Napisane przez: torlin | 03/07/2011

Biernie idzie na śmierć – rzecz bez mojego komentarza

Obrazek STĄD.

W dodatku do „Rzeczpospolitej” – dodatek „Plus Minus” nr 23 z dn. 11 – 12 czerwca 2011 ukazała się fascynująca dyskusja na temat „Miejsce Kościoła w Polsce – debata klubu ekspertów „Rzeczpospolitej””. Szczególną moją uwagę zwróciły wątki poruszone przez Roberta Krasowskiego, którego bardzo cenię.

Robert Krasowski

Podoba mi się w wystąpieniu Tomasza Terlikowskiego to, że nie stawia się w sytuacji ofiary. Nie używa często wysuwanego argumentu, jakoby polscy katolicy żyli w wielkiej opresji, jakoby bici i oblegani przez żywioł ateistyczny byli spychani do katakumb. Nie ma bowiem żadnej ateistycznej opresji, środowiska laickie są tak słabe, że polski Kościół zmaga się dziś ze sobą, a nie ze swoimi wrogami. Tak samo zresztą nieprawdziwy jest argument dowodzący istnienia państwa wyznaniowego. W Polsce obowiązują wszystkie liberalne zasady prawne, procedury odwoływania się, także do Strasburga, a zatem miejsca, w którym można obronić najbardziej liberalne na świecie zasady w odniesieniu do religii.

Trudno jest opisać miejsce polskiego Kościoła, bo na swój sposób w obu tych fałszywych interpretacjach jest sporo prawdy. Z jednej strony wszyscy czujemy, że Kościół katolicki jest jakoś niesłychanie silny, a z drugiej strony, że jest niesłychanie słaby. Mój przedmówca mówił o religii obywatelskiej, ja bym użył słów bardziej trywialnych. Kościół jest silny swoją wszechobecnością, tym, że wszędzie zobaczymy sutannę. Przez 200 lat był bardzo ważną instytucją życia i społecznego i politycznego, w niektórych epokach zastępował nawet państwo, przyzwyczaił więc kler do stałej obecności nie tylko w obrządkach społecznych, ale też politycznych. I to trwa do dziś. Polakom to nie przeszkadza, bo kler ze swojego przywileju korzysta z dużym umiarem. Dobrze to było widać w czasie smoleńskich uroczystości: biskupom wystarczyło to, że byli w centrum wydarzeń, nikomu z nich do głowy nie przyszło, by skorzystać z tej okazji dla celów misyjnych. Polski kler zabiega bowiem o swój prestiż i pozycję, a nie o religijne przesłanie. Zachowuje się jak ambitna grupa zawodowa, a nie jak rycerze wiary.

Jeżeli lubimy Kościół, powiemy, że jest on baldachimem rozpostartym nad polskim społeczeństwem. Jeżeli go nie lubimy, powiemy, że to jest narośl, która społeczeństwo przydusza. Jednak i w przypadku diagnozy baldachimu, i w przypadku diagnozy narośli, ich konkluzja okazuje się podobna – otóż ta silna pozycja Kościoła nie ma religijnych skutków. Mamy do czynienia z sytuacją, w której Kościół bije się o to, żeby uzyskać liczne przywileje, z których potem dla celów konfesyjnych nie korzysta. Na przykład bije się o to, żeby wprowadzić religię do szkół, a potem zupełnie lekceważy jakość jej nauczania. Kościół zdobył tak gigantyczne wpływy, że gdyby chciał, mogłyby one posłużyć do intronizowania państwa wyznaniowego. Ale Kościół tego nie chce. Poprzestaje na codziennych zabiegach o zdobycie środków na remont dzwonnicy czy odzyskanie kolejnego majątku. Jeżeli w ogóle kler coś buduje, to nie państwo wyznaniowe, ale garaże.

Można to potraktować jako zarzut. Można jednak dostrzec w tym mądrość. Polacy w absolutnej większości, poza wąską grupą środowisk wielkomiejskich, akceptują obecność Kościoła, ale tylko dlatego, że nie jest to Kościół religijnie wymagający. Gdyby jednak Kościół skorzystał ze smoleńskich uroczystości po to, żeby powiedzieć parę niepopularnych rzeczy na temat życia rodzinnego, gdyby zaczął twardo się wypowiadać w sprawie kapitalizmu, dzielenia się majątkiem z innymi itd., natychmiast zostałby przez Polaków zdefiniowany jako opresyjny. Mamy zatem symbiozę polegająca na tym, że kler dostał prawo funkcjonowania na samym świeczniku, ale za cenę swojego milczenia, za cenę samoograniczenia. Kościół jest instytucją potężną dzięki temu, że nie używa swojej siły. Kompletuje kolejne insygnia władzy, ale zachowa je pod warunkiem, że się nimi jedynie ozdobi, a nigdy z nich nie skorzysta.

Jakie z tego płyną wnioski? Na pewno zagrożeniem dla Kościoła, o czym mówił Tomasz Terlikowski, jest to, że w coraz mniejszym stopniu jest oparty na Bogu, w coraz większym stopniu sprowadza się do rytuału. Niektórzy nawet uważają, że polski Kościół już od dwóch wieków nie jest instytucją wiary, ale instytucją społeczną. Ta interpretacja sprawnie wyjaśnia brak procesu sekularyzacji w Polsce. Nie doszło do niej, ponieważ nie ma w Polsce gorących obrońców Pana Boga. W zachodniej Europie gorącą religijność zastępowała równie gorąca wrogość wobec Boga, co prowadziło do powstania żywotnej i agresywnej kultury laickiej, brutalnie wypychającej Kościół z życia publicznego. W Polsce nie było silnego katolicyzmu w wymiarze religijnym, więc modele odejścia od Kościoła też są letnie, to jest takie miękkie wypisywanie się z Kościoła, bez przechodzenia na pozycje wrogie.

Trudno postawić wyrazistą prognozę na przyszłość, ale wydaje się, że Kościołowi udało się zachować silną pozycję ze względu na pamięć jego wielkich czynów z ostatnich 200 lat. Jednak ta pamięć nie będzie trwała wiecznie. Klerowi grozi to, co kiedyś spotkało działaczy związkowych, w krajach, w których związki były bardzo silne. Przez kilka dekad siłą bezwładu zachowywali swoje znaczenie jako element lokalnej tradycji. A potem nagle je tracili, gdy pojawiała się nowa generacja niepamiętająca ich zasług i nierozumiejąca ich racji istnienia.

Jeżeli zatem Kościół miałby dłużej utrzymać pozycję, jaką ma dzisiaj, musiałby odświeżyć swój mandat, musiałby zaimponować Polakom swoją religijnością. Musiałby zrobić to, co proponuje Tomasz Terlikowski. Ale taki wybór jest zarazem wielkim ryzykiem. Nie dlatego, że przeciwnicy Kościoła podniosą wielki krzyk. Kłopot jest z katolikami: czy większość z nich nie uzna, że nie chce katolicyzmu, który tak dużo od nich wymaga, który zmusza do prawdziwie intensywnej wiary?

Poważny dylemat mają także ateiści. Gdy się obserwuje takich ludzi jak np. Magda Środa czy Adam Michnik, widać dwie różne strategie. Adam Michnik ma wyraźną świadomość słabości swojej intelektualnej formacji, wie, że kultura ateistyczna w Polsce niemal nie istnieje, że nie można tu zbudować systemu socjalizacji – choćby na najniższym poziomie – w oparciu o żywioł postoświeceniowy. Więc on potrafi zimno zdiagnozować polską alternatywę: albo katolicyzm, albo barbarzyństwo. Z tego powodu Michnik, choć religii chyba nigdy specjalnie nie lubił, od 20 – 30 lat ją akceptuje. Bo przecież nawet tak nielubiane na prawicy kreowanie sporu Kościoła otwartego i zamkniętego jest w swojej konkluzji pełną akceptacją dla religii.

Z drugiej strony mamy poglądy Magdaleny Środy, ostentacyjnie ateistyczne, będące żarliwą modlitwą o śmierć Boga. Jednak czy to środowisko jest do tej śmierci gotowe? Czy jest w stanie zapewnić, choćby na tak niskim, prymitywnym poziomie, jaki zapewnia Kościół, podstawową edukację etyczną, czy jest w stanie doprowadzić do wbicia do głowy wielu niemądrym dzieciom prostej informacji „nie rób złego, bo cię za to Bóg ukarze”. Wydaje się, że nie, bo kultura oświeceniowa w Polsce nie istnieje. W nieco innym kontekście od wielu dekad poruszał ten problem Bogusław Wolniewicz, mówiąc o racjonalności chrześcijaństwa, o tym, że z morza irracjonalnych poglądów, które zawsze będą dominować w każdym społeczeństwie, irracjonalizm chrześcijański jest najbardziej racjonalny, bo został przepracowany przez tak zimne umysły jak Tomasz z Akwinu. A miejsce upadającego chrześcijaństwa będą zastępować nie poglądy Diderota czy Russela, ale nowe gorące religie, przesądy, new age lub polityczne ideologie.

A zatem pytanie brzmi: czy polscy ateiści powinni pragnąć rychłego upadku katolicyzmu. Czy z punktu widzenia ateistów życie w kraju umierającego powoli Boga nie jest aby wygodniejsze i bezpieczniejsze? Czy jest sens dobijać Boga, który już nie jest groźny? Bo jest Bogiem liberalnym, nawet w kwestii wiary w samego siebie. Czy aby nie istnieje bardzo głęboki interes wspólny katolików i żywiołu oświeceniowego w tym, żeby utrzymać status quo?

Bronisław Wildstein przypomniał, że Europa jest miejscem wyjątkowym. To prawda. Wiemy generalnie, że z perspektywy ludzkich dziejów głód religii jest czymś bardziej naturalnym niż walka z religią. Ale jeżeli się zastanawiamy nad przyszłością polskiego Kościoła, to doświadczenie Irlandii i Hiszpanii jest dla nas znacznie istotniejsze niż doświadczenie silnej religii w Stanach Zjednoczonych. Ono nie przesądza, że religia w Polsce upadnie, jednak czyni tę hipotezę mocno prawdopodobną. Zgoda, że nic nie jest przesądzone. Możemy sobie wyobrazić sytuację, że zwycięstwo antyreligijnego oświecenia w Europie będzie jedynie epizodem w dziejach świata. I może także w dziejach Europy. Ale zanim będziemy wiedzieli, że to jest epizod, religii w Polsce być może już nie będzie. Albo będzie krzewiona od zera.

Nasza rozmowa nie prowadzi do łatwych, prostych konkluzji. Po śmierci europejskich Kościołów wiadomo, że chrześcijaństwo zmaga się z czymś, co jest dużo silniejsze niż ono, czego nie rozumie, czego my wszyscy nie rozumiemy. Natura sekularyzacji zachodniej ciągle jest zagadką. Ale mimo że polski Kościół trzyma się zdumiewająco mocno, to hipoteza gwałtownego załamania w przyszłości jest najbardziej prawdopodobna.

Co do silnego przywództwa. Ten postulat pojawia się zawsze, gdy jakaś instytucja przeżywa kryzys. Ale wzmocnienie przywództwa nie zawsze jest rozwiązaniem problemu. Warto przecież zauważyć, że dziś kłopotem polskiego Kościoła nie jest to, że nie jest wewnątrzsterowny, ale że gdyby uzyskał tą sterowność, nadal nie będzie wiedział, co ma z nią zrobić. Kościół bowiem zmaga się z losem. Z siłami przerastającymi nie tylko jego moc, ale i wyobraźnię.

Z tej perspektywy oglądany Kościół jest słabiutki. Podoba mi się określenie  „katolicyzm dryfujący”. On dryfuje właśnie z tego powodu, że istnieje ten dziwny kompromis, kiedy Kościół jest jakby rozsmarowany na rzeczywistości, niby potężny, ale z drugiej strony słabiutki, co jest korzystne dla establishmentu politycznego, dla letniego katolicyzmu większości Polaków, dla samego Kościoła – bo jest nieryzykowne. Również oficjalnym wrogom Kościoła to odpowiada, bo mogą krytykować jego pozorną siłę.

Czy lekarstwem jest przywódca, który pchnie ten Kościół do walki? Czy racjonalny przywódca poszedłby w stronę silnej deklaracji religijnej? Wcale nie mam pewności. Racjonalne dzisiaj, w momencie kiedy nie wiadomo, co dalej z tym zrobić, jest chyba raczej trwanie, wegetowanie, czekanie.

Lekkie szyderstwo Piotra Zaremby, że chwalę Kościół za to, w jaki sposób Kościół umiera, jestem gotowy przyjąć za opis moich poglądów. Wydaje mi się, że w momencie kiedy nie ma dobrego pomysłu, nie ma dobrej recepty, racjonalna jest ostrożność i dogadywanie się z realiami. Nie widzę też sensu, by udawać, że nowemu przywódcy uda się to, co nie udało się dziejowemu liderowi Karolowi Wojtyle. Bo to był przecież typ przywódcy, o którego wołają dziś liczni dyskutanci, jakby zapominając, że Wojtyła spektakularnie przegrał. Jego silne przywództwo nie przekuło się na przebudzenie religijne ani w Polsce, ani w Europie. Skalę porażki pokazuje fakt, że Wojtyła kilka lat po śmierci stał się w pamięci Polaków głównie cepeliowskim ojcem narodu, autorem gawęd o kremówkach i kajakach.

Ale przyznaję też racje Zarembie, że w tej dyskusji nie występuje w roli osoby, która życzyłaby Kościołowi wielkiego przebudzenia. Nie chciałbym żyć w kraju, w którym Kościół odniósłby zbyt duży tryumf. Nie chciałbym, aby Kościół przeszedł do ofensywy, żeby jego prymasem został np. Tomasz Terlikowski. Czuję sympatię do polskiego Kościoła takiego, jakim jest dzisiaj. Nie dlatego że biernie idzie na śmierć i w ten sposób się do tej śmierci przyczynia. Ale dlatego, że czeka na los, unikając kompromitujących zachowań. To instytucja, która ma wielki dorobek, wspaniałą historię i dziś w chwili próby dramatycznie słabe elity. Dlatego dziś pozostaje mu czekać na kolejne, lepsze generacje.

—————

Bez mojego komentarza

Reklamy

Responses

  1. Kościół zdobył tak gigantyczne wpływy, że gdyby chciał, mogłyby one posłużyć do intronizowania państwa wyznaniowego. Ale Kościół tego nie chce.

    Hm, a jak nazwać usiłowania wprowadzenia katolickich poglądów do prawodawstwa i nawet do Konstytucji?

    zapewnia Kościół, podstawową edukację etyczną, czy jest w stanie doprowadzić do wbicia do głowy wielu niemądrym dzieciom prostej informacji „nie rób złego, bo cię za to Bóg ukarze”.

    No właśnie wydaje się, że Kościół właśnie kompletnie nie potrafi tego zapewnić. Ateistyczne Czechy, kraj jeszcze sto lat temu głęboko religijny, mają znacznie mniejszą przestępczość i „kombinatorstwo”, żeby przywołać tylko naszych najbliższych sąsiadów.

    Wspomniana religia w szkole wykorzystywana jest chyba tylko do ograniczenia myślenia młodych ludzi. W tym kontekście wyjątkowo celnie brzmi ten wywiad:
    http://archiwum.polityka.pl/art/nie-ma-szczescia-bez-myslenia,380053.html

  2. Powiem Ci Jurgi, że ten tekst mnie zafascynował, gdyż cokolwiek by się nie napisało na ten temat, to … będzie się miało rację. Piszesz np.: „Wspomniana religia w szkole wykorzystywana jest chyba tylko do ograniczenia myślenia młodych ludzi” – a ja np. twierdzę, że lekcje te prowadzą do ateizmu nihilistycznego. Będąc osobą niewierzącą i jednocześnie usiłującą za wszelką cenę zachować obiektywizm – muszę stwierdzić, że tekst Krasowskiego zafascynował mnie.

  3. Tak, jak nie ma stereotypowego Francuza – kolaboranta, tak i kościół rozpadł się ideologicznie, więc żadne generalizacje tu nie pomogą. Nawet na poziomie Episkopatu występuje znaczne rozedrganie – jedni popierają wojnę Tadeusza Rydzyka z obecnym kształtem Państwa Polskiego, inni się dystansują od jego wybryków. Trudno zatem powiedzieć, że w dziedzinie ideologii kościół to, czy kościół tamto. Natomiast w kategoriach ekonomicznych kościół jednoznacznie i skutecznie dba o swoje interesy.

  4. Kościół polski to wydmuszka. Brak tylko chętnego, który mógłby ją bez wysiłku skruszyć. Ale mam nadzieję, że się taki znajdzie.

  5. Ja po raz chyba piąty powtarzam Tes Tequ, że nigdzie nie napisałem, że wszyscy Francuzi są kolaborantami. Ale wszyscy poznani Francuzi byli mitomanami na temat wielkości Francji i jej zasług w pokonaniu Hitlera.
    To nie jest tak Kartko, wbrew pozorom nie jest to martwa instytucja, jeszcze dużo wody upłynie, zanim zgaśnie. Ale nawet na ten temat też zgadzam się z Krasowskim – co dalej? Autor słusznie zauważa: „A miejsce upadającego chrześcijaństwa będą zastępować nie poglądy Diderota czy Russela, ale nowe gorące religie, przesądy, new age lub polityczne ideologie”. Zresztą cały ten fragment jest dla mnie najważniejszy i najfajniejszy.

  6. Ja jednak uważam Torlinie, że to wydmuszka – forma pozbawiona treści. Ale wniosek o upadającym chrześcijaństwie jest nieuprawniony. Przecież życie nie znosi próżni i na miejscu jałowego, formalnego kk powstanie coś innego – coś co zaspokoi ludzką potrzebę metafizyki. Co to będzie nie wiem. Ale nie napawa mnie ta niewiadoma lekiem bowiem lubię zmiany

  7. A ja, Torlinie, Ci odpowiadam, że w moim świecie nie ma „wszystkich” Francuzów czy Serbów, „wszystkich” księży i „wszystkich” blogerów. Każdy jest inny. Dominique, Janko, ksiądz Mateusz i Torlin to osoby z krwi i kości, które mogą być bliskie popularnym stereotypom lub wręcz przeciwnie. Statystycznie można doszukiwać się pewnych prawidłowości, ale nie ma to żadnego związku z charakterystyką indywidualnych osób.

  8. No, witam 🙂

    Mi też spodobał się ten fragment o upadającym chrześcijaństwie i jego zastępowaniu przez inne religie. Jednak po chwilowej refleksji zaczynam mieć wątpliwości, co do tego przypuszczenia.
    Czy człowiek ma potrzebę metafizyki? Zaryzykował bym tezę, że po opuszczeniu szkoły i rodziców zostaje pustka, bo człowiek poddawany dyrektywnemu wychowaniu raczej nie jest wewnątrzsterowny. Pójdzie do kościoła to na niego pokrzyczą, pochwalą go (w zależności od dnia), załapie okazję do plotek, pochwali się nowym zakupem w galerii i poprosi bozię o wypłatę i zdrówko. Gdyby istniała jakaś potrzeba metafizyki, czyli jak rozumiem spotkania z absolutem, wykraczająca poza chwilę westchnienia „matko boska pomóż” raz czy dwa w miesiącu, to zakładając, że połowa katolików do kościoła chodzi rzadko albo wcale, już dziś istniało by zjawisko rozrastających się innych ruchów religijnych.

  9. Dru, to Ty ? Naprawdę?

  10. @telemach
    We własnej cyberosobie. :mrgreen:

    Przeglądając komentarze do Twojego ostatniego posta nabrałem ochoty aby zaglądnąć również do Torlina.
    Tam duża ilość łacińskich słów, poziom dyskusji oraz wrażenie, że i tak nie powiem czegoś co jeszcze nie zostało powiedziane powstrzymały mnie od wypowiedzi 🙂

    To podwójne zaprzeczenie na prawdę potrafi sprawić mi kłopoty…

  11. Dru’
    Ale potrzeba metafizyki niekoniecznie musi się wyrażać w organizowaniu jakiś religijnych struktur czy wspólnot. To również droga samotnych, indywidualnych poszukiwań. Z moich obserwacji wynika, że wielu ludzi wybiera tego typu poszukiwania metafizyki.

  12. Dru’!
    Będziesz bywał częściej? Nawet link przy Twoim nicku prowadzi do wpisu z 2010 roku. Nie wstyd Ci? 😀
    Dzięki wszystkim za komentarze, ciężko się odnieść do nich, bo każdy z Was ma na swój sposób rację.

  13. Torlinie, ciężko zgadnąć, z tym bywaniem. Nie obiecuję. Co do wpisów to umysł zaprzątają mi problemy dnia codziennego i refleksji z nich niewiele, albo są oczywiste.
    No i jak to mówił Tuwim (podobno): ‚Błogosławieni ci, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie oblekają tego faktu w słowa’

    Kartko, wyraziłem się nieprecyzyjne. Z Twoim komentarzem się zgadzam. Mam natomiast wątpliwości co do przekonania Krasowskiego, że ludzie muszą wierzyć w jakąś religię. W jego wypowiedzi, którą przytoczył Torlin tkwi założenie, że ludzie muszą wyznawać jakąś religię. Gotów jestem zaryzykować tezę, że nie muszą. Ten niepokój metafizyczny można równie dobrze utopić w wieczornym kuflu piwa, pisaniu bloga, zakupach, wakacjach w Egipcie, wizycie w muzeum lub kinie, rozmowie z przyjacielem, etc.
    Podpieram swoją tezę faktem, iż rzeczywiste (nie licząc świąt) odejście od Kościoła połowy lub więcej zadeklarowanych katolików nie zaowocowało wzrostem wiernych w innych Kościołach.

  14. No i walnąłem byki. Wierzyć w religię oczywiście się nie da, a powtarzać podobnych zwrotów się nie powinno. Sorry. 🙂

  15. Mam cichą nadzieję, że to nie było o mnie (z tym Tuwimem) 😦

  16. Torlinie, nie, nie, w żadnym razie. To było o mnie. 😀
    Skąd Ci takie skojarzenia do głowy przychodzą?

  17. Cichą nadzieję to możemy mieć wszyscy. Te blogi to jakaś podejrzana sprawa, dorośli ludzie w swym czasie wolnym, a może nawet w pracy to robią. Niektórym tylko uda się pozbyć nałogu, przypadek Dru’ wskazuje jednak niedwuznacznie, że nawroty choroby są możliwe nawet po długim okresie powrotu do zdrowia.

  18. Racja. Choroba zwie się „nie dajmy się zwariować”.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: