Dosyć długo prowadziłem cykl pt: „Prawdziwi Polacy” i moi Oddawiendawna Czytelnicy wiedzą, że podważam tezę o Prawdziwym Polaku. Pięknie odwzorowane nacjonalizmy są w nazwie okrętu, nazywał się on „Peter von Danczk”, Niemcy nazywali go „Peter von Danzig”, a Polacy „Piotr z Gdańska”.

  11. Na Skłodowską akurat nikt nie chucha i w związku z tym cały świat zna ją jako Francuzkę, Marie Curie…

  12. Beniowskiego też bym odcedził…

  13. Torlin.
    Europa traktowana do Łaby.
    Ja myślę że to nie miejsce urodzenia przed czy za Łabą. Ale chyba względy ekonomiczno-polityczno-społeczne.
    Do Łaby nie było chłopów pańszczyźnianych na wschód od Łaby ta forma była praktycznie XIX w.
    I to miało zasadnicze znaczenie w rozwoju myśli nauki i postępu.
    Wszelkie nowinki szły od ludzi wolnych względnie ekonomicznie. Nawet jeżeli był dzierżawcą ziemi.
    To sie chyba nazywało wolny chłop,wieśniak ,kmieć
    A że każda nacja nadaje nazwe swoją to chyba nic zdroznego ,tylko w podróży utrudnienia.
    Pozdrawiam

  14. Ale błyskawiczny odzew, dopiero co napisałem komentarz. Ale Drodzy Komerski i Iżyku, a dlaczego nie odcedzacie Jana z Kolna, który przypuszczalnie był Duńczykiem? O Curie Wikipedia francuska podaje tak jak powinna „Nationalité polonaise, naturalisée française”, ale takim obrotem sprawy proponowanym przez Was „stracimy” m.in. Chopina, Kopernika, Jagiełłę czy Władysława Jabłonowskiego. Ale dzisiaj, w czasach powszechnej globalizacji i Unii Europejskiej, czy to ma jakiekolwiek znaczenie.
    Zdzisławie!
    Ale to właśnie o to chodzi, to jedno wynika z drugiego.

  15. Ale Ci tu zaraz się naodpowiadam:
    odp. 1: Bo jan na durszlak nawet nie wlezie, więc jakże go odcedzać?
    odp. 2: Żeby zadość uczynić kochanemu Gombrowiczowi, który durszlakom mówi „won!”, a o tym, że na dnie mają sitka, to nawet jakby wcale nie wiedział 😉
    odp. 3: bo myślę (chyba) o tem wszyskiem tak jak Ty
    odp 4. za chwilę, bo kopią w drzwi…

  16. odp 4. Jest taka brodata anegdota o rosyjsko – radzieckim antysemityzmie.
    W odpowiedzi na rozsiewane przez imperialistyczną prasę plotki jakoby ojczyzna proletariatu była anty- Mołotow wzywa paru niezaprzyjaźnionych ambasadorów i z nieudawaną goryczą wyrzuca:
    -Jak możecie. U nas połowa teatru balszoj to żydzi, 3/4 Akademii nauk to żydzi i 90% komitetu centralnego to żydzi…
    Ambasadorowie popatrzyli na siebie, pokiwali głowami i mówią:
    – No właśnie. Wy nawet takie rzeczy wiecie…
    Ja chciałby powiedzieć, że to jest rewers problemu, o którym mówi Gombrowicz.
    I pierwszy raz pokazuję o ta, o: 😦

  17. A u nas było inaczej? „Wszystkiemu są winni Żydzi i cykliści”. „A dlaczego cykliści?” „A dlaczego się pan nie spytał – dlaczego Żydzi?”.

  18. Mmmm…
    Chciałem pokrętnie ale widać, aż zakręciłem i wyszło przepokrętnie…
    anegdota to rewers problemu. na awersie jest gombrowicz i wzdęta, wszędzie szukająca potwierdzenia swej wielkości, polskość. Jest taki passus w Transatlantyku, gdzie na wieczorku literackim G. pojedynkuje się na słowa z najlepszym argent. pisarzem. Wszyscy oczekują, że obroni chwałę polskich pisarzy,a on, co nie powie, to już wcześniej ktoś to w literaturze światowej rzucił od niechcenia. No i to jest ten ból, że nic nie mamy oryginalnego. To samo jest potem w jego dziennikach. Latka se lecą, a my wciąż w narodowej gonitwie, by znaleźć polaków, co świat się nad nimi zacmoka. I patrz, torlinie, jeden gombrowicz… Może dlatego uniwersalny, ze narodową manię wetknął sobie tam, gdzie nam wystaje pawie piórko?
    To był rewers, bo awers jest taki: 29 km od mojej klawiatury jest miasto kolno. Kolniaków unikaj na gościńcu, na drodze, na autostradzie, na polu namiotowym i w ogóle unikaj, bo są… „szczególni” (przepraszam wszystkich, spośród nich, którzy to czytają, a warunku nie spełniają 😉 ), lecz zarazem…
    http://www.umkolno.pl/index.php?strona=76
    I za to kocham gombrowicza ale to taka trudna miłość… Ona wymaga, żeby moja narodowa duma się posunęła.
    Z tym beniowskim toś przesadził… 🙂
    Śmierć cyklistom!

  19. Do Łaby nie było chłopów pańszczyźnianych, bo tam się zdano na drobniuteńkich dzierżawców, czego efektem było, że się te kraje przy zapaści wyjałowionych gleb wyżywić nie poradziły… Nasza szlachta „tylko” skorzystała z okazji i otwierającej się koniunktury… i konia z rzędem temu, co mi udowodni, że my sami dziś, przy nadarzającej się sposobności, z całą naszą dzisiejszą mądrością, nie uczynilibyśmy tego samego!
    Nota, Torlinie, arcyzacnie i komponowana i udokumentowana, czego winszuję, ale rozterek o szkutach nie pomogę rozsupłać, bom człek nie morski, a gorzej jeszczeć, choroby morskiej dostaję jako już nadto na mój gust płasko (czyli tak jakoś wpodle Mazowsza:)
    Kłaniam nisko:)

  20. Iżyku!
    Jan z Kolna był Duńczykiem, późniejsi „odkrywcy” źle przeczytali po prostu słowo „pilot”.
    Dla mnie Gombrowicz jest na pojedyncze przedstawienie, na dłuższą metę jest nużący.
    Wachmistrzu!
    Cieszę się, że Ci się podobało i dziękuję za odwiedziny.

  21. Torlinie, piszesz: „jestem zafascynowany ludźmi mającymi swoje pasje i zainteresowania”.

    Mam nadzieję, że nie ma w ich gronie tego dowódcy okrętu „Peter von Danzig”, którego mowę do swoich marynarzy nam poleciłeś.
    Moim zdaniem jest ona przerażająca:

    „Och, towarzysze, cóż nam teraz począć? Cóż z tego będzie? Nie przyjdzież nam za to odpowiedzieć?
    Żałuję, żem dożył tego dnia, kiedy oczy moje muszą patrzeć jak tylu prawych niemieckich wojów i żeglarzy drży przed Włochami i woli ucieczkę. Jakaż to przyczyna napawa was taką bojaźnią? Czy nie uczciwszym byłoby gdybyśmy od wrogów naszych za wolność ojczyzny naszej życie postradali, lecz na miejscu pozostali, niźli byśmy hańbę przez wiek życia naszego znosić mieli? By nas dzieci palcami wytykały, krzycząc: To ci co się Włochom pogonić dali! Pomnijcież na to jakiej odwagi nabiorą wrogowie nasi, Angielczycy, skoro uwierzą, że oni zawsze zwyciężają, a my przegrywamy.
    [Myślicie teraz:] Iluż to pobożnych niemieckich kupców i żeglarzy życie i mienie postrada? Ach, bodajśmy tej zabawy nigdy nie zaczęli. Bodajśmy się wprzódy zmiarkowali to byśmy nigdy Włochów na oczy nie ujrzeli.
    Czyżem wam wprzódy nie rzekł? Tam jest tęgi łup do wzięcia, aleć nas nieco pracy będzie on kosztował. Chcecież jako ja poważnie działać, tedy nam nie ujdzie, ale tu mężne serca i twarde pięści w cenie. Galaida jest wielka i dziwaczne to bydle, widoku takiemuście nie zwyczajni, wiele większa od naszego okrętu, i małoć tego, siła na nim luda i armaty takoż, lecz to Włochy, a nie Niemcy. Gdy jednak zechcemy, wzorem naszych ojców sercem i pięścią być Niemcami, tedy łup nam nie ujdzie i póki życia nam służyć będzie.
    Niegdyś wołaliście wszyscy: Nie znajdziesz pośród nas nic, co by niemieckim mężom nieprzystojnym było. O wielki Boże, teraz w uszach moich dźwięczy wrzask Włochów: Tak należy gnać niemieckie psy! Czyż ucziwemu Niemcowi nie lepiej umrzeć niż takie słowa słyszeć?”

  22. Patrząc z naszego, XXI-wiecznego punktu widzenia, taki człowiek byłby przeklęty przez współczesnego Europejczyka. Ale ja ciągle powtarzam – nie można przenosić naszych zasad i naszej wrażliwości na dawne epoki. Dla przykładu – wiesz, co to znaczyło w legionach „zdziesiątkować wojsko”? Wyobrażasz sobie współcześnie, że w Wojsku Polskim co dziesiąty wystąpi na śmierć?

  23. Nawet co setnego nie mogę sobie wyobrazić


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: