Napisane przez: torlin | 04/09/2011

Pięcioletnia karencja dla kandydata do dwudziestkisiódemki

Śmierć Mistrzów Muzyki, najczęściej nie ze starości. Odchodzili nie dając sobie rady z własnym życiem, przerastała ich sława, odurzali się narkotykami, pili na potęgę. Żyli za szybko, umierali za młodo. Wspaniali, cudowni. I pewnego razu ktoś zauważył, że wielu największych z największych umarło mając 27 lat. I tak powstał Klub 27.

Łatwo jest skrytykować pomysł ładowania do jednego worka i szukania analogii przy tak różnych twórcach i różnych odejściach. Tych ludzi nic nie łączyło poza sławą osiągniętą w młodym wieku i niemożnością poradzenia sobie z olbrzymim sukcesem. I właśnie śmiercią  w wieku 27 lat. Istnieje kilka list Klubu, ale jedna jest uznawana za kanoniczną

  1. Robert Johnson
  2. Brian Jones
  3. Jimi Hendrix
  4. Janis Joplin
  5. Jim Morrison
  6. Kurt Cobain

I trzeba przyznać, że dreszcz człowieka przechodzi, gdy czyta te nazwiska. Trzeba ludziom mniej znającym szczegóły wyjaśnić pierwszą pozycję na liście. Robert Johnson żył w latach 1911 – 1938. Czarnoskóry muzyk długo grał na bagnach Missisipi na mało wtedy popularnej gitarze, cierpiąc straszną nędzę. Wszyscy na tym terenie wiedzieli, że Johnson był ucieleśnieniem duszy zaprzedanej diabłu w zamian za nastrojoną gitarę, talent i sławę. Aby móc go spotkać muzyk musiał pójść w bezksiężycową noc na rozdroże, na skrzyżowanie dróg o numerach 49 i 61. Ale prawdziwą sławę przyniósł mu „diabeł” wiele lat po śmierci. To jego cudowne standardy  śpiewali Bob Dylan („Kind Hearted Woman” i inne), Fleetwood Mac („Preachin` Blues”, „Dust My Broom” i inne), Led Zeppelin („Traveling Riverside Blues”, „The Lemon Song”), Rolling Stones („Love In Vain”, „Stop Breaking Down”), Casandra Wilson, Johnny Winter, Red Hot Chili Pepper i wielu, wielu innych. Ale najsłynniejszym utworem świata Johnsona w nowej aranżacji był “Crossroad” cudownej supergrupy The Cream. Tekst Johnsona trochę się różni od Creamów, ale w sumie opowiada tę właśnie historię:

Wyszedłem na rozdroża, upadłem na kolana,

Wyszedłem na rozdroża, upadłem na kolana,

„Wybaw Boba jeśli łaska”, o litość prosiłem Pana.

Stałem na rozdrożu i chciałem się zabrać

Stałem, stałem na rozdrożu i chciałem się zabrać,

Ale wszyscy mnie mijali, widać nikt mnie nie znał”.

Jest oczywiście mnóstwo muzyków, którzy umarli w wieku lat 27, ale nikt nawet nie zbliżył się do wielkości tej szóstki. I raptem w angielskiej wersji Wikipedii z kanonicznej szóstki została zrobiona kanoniczna siódemka, dołączona została Amy Winehouse. Była to wielka piosenkarka, ale mam olbrzymie wątpliwości, czy można ją nazwać Potęgą, Mistrzynią, Gigantem. Czy ma ona prawo równać się z tą szóstką (ewentualnie piątką, zostawmy Johnsona w spokoju, polska Wiki nie bierze go pod uwagę). Uważam, że powinna być pięcioletnia karencja przed tego rodzaju wpisami, tak jak z nazewnictwem ulic, aby czas uspokoił emocje, oceny na wyrost, zweryfikował wielkie słowa przy raptownej śmierci. Moim zdaniem nie należy jej się kanon, ale niech się wypowie historia.

Ale nie mogę sobie odmówić napisania pewnego swojego dodatkowego zdania na ten temat. Mój prywatny kanon jest powiększony o jedną osobę, w zrozumieniu ogółu nie był tak wielki, ale dla mnie był liderem zespołu przez mnie kiedyś uwielbianego, miałem jego płyty i do dzisiaj od czasu do czasu sobie słucham. Mówimy o Alanie „Blind Owl” Wilsonie z zespołu Cannes Heat (Ślepa Sowa też przedawkował narkotyki). Oto ten zespół na Woodstock.

Advertisements

Responses

  1. Wyjeżdżam na pogrzeb na Dolny Śląsk, do komputera siądę we wtorek wieczorem Pozdrawiam wszystkich swoich Szanownych Czytelników.

  2. Zwykle sobie w komentarzach żartuję, ale tym razem nie wypada. Doszukiwanie się jakichkolwiek prawidłowości w tym, kiedy ktoś się zaćpał jest kolejną szarlatanerią i wykorzystywaniem skłonności ludzkiego mózgu do wykrywania prawidłowości tam, gdzie one są i tam, gdzie ich nie ma.

  3. Ależ oczywiście, Tes Tequ, że się z Tobą zgadzam. Mnie bardziej chodzi o zasady, a nie o samą zabawę (chociaż to słowo dziwnie brzmi – przepraszam). Założenie jest takie, że Klub 27 zawiera nazwiska gigantów muzyki, którzy zmarli w 27 roku życia, i pewnie bez przesady można stwierdzić, że lista robi wrażenie. Ja nie zastanawiam się nad sensem układania takiej listy i nie rozważam motywów, mnie chodzi o…
    Podważenie pewnej zasady. Nawet w układaniu np. 10 najsympatyczniejszych krasnali na świecie nie można wprowadzić na listę znaną tylko postać, ale nie z czołówki, czy w poczet 10 najsłynniejszych prezydentów Stanów Zjednoczonych nie wrzuca się natychmiast świeżo zmarłego prezydenta.
    Inaczej mówiąc Tes Tequ, nie zastanawiam się nad sensem listy, jest taka sama jak setki innych, mnie wzburza automat działający po śmierci słynnego artysty, są tendencje tuż po jego śmierci wyolbrzymiania zasług. I to był temat mojej notki. A historia (chociażby pięcioletnia) dopiero to zweryfikuje.

  4. O Klubie 27 czytałem właśnie przy okazji śmierci Amy. Była tam galeria sław, m.in.: Joplin, Hendrix, Cobain, Morrison (o tym ostatnim był kiedyś program na Discovery World – ostatnie 24 godziny jego życia)…

    Żal serce ściska jak się coś takiego czyta. Ci ludzie mogli jeszcze wiele osiągnąć… Ale nasuwa się pytanie: czy byliby takimi legendami jak teraz, gdyby dożyli starości?

    Zgadzam się, że ludzie trochę za szybko dołączyli Winehouse do tego „kanonu” – ale to wszystko póki co rządzi się wyłącznie emocjami: szokiem, smutkiem, żalem… Potrzeba czasu. Dużo czasu.

    Z Twojej listy nie kojarzę jedynie Johnsona i Jonesa.

  5. Wielcy muzycy liczą się od 195 cm.
    Podobnie pisarze, ale np. dżokeje już od 155 cm…

  6. A wójt Skarbimierza wybił własną monetę ze swoją podobizną i zawsze mówi o sobie w trzeciej osobie: „wójt”. Na przykład pokazując monetę z wizerunkiem swojej facjaty mówi: „to jest moneta z wójtem”.

    Sami musimy stawiać sobie pomniki za życia, gdy bliźni są niekumaci.

  7. „Pan pozwoli sir,że podam Mu kapelusz, jestem większy”-powiedział do Cesarza Napoleona jego adiutant
    „Ty nie jesteś większy synu, tylko wyższy” -odparł Cesarz.

    Klub 27 udowodnił swoją wielkość artystyczną, ale i mikrość silnej woli.
    Zapewne byli zbyt wrażliwi,a w naszym swiecie to śmiertelna choroba.

  8. Babko!
    Komentarz w drugiej części, perełka, zgodny z moim.
    A w związku z anegdotą podobnie (ale inaczej) odpowiedział Napoleon awanturującemu się generałowi Augereau (nie był jeszcze wtedy marszałkiem i księciem):
    — Generale, jest pan ode mnie wyższy o głowę, ale jeśli natychmiast nie przestanie pan być bezczelny, to każę zlikwidować tę różnicę!
    Celcie!
    Brian Jones był jedynym założycielem grupy Rolling Stones, jednym z największych muzyków rockowych świata, ale był jednocześnie człowiekiem, którego ze wszystkiego wykolegowali Mick Jagger i Keith Richards (ten ostatni to mu nawet ukradł narzeczoną, w której Brian był zakochany).
    Zeenie!
    Hmmm… 😦
    Tes Tequ!
    Dlatego prowadzę blog 😉

  9. Canned Heat, cudowne klimaty:

    a zabawa w tworzenie Klubu 27?

    Nie widzę nic znowu tu niestosownego, ludzie lubią takie „magiczno-mistyczne” układanki.

    Cała szóstka wybitna, acz dla mnie osobiście najważniejsi muzycznie to oczywiście Jim Morrison, Janis Joplin i Kurt Cobain. Pozostałych zaś doceniam, Amy miała dobry głos, ale czy to ten kaliber, pewnie nie.

    Ale i z drugiej strony jak się przesłucha płyty Nirvany (nie pojedyncze kawałki), to też widać, że trochę się zestarzały i że to jednak np. do lat 70-tych w rocku się nie umywa.

    Gdzieś pamiętam w „Tylko rocku” (teraz „Teraz rock” i obchodzi 20 lat) czytałem sformułowanie jednego z dziennikarzy, że gdyby Nirvanę postawić obok rocka przełomu lat 60-tych i 70-tych i 70-tych, to płyta Nevermind znalazłaby się gdzieś w 4-tej setce…

    Torlin pewnie podzieli to zdanie:)

  10. Jest i wersja z Woodstock, bo pierwsza wersja „On the road again” mi nie weszła:

  11. No Grzesiu, może z czwartej dziesiątki, nie przesadzajmy 😉

  12. Chodziło mi o Płytę „Nevermind” Nirbany w odniesieniu do płyt z lat 70-tych, źle to ująłem, nie o zespól.

    pzdr

  13. Hej Torlinie!
    Dawno mnie nie było, a tak miło wrócić:) Do tego postu dopiszę swoje trzy grosze. Amy zdecydowanie nie. Canned Heat bardzo lubie, Woodstockowe klimaty tym bardziej:)
    Pozdrawiam serdecznie.

    p.s. przejrzystosc rzeczy od dawna nie dziala i onet odmawia dostepu, wiec wpadam poniekad anonimowo

  14. Strasznie się za Tobą stęskniłem ShyJo, zaglądałem od czasu do czasu, a tu pustka. W sprawie Amy zgadzam się całkowicie, była to świetna piosenkarka, ale dla mnie nie miała tego czegoś, co mieli pozostali. E-mail masz ten, co dawniej?


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: