Napisane przez: torlin | 08/02/2013

Być albo nie być ÖAv

oeav_logo

Miała to być jedna z najważniejszych moich notek, do której długo się przygotowywałem. Chciałem zamieścić dokładne tłumaczenie artykułu, który ukazał się w nr 4 w 2012 roku w magazynie Alpejskiego Związku Alpejskiego „Bergauf”, numerze poświęconym 150 rocznicy utworzenia tego Związku, sam artykuł nosi tytuł „Hütten & Wege. Alpine Infrastruktur des Alpenvereins – braucht es die noch?” (Czy my ją jeszcze potrzebujemy?) i jest referatem Petera Kapelari. Niestety, poniosłem klęskę na każdej linii, mimo wielu wysiłków nie dałem rady go przetłumaczyć, nawet z pomocą tłumacza Googla i mojego ojca. Tekst okazał się za trudny. Postanowiłem jednak pójść na łatwiznę i przekazać krótkie résumé tego artykułu, gdyż dla mnie wnioski wynikające z niego są zatrważające.

Austriacki Związek Alpejski powołany został do życia w 1862 roku jako pierwsza organizacja tego typu w Europie kontynentalnej, gdyż pierwsza była  brytyjska Alpine Club założona w 1857 (a ci Brytyjczycy nawet gór nie mają). W latach 1873 – 1938 organizacja nazywała się Deutscher und Oesterreichischer Alpenverein (DuÖAV). Dzisiaj opiekuje się 40.000 kilometrów szlaków wędrówkowych, 238 schroniskami górskimi, niezliczoną ilością „klettersteige” (via ferrat) i skałek wspinaczkowych, 13.000 łóżek, w lecie jest to 1.550 miejsc pracy, a mając co roku około miliona turystów Związek Alpejski jest największym dostawcą zakwaterowania w Austrii. Większość schronisk jest oddana najemcom w formie leasingu, szlakami i trasami wspinaczkowymi opiekują się zaś wolontariusze. Cała organizacja jest non profit. I ku mojemu przerażeniu na horyzoncie zaczynają się zbierać ciemne chmury, a pesymiści wróżą bliski koniec tej organizacji. Powody są dwa, niezależne od siebie, ale związane ze współczesnością, zmianami, jakie nastąpiły w ostatnich latach. Bardzo proszę o potraktowanie tych dwóch punktów w sposób jednakowy, obydwa są jednakowo ważne, ich układ hierarchiczny jest całkowicie przypadkowy.

Zmiana przyzwyczajeń turystycznych.

Coraz mnie ludzi chodzi na charakterystyczne trasy alpejskie „von Hütte bis Hütte”, preferowane są szybkie trasy weekendowe z pojedynczym noclegiem w schronisku. Powoduje to nadmierną eksploatację schronisk leżących bliżej miasteczek, górnych stacji kolejek górskich względnie do których jest łatwy dostęp (nawet taksówką), za to murszeją schroniska wewnątrz Alp, do których nie ma dostępu w ciągu jednego dnia. Widziałem to podczas swojej ostatniej wyprawy, w pierwszym schronisku spałem sam na wielkiej wieloosobowej sali, w dwóch następnych tłok był tak wielki, że ludzie spali „na glebie”. Tymczasem te schroniska zagubione w górach są również bardzo potrzebne, a trzeba je utrzymywać bez względu na liczbę turystów.

Zaczyna również turystom przeszkadzać „wieloosobowość” sal, w dzisiejszych czasach jest to dobre dla grup młodzieżowych, dorosły wędrowiec chce mieć trochę komfortu i intymności, a najlepiej byłoby, gdyby taki pokój rodzinny wyposażony był również w łazienkę, a może nawet i prysznic. Wymagałoby to jednak olbrzymich inwestycji we wszystkich obiektach, a na to OeAv nie stać. Do tego stopnia jest źle, że Osterreichischer Alpenverein musiał w 2004 roku  sprzedać za g… pieniądze (250 000 euro) swój najważniejszy obiekt –  schronisko Rudolfshütte nad Jeziorem Białym w Kelser Tauern przedsiębiorcy hotelarskiemu z Zell am See, pragnącemu zamienić to schronisko w ekskluzywny hotel i pensjonat górski. To piękne schronisko leży bardzo wysoko (2.315 m.), powstało w 1874 roku (a więc ma prawie 140 lat) i jest naprawdę wielkie (200 łóżek plus 50 w salach zbiorowych), jak i ważne (całkowicie zmodernizowane w 1979 r. pełniło rolę Międzynarodowego Centrum Alpinizmu, było wyposażona w ściankę 300 m2, siłownie, gabinety lekarskie, sale wykładowe). Trzeba jednak dodać, że schronisko to ma też w swojej historii ciemną kartę, w czasie wojny mieściła się tu filia obozu koncentracyjnego w Dachau.

Amerykanizacja roszczeń

Wszyscy w Europie myśleliśmy, że osławione oblanie się jakiejś paniusi zbyt gorącą herbatą w McDonaldzie skutkujące jakimś niewiarygodnym dla niej odszkodowaniem jest wymysłem stricte amerykańskim, i Europa jest wolna od tego rodzaju plagi. Tymczasem organizacja będąca bohaterem mojego wpisu zaczyna być nękana przez turystów w sprawie odszkodowań za urazy poniesione w czasie wędrówki. Następuje paradoks naszych czasów, wolontariusze układają skały i kamienie w formie ścieżki, aby udostępnić wędrowcom wnętrze tych pięknych gór, a ten wędrowiec podaje ich do sądu winiąc ich za skręconą kostkę na źle ułożonym kamieniu. Spraw tych zaczyna być tak dużo, że Alpenverein zastanawia się w ogóle nad zakończeniem działalności organizacyjnej, Autorzy artykułu stawiają sprawę jasno, albo Państwo (względnie landy) pomogą im w krzewieniu kultury fizycznej wśród społeczeństwa i dla dobra turystów zagranicznych, albo oni będą musieli wyprzedać majątek i zakończyć działalność.

———————–

Wydaje mi się, że ten artykuł jest znakiem dzisiejszych czasów. Ja wiem, że osób zainteresowanych tą tematyką nie ma zbyt wielu, ale dla mnie – powtarzam – artykuł ten był jednym z najważniejszych, jakie w ogóle czytałem w ostatnim okresie.

Reklamy

Responses

  1. Smutne. To rzeczywiście znak naszych czasów, nie tylko w turystyce górskiej: dążenie do jak najsilniejszych wrażeń, a jednocześnie pełnego bezpieczeństwa i wszelkich wygód cywilizacyjnych. Oraz oczekiwanie, że ktoś inny, a nie ja, o moje bezpieczeństwo się zatroszczy i będzie za nie ponosił odpowiedzialność. Jest to ten rys nowoczesności, którym się szczerze brzydzę.
    Swoją drogą, nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego sto lat temu, kiedy ruch turystyczny był w porównaniu z czasami obecnymi znikomy, takie choćby Towarzystwo Tatrzańskie mogło prowadzić schroniska w różnych zakątkach gór, a dziś schronisko się nie utrzyma bez wycieczek szkolnych i wyczapu piwa.
    Szczęśliwie nie bywam w Alpach, a w tych górach, w których bywam, jeszcze długo stosunki nie będą wyglądały w taki sposób. Zdążę się do końca zestarzeć.

  2. Zatrważające.

  3. Przypomniał mi się pewien epizod a propos gwarancji bezpieczeństwa. W zeszłym roku byłem z córką na jednodniowym grupowym spływie kajakowym Pilicą i kawałkiem Wisły, organizowanym przez jakąś fundację. Kiedy wypłynęliśmy na Wisłę, wziąłem według mapy kurs prosto na punkt docelowy, co wyprowadziło nas na środek rzeki. Wtedy dogoniła nas jedna z organizatorek, dziewczyna dwadzieścia parę lat, i nawrzeszczała na mnie: dlaczego nie płynę przy brzegu, jestem nieodpowiedzialny, Wisła to bardzo niebezpieczna rzeka itd. Przyjąłem to z pokorą, choć miałem szczerą ochotę odszczeknąć: „Dziecko, spędziłem w życiu w kajaku na pewno kilkanaście razy więcej czasu niż ty, pływałem po akwenach znacznie większych i bardziej niebezpiecznych niż Wisła pod Warszawą”.
    Ale ona miała swoją rację: gdyby coś mi się stało, jej organizacja mogłaby być pociągnięta do odpowiedzialności.

  4. Dzięki Pawle, ale nie mów „nigdy”. Wędrówka w scenerii alpejskiej jest jedyna w swoim rodzaju i tego nie zobaczysz w górach Ukrainy, Besarabii czy Rumunii.
    ———
    Tak Linuxie, dla mnie też.

  5. Osterreichischer Alpenverein musiał w 2004 roku sprzedać za g… pieniądze (250 000 euro) swój najważniejszy obiekt – schronisko Rudolfshütte nad Jeziorem Białym w Kelser Tauern przedsiębiorcy hotelarskiemu z Zell am See, pragnącemu zamienić to schronisko w ekskluzywny hotel i pensjonat górski.

    I dopiero teraz mówisz? Dalibyśmy 256 000 euro, zostałbyś skutecznym oberkommandantem schroniska i szczęśliwym człowiekiem, a ja bym liczył swoją część kasiory na nizinach!

  6. Rzecz w tym, że oferta, która do mnie spłynęła, została źle przetłumaczona. Myślałem, że to chodzi o sumę 2.500.000, a takiej pod ręką nie miałem.

  7. Kolejna odsłona procesu dziejowego, którego skutki dostrzegamy na każdym kroku. Jakimi słowami go opisać ?
    Prawem Kopernika w którym żądze wypierają wewnętrzne potrzeby estetyczne ?
    Ekonomicznie niski koszt zaspokojenia wyrafinowanych doznań ?
    My jesteśmy pokoleniem wyraźnie oddzielającym rzeczywistość, od iluzji szklanego ekranu. W dziciństwie BAWILIŚMY SIĘ W Winetou lub czterech pancernych. Młodzi ludzie w swych emocjach SĄ bohaterami swoich gier komputerowych. Fizycznie przeżywają ciepełko domowych pieleszy gdy psychicznie przeżywają emocje wirtualnych szkół przetrwania. Przetrwanie w naturalnych warunkach wymaga sprostania większym wysiłkom – tego rówieśnik sprzed monitora nie doświadczy, więc i nie doceni. Podobnie z doznaniami estetycznymi – po co wykładać pieniążki na odległe schrony, gdy równie piękne panoramy mozna zobaczyć za oknem kolejki linowej.
    Przy wyraźnym wytyczeniu obszarów komercji przyroda powinna zyskać.

  8. Torlinie, nie mówię przecież „nigdy”. W Alpy też się chętnie wybiorę, tylko może trochę później, kiedy się posunę w latach i nie będę już w stanie dźwigać sprzętu biwakowego. Na razie wolę jeździć w góry, w których nikt mi nie zabrania rozbijania namiotu i palenia ogniska.
    No i tak się składa, że w ostatnim czasie zmuszony jestem wybierać tanie możliwości spędzania urlopu, a boję się, że Austria do takich nie należy.
    Na marginesie: w Besarabii w ogóle nie ma gór. W Rumunii zaś wbrew pozorom można znaleźć alpejską scenerię, choć rzeczywiście nie za wiele tam tego: Góry Fogaraskie, Retezat, po części Parâng.

  9. Dla Pawła
    Okolice Zell am See późną wiosną i latem poza sezonem..
    Tygodniowy pobyt w tzw. apartamencie 4 osobowym 1300 zł.
    Ceny żywności i benzyny porównywalne z naszymi.
    Dojazd z Katowic ok. 7 h autostrady.

    .

  10. Tak jak się skończyły narty strugane z drewna bukowego i wiązania Kandahar, tak się powoli kończy XIX wieczny sposób zwiedzania gór. Zmieniła się technologia – myślę tu o obuwiu, odzieży, sprzęcie turystycznym; chociaż idiotki w szpilkach i idioci w klapkach się zdarzają. Nawet mgła, która kiedyś rozsądnego turystę unieruchomiała, teraz stanowi przeszkodę do pokonania z GPSem w ręku. Współczesna młodzież jest przyzwyczajona do natłoku informacji stąd czterogodzinne podchodzenie upłazem jakimś tam nie dostarcza tej ilości wrażeń, których się oczekuje. Dlatego szuka się podejść szybszych lub innych, nawet samochodem. Albo jedzie się do Rumunii, gdzie jeszcze można rozbić namiot w dowolnym miejscu i rozpalić watrę – taki trochę wariant sentymentalny dla dzisiejszych trzydziestolatków.
    Już 40 lat temu sam zauważyłem jak innny jest model wędrówki górskiej austriacki i polski. Byłem wówczas 3 miesiące na praktyce górniczej w Muhlbach am Hochkoenig. Soboty i niedziele miałem wolne, więc postanowiłem zwiedzić wszystkie okoliczne góry. Pierwsze zaskoczenie – puste szlaki, prawdziwki rosnące przy szlaku, których nikt nie zbiera. Nie ma potrzeby targania szpejów z jedzeniem i piciem, bo są Jaussenstation, gdzie to wszystko jest. Może nie dla mnie – studenta z PRLu, ale lokalni studenci się tam pożywiali. Kolejne – na szlak i ze szlaku można było w kwadrans dostać się do asfaltu i do autobusu. Trzecie – czasem wracałem poboczem drogi, bo szybciej i wtedy musiałem sie opędzać od chętnych do podwiezienia mnie na dół.
    20 lat temu byłem z grupą studentów zaocznych na praktyce w Dol. Kościeliskiej – spaliśmy na Ornaku. Takich siermiężnych warunków wówczas się nie spodziewałem; i ta radość słuchania chrapania lub radosnego popierdywania na sali zbiorowej.
    5 lat temu chciałem sie przespać w zakopiańskim Domu Turysty PTTK. Tu dopiero przeżyłem szok – pokój śmierdzacy papierosami, zasłony nabite kurzem, na wyszczerbiony parkiet narzucona wytarta wykładzina filcowa, żarówka 25W, rozwalone szafy i cena 200 zł za pokój. Jeszcze nigdy tak szybko nie wychodziłem z żadnego budynku.
    W zeszłym roku rozmawiałem z kolegą o stanie PTTK – w zasadzie nie przejawia objawów życia; wyprzedaje schroniska, jeśli ktoś się łaskawie zgodzi kupić. Koniec z wydawnictwami, praca z młodzieżą – sytuacja podobna do statusu Stronnictwa Drżących (kiedyś SD) – podobno istnieją.
    Do czego dążę? Ano do tego, że żale za odchodzącym w niebyt OEAV nic nie pomogą, a na żale nad odeszłym w niebyt PTTK już za późno.
    Po prostu całe towarzystwo zachowywało się jak ten partyzant z kieleckiego znaleziony w 2010 roku,, co ciągle te tory i mosty wysadzał.

  11. Widzę Pawle, że w turystyce górskiej jesteś zwolennikiem libertarianizmu.

    Torlinie

    A Kaukaz?

    Także Krymskie Góry, choć nie takie wysokie jak Alpy nawet dla ciebie nie do pogardzenia.

    Czy po dwudziestu kilku latach wolności turystycznej Zachód Ci się jeszcze nie znudził?

  12. Piotrusiu!
    Nawet pewnie się nie spodziewasz, ale Ci przyklasnę. Przyroda zawsze zyskuje na pieniądzach i rozsądnej polityce, i Twoje słowa „Przy wyraźnym wytyczeniu obszarów komercji przyroda powinna zyskać” są całkowitą prawdą. Tam gdzie strony się dogadują, to i może stanąć luksusowy hotel z parkingiem na terenach ochronnych, i jednocześnie w sposób znakomity chroniona jest pozostała część poprzez budowę odpowiednich szlaków, punktów widokowych, opłaconej Straży Przyrody, infrastruktury turystycznej w obiegu zamkniętym (woda, kanalizacja, wyziewy, śmieci), samochody na silniki elektryczne – to wszystko wymaga pieniędzy.
    ———-
    Pawle!
    Z tą Besarabią to popłynąłem, przepraszam. Mnie Austria kosztowała ok. 2.200 – 2.400 złotych na 12 dni, z tym że nie umiałem ominąć ekspresu Wiedeń – Lienz, który kosztował mnie bajońskie sumy, bo 52 euro w jedną stronę. Jak już Ci kiedyś pisałem, skończyłem już z brakiem absolutnie żadnego luksusu, nie bawię się już w wodę ze strumyka i rąbanie drew. Szkoda dla mnie czasu.
    ————
    Po pierwsze i najważniejsze, witam Cię serdecznie O.R. w swoim blogu. Bardzo mi miło.
    Generalnie się z Tobą zgadzam, czas iść z duchem czasu. Ale… Żal mi tych jednostkowych starań, tych ludzi, którzy chcą coś zrobić dla turystów w górach. Dobrze, zlikwidujemy schroniska – no i co? Czy to nie jest wylanie dziecka razem z kąpielą? Bo są w końcu turyści chcący łazić po górach i gdzieś tam przenocować. Na mojej Venediger na pierwszym etapie było mało ludzi, później zatrzęsienie, w wielkim schronisku się nie mieścili. Pamiętaj, że to jest referat wewnętrzny Związku Alpejskiego, i moim zdaniem dobrze oddaje zagrożenia.
    Ps. Ktoś te ścieżki musi konserwować.
    ———-
    Edwarze!
    Zachód mi się absolutnie nie znudził, co nie oznacza, że nie tęsknię za krajami pozaeuropejskimi. Ale są regiony świata mi obojętne z punktu widzenia turystycznego, nic mnie nie ciągnie do Afryki, Rosji i dawnych republik europejskich, Australii, Stanów Zjednoczonych, Kanady i Wielkiej Brytanii (ze względu przypuszczalnie na język, a Stany z wyjątkiem parków narodowych) i na Bałkany. W Europie byłem w demoludach, a z Zachodu w północnych Włoszech, Niemczech, Austrii, Danii, Szwecji (ale bez Sztokholmu), w Szwajcarii (ale tylko w Gryzonii) i w Hiszpanii w Madrycie i Pirenejach.
    Europejskie marzenia: teraz Belgia, Portugalia, Barcelona, Holandia (może teraz uszczknę trochę Amsterdamu), Grecja, Sycylia, Grecja, Stambuł i Paryż.
    Pozaeuropejskie – przede wszystkim Gruzja (no dobrze, może to być Europa) i Himalaje z trekkingiem wokół Annapurny. Ale także coś z Dalekiego Wschodu (Chiny, Japonia, Tajwan), Indie z Goa oraz Ameryka Południowa.

  13. Torlin: „Nie bawię się już w wodę ze strumyka i rąbanie drew. Szkoda dla mnie czasu.”
    .
    Rzecz w tym, że dla mnie te zajęcia to nie jest strata czasu, tylko frajda i jeden z istotnych elementów turystyki górskiej, jak ja ją rozumiem. Nie wszyscy musimy lubić to samo.
    Ja w turystyce nie szukam NAJefektowniejszych krajobrazów, NAJwspanialszej przyrody czy NAJcenniejszych zabytków. To oczywiście rzeczy pożądane, ale w dzisiejszym świecie tam gdzie jest coś NAJ, z reguły wkracza komercja: hotele, asfaltowe szosy, doskonale urządzone znakowane szlaki, z których nie wolno zejść, zawodowi przewodnicy, z których usług koniecznie trzeba korzystać, oraz oczywiście tłumy gapiów. Tak przynajmniej jest w Europie.
    A ja nade wszystko cenię sobie poczucie, że docieram do ciekawych miejsc, w których mało kto bywa i mało kto o nich wie. Bardziej mnie cieszy widok starej drewnianej cerkiewki w zapyziałej ukraińskiej wiosce, do której prowadzi marna żwirowa droga i raz dziennie dojeżdża rozklekotany busik, niż widok budowli znacznie cenniejszej i efektowniejszej architektonicznie, przed którą parkuje dziesięć autokarów wycieczkowych.
    Co rzekłszy, konstatuję ze smutkiem, że w coraz mniejszym stopniu realizuję te pragnienia, odkąd zmuszony jestem wyjeżdżać na urlop z rodziną, która niekoniecznie podziela moje pasje i nie wszędzie się z nią dojdzie.
    .
    Edwar: „w turystyce górskiej jesteś zwolennikiem libertarianizmu.”
    .
    A co by to miało znaczyć? Jestem raczej zwolennikiem elitaryzmu. Wkurza mnie filozofia „wszystko wszędzie dla wszystkich”, nakazująca na przykład budować kolejki linowe na szczególnie efektowne szczyty, dzięki czemu widokami mogą się rozkoszować także ludzie zbyt leniwi, żeby przez kilka godzin zapieprzać pod górę, a w zamian gotowi sypnąć forsą.

  14. Torlin pisze: Bo są w końcu turyści chcący łazić po górach i gdzieś tam przenocować.

    Czy aby na pewno? Czy liczba osób o takich upodobaniach usprawiedliwia utrzymywanie służącej im, przepełnionej nostalgią i starym kurzem infrastruktury? Utrzymywanie, bowiem osoby te oczekują baaardzo przystępnych cen, które w żaden sposób nie są w stanie zapewnić samofinansowania się schronisk.

    Niestety – nie ma powrotu do tamtych standardów. Tak, jak nie ma powrotu do maszyn do pisania, co stwierdzam pisząc ten komentarz za pomocą klawiatury wyświetlonej na ekranie iPada…

  15. Takie małe deja vu.
    Jako uczeń liceum przeszedłem Jurę K-Cz od Zabierzowa do Olsztyna. Było nas pięciu. Spaliśmy pod namiotami, trochę się wspinaliśmy, troche próbowaliśmy eksploracji jaskiń. Pierwsze dwa dni noclegu nauczyły nas, żeby jedzenie chować do namiotu, bo wiejskie pieski nie śpią i są wszystkożerne.
    Przed pięcioma laty szwędałem się po okolicach kanionu Colorado i jeden nocleg przypadł na taborisku. Byliśmy sami i zdziwienie nasze wzbudził wysoki maszt pośrodku polany z wieloma linkami – ONZ czy co? Dopiero info przyczepione do masztu uświadomiło nam, że tu żarcie wyjadają misie i lepiej go wtedy nie mieć w namiocie.
    A odnośnie pewnej takiej niechęci do zwiedzania Stanów. Jak uzbierasz 10 k$, to wystarczy spokojnie na luksusowy pobyt przez miesiąc we dwójkę (przy czwórce koszty wynajmu samochodu szię dzielą.) Lot do Kaliforni LA lub Las Vegas – 3 dni na dojście do czasu miejscowego – potem do Flagstaff (saguaro) – na N do Wielkiego Kanionu – Page Escalante – Moab – Salt Lake City – powrót do Capitol Reef i koniecznie Zion – Lake Mead i powr do LV i LA. Bilety lotnicze pochłoną do 3k$, noclegi 60-90$ (LV nawet 30$) za pokój dwuosobowy, reszta restauracje, samochód i przyjemności. W czwórkę może wyjść taniej. A język? – tam w zasadzie są bardzo uprzejmi ludzie i dużo są w stanie zrobić, żeby dostać Twoje pieniądze.
    Czego Ci życzę.

  16. Jak samolot w USA, to koniecznie Virgin America – różowo-fioletowy wystrój i przystojni, usłużni stewardzi. 😉

  17. „Czy liczba osób o takich upodobaniach usprawiedliwia utrzymywanie służącej im, przepełnionej nostalgią i starym kurzem infrastruktury? Utrzymywanie, bowiem osoby te oczekują baaardzo przystępnych cen, które w żaden sposób nie są w stanie zapewnić samofinansowania się schronisk.”
    ,
    Nie znam stosunków austriackich, ale – jak już pisałem – schroniska, które zakładało polskie Towarzystwo Tatrzańskie w końcówce XIX i pierwszych dziesięcioleciach XX, bynajmniej nie pękały wtedy w szwach i ceny miały przystępne, a jakoś się samofinansowały. Tylko zysku nie dawały, a jak tu żyć bez zysku w naszych czasach?

  18. Zysk jak zysk, ale z czego pokryć amortyzację ?

  19. Pawle!
    Zmieniłem się. Przyznaję. Może po prostu mi tego brakowało? Całą młodość „gierkowską” spędziłem w demoludach, jeździłem od miasteczka do miasteczka, chyba było mało ludzi w Polsce, którzy tak dokumentnie zwiedzili te kraje. W Rumunii dla przykładu byłem w północnej części tego kraju, której w ogóle nie odwiedzają turyści (Satu Mare, Suczawie i Dragomirnie), byłem w Karpatach, w Sinai, (nie wiem, jak odmienić miasto Sinaia), Timiszoarze, Klużu, Aradzie, Sighisoarze, Ploeszti, Mołdawii Rumuńskiej. Ale najbardziej podobał mi się zamek w Hunedoarze. I wtedy miałem żwirowe drogi, rozlatujące się busy i samotne cerkiewki. Teraz tęsknię za katedrą toledańską, uliczkami Brugii i szlakiem GR20 na Korsyce. A jeżeli już ma być rozlatujący się bus i żwirowa droga, to prowadząca do Dawid Garedży.
    —————-
    Nie Tes Tequ, nie wolno wszystkiego przekładać na pieniądze, są rzeczy ważniejsze. Co innego produkcja skarpetek czy przetarg na autobusy, co innego zdrowie i kultura, w tym zakresie udział Państwa musi być znaczny. Czy przy produkcji „Orlików” też się pytałeś, czy to jest opłacalna inwestycja? I kiedy się zwróci? To jest sprawa zdrowia całego społeczeństwa i musimy o to zadbać. Bo jeżeli zostawimy to tylko pieniądzom, to szkoły będą dalej pełne wafelków, Coca Coli i pizz.
    —————-
    O.R.!
    Dzięki za komentarz, ale wybacz, mało co z niego zrozumiałem. Nie mógłbyś jeszcze raz go napisać, ale żebym rozumiał skróty? I pamiętaj, że ja nie znam angielskiego. Np. co to jest „10 k$”?
    ————–
    Piotrusiu!
    Jaką amortyzację? Ze 150-letnich budowli?

  20. Dobra, w takim razie daj te pieniądze na schroniska. A Orliki? Już się zwróciły! Komu? Tym, co je budowali. Teraz, jak ten miś z filmu mogą zgnić niekonserwowane…

  21. Nie zgadzam się Tes Trqu z tym i nigdy się nie zgodzę. Państwo w swojej istocie ma dbać o społeczeństwo, a nie być li tylko nadzorcą prawidłowego działania kapitalizmu. Na całym świecie medycyna jest dotowana, kultura i sztuka, sport dla młodzieży. W wielu miastach świata dostęp do hal sportowych, pływalni i boisk jest darmowy. A „Orliki”? Poczytaj sobie
    http://orlik2012.pl/uploads/dokumenty/sprawozdania/raport_orlik%2016%2003%202012.pdf
    jeżeli oczywiście przemielesz to przez „niech budują za swoje”, to we mnie sojusznika takiego patrzenia nie znajdziesz.

  22. Jak to właściwie było Pawle?

    Ponoć Stanisław Gąsienica Byrcyn w czerwcu 1914 roku ratował Lenina, który wpadł do jakiejś szczeliny pod Zawratem. Po odnalezieniu Lenin tak trząsł się z zimna, że na chwilę zaniemówił, co uchroniło ochotniczych ratowników od bolszewizacji.

    Nie jest jednak ważnym, że był to Lenin i że razem z nim wpadł do dziury bolszewik i agent Ochrany Roman Malinowski.

    Ważniejszą tu, w Torlinowym kontekście, jest skarga ratownika.
    – Jeszcze mi skurwisyn za dwie dniówki winien. – Wspominał podobno Byrcyn.

    Szło mu o to, że ratownikowi w tamtych czasach płacono za udział w akcji dwie dniówki przewodnika.

    Kto płacił?

    Czy, jak wynika z żalów Byrcyna powinien zrobić to Lenin? A może Ochrana?

  23. „Czy, jak wynika z żalów Byrcyna powinien zrobić to Lenin?”
    .
    To tzw. legenda miejska. Nie chce mi się sprawdzać, jak to w tamtych czasach było z opłacaniem ratowników. Na pewno jednak nigdy (i jeszcze dziś też nie) nie ściągano opłat z osób ratowanych. TOPR, a później GOPR zawsze się przed takimi pomysłami broniły, słusznie uważając, że ludzie mogą wówczas zbyt długo zwlekać z wzywaniem pomocy, lękając się o kieszeń.
    Żądania, by takie opłaty wprowadzić, to moim zdaniem demagogia. Nikt przecież nie żąda, żeby ofiara wypadku drogowego płaciła za przyjazd karetki, nawet jeśli sama zawiniła.

  24. Wiesz, Torlinie, jak już nam się zebrało na bardziej osobiste zwierzenia, to wyznam jeszcze jedno. Ja na zaniedbanej i zabałaganionej rumuńskiej czy ukraińskiej prowincji czuję się po prostu swojsko. Natomiast w znakomicie urządzonej i wypolerowanej na wysoki połysk (oraz piekielnie drogiej) Holandii czułem się wyraźnie nie na miejscu, jak przybysz z zupełnie innego świata. I to pomimo że dzisiejsza Polska jednak bardziej przypomina Holandię niż Ukrainę.

  25. Torlinie!

    Troszkę mnie na ścieżkę taką ( nie jest to czarny szlak, ten może bardziej łagodny niebieski) naprowadził komentarz Piotrusia!

    Czy chcemy czy nie świat się zmienia albo inaczej nie pozostaje niezmiennym.
    Tęskniąc za niezmiennością wśród zmienności można nie dostrzec zalet dzisiaj a co będzie za powiedzmy sto pięćdziesiąt lat…..?

    —————————————————-

    Kapitan międzygwiezdnego statku kosmicznego Jack T. właśnie kończył zmianę. Przejrzał prasę. Zgroza! Zawołał : znowu nie wytyczyli autostrad dla poduszkowców na czas w Polsce. Poseł klon Zawyłpies wprowadza kolejnego mutanta marsjańskiego do Sejmu. Popatrzył ze wzruszeniem na ekran gdzie jeszcze widać było mikroskopijny obraz Ziemi. Arktyka już dawno roztopiona zniknęła w błękitnych odmętach, supermocarstwo Chiny traciło swój status na rzecz Indii, Unia afrykańska miała się coraz lepiej.
    Zerknął na interaktywna fotkę swojej dziewczyny; znowu zmieniła kształt nosa i uszu, a kolor oczu miała aktualnie tęczowy. Zmienność u kobiet bywa jednak urocza.
    Dzisiejszy wieczór (szczęśliwie wolny) od dawna już zaplanował na lekturę biblioteki blogowej XXI wieku. Według przekazu rodzinnego znajdowały się tam zapiski jego praprapradziadka do którego był bardzo podobny.
    Zatopił się w lekturze ,, Torla – kamienna wioska” świata pełnego swoistego staromodnego wdzięku…………..

  26. Torlin pisze: Nie zgadzam się Tes Trqu z tym i nigdy się nie zgodzę.

    Ja też się nie zgadzam. Z czym? Z tym, że w zimie dni są takie krótkie.

    I będę się nie zgadzał do końca życia. Z równą skutecznością, jak Ty nie zgadzasz się na redystrybucję Twoich podatków do prywatnych kieszeni. Przez państwo. Państwo? A cóż to jest państwo? To urzędnicy, zwykli ludzie obdarzeni wielkimi możliwościami decyzyjnymi i minimalną odpowiedzialnością.

    W bogatych państwach po wstępnym podziale wisienek, zostaje jeszcze trochę dla społeczeństwa,w biednych nie.

    A Orliki? To dobry przykład, na którym wytłumaczę Ci wadliwość Twojego rozumowania. Gdyby rada osiedla mogła zagospodarować bezpośrednio Twój podatek, to zbudowalibyście Orlika za 100 zł od łebka. Ale Twoje państwo wie lepiej, jak to zrobić, więc bierze od Ciebie 1000 zł, z czego 900 zł idzie na utrzymanie urzędników w Urzędzie Skarbowym, Izbie Skarbowej, Policji Skarbowej, Departamencie Podatków Dochodowych w Ministerstwie Finansów, Ministerstwie Sportu, Ministerstwie Edukacji, Wojewódzkim, Powiatowym i Gminnym Referacie Sportu, Urzędzie Zamówień Publicznych i Najwyższej Izbie Kontroli, a 100 zł na Twojego Orlika.

    To samo dotyczy służby zdrowia.

  27. TesTeq: „To samo dotyczy służby zdrowia.”
    .
    Dobrym przykładem prawdziwości twoich tez są Stany Zjednoczone, gdzie obowiązek ubezpieczeń zdrowotnych dopiero teraz próbuje nieśmiało i przy gromkich protestach wprowadzić Obama, a służba zdrowia jest w całości prywatna, w przeliczeniu na głowę ludności najkosztowniejsza na świecie i bynajmniej nie najskuteczniejsza.
    Inny zaś przykład to te kraje Trzeciego Świata, w których państwu w ogóle zwisa, czy, kto i za ile dba o zdrowie obywateli i gdzie jak wiadomo wszyscy są zdrowi, zadowoleni i uśmiechnięci.

  28. Pawle!
    Już nie będę pisał na temat ubezpieczeń, bo pamiętam, że prowadziliśmy olbrzymią, wielowątkową dyskusję „w tym temacie”.
    A ja na odwrót. Wiecznie na polach kempingowych, mycie w misce, spanie po schroniskach, zimna woda. Drugą sprawą jest, że tęsknię za wielką sztuką, za katedrami, muzeami (teraz kombinuję, jak z Antwerpii przedostać się do Amsterdamu do Rijksmuseum), starówkami, pałacami, zamkami.
    —————-
    U.W.!
    Piękne. Naprawdę. Tylko z jednym małym spostrzeżeniem: „praprapradziadka do którego był bardzo podobny” – może lepiej raczej nie.
    ————-
    Tes Tequ!
    To był powód, dla którego wycofałem się z szeregu blogów. Pisanie ciągle to samo. Mnie się już nie chce. Piszesz: „Gdyby rada osiedla mogła zagospodarować bezpośrednio Twój podatek” – otóż nie. Ja jako rasowy kapitalista w d…. mam jakieś tam „Orliki”, niech budują sobie za swoje pieniądze. I niech nie łożą na drogi, ja nie mam samochodu, niech właściciele płacą. Oprócz tego uważam, że armia jest niepotrzebna – nie daję na to pieniędzy. Mam kaprys kupienia ziemi wielkości Wielkopolski, to sobie kupię i zasieję rzepak, bo to jest teraz najbardziej opłacalne. A zwierzynę wytnę, bo mi robi szkody. Ludność się też przesiedli, bo pola mają być pełnowymiarowe. Na koniec sobie kupię „Monę Lisę”, stać mnie w końcu na to, i schowam do skarbca, bo to jest moje i nikt poza mną tego nie będzie oglądał. Tes Tequ, tylko się nie obraź – proszę.

  29. @Torlin: Ja się nie obrażam, ale dziwi mnie, że nie zauważasz – na przykład w Austrii – siły lokalnych podatków. Z jakichś przyczyn czytasz moje słowa za pomocą krzywego, „antykapitalistycznego” zwierciadła. Tymczasem jesteś okradany – nie przez „państwo”, ale przez darwinowski dobór naturalny urzędników, którzy decydują o losie Twoich centralistycznie zarządzanych podatków.

    @Paweł Luboński: Jak mierzysz skuteczność służby zdrowia? Gdzie wolałbyś być operowany – w szpitalu powiatowym w Polsce czy prywatnym w USA?

    Trzeci Świat? OK, skoro lecimy demagogią, to wytłumacz mi, dlaczego najszybsi biegacze długodystansowi pochodzą z Kenii i Ugandy? Zapewne jest tam najwyższy poziom klinik odnowy biologicznej i rehabilitacji! 😀

  30. Gdybym mógł wybierać to zamiast powiatowego szpitala w USA wybrałbym prywatna klinikę w Polsce. Nie widzę też konfliktu na lini rada osiedla – orliki. ( niech uchwalą, zorganizują zbiórkę kasy i wybudują).
    Podzielam opinie dotyczącą centralizmu (zamordyzmu raczej) fiskalnego. W porównaniu z III RP rządy komunistów były okresem nieporównywalnej wolności. Ocena dotyczy wydatkowania finasów publicznych i firm prywatnych.

  31. TesTeq: „Jak mierzysz skuteczność służby zdrowia?”
    .
    Ja w ogóle nie mierzę. Inni mierzą. Nie będę ci robił na poczekaniu riserczu, ale jest dość znaną sprawą, wielokrotnie omawianą w mediach, a także w prasie specjalistycznej, że poziom zdrowotności w USA, mierzony chociażby średnią długością życia, jest niższy niż w wielu krajach europejskich, mimo znacznie wyższych nakładów finansowych. Wynika to między innymi z tego, że tam lecznictwo jest przede wszystkim biznesem, a państwo (czyli znienawidzeni przez ciebie urzędnicy) ingeruje w to w znikomym stopniu.
    .
    „Gdzie wolałbyś być operowany – w szpitalu powiatowym w Polsce czy prywatnym w USA?”
    .
    Zaryzykowałbym szpital powiatowy. Bo nie chciałbym, żeby jeszcze moje dzieci spłacały rachunek za tę operację. Na tym rzecz polega. Tam są szpitale na najwyższym światowym poziomie, tylko połowy albo więcej obywateli nie stać na korzystanie z nich,

  32. mały słowniczek – na zyczenie
    0. Jura CZ-K – taki obszar skał wapiennych między Częstochową a Krakowem
    1. 10 k$ — zehn Tausend Dollars
    2. 3 k$ — drei —–;—-
    3. LV – Las Vegas Nevada USA
    4. LA – Los Ageles, California, USA
    więcej grzechów skrótowych nie pamiętam.
    P.S. Nie wierz Testeq’owi – zwiedzanie samolotem Virgin America, to zwiedzanie po japońsku – chyba, że istotę stanowi info o stewardach 🙂

  33. @Paweł Luboński piszesz: znienawidzeni przez ciebie urzędnicy

    Sprostowanie: Nigdy nie napisałem, że nienawidzę urzędników. Urzędnik, jak każdy człowiek, działa po pierwsze we własnym interesie, a po drugie wykonuje swoją pracę. Takie są jego priorytety i żadne zaklęcia tego nie zmienią. Nie leży w jego interesie optymalne zbudowanie Orlika, ale bezpieczne lub korzystne dla niego.

    To jest element mojego otoczenia, a nie powód do nienawiści. Rozumiejąc motywacje ludzi mogę efektywniej poruszać się w obiektywnie istniejącej rzeczywistości.

    To tak, jakbym pałał nienawiścią do czerwonego światła na skrzyżowaniu. Nie, nie pałam, ponieważ rozumiem motywację jego działania.

    Piszesz też: Zaryzykowałbym szpital powiatowy. Bo nie chciałbym, żeby jeszcze moje dzieci spłacały rachunek za tę operację. Na tym rzecz polega.

    Są jeszcze dwa inne wyjścia:
    1) Zarobić tyle pieniędzy, żeby się o to nie troszczyć.
    2) Nie mieć dzieci.
    Na tym rzecz polega.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: