Napisane przez: torlin | 16/09/2011

Jazzrock mojej młodości

Wprawdzie to zdjęcie dotyczy baletu, a nie zespołu, ale ze względu na piękno postanowiłem je opublikować z TEJ strony.

Pan kotek był chory
i leżał w łóżeczku.
I przyszedł kot doktor.
– Jak się masz, koteczku?

I tak jest zawsze, nie choruję, dopóki mój syn nie legnie. Od razu było wiadomo, że jak on zachorował, to ja 5 dni później. I mam zapalenie wirusowe gardła i mnie łamie i drapie, w związku z tym dzisiaj temat, do którego szykowałem się od dawna, a brzmi on Blood, Sweat & Tears.  Obok – nazwijmy to, chociaż nie wiem, jakby to brzmiało dziwacznie – normalnych zespołów jak Led Zeppelin, The Doors, Deep Purple, Kings, Animals, że nie wspomnę i Bitelsach, istniały zespoły zahaczające o inne gatunki muzyczne. Narzeczeństwo z muzyką operową i kameralną miał jeden z największych zespołów świata – Emerson, Lake and Palmer, z muzyką jazzową po słowie były dwa zespoły: Blood, Sweat & Tears i Chicago (wcześniej zwany Chicago Transit Authority).

I tak jak w przypadku EL&P chciałem oddać cześć i szacunek człowiekowi, który mnie ukształtował muzycznie, człowiekowi, który wprowadził mnie w świat trudniejszych dźwięków, kazał zainteresować się muzyką poważną i rokiem progresywnym. I nie tylko muzyką.  Tym kimś był Keith Emerson.
Keitha Emersona poznałem muzycznie poprzez płytę zespołu Emerson, Lake & Palmer pt.  „Pictures at an Exhibition” (Obrazki z wystawy”) w 1971 czy 1972 roku (miałem wtedy 20 lat). Zafascynowany grą Keitha i całego zespołu poznałem wcześniejsze płyty tego zespołu: „Emerson, Lake & Palmer” i „Tarkus”, a w świat cudownej muzyki, tej dla mnie najpiękniejszej wprowadziły mnie dwie następne płyty: „Trilogy” i „Brain Salad Surgery”. To był mój wstęp do muzyki poważnej.

Tak miłość do jazzu, big bandów, improwizacji, przyniósł mi zespół Blood, Sweat & Tears i Chicago. Ale dzisiaj tylko o pierwszym. Sławę przyniósł im pierwszy album „Child is Father to the Man”, ale album ten trudno nazwać jazzrockiem. Dopiero na dwójce „Blood, Sweat & Tears” i na „3” widać potęgę instrumentalistów i wspaniały głos Davida Claytona – Thomasa. I to był mój wstęp do jazzu. A teraz perełka, ich występ na żywo z tamtych lat.

Zachwycająca to była w tamtych latach muzyka, dzisiaj może brzmi banalnie, ale wtedy takich „zaślubin” nie było za dużo. I też była inna świadomość, myśmy się tak cieszyli z przyjazdu BS&T do Warszawy, że nikt nie zdawał sobie sprawy z propagandowej otoczki. Zainteresowanych odsyłam do Wiki – dział „HISTORIA„.

Advertisements

Responses

  1. ELP „Obrazki z wystawy” to mój pierwszy i ostatni kontakt z tym zespołem, ale za ich najważniejszy utwór uważam „Lucky Man” z solówką na moogu.

    A z jazzrocka najbardziej lubię Gary Glittera 🙂

  2. niezła kompilacja
    zwłaszcza spinning wheel

  3. Skoro chorujesz, to życzę Ci szybkiego powrotu do zdrowia 🙂

    A skoroście obaj z TesTeqiem wspomnieli o Emersonie, Lake’u i Palmerze – małe co nieco dla Was ode mnie 😉

    „Lucky Man” w wykonaniu moich ukochanych Gregorian…

  4. Muzyka poważna w odróżnieniu od niepoważnej jest poważna.
    Napisałem to całkiem poważnie.

  5. Dla mnie wstępem do jazzu było „Chicago”:

    David Clayton Thomas to wokalista niezwykły, takoż niezwykły był zespół, w którym śpiewał. Ale takie to były czasy – zanim wszystko się nie rozmyło w dyskotekowej komercji drugiej połowy lat 70-tych.

    Bardzo fajnie się słuchało przypomnianych przez Ciebie clipów.

  6. A ja by chciałem zapytać, Skaldów słuchał?
    Nieco wcześniej przemycali muzykę klasyczną do rock… sorry, big beatu.
    Czytam te wspomnienia i choć sympatyzuję z nimi, to zupełnie się nie zgadzam z tezami. BS&T i Chicago jako wstęp do jazzu? A na pewno słuchał wcześniej np. Cream – bo o Dżamblach nie wspomnę, tam było znacznie więcej jazzu. A obecność dęciaków niech nie wprowadza błąd, użycie puzonu nie świadczy o inklinacjach, jeno o możliwości suszenia bielizny.
    A muzyka poważna jest na poważnie – poważnie to piszę i co gorsza: poważnie myślę…

  7. Chciałem nie odpowiadać na komentarze, bo tu każdy ma prawo mieć swoje własne zdanie. Ale nie mogę zostawić wpisu Zeena bez mojego komentarza. W kontekście jazzrocka – jak napisałem – „Tak miłość do jazzu, big bandów, improwizacji, przyniósł mi zespół Blood, Sweat & Tears i Chicago” – jest prawdą. Oczywiście, że jazz znałem wcześniej, ale bez powiązań z bigbitem. Skaldowie mało zajmowali się jazzem, a jeżeli już, to nie miało nic wspólnego z rockiem. Dżamble dla mnie to dopiero 1970 rok, Cream moim zdaniem nie miał nic wspólnego z jazzem.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: