Napisane przez: torlin | 26/08/2011

Prawdziwa Toskania z Japończykami w tle

Toskania, Cortona – miasto na stoku Val di Chiany, zdjęcie STĄD

Przygotujcie się na najgorsze, macie przed sobą maraton wpisowy (dopuszczalne jest użycie skrola :P). Za nic nie mogę tego artykułu znaleźć w sieci. Jest to wywiad Agnieszki Sowińskiej z Dariuszem Czają, antropologiem kultury pt. „Weź i czytaj”, zamieszczony w nr 30/2011 „Dużego Formatu” Gazety Wyborczej. Oto istotne fragmenty (a dokładniej mówiąc pierwsza mniej więcej ćwiartka artykułu):

AS – „gdzieś dalej, gdzie indziej” to książka o pana podróżach po południowych Włoszech – Apulii, Bazylikacie (szczerze mówiąc, rzadko spotykane spolszczenie – „Bazylikata” – ale ładne – dop. Torlin). Nietypowe. Nie kusiło pana raczej opisanie Toskanii?

DC – Zupełnie nie. Toskanię przykryła politura banału. Nie mogę już czytać o niej, na wspomnienie tej konfekcji toskańskiej mam odruch wymiotny. Te wszystkie „Domy w Toskanii”, „Winnice w Toskanii”, „Mądrości Toskanii”, „Słońca Toskanii” i nie wiem, co tam jeszcze. Mimo wszystko kupuję i zbieram te dziwności.

AS – Bo?

DC – To wiarygodne świadectwo potocznego myślenia, naszych elementarnych pragnień i tęsknot. Do tego stopnia temat popularnej Toskanii wzbudził we mnie czujność badawczą, że parę lat temu poprowadziłem u siebie na UJ dwuletnie seminarium pt. „Podróż włoska”. Czytaliśmy przez pół roku tylko jedną książkę. Tak metodycznie, z cyrklem i linijką, a czasem z obcęgami w ręku. Było to „Pod słońcem Toskanii” amerykańskiej pisarki Frances Mayes. Wyjątkowy paw. Zdaje się zresztą, że to od tej książki zaczęła się cała ta toskańska zaraza. Zyskała ona niestety ogromne uznanie czytelnicze. Ta nieszczęsna kobieta zamieszkała w opisywanej przez siebie Cortonie (dostała nawet honorowe obywatelstwo miasteczka) i napisała kolejną książkę, i kolejną.

AS – Nie przesadza pan z tą niechęcią?

DC – Że niby zazdrość przeze mnie przemawia? Złapała mnie pani. Tak, też bym chciał być honorową obywatelką Cortony. To jest zła książka, bo zrobiona wyłącznie z prefabrykatów wielokrotnego użytku. Czytając ją detalicznie, złapaliśmy autorkę nawet na tym, że przepisuje fragmenty z przewodnika. A przepisuje, bo nie ma o tym świecie kompletnie nic do powiedzenia.

Ale dzięki temu to fantastyczny materiał do badań nad współczesną mentalnością. No bo o czym jest ta książka? Oczywiście o zrealizowanym szczęściu, o tym, że jest ono na wyciągnięcie ręki. Że wystarczy tylko pojechać do tej Toskanii, kupić stary dom czy zrujnowaną stodołę, a cała reszta (w tym mężczyzna życia) już sama przyjdzie. O tym, że parę złotych taki domek kosztuje – już ani słowa. Piękna konsolacyjna opowieść dla steranych życiem kobiet w średnim wieku. Nic bym pewnie do książki nie miał, gdyby nie to, że otworzyła ona tamę. Naprawdę ciężko już znieść tę popularną toskańską narrację, bo teksty tego rodzaju to już naśladowanie naśladownictw. Widać, że parę osób zrozumiało, że na tę wędkę można coś złapać, i tłuką te kawałki bez opamiętania. Nawet polskie mutacje już się pojawiły.

AS – Polskie bestsellery – o „domach nad rozlewiskiem” – opierają się na podobnym micie.

DC – Otóż to. Odkreślić „poprzednie życie” grubą kreską, kupić stodołę, przerobić na dom, zacząć szczęśliwą i pełną sukcesów „nową egzystencję”. A to właśnie Mayes dała hasło: zrób to sam, czyli zrób sobie Toskanię i zarób jeszcze przy okazji parę złotych.

Z tych książek nie dowiemy się niczego o dzisiejszej prawdziwej Toskanii. Ci autorzy tak sobie rześko pitolą, że słońce, że wzgórza, że jedzenie, że wino. Rajska szczęśliwość. Dlatego te książki się znakomicie sprzedają. To nie przypadek. Nikt tego ludziom kijem nie wciska. A później hordy autobusów jeżdżą w te same miejsca. Byłbym szczęśliwy, gdyby ktoś kiedyś opisał dzisiejszą Toskanię, ale bez tych retuszów i klisz. Kto opisze drobiazgowo wycieczkę Japończyków w San Gimignano, porozmawia z nimi, dowie się, co oni z tej wycieczki mają? To byłby dopiero kopernikański przewrót w toskańskiej narracji”

————–

A mnie się ciśnie na usta tischnerowskie „gówno prawda”. Ten wywiad jest najprawdziwszą manipulacją, budzi we mnie – że zacytuję autora – „odruch wymiotny”. Jest najpiękniejszym przykładem, jak mając rację w wielu sprawach  można to schrzanić ubierając ją w słowa (argumenty). Aż tyle spraw się kojarzy, że nie wiem, od czego zacząć:

1. od dawna buntuję się przeciwko – nazwałbym to – udokumentowania wszelkich fabuł, zarówno filmowych, jak i książkowych. Ile już razy pisałem, że autor ma prawo mieć w wielkim poważaniu prawdę, a tak dokładniej – „jak było naprawdę”. To jest jakaś epidemia, przecież olbrzymia ilość dzieł i filmowych i literackich opiera się na fikcji, plotce, przekłamaniu, czasami dziwnych poglądach autora. Nie wiem dlaczego, ale skojarzyło mi się to ze słynną sprawą związaną z filmem „Przygoda” Antonioniego. Szybciutko o sprawie: grupa młodych i bogatych Rzymian urządza sobie wycieczkę łodzią na bezludną wulkaniczną wyspę blisko wybrzeża Sycylii. Młoda kobieta o imieniu Anna oddala się od grupy i znika bez śladu. Przez całą resztę filmu wszyscy jej szukają, łącznie z jej kochankiem Sandro. I do końca filmu nie wiadomo, co się z nią stało. Ale była awantura podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes, „Przygodę” przyjęto na festiwalu gwizdami, buczeniem i gremialnym opuszczaniem Sali. „To skandal, to jest lekceważenie widzów, dlaczego sprawa Anny nie została wyjaśniona?”. Tymczasem film był nie o Annie, tylko o Sandro, o zaniku uczuć i ich powierzchowności.

2. Zastanawiam się, czy można przy tej książce narzekać na komercjalizację literatury? Brakuje mi tu Św. P. Defendo, ona była uczulona na te objawy. Czy można zarzucać autorce, że pisze dla ludzi, wyraża ludzkie tęsknoty i pragnienia? Chęć zmiany absolutnej swojego dotychczasowego życia jest chyba charakterystyczne dla nas wszystkich, nie ma człowieka, któremu od czasu do czasu nie zaświta myśl, aby to wszystko zostawić i rozpocząć swoje życie od nowa. To przypomina mi ataki na Maya, że obraz Indian jest nieprawdziwy (białych zresztą też), a tak w ogóle to on w życiu nie widział Indianina. I co? Miliony chłopców zaczytywało się w przygodach szlachetnego Apacza i jego białoskórego przyjaciela. Książki pełne przyjaźni, dobroci i szlachetności bohaterów, a jednocześnie przyprawione dzikością i tajemniczością, wzbudziły entuzjazm na całym świecie. Pamiętajcie, nie można rozpatrywać dawnych dzieł w oderwaniu od czasów, w których powstały. Mamy Sienkiewicza, Matejkę, a przecież i całą literaturę harlequinowską, która opiera się na takich samych tęsknotach, tym razem kobiet – za miłością, wielką, bezgraniczną, z księciem o wielkiej fortunie. A „Czterej pancerni”? Wojna, miłość, przyjaźń, przygoda.

3. Artykuł ten ukazuje również kryzys polskiej nauki. „Czytaliśmy przez pół roku tylko jedną książkę”, dwuletnie seminarium, aby udowodnić, że pani Mayes nie ma racji. A zamiast seminarium wystarczyło wejść w Google i przeczytać, że pani Mayes naprawdę kupiła dom w Toskanii mieszka razem z mężem na zmianę w San Francisco i w Cortonie we Włoszech. Naprawdę, nie ma inteligentniejszych tematów, na które mogą być przeznaczone granty? Przecież to jest chore.

4. Wszystko co popularne to jest z zasady i z natury złe. „A później hordy autobusów jeżdżą w te same miejsca” – pytam się, co w tym złego. Ludzie jeżdżą na Baker Street 221 b, śladami Templariuszy z „Kodu” czy przechodzą przez Alpy śladami Hannibala. Mnie może to nie odpowiadać, ale dlaczego z poczuciem wyższości mam patrzeć na tysiące turystów idących asfaltem do Morskiego Oka, aby popatrzeć w tłumie na charakterystycznego Mnicha? Jak chcę samotności to wystarczy, abym zszedł do Schroniska w Dolinie Roztoki.

5. Czy prawda nas wyzwoli? Czy jeżeli pokażemy prawdziwe życie w Toskanii (pewnie nudne jak cholera), to będziemy bardziej usatysfakcjonowani? Pokażmy prawdziwych kowbojów, prostackie łby kładące się w butach do łóżka, Indian umierających w wieku 25 lat, piechotę I Armii z rozszarpywanymi ranami, dwór Ludwika z siusiającymi panami w sali balowej za słupem. I co? Poczujemy się lepiej? „Kto opisze drobiazgowo wycieczkę Japończyków w San Gimignano, porozmawia z nimi, dowie się, co oni z tej wycieczki mają? To byłby dopiero kopernikański przewrót w toskańskiej narracji”. Bzdura, nie będzie nawet wspomnienia, już nie mówiąc o „przewrocie”. Nikogo to nieciekawi, prawda jest ważna w filmach przyrodniczych i dla wybrańców w filmach specjalistycznych. Reszta chce żyć złudzeniami.

Ja osobiście nie mam nic przeciwko temu.

No! Logosie! Pod względem długości wpisu to się chyba w Ciebie zapatrzyłem. Albo w Defendo. Strasznie mi jej brakuje.

Reklamy

Responses

  1. Naukowiec zajmuje się grantami, człowiek czynu – granatami.

    A propos granatów – ze zdziwieniem słucham płynnej angielszczyzny, jaką mogą pochwalić się „powstańcy” libijscy, wypowiadający się przed kamerami światowych mediów na gruzach domu Kadafiego…

  2. A dlaczego wyraz „powstańcy” dałeś w cudzysłowie? Też jesteś zwolennikiem spiskowej teorii dziejów?

  3. Czy jestem zwolennikiem spiskowej teorii dziejów? W dawnych czasach spiski były banalnymi intrygami pałacowymi. Teraz zasięg działania jest globalny, a brzęczące owoce trudne do policzenia. W przypadku Libii jest wielu chętnych, żeby zaopiekować się pierwszym łupem – 60 miliardami dolarów odebranymi Kadafiemu. Chyba schyliłbyś się nawet po jeden promil tej sumy?

  4. Nie. Mam swoje pieniądze.

  5. Torlin!
    Ta ambicja cię zeżre!
    A nie przydałoby ci się troszkę więcej tych pieniędzy 😉
    U mnie ze schylaniem zawsze były problemy… kręgosłup miałam prosty i taki mi został. Do dziś się nie garbię!
    Rozumiem cię dobrze. Też nie liczyłam na cuda nad portfelem i nie kłaniałam się nikomu. Do dziś zbieram zasłużone bęcki 😆
    A tak w ogóle, to dzisiaj we Wrocławiu święto!
    Oddano do użytku Most Rędziński – głosowałam na tę nazwę!
    No i pan premier obiecał, że obwodnica Wrocławia nie będzie autostradą i będzie bezpłatna!!! Skończy się koszmar TIR-ów, jadących kolumnami przez miasto. Będzie ciszej i bezpieczniej.
    http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/8,87947,10174375.html

  6. Szczęście jako rewolwer przyłożony do skroni – tak mi się kojarzy kupno domu w Toskani i zanurzenie w trwaniu.

  7. @TesTequ:
    wiadomo, że do kamery wysyła się tych, co mówią po angielsku. Wiadomo też, że to pewne zafałszowanie obrazu, bo za językiem często idzie jego kultura.

    @Torlin:
    1. Nosz… stawiasz sprawę na ostrzu noża. To nie jest nigdy tak do końca. Fabuła filmowa (literacka, itp.) to zawsze jakaś fikcja; ale z drugiej strony, fikcja osadzona w jakiejś rzeczywistości. Ile fikcji, ile rzeczywistości, to wybór autora. I wybór krytyka 😉
    2. Komercjalizacja a „Pod słońcem Toskanii” — znowu kwestia gustu. Jako mały chłopiec czytałem z przejęciem Sienkiewicza. Teraz, wracając, wściekałem się na lejący się ze stron Trylogii kicz i schlebianie niskim gustom czytelników.
    Żebyśmy się dobrze zrozumieli — tak nie krytykuje się zwykle takiego związku, że ‚produkt kulturalny X jest dla Y’, na przykład: „Sienkiewicz jest dla nastolatków”; „Rubik to niezła popkultura”, itp. Tu chodzi o przycinanie nadmiernych ambicji, na mówienie, że Rubik to następca Handla, a Sienkieiwcz był wielkim pisarzem dla dorosłych. I tak odbieram Dariusza Czaję — książka jest krytykowana, jako fałszująca rzeczywistość, bo DC uznał, że traktuje się ją, jako obraz rzeczywistości; a nie fikcję.
    Nawiasem mówiąc — bardzo chętnie się zgadzam z krytykami literackimi, które wskazują na tworzenie w gatunku fantasy ekonomicznego. Mnie to potrafi zirytować bardzo mocno…
    3. Z „3” nie mam zamiaru dyskutować — żaden z nas nie jest literaturoznawcą.
    4. To AS podpuszcza DC pod temat. Choć fakt, daje się niezwykle łatwo podpuścić 🙂
    5. Czy prawda nas wyzwoli?
    5.a. Zdanie o wyzwalaniu przez Prawdę pochodzi z Biblii, gdzie w oryginale nie było podpowiadających dużych i małych liter, za to gdzie Bóg uchodził za „Prawdę” i „Boga prawdy”, co oznaczało, że Bóg zachowa i wypełni swoje obietnice. (BTW. To Jezus mówi o sobie, że jest „Prawdą”.) Czyli: to oczywiste, ze prawda wyzwala, „prawda” to bowiem Bóg, który obiecał wyzwolenie i o swojej obietnicy przypomina.
    5.bInną rzeczą jest natomiast prawda psychologiczna (ech…znowu prawda), która mówi, że czasami, po kłamstwach i w zagubieniu, należy „po prostu” uwolnić prawdę, a to oczywiści atmosferę. Ale to coś zupełnie innego.
    5.c. Prawda a sztuka — tu znowu wracamy do punktu 1 — sztuka to zawsze mieszanka prawdy i fikcji. I więcej — przez sztukę przetaczają się kolejno mody bawienia się w fikcję i odkrywania prawdy. Być może bardziej popkultura fascynuje się fikcją obecnie (miłość do fantasy…), podczas gdy krytycy wciąż żyją wartościami werystycznymi.

  8. PAKu!
    1. Dla mnie sprawa jest jasna, nie można wobec żadnej powieści ani filmu powiedzieć, że „to nie było tak”. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że istnieją wyjątki, jak „Najdłuższy dzień” czy „O jeden most za daleko” dla przykładu, gdzie autora za odstępstwa od faktów (realiów) można (albo należałoby) powiesić. Ale najczęściej dotyczy to tzw. fabularyzowanych dokumentów, a nie normalnych powieści. Szczególnie, że autorka naprawdę kupiła ten dom i tam mieszka. Skąd zatem krytyk wie, że to nieprawda?
    2. Ależ to jest najważniejsza rzecz w tym wywiadzie, a Ty mi tutaj atakujesz mojego ukochanego Sienkiewicza :D. Kochany krytyk jest z tej serii „prawdziwych inteligentów”, którzy dzielą sztukę na wyższą i niższą, a tę drugą traktują w sposób obraźliwy. Musi być wszystko zgodne z faktami, nieściągane, pozbawione kiczu i popkultury, wspaniale skonstruowane, niedziałające na emocje niższego rzędu. A ja się pytam – dlaczego? Sam jestem tego doskonałym przykładem, czytam rzeczy bardzo trudne i uwielbiam sztukę przez duże „S”, a jednocześnie uwielbiam Sienkiewicza, znam Trylogię na pamięć, tak jak Sapkowskiego. I „Pod słońcem Toskanii” przeczytałem (i obejrzałem) z wielką radością.
    3. To jest też ważne. Można oczywiście stworzyć seminarium na temat tworzenia klisz sentymentalnych w powieściach, powtarzalności kreowania nowego życia w obcym środowisku na innym kontynencie, czy też o zderzeniu kultur; ale też można zacząć badać dla mnie o wiele bardziej ciekawe tematy, skąd u ludzi takie powszechne pragnienie zmiany swojego dotychczasowego życia. Półroczne śledzenie każdego wyrazu w normalnej powieści przez naukowców dla mnie jest chore.
    4. Ale „A później hordy autobusów jeżdżą w te same miejsca” to on sam powiedział, i to jest część punktu drugiego. Ja jestem wyżej niż ta cała swołocz, ja patrzę na życie szerzej, prawdziwiej, a ta cała reszta to jakaś bezmózgowa magma, tocząca się zgodnie ze swoimi najniższymi instynktami. Tak myśli nasz autor, i tak myśli bardzo wielu ludzi z inteligencji. Wiem, co mówię, byłem taki na studiach, tak samo nieprzejednany.
    5a. PAKu Drogi, po co Ty mi piszesz o Biblii? Jak napiszę, że nasz autor nie powinien przejść przez ucho igielne weryfikacji uczelnianej, to Ty mi zacytujesz Św. Mateusza, a jak przez przypadek napiszę, że mówić trzeba prosto, a myśleć w sposób skomplikowany – nie na odwrót – to Ty wspomnisz o Franzu Josefie Straußie?
    5b.Weryzm. Jak napisałem, w powieściach i filmach obowiązkowy jedynie przy fabularyzowanych dokumentach. A poza tym? Kiedyś napisałem notkę, że właściwie coś takiego jak prawda obiektywna nie istnieje. I to jest prawda ;).
    Piotrusiu!
    Jest wolny wybór, możesz nie kupować domu w Toskanii. 😛

  9. Torlin:

    „A później hordy autobusów jeżdżą w te same miejsca” – pytam się, co w tym złego.

    A Interesuje Cię odpowiedź? Czy już wiesz, że nic?

  10. pak4 pisze: wiadomo, że do kamery wysyła się tych, co mówią po angielsku. Wiadomo też, że to pewne zafałszowanie obrazu, bo za językiem często idzie jego kultura.

    Sedno tkwi w odpowiedzi na pytanie, kto ich wysyła przed te kamery!

    A może po prostu przyjechali razem z ekipami telewizyjnymi…

  11. Ja mam z Tobą Telemachu od pewnego czasu kłopot, i chyba sam to zauważyłeś. Nie łapię Twoich myśli. Bo jeżeli podejdziemy do Twojego krótkiego wpisu rzetelnie – to po prostu się ze mną zgadzasz, że nic. Ale – jeżeli to jest ironia…
    Nie mogę zrozumieć tego zawsze poczucia wyższości pasjonatów nad zwykłymi „zjadaczami chleba”, i to dotyczy właściwie każdej sfery życia. Przez lata zbierałem po 1 pieniążku z każdego kraju świata, prawdziwi numizmatycy tłumaczyli mi, że to jest bez sensu, bo prawdziwa numizmatyka… Człowiek sobie zrobi uproszczone polskie spaghetti carbonara, wielbiciel kuchni włoskiej natychmiast zaripostuje, że to jest szkalowanie oryginału itd.
    Jak pojechałem na Saharę, to nad słonym jeziorem w tym samym miejscu zatrzymywało się sporo autokarów. W ogóle to mi nie przeszkadzało, jak chciałem samotności, to wystarczyło, że odszedłem 50 metrów na bok.

  12. Tes Tequ!
    Jesteś zwolennikiem spiskowej teorii dziejów? Bo np. zauważyłem, że w Tunezji znajomość języków obcych stoi na wysokim poziomie (z tym że tam – francuski).

  13. W mojej pamięci utrwalił się obrazek znad Morskiego Oka, gdzie dowożono autokarami wycieczki górników, aby popatrzyli na góry. Oni wysiadali z autokaru, szli na pomost i wrzucali do wody półlitrówki, uwiązane na sznurku…
    W tym czasie baby szły do schroniska, aby zakupić pamiątkę z wycieczki 🙂
    Kiedy wracały, wódka była zimna, można było wyciągnąć kanapki i posiedzieć sobie, jak słonko grzało na pomoście a jak nie grzało, to w autokarze 😀
    Kilku młodszych ruszało ambitnie na górską wyprawę. Zdobywali kawałek buli na trasie na Rysy, po czym prędko wracali, żeby się jeszcze na kanapki załapać. Pewnie zbiorowe wycieczki do różnych miejsc wciąż wyglądają podobnie, tylko się akcesoria zmieniają. Idziemy z postępem!
    Teraz wpadają pewnie na jakiegoś hot doga 😆

  14. @Torlin
    Ponieważ metauwaga telemacha nieco podkopała moją gotowość do dyskusji, mam jedynie pytanie dlaczego uważasz, porównanie „hordy autobusów” do domowego spaghetti za adekwatne. Ów posiłek pasował by do sytuacji w której ktoś przeczytawszy „Pod słońcem Toskani” wpadł na pomysł wcielenia pomysłu bohaterki w życie i spotkał się z zarzutem, że jego przygody są zdecydowanie mniej ciekawe.
    Tymczasem horda autobusów pasuje mi to kogoś kto twierdzi, że poznał kuchnię włoską bo zjadł BigMaca we Florencji. Do tego z pasją opowiada, iż sos jest bardziej wyrazisty, a sałata bardziej krucha.
    Co w tym złego?

  15. Ad prawdziwa sztuka i sztuka nieprawdziwa, bez sęsu, sztuka może być dobra lub zła, literatura też, od romantyzmu podział na tzw. kulturę wysoka i niską troszkę już sensu nie ma lub ma niewiele.

    ad 2-letnie seminarium

    A co w tym zlego?badanie jednej książki może być pasjonujące, nie widzę problemu, Myślę, że czasem to nawet znacznie ciekawsze niż czytanie setek ksiązek i powierzchowne ich omawianie.

    ad hordy autobusów z turystami

    Troszkę, fakt, śmieszy elitaryzm pisoczących na turystów, de facto wszędzie (przy odrobinie dobrej woli) da się znaleźć miejsca ciekawe, wolne od turystów, nieznane, w Toskanii pewnie też.
    Ubolewanie nad tym, że panie, turyści sie rządzą, to trochę w stylu jęczenia, jaka ta młodzież jest zła. Przeciwproduktywne.

    pzdr

  16. P.S.

    trochę jeszcze na marginesie a propos „Prawda nas wyzwoli” itd, nigdy nie byłem zwolennikiem tego twierdzenia, ba uważam, że niejednokrotnie hołdowanie jemu może być szkodliwe.
    Wolę jednak złudzenia, co więcej, zycie bez złudzeń byłoby straszne i smutne.

  17. jakiś dziwny ten twój tekst torlinie.
    Ja zrozumiałem, chciałbyś do ułudnej toskanii i źeby jeszcze odmieniło ci się życie. ale to trzeba zaraz wołać” gówno prawda!”, gdy ktoś mówi, że to iluzja i gówno prqwda? Nie wiem…

  18. Nelu – wcześniejsze wyprawy księdza Stolarczyka lubTytusa Chałubińskiego miały podobny przebieg, a huku z petard ile było – widac górskie wyprawy wymagaja stosownej oprawy. (magia gór działa ?).
    Torlinie po zakupie trzeba uzasadnić bliźnim, a szczególnie sobie kupno czegoś zupełnie niepotrzebnego. (być może książkowa forma uzasadnienia daje nadzieję na zwrot kosztów kupna domu w nudnej okolicy :D)

  19. To nie jest spiskowa teoria dziejów, lecz zaduma nad faktem, że nagle, po 30 latach uciemiężenia Naród Libijski, za przykładem Narodu Tunezyjskiego i Egipskiego, a przed Syryjskim, budzi się do walki o wolność. Co ja mówię „budzi się” – dostaje do ręki broń i wsparcie z powietrza…

    A 60 miliardów dolarów zostaje zamrożone. I wróci, ale w postaci broni i usług doradczych…

    Oprócz mnie widzi to też Hugo Chavez, który właśnie podjął decyzję o przewiezieniu do Wenezueli 211 ton złota, które do tej pory było zdeponowane w Londynie…

    Można zamknąć oczy i nie widzieć związku.

  20. „Ja mam z Tobą Telemachu od pewnego czasu kłopot, i chyba sam to zauważyłeś. Nie łapię Twoich myśli. Bo jeżeli podejdziemy do Twojego krótkiego wpisu rzetelnie – to po prostu się ze mną zgadzasz, że nic. Ale – jeżeli to jest ironia…”

    Zupełnie niepotrzebnie. Ten kłopot. Nie rozpatrywałem jeszcze niczego pod kątem zgadzania się. lub niezgadzania. Najzwyczajniej zauważyłem pytanie podlepione do odpowiedzi wykluczającej jakiekolwiek miejsce dla wątpliwości. Więc pewnie było retoryczne. Tak mi wychodzi. Gdyby było jednak pomyślane jako punkt wyjścia dla wymiany poglądów ( wymiana polega na tym, że dajemy jedno, a w zamian dostajemy drugie – z reguły nie wymieniamy tego samego na to samo, bo to jest samogwałt na zdrowym rozsądku), a zatem zakładało ciekawość tego jak może być, a nie tylko chęć głoszenia jak jest – to proszę o sygnał. Temat jest interesujący. Nad wyraz. A hordy autobusów? Co w nich jest złego? To chyba zależy od punktu widzenia, nie sądzisz? Z punktu widzenia producentów autobusów – na pewni nic. Z punktu widzenia ofiar tego procederu – na pewno coś. Nie piszesz, czy uwzględniłeś w swoich rozważaniach jakiś inny punkt widzenia poza swoim własnym. Uwzględniłeś?

    t.

  21. Nelu!
    To są zamierzchłe czasy. Już takich wycieczek nie ma.
    Grzesiu!
    Ad 1 – ten podział w dalszym ciągu jest, chociażbyś nie wiem, jak zaklinał rzeczywistość. „Żono moja, serce moje” jednak się różni od „Traviaty” (i publiczność słuchająca również).
    Ad 2 – Grzesiu – bzdura. Seminaria mają poruszać (próbować analizować/rozwiązywać) problemy, a nie szukać błędów w popularnej książce.
    Ad hordy – tu się akurat zgadzam.
    Dru’!
    Przeanalizujmy ten przykład. Czaja twierdzi, że autorzy tak sobie pitolą, a później hordy autokarów jeżdżą w to samo miejsce. To jest robienie z ludzi idiotów i wywyższanie się całkowicie bezpodstawne. Ale jednocześnie zaznaczam, że w komentarzu o spaghetti nie mówiłem o hordach autokarów. W dalszym ciągu nie widzę nic złego w tym, że ludzie jeżdżą śladami swoich ulubionych bohaterów, jest to popularne na całym świecie. Autor przeskakuje od recenzji tej książki do hord autokarów właściwie bezpodstawnie, widać tu nie studium badacza, a złą wolę i niechęć.
    Iżyku!!
    Wcale nie chcę do Toskanii, zanudziłbym się tam na śmierć. A używam tego słowa na g…., bo nie znoszę manipulacji (bo to jest jak demagogia).
    Piotrusiu!
    A skoro ona tam dalej mieszka, to dlaczego niepotrzebnego?
    Tes Tequ!
    Zaczynamy się bawić w politykę, a tutaj na to miejsca nie ma. Ucinam dyskusję.
    I największy mój kłopot – Telemach (tutaj nie wiadomo dlaczego Telemorele). Ale zanim się pokłócę – wyciągam rękę z gałązką oliwną i krzyczę na telemachowskie: „proszę o sygnał. Temat jest interesujący. Nad wyraz” – TAK, PROSZĘ. DAJĘ SYGNAŁ.

  22. Jakoś mnie nie martwi, że nie ma już takich wycieczek, jakie opisałam.
    Jednak wtedy nie było konieczności wprowadzania ruchu jednokierunkowego na Orlej Perci i to było wspaniałe.
    Turyści zdobywali punkty do GOT a Tatry Wysokie były wyjątkowo słabo punktowane aby nie kusić niedoświadczonych turystów.
    Chyba nie czułabym się dobrze w dzisiejszych tatrzańskich warunkach.

    Nie byłam i chyba już nie będę w Toskanii, ale byłam w słodkiej Prowansji. Tam bogaci Francuzi mają letnie domy. Nie ma jakiejkolwiek samowoli budowlanej. Nie wolno rozbudowywać nadmiernie domów, wyliczane to jest co do centymetra. Nikomu nie wpadłoby do głowy pokrycie dachu inną dachówką, niż tradycyjna, zresztą natychmiast byłby zmuszony ją zerwać na własny koszt i jeszcze solidną karę zapłacić. Jedno mnie zdumiewało; nie widziałam tam dzieci!!! Sami starzy, bogaci w szortach. Cisza, spokój i nuda.

  23. ale ja się wcale nie chcę kłócić! Więc po co ta gałąź? 😉

    Moja teza jest taka: autokary są piękne. Z punktu widzenia ich producenta, kierowcy autokarów i biednych istot, którym się wydaje, że różnica pomiędzy podróżowaniem, a kupieniem u pośrednika „urlopu z metra” jest mało istotna i że tak przecież trzeba.

    Z punktu widzenia ludzi ciekawych mieszkających gdzie indziej ludzi i świata, a nie oglądania tłumów innych turystów i stworzonej dla nich infrastruktury oraz wysztafirowanych ” na atrakcję turystyczną” fragmentów odległej rzeczywistości – zapewne już mniej.

    A z punktu widzenia tych których tradycyjny i ukochany sposób bycia i życia uległ przez masową turystykę zagładzie – to pewnie już zupełnie nie.

  24. To ja już zupełnie do Ciebie nie pasuję.To nie była gałąź, tylko gałązka. Czy to była sugestia, żebym się powiesił? 😉
    Nie przeszkadzają mi „turyści w turystyce”. Tak samo dobrze się czuję samotnie w leśniczówce w Puszczy Augustowskiej jak i wędrując Doliną Roztoki gęsiego. Przez całe życie organizowałem sobie sam wakacje, i wyjazdy zorganizowane miałem „w wielkim poważaniu”. Teraz zmieniłem zdanie, nie wszyscy są globtroterami, nie wszyscy mogą i umieją sobie wszystko zorganizować, a i nie zawsze można samotnie dokądś pojechać (patrz moja wyprawa na Saharę – samodzielny wyjazd jest właściwie niemożliwy). A wracają zachwyceni, biorą wycieczki alternatywne, po zwiedzeniu Egiptu już planują Jordanię. Czemu to im odbierać? Po to, aby „prawdziwi turyści” poczuli się dowartościowani?
    Widać jestem bardziej wyrozumiały od Ciebie. Patrząc z mojej perspektywy Twoja teza jest nieprawdziwa, bo są jeszcze takie osoby jak ja, które nie pasują do żadnego z powyższych punktów. Ten „tradycyjny i ukochany sposób bycia i życia” jest również moim, ale nie uważam, aby uległ zagładzie. Wręcz przeciwnie, właśnie przy takim rozkwicie turystyki rozkwita również moje podróżowanie. Np. w październiku lecę na tydzień do Madrytu (i marzę o Toledo), sam sobie wszystko organizuję. I co? I pójdę na plac Puerta del Sol, który jest pewnie pełen ludzi, i będę fotografował protesty.

  25. Torlin

    Ale ja zupełnie nie widzę, o co mielibyśmy się spierać. NAJZWYCZAJNIEJ STWIERDZAM, że na Twoje pytanie „co w tym złego, że hordy autobusów jeżdżą potem w te same miejsca” nie ma, bo nie może być, jednoznacznej odpowiedzi. Zależy, czyją perspektywę przyjmiemy. Mnie osobiście turystyka polegająca na tym, że gdzieś kupujemy od szeregu pośredników „paczkę usług dla ofiar” nie pociąga. Tak samo, jak uważam za śmieszne i mało wzbogacające (znów dla siebie i tylko dla siebie) fotografowanie w otoczeniu pół miliona innych fotografujących krzywej wieży w Pizie. Po co? Dla kogo? W jakim celu? Jakie potrzeby to zaspokaja? Czego naprawdę doświadczają uczestnicy tego rytuału? W czym biorą udział? I czy jest to jeszcze podróżowanie, czy konsumpcja towarów przemysłu zaspakajania złudzeń, że podróżujemy?
    Tak sobie myślę i wyciągam wnioski. Znów dla siebie. Nikogo nie chcę przekonywać do zmiany przyzwyczajeń. Może tylko do chwili refleksji nad tym jakie są skutki. Widziałem w ciągu ostatnich 40 lat urokliwe wybrzeża które zamieniły się w getta dla turystów, którym w zasadzie było wszystko jedno gdzie się upijają i kupują „autentyczne pamiątki z Singapuru”, byłem świadkiem, jak nagle do wiejskiego kościółka w okolicach Ferrary (do którego zachodziłem co roku) wprowadzono automat włączający światło na 60 sekund, a spokojny placyk przed rozbudowano do rozmiaru parkingu dla autokarów. Byłem świadkiem jak z maleńkiej bodegi na przedmieściach Barcelony zrobił się lunapark z hamburgerami, widziałem, jak gaje oliwne Algarve zamieniały się w pola golfowe, a biedni, spokojni, pogodni portugalscy wieśniacy przemieniali się w znerwicowanych pracowników nej przemysłu rozrywkowo-wypoczynkowego. Mogę tak godzinami. Ale po co. Sądzę jednak, że warto – zanim się uda do biura podróży i zarezerwuje, zabukuje i zapłaci – zdać sobie sprawę, że w ten sposób jesteśmy współsprawcami nieładnych przemian. Bez naszej gotowości brania udziału w tym procederze wyżej wymienionych efektów by nie było.

    A wracając do naszych przyzwyczajeń: ciekaw jestem Twojej reakcji na np. 10-piętrowy hotel na wyspie na Wigrach. Naturalnie z widokiem na klasztor Kamedułów. Albo 40-hektarowy parking dla autokarów na brzegu Czarnej Hańczy. Albo na rozszerzenie znanych Ci z Morskiego Oka stosunków na Dolinę Roztoki. Wiara, że wystarczy sobie pójść gdzieś indziej jak się pragnie samotności jest, wybacz, wiarą naiwną. Ten rak nie zatrzyma się przed niczym jeśli nie zostanie zatrzymany poprzez zmianę przyzwyczajeń konsumentów. Bo u jego podłoża leży zachłanność. Zachłanność banków finansujących organizatorów, zachłanność organizatorów, zachłanność miejscowych (Józek może, to ja też mogę), zachłanność (na wrażenia) konsumentów (Gdzie to ja jeszcze nie byłem? Tam muszę!).

    A potem jadą, lecą, płyną. Masowo, w swoim towarzystwie. Nigdzie nie pozostaną na tyle długo, aby nawiązać kontakt z ludźmi, którzy tam żyją. Nie będą dzielić ich codzienności, nie będą umieli spojrzeć na świat ich oczyma. Nie nauczą się języka, nie dostrzegą nigdy piękna toskańskiej zimy. Ani uroku spaceru w belgijskich bukowych lasach gdzieś na południowy-wschód od Lüttich. Nie spróbują nigdy kuchni miejscowych dla miejscowych. Wrócą bogatsi o przechwałki, zmęczenie i zdjęcia.

    Nie lubię masowej turystyki. I nie ma to nic wspólnego z arogancją. Mieszkam w mieście odwiedzanym co roku przez nieomal 20 milionów turystów. Nie rozumiem ich, nie wiem po co przyjeżdżają. Wyjeżdżają po paru dniach tak samo nieświadomi jak przyjechali.

    Od czasu, gdy wycieczki niewidomych zaczęły wchodzić na Mount Everest, a głównym niebezpieczeństwem jest to, że niewidomi mogą się potknąć o leżące po drodze góry śmieci – słowo turystyka i turysta domaga się przedefiniowania.

    Immanuel Kant przez 50 lat (1754-1804) nie opuścił Królewca. I codziennie o tej samej porze chodził na ten sam spacer. To, co miał do powiedzenia na temat galaktyk, interesuje po dziś dzień. Mądry człowiek.

  26. Dlatego tak trudno mi się z Tobą rozmawia Telemachu, bo Ty masz oczywiście rację. Ale rację jednostronną, kiedy się patrzy na problem tylko z tej jednej strony. Samochody są straszne, nie tylko że zanieczyszczają atmosferę, ale dzielą miasta i wydarza się na nich mnóstwo wypadków drogowych. Komputery niszczą życie społeczne, dzieci siedzą cały dzień przed monitorami czy laptopami. Tak można napisać o każdej dziedzinie współczesności i w każdym temacie znajdę Ci dom 10-piętrowy na Wigrach. Ale czy naprawdę jest to obiektywne spojrzenie na problem?
    Bo turystyka zmieniała i zmienia świat, zmieniła ludzi, wzbogaciła ich nie tylko finansowo, ale i mentalnie, otworzyła na różnice.
    Przykładów można dać mnóstwo. Pisałem kiedyś na temat naszych gór
    https://torlin.wordpress.com/2008/03/12/glodowka-i-nedzowka/
    dawniej nasi górale głodowali, nędza była tak przerażająca, że dzieciom gotowano babkę wielką jako jedzenie. A przypominasz sobie „Heidi”? A to Szwajcaria – koniec XIX wieku. Przymierających głodem babkę i dziadka, babuni, której rodzina z Frankfurtu musiała przywieźć m.in. chustę, bo babka trzęsła się z zimna? A Bretania? Czytałem kiedyś książkę o tej krainie w XIX wieku. ludzie z głodu jedli ostrygi i wszystko, co morze wyrzuciło na brzeg.
    Ja nie mówię, że te zmiany to jest wszystko wpływ turystyki, ale miała ona w wielu wypadkach (jak np. na naszej Bukowinie) decydujące znaczenie o zamożności mieszkańców i o poziomie ich życia. Ostatnio słyszałem niesamowity wywiad z jakimś merem czy burmistrzem miasta na Filipinach, o którym (i o merze, i o mieście :D) w życiu nie słyszałem. Otóż stwierdził on, że dzięki turystom miasto to kwitnie, przyjeżdża mnóstwo Japończyków, Chińczyków, Europejczyków i Amerykanów, zostawiają pieniądze, i on na nich dmucha i chucha. A ja w ogóle nie wiedziałem, że takie miasto istnieje.
    Ktoś w tłumie fotografuje Krzywą Wieżę w Pizie? I bardzo dobrze, może zainteresuje się historią Toskanii, samą wieżą i prof. Michałem Jamiołkowskim? Młodzieży się chce wspinać do schroniska przy Pięciu Stawach? I bardzo dobrze, rusza się, są na świeżym powietrzu, a nie piją piwa i palą papierosy na Krupówkach. Powtórzę o historii mojej młodej znajomej (współpracownicy). Pojechała do Egiptu tylko (jej zdaniem) opalać się, ale tak jak większość Polaków wykupiła wycieczki i … zakochała się. Jej marzeniem teraz jest Petra w Jordanii. Sam w tłumie fotografowałem się z Julią w Weronie i z przyjemnością (jadowitą ;)) posłucham teraz na temat nieautentyczności zachowań ludzkich.
    W każdej działalności człowieka znajdę Ci czarne karty, ale nie można tylko o nich mówić. One są, trzeba nagłaśniać takie sprawy jak ten budynek w Wigrach (np. Gołębiowski w Karpaczu zdaje się będzie musiał być zmniejszony), ale w sumie turystyka, i ta autokarowa również, zmieniła świat na lepsze (że już nie wspomnę o spotkaniach obcych sobie kultur)
    Pzdr

  27. telemach pisze: „Ten rak nie zatrzyma się przed niczym jeśli nie zostanie zatrzymany poprzez zmianę przyzwyczajeń konsumentów.”

    Czas na rewolucję. Czas zmienić przypadkowe społeczeństwo. Na jakieś inne. Które jest szlachetne, ma wysmakowany gust i nie pije piwa byle gdzie. W ogóle nie pije piwa. Tylko znamienite wino słuchając kwartetu smyczkowego.

    Czas zmienić to społeczeństwo. Niektórzy już próbowali. I wyszło im, że jedyną skuteczną metodą dokonania zmian jest usunięcie lub zamknięcie w obozach osób nieprawomyślnych. Odosobnienie prostuje kręgosłupy – pionowo lub poziomo!

  28. Telemach Tes Tequ należy do tego typu osobistości mojego blogu (mówię to całkiem na serio, bez jakiejkolwiek kpiny, naprawdę tak uważam), która wie, co powinno robić społeczeństwo, jak się ktoś ma zachowywać, co jest dobre, a co złe, i co jest kulturą wysoką, a co nią nie jest, jakie procesy są prawidłowe, a jakie nie. Ja osobiście strasznie boję się takich bezwzględnych ocen, życie jest o wiele bardziej skomplikowane. Powiedzmy sobie szczerze, że tak jak w ekonomii, tak i socjologii społeczeństw (przepraszam za ten pleonazm, ale fajnie mi brzmi) nie jest nigdy tak, że coś jest całkowicie dobre, albo całkowicie złe. Co dla jednych jest dobre, to dla drugich jest złe. Stąd słynne polskie powiedzenie, że „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło) – niestety wersja odwrócona również jest prawidłowa.
    Należy pozwolić ludziom na wady, błędy (ale nie wypaczenia ;)), snobizm, nazwałbym to własnością kulturową. Ja np. nie znoszę z kultury wysokiej muzyki średniowiecza, dostaję cholery jak przy rapie (z dwojga złego już wolę rap, jak moja Mama, która – mając do wyboru 2 programy Telewizji Polskiej – wolała Niemena od Gomułki :D), ale śmieję się przy „Mydełku Fa”.

  29. Torlin!
    Ty zamiast się śmiać przy „Mydełku FA” lepiej byś zatańczył pod ten przebój z jakąś fertyczną kobitką. 😀
    To bardzo dobrze działa na cały organizm. Lepiej, niż marszczenie czoła przy komputerze. 😕
    Zdecyduj się wreszcie! Jesteś młody duchem, czy też stary piernik 🙂

  30. Dobra, dobra… Tylko że telemach ze swoim „niezadowolonym sokratesem” więcej ma racji w diagnozie, niż (torlinie, testequ) jest w waszym „wcale niby nie” veto. No tak to qurrr…! (tu przeklinam) jest, że normę określa większość. Zachowania więc większości określają normę… a więc i normalność zachowań. Normalne jest więc, że ludzie lubią oglądać Małysza, jeździć szybko samochodem i kiszone ogórki. I niech im tam! Ale ziewanie w świętej lipce i kac pod akropolem, to nie ogórki. Bo do małysza i ogórków trzeba innego lubienia, niż do akropolu i rembranta, a ty piszesz, e co dla jednych dobre, to dla drugich złe itd, Że każdy kij ma dwa końce i grupowy turyzm jest wcale nie gorszy. Tyle, że wic nie siedzi w przeciwieństwie grupowego i indywidualnego turyzmu, a przeżycia, czyli celu tego wszystkiego. Fajnie pisał o tym LA u siebie parę niedziel temu. Jeśłi większość i jej zachowania określać będą cel np. turyzmu, to określać będą również wartość. Tam, gdzie nie głowa lecz większość ma rację w sprawach wartości, nie ma już wartości. Ergo więc, że do dupy z tym wszystkim, bo większość to (wybacz mi droga większościo!) ciemnota, RMF i sterydy na porost mięśni. A one świetnie wyglądają z luwrem w tle.
    Inaczej – dawno temu mój synek, gdy był malutki, pojechał na wycieczkę do stolicy.Byli w zoo, łazienkach, pałacu królewskim i zamku kultury. Wrócił mocno zawiedziony. Bo? Nie byli w makdonaldzie!
    Ja może aż tak nie dbam o gaje oliwne i bodegi telemacha ale sie po łbie skrobiąc myślę – lepiej być niezadowolonym sokratesem. Jeśli go topić, to za parki narodowe i ochronę krajobrazu. Znalazł się, cholera, obrońca przyrody i widoczków, co o byle hentaju boi się napisać! 😉

  31. TesTeq:

    wiesz, ja co prawda mogę w co drugim zdaniu mojego komentarza podkreślać, że piszę w swoim imieniu, że nie mam misji, ani też nie mam zamiaru nikogo pouczać – ale Ciebie to najwidoczniej nie przekonuje i wolisz wyczytać w tym co napisałem, to co pragniesz. Na to nic poradzić nie mogę, musisz pozostać ze swym wyobrażeniem o moich intencjach i dalej z nim polemizować.
    Myślę, że popełniasz jednak błąd stawiając znak równości pomiędzy tym co widzisz wokół siebie i „społeczeństwem”. Ja miałem szczęście obserwować przekoziołkowanie się paru paradygmatów i jestem teraz ostrożniejszy. Często mam np. w Niemczech do czynienia z ludźmi załamującymi ręce nad bezdenną głupotą poprzedniego pokolenia, pokolenia, które swym owczym pędem do partycypacji w dobrodziejstwach przemysłu turystycznego przyczyniło się do nieodwracalnego zniszczenia najpiękniejszych miejsc na wybrzeżu morza śródziemnego. Było to w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych zeszłego stulecia. Wówczas uległy zagładzie Baleary, większość wysp kanaryjskich, wybrzeże Adrii, Costa del Sol, większa część Krety.

    Ich dzieci są inne. Nie wszystkie – ale jednak inne. Gdy przyjechali odwiedzić mnie w moim domu w Polsce, zabrali potem ze sobą wszystkie swoje śmieci. Skrupulatnie popakowali i zabrali.

    Czasem boli mnie, że większość moich rodaków dotarła akurat do etapu, na którym byli ich (tych pakujących Niemców) rodzice. Uznając model życia polegający na tym, że trzeba swoją konsumpcją spieprzyć co się tylko da za normalny. I delektuje się tą – na szczęście już nie wszędzie za taką uważaną – normalnością.

    torlinie – to nie tak. Ja nie wiem. Ale staram się dowiedzieć. Dlatego tu sobie rozmawiamy. I na jeszcze tak marginesie: przemysł turystyczny jeszcze nikogo na nic nie otwarł

  32. @iżyk: Twój hentaj jest już w drodze. Wszystko po kolei 😉

  33. Torlin: przeczytałem jeszcze raz uważnie Twoje komentarze.
    Jesteś naprawdę pewien, że wszyscy muszą wszystko zobaczyć? Np. miliard Chińczyków Morskie Oko? A jeśli nie wszyscy, to kto? Jakie kryteria przyjąć? Gdzie jest granica za którą kończy się turystyka, a rozpoczyna bezmyślne masowe tratowanie odrębności i galop do miejsc opisanych w przewodniku?

    A jeśli chodzi o przykład Szwajcarii, to wybacz. Nie wiem jak dobrze znasz historię jej turystyki. Ja byłem jej mieszkańcem wystarczająco długo, aby móc Cię zapewnić, że potężnie się mylisz. Szwajcaria nigdy nie była krajem docelowym masowej turystyki. Miała szczęście stać się zamożna i droga zanim narodził się przemysł turystyczny. A teraz bardzo takim krajem być nie chce i skutecznie umie się bronić.

  34. Nom. Nie wierzę, że w tydzień można poznać jakieś miejsce. Chyba, że ma wymiar 2 na 2 metry i żaden obcy tam nie mieszka. Po czterech miesiącach mieszkania w Grecji i liźnięcia zaledwie ich kultury, jak słyszę jak ktoś opowiada, że Grecja to piękny kraj, a Grecy to bardzo sympatyczny naród dostaję białej gorączki.
    Ponieważ jednak wyjazd wakacyjny to ważny element funkcjonowania rodziny znalazłem w nim dla siebie miejsce. Ostatnio wchodziłem w miasto pełne turystów i fotografowałem absolutnie wszystko co zwróciło moją uwagę. Głównie turystów, miejsca w które zwykle nie patrzą oraz jakieś drobne szczegóły i gry kolorów. Wychodziło tego po kilkaset dziennie. Arcyciekawe doświadczenie.
    Zwiozłem to do Polski i jestem przygotowany na wojnę na zdjęcia. W odpowiedzi na: „ja z kamieniem”, „ja z żółwiem”, „ja z palmą” mam swoje gacie na sznurku, turystów robiących sobie zdjęcia i kilkanaście zdjęć, które zrobił 5 letni syn jak dorwał aparat. Swoją drogą te ostatnie są chyba najciekawsze.
    Uwielbiam wyjazdy wakacyjne. 😀

  35. No tośmy sobie pogadali. Jak to w dyskusji, każdy pozostał przy swoim. Ja wprawdzie popatrzyłem wątpiącym okiem na deklarację Telemacha: „przeczytałem jeszcze raz uważnie Twoje komentarze”, gdyż tego nie widać w polemice, ale uważam, że zabrnęliśmy już za daleko w temat. Powtórzę, było wiele błędów, jak zabetonowanie fragmentów Morza Śródziemnego. A co powiemy o Czarnym? Gruzja, Ukraina, Krym? Beton jak schrony w Albanii.
    Podsumowując – uważam, że powszechna turystyka dla ludzi, świata, pokoju, dobrobytu, rozwoju cywilizacyjnego, zrozumienia kultur, ochrony przyrody i zabytków (sic!) robi więcej dobrego niż złego.
    Miał to być wirtualny koniec dyskusji, bo zaczynamy się powtarzać, ale nie mogę stwierdzenia Dru’ zostawić samopas: „Nie wierzę, że w tydzień można poznać jakieś miejsce”. Dziwne zdanie. Po pierwsze – nikt nie jeździ turystycznie po to, aby dogłębnie poznać jakieś społeczeństwo. Po drugie – i miesiąc, i rok to jest mało. A są ludzie, którzy całe życie siedzą w jednej dzielnicy. Tymczasem można inaczej – nawet przez przypadek, tak jak ja w Tunezji. Wielogodzinne rozmowy z Azisem ni stąd ni zowąd zrobiły ze mnie „eksperta” 😉 w sprawach tunezyjskich, podejrzewam wręcz, że po tych dwóch dniach wiedziałem więcej niż niejeden z Europejczyków siedzących miesiąc w tym kraju. Ale czy ja poznałem Tunezję? Absolutnie nie!

  36. Nelu!
    Ja już Ci pisałem, że mam kłopot z kobietami. Podobają mi się znacznie młodsze, a ze starszymi nie mogę ani pobiegać, ani pochodzić ostro po górach. Tak że pewnie do końca swych dni pozostanę samotny.

  37. @telemach: Ja niestety nie „obserwuję koziołkujących paradygmatów” i chyba dobrze, że tak jest, bo pewnie bym nic z tego nie zrozumiał, skoro nie rozumiem Twoich kwiecistych komentarzy i niesłusznie doszukuję się w nich niezadowolenia ze społeczeństwa.

    Nie znam całego spektrum Twojej działalności publicznej – mam nadzieję, że dzięki niej wszyscy będziemy lepsi i przestaniemy rozwalać naszą planetę. Czego wszystkim życzę.

  38. @Torlin: Biegaj po górach z młodszymi (jedyny kłopot, że możesz nie nadążyć 🙂 ).

  39. Torlinie, zdanie powstało w kontekście, do któregoś z chaotycznie czytanych komentarzy. 🙂
    „nikt nie jeździ turystycznie po to, aby dogłębnie poznać jakieś społeczeństwo”
    tylko jeździ, żeby poznać co? myślę, że jakiś sztuczny twór skrojony na jego potrzeby.
    Tutaj przypominam sobie rozmowę ze znajomym, po tym jak w Chorwacji zjechaliśmy przez przypadek źle z autostrady i przejechaliśmy 40km rozpadającą się drogą wśród rozpadających się chałup i uderzającej biedy. powiedział on: to nie była prawdziwa Chorwacja. Jeez, to co to w takim razie było?
    Nie przeszkadza mi że ktoś nie poznaje bo nie ma czasu, czy możliwości. Drażni mnie gdy ktoś twierdzi, że poznał, myśli, że poznał, ci co go wożą udają, że podają do poznania, a w rzeczywistości kroją na jego miarę miejsce odwiedzin, bo autentycznego poznawać by (chyba) nie chciał.

  40. Tes Tequ!
    Już Ty się nie martw. Na dojściu do Morskiego Oka, w końcu po asfalcie, dwóch młodzików usiłowało mi dorównać kroku. Po kilometrze spasowali.
    Dru’!
    To się nazywa turystyka kulturowa. Ale nie wszyscy są jej wielbicielami. Ja np. tak, ale znam wielu ludzi, którzy wolą oglądać zabytki, a nie pić kawy w lokalnej kafejce. Niekoniecznie musisz żyć życiem lokalnej społeczności, możesz tylko spróbować – co z tego, że wiele rzeczy jest sztucznych, stworzonych tylko dla potrzeb turystów? Jestem bardziej wyrozumiały dla tych ludzi. Bo co? Mają pojechać „rozpadającą się drogą wśród rozpadających się chałup i uderzającej biedy” i tam zwiedzać? I to jest prawdziwa Chorwacja? Jakby wszyscy tam pojechali, to bieda zostałaby usztuczniona i Dru’ znowu by krzyknął – to nie jest prawdziwa bieda, ona została stworzona sztucznie dla turystów. Mamy piękny przykład fawel w Rio, gdzie miejscowe organizacje turystyczne podpisały umowę z gangami, że turyści będą jeździć autokarami po najbardziej zakazanych dzielnicach. To też jest poznawanie autentyku?
    Wydaje mi się, że zależy to od potrzeb intelektualnych i osobowościowych danego człowieka. Jeden tego potrzebuje, drugi nie. Jest też jeszcze sprawa bezpieczeństwa, wielu ludzi źle się czuje samotnie za granicą, lepiej im w grupie.

  41. dru’
    „Nie przeszkadza mi że ktoś nie poznaje bo nie ma czasu, czy możliwości. Drażni mnie gdy ktoś twierdzi, że poznał, myśli, że poznał, ci co go wożą udają, że podają do poznania, a w rzeczywistości kroją na jego miarę miejsce odwiedzin, bo autentycznego poznawać by (chyba) nie chciał.”

    Good point. Dodałbym jeszcze ciekawy fenomen polegający na tym, że „poznawanie” miejsc nawiedzanych przez masowego turystę jest poznawaniem miejsc nawiedzanych przez masowego turyste, a nie tylko miejsc. Bo miejsce nawiedzane przez masowego turystę, przestaje być natychmiast tym miejscem, którym było, zanim masowy turysta się na nie rzucił. tak że w zasadzie dyabli wiedzą po co on tam jedzie.

    Ponieważ TesTeq uważa moje komentarze za zbyt kwieciste – poniżej wersja anegdotyczna powyższego specjalnie dla TesTeqa:

    Jeśli u kogoś w domu jest spokojnie i cicho, czyściutko i błogo, czyli ogólnie cudnie i świetnie i ten ktoś poinformuje swych krewnych i znajomych że ceni sobie tę wspaniałą atmosferę swego domostwa, a oni wszyscy się zbiegną aby sprawdzić i podziwiać, to g_wno w sreberku sprawdzą, a nie spokój, czystość, błogą ciszę. I pójdą rozczarowani do domu dziwiąc się jak ten ktoś może w tym zamęcie i pierdolniku wytrzymać. 😉

  42. Telemachu!
    To jest koniec jakiegokolwiek rozumienia przeze mnie Twoich tekstów. Z tego wynika, że najlepiej, gdyby nikt nie przyjechał, to wtedy będzie „spokojnie i cicho, czyściutko i błogo”.

  43. Torlinie:

    Dokładnie tak!
    Ale zdaję sobie sprawę, że ta idealna sytuacja, jest niestety niemożliwa do osiągnięcia. 🙂

  44. Myślę, że na Księżycu jest wiele miejsc spokojnych, cichych, czyściutkich i błogich. Chcę przez to powiedzieć, że takie miejsca zwykle słabo się nadają do odpoczynku bez środków zabezpieczających – takich jak skafander lub choćby moskitiera.

  45. Torlinie jeśli chcesz ze mnie zrobić naprawiacza społeczeństwa to niestety jestem zbyt zanudzający, gburowaty i upierdliwy, żeby się do tego nadać. Żona wszystko potwierdzi.

    Dumam nad tą naszą rozmową już trzeci dzień, żeby określić co tak dokładnie mi nie pasuje w tej sytuacji i powiem tak:
    Nie zachęcam nikogo do uprawiania turystyki kulturowej, biedowej, kawowej i jaką tam sobie jeszcze wymyślimy.
    Jeśli ktoś przyjeżdża do Chorwacji i grzeje tyłek na plaży przez dwa tygodnie sącząc Żywca i wlepiając oczy w germańskie i słowiańskie piękności i twierdzi że to świetny sposób na spędzanie czasu to ja popieram twoją postawę. Nic mi do tego. Cieszę się jego relaksem. Chce robić zdjęcia zabytków, super, pić kawę w kafejkach, fantastycznie.
    Ale jeśli ktoś twierdzi, że:
    – prawdziwa Chorwacja to tylko główne promenady w Dubrowniku, Splicie, Makarskiej oraz Lidl na przedmieściach,
    – moje zdjęcie rudery znalezionej na przedmieściach nieautentyczne i przez to nieciekawe,
    – jego „masowa” obecność jest dla tej rzeczywistości obojętna, że znalazł się tam niejako „przypadkiem” i pozostała ona niezauważona
    to myślę, że się myli.
    Masowa turystyka dotyka rzeczywistości jak fizycy cząstek elementarnych. Samo jej pojawienie się zmienia rzeczywistość.

    Nie chodzi o tworzenie programów turystycznych ponad siły oraz pomimo chęci. Chodzi o świadomość tego co się poznaje. I tyle. Często „aż”.

  46. Porozmawialiśmy sobie nie osiągając porozumienia.
    A teraz pytanie: dlaczego?
    I jak takie porozumienie mogłoby wyglądać?

    Torlinie, pytam, bo nie wiem, a ciekaw jestem Twojej odpowiedzi. I mam nadzieję, że nie będzie ona brzmieć: „porozumienie mogłoby wyglądać tak, że uznacie, że ja mam rację, bo przecież jest to dla mnie oczywiste!” Dla mnie nie jest to oczywiste i chyba nie jestem w tym mniemaniu całkiem osamotniony.

  47. @telemach: Porozumienie ponad podziałami?

  48. @TesTeq: to byłoby jakieś wyjście 😉

  49. No ja was wszystkich darzę sympatią. Zwielokrotnioną dodatkowo kilkoma godzinami gadania o pogodzie.
    Sam fakt rozmowy łączy. 😀

  50. To nie jest Telemachu żadne wyjście. Za każdym razem nasza rozmowa kończy się na werbalnych zapewnieniach, a tak naprawdę nie ma najmniejszej nitki porozumienia. I to od wielu wpisów.
    Jakie porozumienie?
    Jak ja mogę porozumieć się z człowiekiem widzącym w turystyce samo zło? Który twierdzi, że najlepiej, jakby nikt nigdzie i do nikogo nie jeździł? Cały Twój ostatni tekst jest postawiony na głowie, mnie zarzucasz, że „porozumienie mogłoby wyglądać tak, że uznacie, że ja mam rację, bo przecież jest to dla mnie oczywiste”. To jest typowy paradoks, identyczną treść niesie zarzut typu: kiedy żądam wolności obywatelskiej – pan narzuca mi swoją wizję demokracji. A cóż ja Ci narzucam? Że piszę, że turystyka jest trzecim czy czwartym przemysłem świata pod względem wartości obrotów, że rozwinęła państwa, miasteczka, dala ludziom pracę i godziwe zarobki, że nie wspomnę o prowadzeniu własnych firm? Każdy turysta musi spać, coś jeść, potrzebuje przewodnika (żywego i w formie książki), wszelakich usług, wycieczek, rozrywek, a i pobawić by się przydało. To jest żyła złota na całym świecie.
    A że są negatywne konsekwencje? Są. Ale od tego są władze państwowe i samorządowe, aby do tego nie dopuścić.Jestem po prostu człowiekiem wyrozumiałym i nie dziwię się, że gromada ludzi idzie asfaltem do Morskiego Oka. Uwielbiam ludzi umiejących zmienić swoje ustalone poglądy pod wpływem argumentów, zaskoczony kompletnie byłem tekstem wywiadu z dyr. Pawłem Skawińskim, przedtem ortodoksą ekologicznym i wrogiem turystów
    https://torlin.wordpress.com/2011/01/09/rozdeptany-beskid/
    i wiem, że wywiad dyrektora czytałeś, bo jest Twój komentarz. Jakoś wtedy nie protestowałeś przeciwko słowom:
    „Red. Jakub Tyrakowski – Ale tłum, poza tym, że tworzący go ludzie są uciążliwi dla siebie nawzajem – stanowi też chyba zagrożenie dla przyrody?

    Dyr. Paweł Skawiński – Tłum? A w jaki sposób? Nie demonizujmy tłumu. Znacznie groźniejsze są pojedyncze osoby dokarmiające dzikie zwierzęta lub chodzące poza szlakami. Ruch turystyczny w Tatrach ma charakter liniowy, powierzchnia podłoża, zniszczona przez turystów poruszających się stricte po szlakach, jest mikroskopijna w proporcji do całego obszaru Tatr. Unikalny zespół roślinny może doskonale funkcjonować obok ruchliwej ścieżki, jeżeli nikt nie będzie z niej schodził.

    Redaktor jako przedstawiciel agresywnych obrońców Tatr, który najchętniej zamknąłby je w ogóle przed turystami (Tatry Bielskie zamknięto i co? Stało się coś?), oczywiście nie daje za wygraną:

    Red – Czy można zatem powiedzieć, że masowy ruch turystyczny nie zagraża Tatrom, dopóki wszyscy korzystają ze szlaków? Nawet przy trzech milionach wejść rocznie?

    Dyr. – Tak, w kontekście oddziaływania na podłoże. 10.000 osób dziennie na asfalcie do Morskiego Oka o wiele bardziej przeszkadza sobie nawzajem, niż przyrodzie”.
    Dru’!
    Kompletna sprzeczność.
    „Jeśli ktoś przyjeżdża do Chorwacji i grzeje tyłek na plaży przez dwa tygodnie sącząc Żywca i wlepiając oczy w germańskie i słowiańskie piękności i twierdzi że to świetny sposób na spędzanie czasu to ja popieram twoją postawę. Nic mi do tego”.
    „Ale jeśli ktoś twierdzi, że prawdziwa Chorwacja to tylko główne promenady w Dubrowniku, Splicie, Makarskiej oraz Lidl na przedmieściach” – to Ci przeszkadza.
    A może tak trochę więcej wyrozumiałości?
    A tak nawiasem mówiąc każdy człowiek zmienia zastaną rzeczywistość, nawet nie ruszając się z domu.
    ————–
    Ja też Was lubię, tylko nie umiem się z Wami dogadać.

  51. Nie wiem gdzie ty widzisz sprzeczność. Akceptuję różne sposoby spędzania czasu wolnego i nie podejmuję się rozstrzygać czy ktoś lepiej wypoczywa śliniąc się na widok roznegliżowanych słowianek czy też słuchając operetki.
    Natomiast przekonanie, że Chorwacja dzieli się na ładną/przygotowaną pod turystów masowych część autentyczną oraz biedną część nieautentyczną to wydaje mi się, że opowiada rzeczy groźne dla siebie i innych, a przede wszystkim niezgodne ze stanem faktycznym.
    Powierzchnię Chorwacji można sobie wygooglać.

    Wyrozumiałość mogę mieć, ale przejść obojętnie nie chcę. 🙂

  52. torlin:

    „Jak ja mogę porozumieć się z człowiekiem widzącym w turystyce samo zło? Który twierdzi, że najlepiej, jakby nikt nigdzie i do nikogo nie jeździł? ”

    Ja Torlinie nie widzę w turystyce samego zła. Ja widzę (nieomal) samo zło w tym, co robi przemysł turystyczny . A to jest subtelna różnica.

    I uważam, co Cię może zdziwi, że ludzie powinni podróżować. Jeździć. A nie dawać się wozić w te same miejsca. Podróżowanie jest zajęciem aktywnym. Wymaga podjęcia decyzji, poczynienia przygotowań, pokonania przeciwności, umiejętności znoszenia wyrzeczeń, ponoszenia kosztów. Zawiera w sobie ryzyko i to niejedno. Podróżowanie to twórczy wysiłek.
    Kupowanie masowych produktów przemysłu turystycznego to konsumpcja. Wygodne scedowanie decyzji i ryzyka na sprzedawcę. I przyjęcie w zamian byle czego, byle jak i byle gdzie. Ale tanio.

    Jeśli siedzisz pomiędzy Pasztunami na platformie ciężarówki, zakurzony i pogryzający to co ci zaofiarował wieśniak i nie wiedząc kiedy dotrzesz na miejsce i co cię tam spotka – to podróżujesz.
    Jeśli cię tanio zapakują do autobusu, wsadzą z podobnymi Tobie do samolotu i zawiozą w zamienione w kulisy przez przemysł turystyczny okolice i miejsca, a ty będziesz korzystał z przygotowanej przez organizatorów „autentyczności z metra” – to nie podróżujesz. To już nie jest żadna turystyka. Wtedy „dajesz się podróżować”. Przyczyniając się jednocześnie (mimowolnie) do niszczenia tego, co warto by było poznać.

    Może moje wymagania są zbyt wygórowane. Ale proszę, nie przypisuj mi intencji, których nie mam. Turystyka – tak. Podróżowanie – tak. Zwiedzanie – tak.

    Ale jednocześnie: transportowanie anonimowych mas z miejsca na miejsce w celu niejasnym i sprzedawanie im złudzeń że podróżują – nie. Zamienianie rzeczywistości w kulisy do zarabiania pieniędzy na tych masach – nie. Nazywanie tego procederu turystyką – zdecydowanie nie.

  53. Dru’!
    Właściwie nie ma sporu, ponieważ dyskusja jw. jest o głupocie ludzi, a nie o podróżowaniu.
    O wiele gorzej jest w sporze z Telemachem!
    Bo ja się nie mogę zgodzić z Jego stwierdzeniami. Absolutnie.
    I mam prawo się wypowiadać, bo pół życia spędziłem na wyprawach kulturowych, autostopem, pociągami, wędrując z plecakiem, a stopem zwiedziłem pół Europy. I powiem Ci Telemachu szczerze – nie uważam swojego sposobu podróżowania za szlachetniejszy i lepszy. Po prostu inny. Ja w dalszym ciągu nie bardzo rozumiem, dlaczego siedzenie przeze mnie na zakurzonym, rozpalonym przedmieściu Kisvárdy jest bardziej „podróżnicze” niż pójście do term w tym mieście we współczesnej rzeczywistości. Mnie się wydaje, że przesiąkłeś Stasiukiem.
    Ale przyznaję, że dawniej patrzyłem z wyższością na zorganizowane grupy z wywieszonym jęzorem latające po zabytkach… dopóki sam tak nie pojechałem… i mi się spodobało. Bo to wszystko zależy od indywidualnego nastawienia człowieka, zawsze w grupie znajdzie ludzi podobnie myślących, o podobnych zainteresowaniach.
    Ale jest jeszcze jedna, bardzo istotna sprawa, nie wszyscy tak mogą wyjeżdżać, jak Ty sugerujesz. Rodzina, wiek, niepełnosprawność, a i najczęściej niechęć do niewygód. To trzeba zrozumieć. Już nie pojadę z plecakiem w góry rozpalając ognisko i nabierając wodę z potoku, bo mi się po prostu już nie chce. Pragnę odrobinę luksusu, normalne łóżko, ciepłą wodę, a na samodzielną wyprawę zawsze znajdę czas. Pamiętam, jak promem pojechałem do Hamburga i Kopenhagi, noclegi, śniadania i obiadokolacje były na promie, a cały dzień lataliśmy po tych miastach samodzielnie. To jest prawdziwa turystyka?
    Ale z drugiej strony… Czym się różniły wielkie wyprawy podróżnicze? Z jednej strony na pewno prowadziły przez tereny dziewicze, ale z drugiej, jak się czyta, to ci wielcy podróżnicy mieli olbrzymie bagaże, tragarzy i na każdym postoju mieli właściwie hotel czterogwiazdkowy.
    Podsumowując – wg mnie człowieka, który wykupił wycieczkę po Nilu, można nazwać turystą, no może nie podróżnikiem, ale jest tutaj coś na rzeczy.

  54. (…) mi się po prostu już nie chce. Pragnę odrobinę luksusu, normalne łóżko, ciepłą wodę, a na samodzielną wyprawę zawsze znajdę czas. (…)

    A nie mogłeś Torlinie od tego zacząć? To jest przynajmniej uczciwe stawianie sprawy. I ja to rozumiem i mogę jako wyjaśnienie zaakceptować. Tylko widzisz mamy tutaj mały dylemat. Otóż to czego pragniesz jest również osiągalne bez biura podróży, kłamiących katalogów, „wycieczki z metra”, przyzwolenia na redukcję podróżującego do roli przesuwanego po szachownicy wielkich pieniędzy i turystycznej zunifikowanej smuty pionka. Naprawdę. Wymaga jednak wyobraźni, indywidualnego wysiłku logistycznego, inwestycji czasu w zdobycie odpowiedniej wiedzy i troszkę większych nakładów czasowych i finansowych.
    A że nie wszystkich na to stać? Wiem o tym. Ale sądzę również, że nie wszyscy muszą wszystkiego -koniecznie, ale tanio – doświadczyć. Myślę, że nie muszą. Myślę, że rezygnacja z konsumpcji byle czego, byle jak – jest wartością. Sądzę, że jakość jest ważniejsza od ilości. Uważam też, że błyszczące prospekty przysłaniają nam te proste prawdy. Dla mnie przemysł turystyczny jest obciążony szeregiem negatywnych konotacji, a uczestnictwo w kreowanej przezeń rzeczywistości mało atrakcyjne. Pozwól mi pozostać przy tym poglądzie.

  55. Telemachu!
    Wyciągnąłeś z kontekstu jedno zdanie i do niego się odnosisz. Mnie teraz, od zeszłego roku się nie chce. Ale dawniej miałem to samo zdanie, nie wszyscy mają obowiązek wędrowania z plecakiem w poszukiwaniu noclegu. Piszesz: „A że nie wszystkich na to stać?”, tymczasem ja napisałem: „nie wszyscy tak mogą wyjeżdżać, jak Ty sugerujesz”. Nie uważasz, że jest to jednak diametralna różnica? Wkładasz mi w usta słowa, których ja nie wypowiedziałem.
    Piszesz: „Otóż to czego pragniesz jest również osiągalne bez biura podróży” – otóż nieprawda, mam przykład z ostatnich swoich wyjazdów. Zgadzam się, że Lizbonę można zwiedzać samemu i znaleźć sobie noclegi, ale na Saharę samodzielnie nie pojedziesz. Jestem wędrowcem kulturowym od początku, ale zorganizowanie tego rodzaju wyprawy samodzielnie graniczy z niemożnością. I nawet nie rozpatrując dalekich wypraw na Borneo, a np. aby zwiedzić Petrę. Z moich znajomych bardzo wiele osób było na objazdówce hiszpańskiej i wrócili bardzo zadowoleni. Dlaczego im tego zabraniać?
    Dlaczego oni mają z tego rezygnować? Mnie się wydaje, że stałeś się ortodoksą turystycznym, nigdy nie brałeś udziału w takiej wyprawie i sobie różne rzeczy wyobrażasz. Pojedź i zobacz, ludzie jak ludzie, jedni są kretynami i udowodnią Twoją teorię, a spotkasz równolegle fascynujących ludzi. A na wyprawę kulturową w ramach wycieczki zorganizowanej zawsze znajdzie się miejsce. A ludzie, jak tylko mogą to w sposób jasny załatwić, to jadą samodzielnie. Takim pięknym przykładem są wyjazdy na narty do Austrii w zimie, gdzie gros młodzieży po prostu załatwia sama noclegi u konkretnych „gaździnek” austriackich.

  56. „Jestem wędrowcem kulturowym od początku, ale zorganizowanie tego rodzaju wyprawy samodzielnie graniczy z niemożnością. ”

    Torlinie, ja się przecież z Tobą zgadzam. Tyle, że wniosek wyciągam z tego diametralnie odmienny od Ciebie. On brzmi: skoro graniczy z niemożliwością, to może należy uznać ten fakt i nie jechać?

    To co powiem zabrzmi teraz brutalnie, ale co mi tam. Z faktu, że na Mount Everest nie można wejść w sandałach i w stanie przedzawałowym wynika, że na Mount Everest nie powinno się wchodzić, o ile się nie ma umiejętności, zdrowia, sprzętu i środków. A nawet jak sie ma, to sensowne jest zastanowienie sie, czy jest to konieczne. Bo: NIE WSZEDZIE WSZYSCY MUSZA WCHODZIC. NIE WSZYSCY WSZEDZIE MUSZA BYC. NIE WSZYSTKO MUSI BYC TOWAREM, a skoro mimo to jest to MY NIEKONIECZNIE MUSIMY SIE RZUCAC NA OFERTE „BO AKURAT JEST W PROMIOCJI”.

    Dlaczego uważasz, że każdy musi pojechać i ustawić się w kolejce do kiermaszu tandety, który kiedyś był Petrą? Po co? Przecież lepiej wydzie na tym, gdy pójdzie do biblioteki i pooglada album. Ze wzgledu na autentyczność przezycia? Jaką autentyczność? Autentyczność wesołego miasteczka może mieć przecież za rogiem.

    Widziałeś kiedyś Ayers Rock o świcie? To niebywałe duchowe przeżycie. Porównywalne z uczestnictwem w meczu piłkarskim ekstraklasy. Ze względu na tłok, tłum i ścisk.

    Jeszcze brutalniej: Taki Marakesz np. był kiedys piękny. Już nie jest. Jeśli odwiedzi go rocznie 100 milionow gospodyn domowych – to przestanie byc Marakeszem. A poza tym: jak wytlumaczyc nastepnym 100 milionom (np. Chińczyków lub Hindusów) żeby może poczekali?

    Marakesz jest wszedzie. A masowy przemysl turystyczny wymazuje dotychczasowy swiat zamieniając rzeczywistość, w potrzebne mu w celach marketingowych kulisy. Miliony skuszonych obietnicami kolorowych prospektów są jego wspólnikami.
    Czy ja ich potępiam? Ależ skądże. Ja tylko współczuję im (bo ich głód świata i indywidualnych przeżyć nie może być w ramach tej bezsensownej wyprzedaży nijak zaspokojony.

  57. Telemachu!
    Nie ma to co ciągnąć. Nie przekonamy się nawzajem. Ja jestem jedynie strasznie zdziwiony, że jesteś niekonsekwentny. Na Ayers Rock oczywiście nie byłem (i nie będę – zapomnij), ale wrzuciłem sobie Wiki
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Ayers_Rock
    i czytam: „Park jest corocznie odwiedzany przez setki tysięcy turystów. Dla pragnących wejść na szczyt góry, zainstalowano poręcz z łańcucha, ale samo podejście jest bardzo strome i wiele osób rezygnuje z wejścia już w drodze. Prawie każdego roku na Uluru ginie kilka osób w trakcie wchodzenia na nią (…). Turyści gromadzą się na miejscach widokowych gdzie przez parę godzin piknikują. Do dobrego tonu należy otwarcie butelki szampana w momencie gdy słońce zachodzi i przestaje oświetlać skałę. Większość turystów przylatuje samolotami na położone w pobliżu skały lotnisko, ogląda Uluru o zachodzie i wschodzie słońca. W pobliżu jest też kompleks hoteli i kempingów oraz restauracji”.
    I nie przeszkadza Ci uważać „To (za) niebywałe duchowe przeżycie?” Słucham koncertu w tłumie, a w górach jedną z najpiękniejszych widoków na świecie są „płonące skały”, zazwyczaj wieczorem, jak słońce zachodzi. Najczęściej jestem już wtedy w schronisku i pijąc piwo razem podziwiamy niesamowity spektakl.
    Miło mi się z Tobą rozmawiało, ale ja już nie mam argumentów, zaczynamy międlić ciągle to samo. Serdecznie Cię pozdrawiam.

  58. I nie przeszkadza Ci uważać „To (za) niebywałe duchowe przeżycie?”

    Bardzo przeszkadza. Sądziłem że ironia jest czytelna. Masz rację, zróbmy zawieszenie broni. Pewnie gdybyśmy mogli gdzieś usiąść i przy butelce wina doprecyzować poglądy to byśmy się prędzej zgodzili. Może nie we wszystkich kwestiach, ale w tej pewnie tak 😉

  59. Znakomity artykuł w Tygodniku Powszechnym zgodny z poglądami Telemacha, pokazuje „straszność” współczesnej turystyki.
    http://tygodnik.onet.pl/31,0,67002,raj_utracony,artykul.html
    Ale jednocześnie jakby było mi żal. Przypuszczam, że większość turystów są to ludzie pragnący zobaczyć obce kraje. A z drugiej strony bardzo dużo zależy od gospodarzy, u nas również jeszcze niedawno młodzi Anglicy nie przejmowali się zanadto pięknem Krakowa, a młodzi Żydzi w otoczeniu ochroniarzy – życiem współczesnych Polaków. Zdołaliśmy to zmienić.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: