Napisane przez: torlin | 08/12/2012

Będziemy płacić za własne geny

UCLA

Nie znalazłem nigdzie potwierdzenia tej wiadomości, nawet w ogólnoświatowej sieci. Podaję ją za piątkową „Gazetą Wyborczą” ze strony 32, na której znajduje się duży artykuł poświęcony GMO. Oto treść tej notki in extenso: „John Moor, biznesmen z Alaski, w związku z chorobą nowotworową trafił do szpitala przy University of California (UCLA – zdjęcie powyżej – dop. Torlina). Lekarze zaobserwowali, że jego krew produkuje białko, które wspomaga powstawanie białych ciałek krwi pomocnych w walce z nowotworem. Bez wiedzy pacjenta pobrano materiał, wyselekcjonowano i opatentowano interesujące białko. Gdy Moor dowiedział się o patencie na własnych komórkach, wytoczył proces, twierdząc, że to jest jego materiał genetyczny, którego jest wyłącznym właścicielem. Proces przegrał”.

W sąsiednim artykule „Kto jest kim w teatrze GMO” Magdalena Tilszer pisze: „W 1980 roku amerykański urząd patentowy przyznał patent na wyhodowaną przy użyciu technik genetycznych bakterię rozkładającą plamy oleju na oceanie. Urząd stwierdził, że bakteria działa jak środek chemiczny, a to, że jest ona żyjącym organizmem, niczego z prawnego punktu widzenia nie zmienia. Był to pierwszy w historii patent na żywy „wynalazek”. Od tego momentu rozpoczął się wyścig o patenty na materiał genetyczny. Firmy z północnej hemisfery ruszyły w świat, poszukując ciekawych okazów do opatentowania. Szukano ich w roślinach, zwierzętach oraz ludziach.  Patentami obejmowano substancje zawarte w roślinach odkrytych i od setek lat używanych na półkuli południowej. Patentowano linie komórek, pojedyncze geny oraz wirusy, których dawcami byli, nieraz bezwiednie,  członkowie endemicznych plemion.  Często te „wynalazki” w ogóle nie były genetycznie modyfikowane – wystarczyło, że firma wyselekcjonowała jakiś gen, nie znając nawet jego działania”.

Nasz świat w tym aspekcie zaczyna przypominać teatr absurdu. Jeżeli Unia Europejska nie postawi szlabanu na ten obszar działalności, to ja ze strachem patrzę na przyszłość świata.

Reklamy

Responses

  1. Wiele jeszcze tekstów zaliczanych do dramatu absurdu jest nadal chronionych prawem autorskim. Jest to źródło dochodów dla autorów i ich spadkobierców. Działanie tego prawa jest OGRANICZONE CZASOWO.
    Podobnie jest z patentami tyle, że ich działanie obejmuje okres krótszy niż działanie prawa autorskiego w dziedzinie literatury.
    Ze smutkiem skonstatować wypada, że twórczość i nowatorstwo w każdej dziedzinie są kosztowne a w dziedzinach takich jak nauki przyrodniczy cze i technika są one kosztowne szczególnie.
    Oczywiście można by powołać kolejne Ministerstwa Nowychtworów i centralnie z budżetu finansować CAŁOŚĆ kosztów nowości a potem je sprawiedliwie dystrybuować wśród ludności.
    Wydaje mi się jednak, że taki wynalazek jak Ministerstwo Nowychtworów przyczynia się mocno do rozwoju teatru absurdu.

  2. @dana:
    Ale nie wiem, czy to do końca temat Torlina. Bo tematem ‚numer jeden’ jest kwestia tego, co może być objęte patentem. Myślę, że wszyscy się zgadzamy, że może być nim wynalazek. Ale czy może być odkrycie? Czy jakiś homo erectus mógł opatentować Księżyc? 😉 Czy Kolumb opatentował Amerykę (zostawiam na boku spór o to, co uznawał za co)?
    OK, rozumiem, w przypadku Ameryki było know how trzymane w sekrecie, co nie na długo się zdało, ale do pewnego stopnia dawało odkrywcy atuty natury ekonomicznej. I to działało naturalnie — skopiowanie odkrycia, podejrzenie go, było trudniejsze i bardziej czasochłonne niż dzisiaj z ‚odwrotną inżynierią’. Gdy zaś wchodzi w grę prawo patentowe do, podkreślę jeszcze raz, odkrycia (a tu jeszcze to komplikuje fakt, że odkrywana rzecz ‚należy’ do kogoś innego… mamy więc i analogię do znalezienia skarbu/zabytku na czyimś terenie) to zawsze pojawi się pytanie, o słuszny zakres ochrony patentowej. I zawsze będą dwie strony sporu — a przynajmniej warto, by były — ta broniąca wynalazcy i ta, broniąca praw ‚społeczności’*.

    *) W tle czytam „Bad Pharmę” Goldacre’a, który wyżywa się na nadużywaniu praw przez koncerny farmaceutyczne. Bo koncerny życzą sobie praw patentowych do leków (ograniczonych czasowo), za co wszyscy płacimy (bądź to w składce na NFZ, bądź w niedostępności leku potrzebnego do zdrowia, czy życia), tłumacząc to ‚kosztami badań’. Po sprawdzeniu, okazuje się, że są to głównie koszty… marketingu. Chcemy na to płacić? To jest właśnie druga strona, bo jeśli badania kosztują, w przypadku leków, jedną drugą tego co marketing, to może odpowiednio należy zmniejszyć zakres czasowej ochrony patentowej?

  3. Właśnie wynalazłem i opatentowałem słowa TesTeq, Torlin, dana 1 i pak4. Opłaty licencyjne proszę przesyłać terminowo na moje konto.

  4. Powiem Wam szczerze, że zaskoczyła mnie reakcja moich kolegów z pracy. Po opowiedzeniu historii Johna Moora kumple stanęli po stronie … firmy. Stwierdzili, że ten człowiek miał gen, ale nic o nim nie wiedział. Ci go odkryli, wyodrębnili, ponieśli koszty. Można mówić najwyżej o jakimś zadośćuczynieniu. Ja nie w pełni się z tym zgadzam. Nie wolno nikomu nic pobierać bez jego wiedzy, ten gen był własnością tego człowieka, mogli go sobie najwyżej kupić.
    Moich słów możecie używać za darmo :D.

  5. Pak

    Co to jest marketing? 😀

    Marketing to przekazywanie informacji o produkcie potencjalnemu klientowi.

    1. Najpierw trzeba tę informacje stworzyć. Trzeba komunikat tak opracować by był czytelny.

    2. Trzeba spowodować by ta informacja dotarła do adresata, którego uprzednio trzeba zidentyfikować. Informacja powinna być zorganizowana tak by nie została przez adresata zlekceważona pośród innych informacji.

    To kosztuje.

    Oczywiście można spróbować inaczej.

    Mamy przed sobą długi mroczny korytarz. Końca korytarza nie widać. Wzdłuż ścian korytarza od podłogi po sufit stoją szafy w neutralnym kolorze albo lepiej w maksymalnie tanim kolorze. W szafach są szuflady każda z identyczną gałką.

    Pozwalamy sobie na pewien luksus. Pozwalamy mianowicie zainteresowanemu wiedzieć, że w tym właśnie korytarzu znajdzie leki. Jednak umieszczenie na każdej szufladzie informacji o tym, co zawiera podnosiłoby zbytnio koszty. Niech klient szuka korytarz przecież gdzieś się kończy a drabinę by przejrzeć górne szuflady może przynieść z sobą.

    W każdej szufladzie jak już do niej zajrzy znajdzie potencjalny klient sto identycznych pudełeczek zawierających drakwie, nalewki, piguły. Każde pudełeczko zawiera ten sam rodzaj drakwi. Sortowanie, co prawda kosztuje. Ale co tam! Zróbmy ten gest.

    Na wieczku pudełeczka stojący na drabinie lub klęczący na taniej posadce klient zobaczy numerek. Odnotowuje ten numerek i wsiada na własny rower, którym w korytarz wjechał. Jedzie tym rowerem na koniec korytarza do okrągłej Sali przykrytej możliwie tanim dachem. Tam na prostym stole rozłożone są rejestry poszczególnych piguł, maści i drakwi. Nad tym stołem klient rozważa czy jego wybór szuflady i pudełka był trafny.

    Co osiągamy w tym mrocznym korytarzu? Ano osiągamy znaczną redukcję kosztów marketingu po stronie producenta i dystrybutora.

    Czy koszty te znikły w niebycie czy zostały przesunięte gdzie indziej?

    Rozwiązanie tej zagadki zostawiam mądrzejszym autorom mającym ambicje by naprawiać mankamenty tego świata.

    Prawdą jest, że korytarz, szuflady, pudełeczka i rejestry można zbudować, jako świat wirtualny. Czy to jednak zmieni sytuację klienta, producenta i dystrybutora?

    Za system oczywiście trzeba jakoś zapłacić i go administrować.

    Pak

    Jak dotarłeś do książki którą czytasz?

    Myślę że ograniczenie czasowe doskonale chroni interesy społeczności.
    Zresztą co to jest interes społeczności? Jest nim także motywowanie ludzi pomysłowych i spostrzegawczych by wynajdywali i odkrywali.

  6. Ale Edwarze moje pytanie pozostaje wciąż bez odpowiedzi. Ty w sposób wspaniały odpowiadasz na temat funkcjonowania przemysłu farmaceutycznego, który musi tak działać (gałki szuflad szczególnie polecane są ozdobione kutasikami lub cycuszkami, bo nawiązanie do seksu dobrze wpływa na prawidłowość wybrania mikstury na gardło ;)), chociaż jego działanie (przemysłu) dawno przestało mieć jakikolwiek związek z moralnością i normalnym kapitalistycznym funkcjonowaniem, a stało się jego aberracją, ale wciąż nie odpowiedziałeś na moje fundamentalne pytanie postawione w tej notce:
    Czy John Moor był właścicielem swoich genów czy nie? Czy firma miała prawo po cichu mu je pobrać? Bo że do lekarstwa i zysków płynących z jego sprzedaży John Moor nie ma praw, to jest dla mnie jasne. Bo jeżeli ja znajdę ropę na podwórku Nowaka, to muszę mu za to zapłacić. (pomijam w tym momencie kwestię, że kopaliny zgodnie z prawem są własnością państwa).

  7. Niestety Torlinie. Odpowiedzi nie mogę wkleić. Dam ją u mnie.

  8. Odpowiem Ci Torlinie na pytanie o Moora, ale pod warunkiem, że odpowiesz mi na pytanie, na czym polega aberracja moralna i rynkowa, o której piszesz.
    Nie mam wątpliwości, że Moor ma prawo zadać zapłaty np. za nerkę, oko, sperce, krew itp. Czegoś się wyrzeka trwale lub przejściowo, traci czas.
    Wyodrębnienie genu z substancji pobranej przy okazji zabiegu czy badania nie jest związane z utratą czegokolwiek a nawet czasu.

    PS
    UDAŁO SIĘ WKLEIĆ. Usuń Torlinie mój poprzedni kom. Wygląda jak marketing mojego blogu.

  9. Nie jestem prawnikiem i słabo orientuję się w bioetyce, więc to co piszę, podpowiada mi wyłącznie własne wyczucie, a nie jakakolwiek wiedza.
    Otóż gen nie jest w gruncie rzeczy obiektem materialnym, jak nerka czy krew. DNA jako substancja nie ma żadnej wartości. Wartością jest informacja, którą zawiera. Pytanie więc brzmi: czy człowiek jest prawnym właścicielem informacji, którą zawiera jego ciało. Z której posiadania nie zdaje sobie i nie może sobie zdawać sprawy. Moim zdaniem – nie!
    .
    A tak na marginesie pozwolę sobie wyrazić własne emocje. Kiedy obserwuję, jak rozważania dotyczące spraw istotnych dla przyszłości naszego gatunku obracają się wyłącznie wokół kwestii formalno-prawnych i finansowych (kto na tym zarobi i czy ma prawo), to wbrew rozsądkowi wracają mi dawne sympatie do komunizmu.

  10. „Kiedy obserwuję, jak rozważania dotyczące spraw istotnych dla przyszłości naszego gatunku obracają się wyłącznie wokół kwestii formalno-prawnych i finansowyc”

    To Pawle zależy od forum rozważań. Tu akuratnie poruszono temat własności i jej granic.

    Korzystając z okazji „ugłośnię” mój pogląd związany z problematyką rozwoju techniki przeszczepów.

    Uważam mianowicie, że zwłoki w nowoczesnym społeczeństwie powinny być własnością ogółu. To znaczy jakiś zespół lekarzy powinien oceniać ich przydatność do dalszego wykorzystania bez odpłatności na rzecz spadkobierców. Dopiero potem rodzina uzyskiwałaby prawo do grzebania tego, co zostało.
    Noszę przy sobie deklarację, w której na wypadek gwałtownej śmierci przeznaczam swe zwłoki na przydatne części zamienne. Wiem, że w miarę upływu czasu przydatność moich zwłok maleje, ale nie odstępuję od tego przed laty przyjętego obyczaju. Tu u Torlina przy okazji zachęcam do sporządzenia takiej deklaracji.

  11. to co piszesz o patentowaniu w pewnym sensie przypomina wydarzenia z dot-comowego boomu lat dziewięćdziesiątych, kiedy wyścig trwał o… domeny. Powszechnie wtedy uważano, że rejestracja domeny o odpowiedniej nazwie jest najlepszą metodą przejęcia w pewien sposób danego zjawiska na własność. Wiem, że to nieco inny rejestr, ale mechanizm jest ten sam: pozwala „wkręcić” się do interesu komuś, kto danego interesu nie tworzył…

  12. dana 1 pisze: Uważam mianowicie, że zwłoki w nowoczesnym społeczeństwie powinny być własnością ogółu. To znaczy jakiś zespół lekarzy powinien oceniać ich przydatność do dalszego wykorzystania bez odpłatności na rzecz spadkobierców.

    Ja bym to rozszerzył. Przydatność zwłok do dalszego wykorzystania powinien oceniać zespół złożony z lekarzy i kucharzy. Nie zawężajmy niepotrzebnie pól eksploatacji! 😀

  13. Chciałbym rozszerzyć pytanie Torlina. Zakładając szalone tempo rozwoju technologii biologicznych prawdopodobnie za niedługo zostanę sklonowany.
    Kim zatem będzie mój klon i czyją stanie się własnością ?
    Uważam, że Klon jest moją własnością tak samo jak ja będę własnością mojego klona.
    Uważam, że moje geny są mną w taki sam sposób jak ja jestem moimi genami.

  14. @ Piotruś : A atomy węgla, z których jesteś zbudowany, też są Twoją własnością? Jeśli tak, to mógłbyś nieźle zarobić, gdyby przerobiono je na diament! 🙂

  15. Podsumowując (moim zdaniem), ani gen nie jest własnością ogólnoludzką, ani moje ciało po śmierci. W dalszym ciągu jest ono wyjątkowe, i tym różni się od atomu węgla, że te są jednakowe dla wszystkich. Pobieranie jakichkolwiek próbek z mojego ciała, zarówno za życia, jak i po śmierci, uważam za karygodne.

  16. Naści golonkę Tes Tequ. Naści. 😀

  17. Z tą golonką to nie zrozumiałem.

  18. @dana 1: Myślę, że ekolodzy byliby zachwyceni. Recykling w czystej postaci! 😀

  19. @dana:
    Nie masz racji 😉 Opiszę Tobie teraz ideał. W idealnej sytuacji, to lekarz poszukuje informacji o nowych terapiach i przez całe swoje zawodowe życie się uczy. (BTW. Nie dotyczy to tylko lekarzy.)

    Każdy lek wprowadzony na rynek musi być przebadany, a wyniki badań dostępne publicznie — to są pieniądze przeznaczone na badania, plus wymagania systemu, plus (system udostępniania) pieniądze publiczne.
    Gdzie tu jest miejsce na koszty marketingu firmy, jako konieczny warunek zaistnienia produktu?

    Opisałem sytuację idealną, bo firmy naciskają, organizują spotkania i wyjazdy, dają prezenty za przepisywanie własnych leków (opłacanych ze społecznych funduszy…), naciskają na pacjentów, którzy nie weryfikują skuteczności, a sami lekarze są leniwi i ulegli. Tylko zauważ, że za wszystkimi wadami stoją… pieniądze na marketing ;D No, może poza lenistwem 😉

    W każdym razie, punkty 1 i 2 nie tylko mogą być realizowane bez udziału wydatków na marketing, ale także z punktu widzenia zdrowia (publicznego i prywatnego) najlepiej by tak właśnie było.

  20. PAK

    Częściowo to prawda, co piszesz. Ja bym nawet sytuację sklasyfikował w kategoriach literackich, jako tragedię, tragedię klasycznie grecką.
    Mam potwierdzenie tego w moim doświadczeniu zawodowym. Tylko, dlaczego jest jak jest?

    Podstawowym problemem jest, że na zdrowie każdy wyda prawie wszystko, co ma i czego nie ma. Stąd nieodparta skłonność każdego z nas osobno by koszy te przerzucić na ogół, by się wzajemnie ubezpieczać. Pod wpływem masowych oczekiwań nigdy nienasyconych i nie do nasycenia w ten biznes angażuje się duże pieniądze publiczne i pieniądze dużych instytucji ubezpieczeniowych. Rozbudowany jest także i słusznie system kontroli produktów pod względem ich przydatności i bezpieczeństwa.
    Oczywistością jest, że wokół takiej ilości skoncentrowanych pieniędzy zorganizowano rozbudowany aparat biurokratyczny, który kontroluje ich wydawanie. Na to nakłada się administracyjna selekcja produktów, które są dofinansowywane z tak czy inaczej zorganizowanej wspólnej kasy. Ta selekcja musi być na bieżąco weryfikowana ze względu choćby na postęp medycyny.
    Na najniższym szczeblu w kupno określonego produktu zaangażowanych jest multum lekarzy wypisujących recepty i decydujących o wyborze sprzętu czy metody.
    Sytuacja jest o wiele bardziej skomplikowana niż w innych dziedzinach, w których mamy do czynienia z pieniądzem wspólnym, o których wydaniu decyduje biurokracja w takich na przykład jak budowa infrastruktury komunikacyjnej czy w projektach zbrojeniowych.
    Choć to także są projekty wysoko korupcjogenne to jednak ze względu na ilość zaangażowanych podmiotów łatwiej je kontrolować. W uproszczeniu: Mamy do czynienia np. z autostradą z A do B. Wystarczy w zasadzie jeden przetarg a po nim mamy jednego realizatora i jednego klienta. Nawet w tak wydawałoby się prostej sytuacji może i dochodzi do korupcji.
    Producent leku czy sprzętu, aby zaistnieć w tym gąszczu musi się lansować. Także w formie kiedyś powszechnej a tak dla pacjenta oburzającej jak finansowanie lekarzom (i urzędnikom bywało) konferencji w atrakcyjnych miejscach świata.
    Tragizm polega na tym, że:
    Pierwszą połową alternatywy jest stworzenie centralnej komisji planowania produkcji i dystrybucji. Koniecznym było by scentralizowanie badań i produkcji i stworzenie scentralizowanego systemu aptek i punktów dystrybucji sprzętu i know how.
    Oczywiście zmniejszyłoby to rozmiary korupcji i wydatków na marketing do znanych nam z PRL ochłapów i zawsze można by zrobić remanent i odpowiednią wywieszką. Nie wiem jednak czy to zmniejszenie indywidualnej i wydatków na dotarcie do decydującego o wydatkach podmiotu zrekompensowałoby rozmiary marnotrawstwa środków fizycznych, ludzkiej pracy i możliwości intelektualnych. Będzie Kubański system powszechnej i darmowej opieki zdrowotnej.
    Druga połowa to rezygnacja z systemów ubezpieczeniowych i postawienie potencjalnego pacjenta sam na sam z jego śmiertelnością.
    Oczywiście jest coś w środku i jest, jakie jest. Zapewniam Cię jednak, że tak proste formy marketingu jak Seszele dla doktora są w zaniku ze względów i prawnych i kulturowych. Są subtelniejsze metody.
    Piszesz:
    „W idealnej sytuacji, to lekarz poszukuje informacji o nowych terapiach i przez całe swoje zawodowe życie się uczy”
    No, więc jesteśmy w neutralnej bibliotece, po której wędruje lekarz a obok niego urzędnik (często z wykształceniem medycznym). Co decyduje, że do tej o nie innej pułki sięgną? Medycyna to nie jest wiedza i rzemiosło doskonale ścisłe – przeczytam i w sposób oczywisty wiem, że ma być to a nie tamto. Tak nie jest.
    Gama wyboru dopuszczalnych metod i substancji jest relatywnie duża. Jako producent uważam, że moja metoda czy lek (dawno przetestowane zgodnie z przepisami i moralnością) są najlepsze. Wołam, więc do decydenta taką okładką, która zwróci na siebie uwagę.

  21. Ależ TesTequ!
    Już mogą być zachwyceni. Dzięki dominującym obyczajom funeralnym ten rodzaj recyklingu jest nieomal powszechny. A przez jakie usta, jaką jamę gębową to sprawa wtórna.

  22. @dana1:
    Żeby nie było wątpliwości — nie protestuję przeciwko marketingowi w ogóle, tylko przeciwko argumentowi: ‚potrzebujemy patentu na lek, bo pozwala nam on finansować badania prowadzące do wprowadzenia nowych leków na rynek’. Otóż z patentów finansuje się nie tylko badania, a nawet nie przede wszystkim, to zaś pozwala postulować zmniejszenie zakresu ochrony patentowej leków (czy, jak w przykładzie Torlina, genów).

    Jeśli chodzi o metody marketingu — oczywiście, że jest to zagadnienie szersze niż ‚wczasy na Seszelach’, z bardzo subtelnymi możliwościami nacisku, choćby związanymi ze sponsorowaniem czasopism naukowych. Ale wracamy do pierwszego akapitu — choć może pewne metody promowania leków powinny być zakazane, czy ograniczone, tematem dyskusji jest zakres ochrony patentowej, a tu już nie mamy pytania o ‚dozwolone formy marketingu’, tylko o dopasowanie istniejących już regulacji rynku tak, by były one możliwie społecznie korzystne.

    Co do ‚wirtualnej biblioteki’ — to jest do przejścia 😉 Powiem więcej — od strony technicznej, coraz bliżej jesteśmy możliwości wyboru najlepszego leku, bez ulegania sugestiom marketingowym 😉 Są bazy danych, są możliwości wyszukiwania, są stowarzyszenia (non-profit) porównujące wyniki badań leków.

  23. Pak

    „coraz bliżej jesteśmy możliwości wyboru najlepszego leku”

    Hm. Ja bym napisał:

    Jesteśmy coraz bliżej możliwości wyboru leku najlepiej wklepanego w system.

    Nie oznacza to, że mniemam, iż będzie to lek nieskuteczny. Takim pesymistą nie jestem. To po prostu może być lek równie dobry jak inny.

    Co do reszty to chyba problem daje się zredukować jak długo produkt ma być chroniony patentem?

    Czy tak?

  24. Pak

    Przeprasza że ponownie

    Mam nadzieję, że WKLEPANIE interpretujesz zgodnie z moja intencją, jako skrót, świadome uproszczenie. Idzie o całą procedurę wartościowania leku w relacji do określonej grupy pacjentów.

    Tam skupiają się zabiegi marketingowe. Marketingowe nie oznacza, że niezgodne a nawet przeciwdziałające metodom nauk medycznych. Te zabiegi wypełniają lukę zawsze obecnej niepewności dotyczącej zbawczego działania leku. Jego zbawienności nie da się w sposób doskonały zmierzyć.
    I proszę nie mieszajmy do tego występującej w każdej branży nieuczciwości. Oczywiście nieuczciwość w tej branży wywołuje ze zrozumiałych względów szczególnie agresywne formy histerii. Ta podatność opinii na histerie związane nie tylko z przemysłem medycznym, ale z całą problematyką lecznictwa nakazuje szczególną ostrożność wobec gorliwych reformatorów i ulepszaczy.
    Nie neguję potrzeby jakichkolwiek zmian. Postuluję tylko ostrożność.

  25. Od leku wklepanego w system lepsze jest wklepywanie czynione zręczną rączką masażystki lub masażysty (w zależności od preferencji). 😉

  26. Oczywiście przy wklepywaniu również postuluję ostrożność. 😉

  27. Tak ciekawa dyskusja, że nie zamierzam ingerować, komentować i się mądrzyć. Ale…
    „coraz bliżej jesteśmy możliwości wyboru najlepszego leku”. Tak, tylko ja to widzę trochę inaczej. marzyciel – idealista ze mnie.
    Każdy człowiek dostaje indywidualne lekarstwo skrojone na jego miarę, według jego potrzeb. Nie ma firm farmaceutycznych, są konkretne instytuty, które dobierają lekarstwo według genomu.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: