Napisane przez: torlin | 12/03/2013

Strach w turystyce

DSC00095

Zdjęcie z Alp mojego autorstwa (sierpień 2012 r.)

Tes Teq zrobił w mojej ocenie arcyciekawą notkę na temat strachu. Generalizując, ma on najczęściej wielkie oczy, jak się człowiek boi, to nawet zasłona w pokoju przypomina ci człowieka, strach ma w sobie coś irracjonalnego. Ja, odpowiadając, usiłowałem poruszyć sprawę bardzo często spotykaną – mówimy o strachu w turystyce.

Od razu mówię, nie jestem wielkim ekspertem w tej dziedzinie, moje doświadczenia są przede wszystkim europejskie, tutaj fajnie by było, gdyby Logos się wypowiedział, on zwiedzał świat od Laosu po Boliwię. Ale…

Strach w turystyce jest umiejscowiony na różnych poziomach, dla jednego jest to wyjazd do jakiegoś miasta, inny boi się zdobyć ostatnich dwustu metrów szczytu z różnych powodów. Żeby to udowodnić, dam przykład z mojego ostatniego pobyty w Madrycie. Jednym z miast, do którego chciałem za wszelką cenę pojechać, było Toledo. Znalazłem dworzec (akurat przenieśli odjazdy), kupiłem bilet z pomocą strażników, bo trochę przy płaceniu kartą było to skomplikowane. W pewnym momencie zobaczyłem parę, kobietę i mężczyznę w wieku ok. 50 lat, z później okazało się córką studiującą na madryckiej uczelni. Dziewczyna podeszła do mnie mówiąc po hiszpańsku, odpowiedziałem, że jestem Polakiem i pokazałem, wyuczony przez strażników, jak się kupuje bilet na autobus do Toledo. Dziewczyna została, oni pojechali, po przyjeździe na miejsce zaczepili mnie odchodzącego i wywiązała się następująca dyskusja – jeszcze ważne jest położenie. Dworzec autobusowy jest w dolnej części miasta poza murami, na tle błękitnego nieba rysowały się mury i domy miasta zawieszonego na skale, do którego prowadziła asfaltowa droga:

– Pan idzie do Toledo?
– Tak.
– A jak tam dojść?
– Tą drogą asfaltową.
– A nie zabłądzimy?
– Wie pani, ja jestem tu pierwszy raz w życiu, ale miasto przecież widać, najwyżej znajdzie pani informację.
– A jak ją znaleźć?
– Zawsze jest na brzegu, łatwo ją zlokalizować.
– A pan się nie boi tak sam iść, nie zabłądzi pan?
– Czego to się bać, przecież to europejskie miasto, a zabłądzić w tym miejscu to prawdziwa przyjemność.

Zostawiłem ich, bo bałem się, że wezmę ogony, a oni zostali milcząc i patrząc na siebie wzajemnie. Nie wiem, czy poszli, bo więcej ich nie spotkałem. Ręczę honorem, że taka sytuacja miała miejsce.

A informacji jest tyle w świecie, że właściwie nie wiadomo, jaka jest prawda. W Nepalu jest bezpiecznie, ale za to wszyscy obawiają się Himalajów indyjskich. Inni mówią, że Nepal jest skomercjalizowany i strasznie drogi, a prawdziwe trasy trekkingowe są tylko w Indiach. Jak jedziesz do Gruzji, to wszyscy mówią, że najbardziej niebezpieczna jest Swanetia, a kolega wrócił z samotnej wyprawy i mówił, że takich zabytków, takich tras i tak gościnnych ludzi jak Swanowie to nawet w Gruzji nie ma. Jak byłem w Tunezji, to Arabowie ciągle mówili: „Po wybrzeżu możecie jeździć, nie jedźcie do interioru, tam jest naprawdę niebezpiecznie”. Nie pojechaliśmy, zabytków i pięknych miast jest na wybrzeżu  tyle, że starczyło na cały urlop, ale zawsze jest zastanawianie się, czy to jest prawda, co mówią, czy nie.

Duży udział w tym wszystkim ma obieg informacji, o wywróconym promie w Bangladeszu trąbi cały świat, ale o tym, że kilka tysięcy promów nie odwraca się do góry dnem, oczywiście nie piszą. Ale mimo wszystko, jest różny poziom strachu, ja sam nie pojechałbym do RPA czy Mali (chociaż Timbuktu jest moim marzeniem), ale na samodzielną wyprawę do Turcji czy Iranu pewnie bym się zdecydował (chociaż ja zdecydowanie preferuję podróż we dwójkę).

Reklamy

Responses

  1. Myślę, że tych strachów parę sztuk jest i należałoby o nich pamiętać przygotowując wyjazd.
    # 1. Na terenach zamieszek czy wojen – możesz być wzięty za bogatego amerykanina. Ich ambasada ratuje swoich, nasza daje dobre rady.
    # 2. Możesz z niewiedzy złamać jakiś lokalny obyczaj i wywołac niewspółmierna do takiego „przestepstwa” reakcję – myślę głównie o krajach arabskich.
    # 3. Będziesz nieustannie traktowany jako dostawca pieniędzy w ilości wymarzonej przez tubylca i mającej się nijak do oferowanej usługi. Dodatkowo odmowa zapłacenia urazi jego honor i wtedy już bedzie źle – cała czarna Afryka.
    # 4. Twój aparat, plecak czy odzież może stać się obiektem pożądania i będzie Ci należało to natychmiast odebrać – niektóre kraje Am Płd.
    # 5. Wszędzie poza kręgiem cywilizacji zachodniej będziesz uważany za coś gorszego, głupiego amerykana, którego należy oskubać z kasy, bo jest okazja.
    Tu historyjka sprzed 10 lat w Pekinie – targuję z pomocą polskiej studentki ciekawy talerz ceramiczny. – wg mnie pocz. 20 wieku. Ceremonia targu trwa długo; w pewnym momencie kitajec wychodzi z tym talerzem za przepierzenie po czym wraca z pełnym liczi, ale innym, współczesnym talerzem – prawie takim samym. Dobijamy targu i ja prosze o przyniesienie tego właściwego.I tu się zaczyna scena – w jednej chwili kitajec staje się rozjuszonym kurduplem i zaczyna wrzeszczeć, że ja smiem mu zarzucac oszustwo. Studentka mówi, że za moment będziemy mieli całą ulicę na karku. Wyjmuję karte i mówię, O.K. pomyliłem się sorry , płacę. A on, że tylko kesz. No to ja znajduję z trudem 50 juanów (jakieś 10 zł) i prosze o radę gdzie jest bank? Ktoś z boku ofiaruje się , że mnie zaprowadzi. Zostawiam zadatek 50 juanów i wychodzę z tłumu.
    Przewodnika wysyłamy do banku, żeby zapytał o możliwość wypłaty, a sami znikamy. Udało się, ale sam nie potrafiłbym ocenić sytuacji jako wybuchowej.

  2. o wywróconym promie w Bangladeszu trąbi cały świat, ale o tym, że kilka tysięcy promów nie odwraca się do góry dnem, oczywiście nie piszą.

    Właśnie. Media to pompowanie emocji, a normalność nie jest ekscytująca.

    @orginal_replica: Talerzyka się zachciało!

  3. To jest O.R. właśnie opowiadanie prawdziwych historii, które komuś się wydarzyły. Jak pierwszy raz pojechałem do Tunezji pewna para właśnie obdarzyła mnie opowieścią, jak to rozjuszony Arab rzucał jej dywany pod nogi, aby nie mogła wyjść. Spytałem się mojej opiekunki, jak to jest. Uśmiechnęła się i powiedziała, że mogę się włóczyć po suku bezpiecznie, ale tam, gdzie są turyści. Nie tylko, że nie spotkało mnie nic złego, ale wręcz wszyscy byli bardzo serdeczni i wyrozumiali. Jak mówię, nie mam dużych doświadczeń pozaeuropejskich.
    ————
    Tes Tequ!
    Bo taka jest prawda. Śmierć dziewczyny w Swanetii, zabójstwo nad Amazonką i pary w Boliwii robi wrażenie, że tak jest na całym świecie.

  4. Czyżbyś Torlinie uważał mnie za eksperta strachu w turystyce poza-europejskiej? 😉
    To prawda, kilka razy bałem się, ale chyba jednak nie jestem człowiekiem aż tak strachliwym 😉
    A jednak ciekawa sprawa z tym strachem, bo zazwyczaj czuje się go podskórnie – czasem nie do końca wiadomo, dlaczego. Chociaż, po namyśle…
    Strach odczuwany przez nas w obcych miejscach, ma jednak zawsze jakieś racjonalne przesłanki. Boimy się nie tylko tego, że nas ktoś może okraść, ale i tego, że możemy stracić zdrowie, lub nawet życie.
    Generalnie czuję się w czasie podróży bezpiecznie i spotykam najczęściej przyjaznych ludzi. Najlepiej i najbezpieczniej – poza Europą – czuję się w krajach, które zamieszkują w większości buddyści (np. Tajlandia, Kambodża, Laos). Wśród buddystów zawsze czuję się dobrze i bezpiecznie – ci ludzie mają w sobie jakiś spokój, łagodność, przychylność (zazwyczaj). Bezpiecznie czułem się w Chinach (choć Chińczycy są do narodów zbyt wylewnych i chodzących z sercem na dłoni raczej nie należą). Tak samo w Indiach: nawet w tym szalonym zgiełku indyjskich ulic, człowiek w jakiś dziwny sposób czuje się bezpiecznie (bo – to wydawać się może dziwne – ale zupełnie nie doświadcza się tam wrogości, ani też nie wyczuwa się w tych ludziach żadnej agresji). Nie wiem, może to jest złudzenie – ale tak to się czuje.
    Oczywiście jednak, jak wszędzie, zdarzyć się może wszystko.

    Kilka razy miałem dusze na ramieniu. W Rio de Janeiro, które nota bene jest najpiękniej położonych miastem na świecie – mimo wszechobecnych tłumnie i jednak też przyjaznych ludzi – nie czułem się bezpiecznie (co ciekawe, większą obawę czułem, kiedy robiłem zdjęcia na gwarnej plaży Copacabana, niż w faweli Racinha, po której chodziłem w towarzystwie tubylca).
    Pamiętam też, że ze strachu jednak nie wyszedłem z samochodu, kiedy wjechaliśmy (sami) do jednego z miasteczek na Jamajce: nie jestem rasistą, ale zdeprymowało mnie jednak to, że wśród tłumów nie zobaczyłem ani jednak bladej twarzy – no i fama tego, że na Jamajce mieszka największy w świecie procent morderców – zrobiła swoje 😉
    Ale prawdziwe chwile grozy przeżyłem na… rajskich Hawajach. Wbrew folderowej propagandzie, są tam także miejsca pełne biedoty, które nawet trudno nazwać slumsami – ludzie mieszkają tam dosłownie pod gołym niebem, na plaży, w jakichś szałasach, zdezelowanych trailerach… Większość z nich to alkoholicy i narkomani, bezdomni i włóczędzy (choć oczywiście zdarzają się wśród nich także jacyś ideowi post-hippisi). No więc idę ja sobie wśród tego śmietniskowego rozgardiaszu z aparatem, nigdzie żywej duszy, a tu nagle zatrzymuje się tuż przy mnie pick-up, a z jego paki zeskakują jakieś wyrostki, jeden z nich wyciąga z tylnej kieszeni spodni nóż. No, myślę sobie, koniec. Ale podchodzę śmiało do młodzieńca z nożem i zagaduję – sugerując mu, że jestem tu z przyjaciółmi i że jesteśmy gośćmi mieszkańców jednego z trailerów. To chłopaka jakby zbiło z pantałyku… i nawet chwilę ze mną porozmawiał, bo rzeczywiście ciekawy byłem tego miejsca i zadałem mu kilka pytań.

    O strachu przy zwiedzaniu świata można by długo (także o tym, co to ma duże oczy), ale chyba jeszcze więcej o odwadze, bez której jednak nigdzie dalej byśmy się nie wybrali. Mimo wszystko, lepiej być odważnym, niż strachliwym – i to nie tylko w Afryce czy Azji 😉

  5. Skoro wypowiadają się eksperci… Ja bym jednak bronił tego przykładu promów — wypadki, mimo wszystko, mówią o poziomie ryzyka.

  6. Bardzo, ale to bardzo dziękuję Ci Logosie za komentarz. Wiedziałem, kogo spytać. Ale powtórzę, dla każdego turysty strach, a szczególnie niedookreślony, jest na innym poziomie zaawansowania. Dla turystów w Toledo miasto to jawiło się jako plątanina uliczek bez wyjścia, dla mnie strasznym przeżyciem było przejechanie na autostopie TIR-em brytyjskim z Giurgiu do Sybinu (Sibiu) przez Przełom Czerwonej Wieży, z pełną szybkością i lewą stroną, bo kierowcy tak się łatwiej prowadziło. Dla innych jest to zsunięcie się do szczeliny lodowca. Tak się zastanawiam, czy pojechałbym sam z plecakiem do Uzbekistanu? Mongolii? Iranu? Bo do tak cywilizowanych krajów jak Japonia czy Tajwan, to z zamkniętymi oczami. A do Kenii? Boliwii? Bo do Argentyny i Chile na pewno. A Pakistanu?
    ———–
    Drogi PAK-u, ale możesz przecież zasłabnąć w łazience lub może kopnąć Cię prąd. Wypadki zawsze będą i nigdy się tego ryzyka nie uniknie. A czasami musisz przeładowanym promem przepłynąć na drugą stronę zatoki.

  7. Oby tylko wszystko na strachu – jeśli już musi on być – się kończyło.
    Czego Tobie, sobie i wszystkim nam życzę 🙂

  8. Logos Amicus pisze: Najlepiej i najbezpieczniej – poza Europą – czuję się w krajach, które zamieszkują w większości buddyści (np. Tajlandia, Kambodża, Laos). Wśród buddystów zawsze czuję się dobrze i bezpiecznie – ci ludzie mają w sobie jakiś spokój, łagodność, przychylność (zazwyczaj).

    Twierdzeniu temu przeczy dialog z filmu „A Fish Called Wanda” („Rybka zwana Wandą”):
    Wanda: Otto, what are you doing?
    Otto: It’s a Buddhist meditation technique. Focuses your aggression. The monks used to do it before battle.
    Wanda: What kind of Buddhism is this, Otto?
    Otto: Asshole! It’s an early Tantric meditation.

  9. @pak4: Wypadki się zdarzają, ale mamy całkowicie spaczone wyobrażenie na temat rzeczywistego ryzyka związanego z poszczególnymi aspektami naszego życia. Łazienka, przydomowy basen, czy samochód to w stosunku do promów, samolotów i łobuzów prawdziwi seryjni mordercy – wręcz ludobójcy!

  10. Ale powróćmy Logosie do podstawowego pytania mojej notki, co ze strachem irracjonalnym przy planowaniu podróży. Pytam się Was – dostajecie 1 bilet lotniczy powrotny za złotówkę do dowolnej stolicy świata. Jedziecie sami i założenie – nie będziecie się kurczowo trzymać hotelu. Dokąd pojedziecie, a dokąd nie? Asmara? Luanda? La Paz? Al-Bir al-Hilw (Bir Lehlú)? Duszanbe? Paramaribo? Które państwa są absolutnie wykluczone? (to zrozumiałe, że tam, gdzie są działania wojenne, jak Syria, Mali, Irak czy Afganistan). Bo mówiąc szczerze, są państwa dla mnie egzotyczne, przed którymi nie odczuwam nie tylko strachu, ale nawet niepokoju, do takich należy np. Iran, Kazachstan, Tajwan czy Oman. Ale czy powłóczyłbym się sam po Ekwadorze, żeby zobaczyć Cotopaxi? Chyba nie. Ale w kierunku Ziemi Ognistej już sam bym pojechał, obojętne, czy to byłoby po stronie chilijskiej, czy argentyńskiej.
    ————–
    Tes Tequ!
    Powiedziałeś jedno z najmądrzejszych zdań w historii mojego blogu. Tego samego argumentu używam przy przekonywaniu osób bojących się latać samolotem, wobec tego podniebnego środka transportu samochód osobowy to jest prawdziwy morderca, wręcz ludobójca.

  11. Logosie dobrze że wróciłeś.
    A powiedzcie mi co z kartką z podróży?

  12. Ja także się cieszę. A w sprawie Wojtka mam czarne myśli.

  13. To mi dziwnie pachnie – takie publiczne komplementy. Pewnie będziesz miał do mnie jakiś interes, Torlinie… 😀

  14. Jasnaanielka u Szostkiewicza woła o Wojtka z Przytoka. U_w u Torlina upomina się o Kartkę.
    Obława czy co?

  15. Jak chcesz Tes Tequ, to w podziękowaniu możesz mi kupić Porsche. Ale nie nalegam 😉
    ————–
    Inna rzecz Edwarze, że jesteśmy zaniepokojeni Wojtkiem. Ja Go poznałem prywatnie, i trochę się boję.

  16. Dlaczego Porsze? A nie może być Dacia Logan? Też jeździ. Do przodu i do tyłu…

  17. Zwróciłeś tutaj moją uwagę na bardzo ciekawą rzecz o której podczas wszystkich moich wojaży właściwie nie myślałem.

    Jak każdy, ja też mam swoje wymarzone miejsca…pewnie domyślasz się już jakie 😉 A poza tym to: Rzym i Watykan, Chiny i Japonia, polskie morze, Gran Canaria i raz jeszcze Stany…

  18. A ja ostatnio zmieniłem plany. Z obawy o trudność trasy zrezygnowałem z przejścia przez Pireneje na trasie Gavarnie – Torla. Ale to jeszcze 150 dni, może jednak spróbuję 😉

  19. Witam Cię serdecznie Sławomirze w swoim blogu. Ja przy planowaniu trudnych tras najpierw staram się dużo czytać na ten temat, zazwyczaj sporo jest w Internecie, każdą trasą właściwie ktoś tam kiedyś szedł. Jeżeli jest trasa opisana, to jest do przejścia. Jeżeli mogę Ci pomóc słowem, to pamiętaj, wycofanie się z gór nie jest żadną ujmą, jeżeli czujesz, że pchasz się na teren, na którym dobrze się nie czujesz, to się wycofaj. Powtarzam zawsze słowa swojego Wuja, który podmieniając karty w pasjansie mówił z rosyjskim akcentem: „Nu, Jacek, ten pasjans jest dla mnie, czy ja dla pasjansa?” Ty jesteś dla gór, czy góry są dla Ciebie? Ty jesteś ważniejszy i to dla Ciebie ma być przyjemność. A nie obowiązek.
    Ps. Ja tą trasą nie szedłem, ale wystarczyło, abym wpisał w Google „Gavarnie Torla” i od razu miałem mnóstwo podpowiedzi. Np. tutaj
    http://www.forum.edwardkrzyzak.pl/viewtopic.php?f=2&t=159

  20. Akurat jestem tam zarejestrowany jako Kyllyan
    Ten link akurat prowadzi do mojego wątku.;-)

  21. Ja dałem jedynie Sławku przykład, mój syn mi mówi, że zawsze wszystkiego najpierw szuka w Google, bo taki problem, jaki my mamy, na pewno miało sporo innych ludzi. Druga sprawa, to jest rozstrzygnięcie problemu na miejscu. Podczas moich wieloletnich wyjazdów górskich zawsze znajdowała się druga osoba idąca w tym samym kierunku. I mająca albo te same problemy, albo mająca gotowe rozwiązanie.

  22. mój syn mi mówi, że zawsze wszystkiego najpierw szuka w Google

    Też tak robiłem, aż do momentu, kiedy musiałem pójść do pracy boso, bo Google nie znalazł moich skarpetek! 😀

  23. A masz tylko jedną parę, biedaku! 😀
    ———
    Ale Google potrafi być też zdroworozsądkowy. Zrobiłem sobie badania krwi i moczu i wszystkie wyniki wyszły świetnie z wyjątkiem jednego. Na forach oczywiście znalazłem pytanie przerażonego pacjenta, co ma zrobić, bo ma podwyższony ten właśnie wskaźnik. Odpowiedź innego Internauty brzmiała: „olej to”.

  24. Przeczytałem zabawną historyjkę o zdarzeniu w Toledo, które miałem okazję dobrze zwiedzić kilkanaście lat temu,a koło którego od strony południowej przejeżdżałem ponownie w jakiś czas później robiąc niezłą fotkę wczesnym rankiem. Jest takie miejsce jadąc m.in. Ctra.Circunvalacion…
    Co do strachu na urlopie… Pewna doza ostrożności czy pewnej nieufności nie zaszkodzi.

  25. Kilkanaście dni temu – w Pirenejach – na trasie Saint-Jean-Pied-de-Port – Roncesvalles znaleziono ciało pielgrzyma z Brazylii. Zmarł z wycieńczenia.
    Trasa łatwa i przeszło nią tysiące pielgrzymów. Niestety, pora nie ta.

  26. Witam Was obu bardzo serdecznie
    Zezem!
    Ale to jest właśnie ten irracjonalny strach, godzina 10 rano, piękne słońce, europejskie, cywilizowane miasto i … strach.
    ———–
    Sławomirze, to jest właśnie, o czym często piszę, zbyt wielka dostępność informacyjna. Zawsze gdzieś ktoś umrze, na szlaku, w wannie czy w łóżku, śpiąc lub kochając się.

  27. Torlin 27.03.2013/8:23
    W opisywanym przypadku, oczywiście jest to już przesadna obawa.
    Co do fotki… Z opisywanego miejsca można zrobić niemal całą panoramę miasta (,które jest wg znawców przedmiotu najbardziej hiszpańskim z hiszpańskich 😉 najlepiej we wczesnych godzinach rannych z uwagi na położenie słońca. Miałem parę sytuacji na urlopie , gdzie poczułem się nieswojo,a nawet strach…
    PS. Ciekawe co się stało z „Kartką w podróży”.
    Pozdrawiam.

  28. PS. II P. Sławomir wspomina o planowanym przejściu w okolicach Gavarnie.
    Jest tam też „coś dla oka” o ile mnie pamięć nie myli, mianowicie olbrzymi wodospad ciągnący się bardzo szeroko. Niestety nie miałem okazji podziwiać, byłem w okresie, gdy woda była…”skamieniała”. Poza tym Pirenejów nie należy „brać lekko”,nawet późną wiosną zalega w wielu załomach śnieg i to niekiedy 2-3 m…

  29. Zezem!
    Ja byłem Toledo zachwycony, zawsze usiłuję się zgubić w takim mieście, ale niestety nigdy mi się to nie udaje – patrz Wenecja. A zdjęcia? Moja siostra opowiadała, że w Grecji w pewnych miejscach jest zaznaczone, gdzie należy stanąć i o której godzinie, wtedy zdjęcie będzie najlepsze.
    A jeżeli chodzi o Wojtka? Szczerze mówiąc – martwię się o Niego.
    Przejście Francja – Hiszpania? Ja nie szedłem, to nie wiem, ale moim zdaniem albo iść ze wszystkimi, albo konkretnym szlakiem. Przypuszczam, że są tam szlaki od czasów rzymskich (patrz przejście Ötziego w Alpach).

  30. Hallo Torlin (ponownie)!
    Hmmm… zgubić się samemu… Zawsze (prawie 😉 ) znajdzie się jakieś wyjście.. Gorzej zgubić..samochód…Zzdarzyło mi się szukać samochodu we Włoszech i Francji (bodaj w Rouen) – tam niemal wpadłem w panikę. Zostawiając samochód zapamiętałem sobie charakterystyczne miejsca… Jak wróciłem, myślałem ,że śnię. Miejsce jest, samochodu nie ma… Potem zorientowałem się,że jestem w b.(!)podobnym układzie placu,ulic etc. „Moje” miejsce znalazłem po 2 godzinach (uff). Jasne, można sobie zapisać adres,ale wtedy byłem pewny…siebie..a systemów nawigacyjnych jeszcze (ho,ho) nie było.
    Znam wypadek (mój wuj),szukał samochodu w Hiszpanii dwa dni, na usprawiedliwienie mówił,że zostawił wóz wieczorem, udając się do oddalonej knajpy (:-) ).
    Z Kopenhagi wyjeżdżałem kierując się wg. słońca, bo oznaczenia były prawie żadne… Podobnie z Barceloną, przez którą przejeżdżałem wiele lat temu nocą i po tym doświadczeniu żadne miasto nie jest mi straszne. Podobnie Włochy w okolicach Neapolu, gdzie zasady ruchu można sobie zostawić na boku (np.wyprzedzanie w krętym tunelu, lub jazda pod „prąd”, czy przejazdy przy czerwonym świetle na skrzyżowaniu), Miałem także interesujące doświadczenia w Anglii z lewostronnym ruchem – jest ciekawie ,zwłaszcza tuż,tuż po zjeździe z promu…

  31. Jak wyjeżdżałem dawniej samochodem, to zawsze zapisywałem ulicę, na której stanąłem. A zabłądzić? Raz jeden, jak jechałem z Włoch do Polski, oczywiście przy wjeździe do Cieszyna, bo nasi „Bracia” Czesi oczywiście nie informowali (nie wiem, jak teraz), gdzie należy skręcić, aby wjechać na most graniczny.

  32. Torlin pisze: A zabłądzić? Raz jeden, jak jechałem z Włoch do Polski, oczywiście przy wjeździe do Cieszyna, bo nasi “Bracia” Czesi oczywiście nie informowali (nie wiem, jak teraz), gdzie należy skręcić, aby wjechać na most graniczny.

    I co? Dokąd dojechałeś? Do Budapesztu czy Berlina?

  33. Do Warszawy. Nie było kierunkowskazu na „Polska”, „granica państwa” czy coś w tym stylu.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: