Napisane przez: torlin | 10/09/2013

Szklany sufit poranił orkiestrę

Symphonic+Rock+Orchestra+the_royal_philharmonic_orchest

Jak doskonale wiecie, jestem „uczulony” na punkcie przede wszystkim muzyki z przełomu lat 60. i 70. ubiegłego wieku. Przyznaję się bez bicia, że muzyki młodzieżowej tej nowej słucham mało, i bez większego zainteresowania. Raczej wolę jazz. Ale czasami tak bywa, że ukaże się artykuł, notatka, wiadomość, która mnie zachwyci, zaniepokoi, w każdym razie zainspiruje. Martwię się tylko tym, że na te tematy piszę już po raz n-ty i czy przypadkiem Was nie zanudzam (Wachmistrz i tak tego nie czyta).  I znalazłem w Internecie artykuł z Newsweeka odsądzający od czci i wiary przede wszystkim płytę Pink Floydów „The Dark Side of the Moon”, ogólniej Floydów, a jeszcze ogólniej całą muzykę rockową z wyższej półki w tych latach. Artykuł jest dostępny TU (przepraszam, już nie jest dostępny), ale boję się, że znowu zniknie, więc kilka co smakowitszych cytatów, chociaż przyznaję, że należałoby właściwie przepisać całość. Leszek Bugajski, „Pink Floyd. „The Dark Side Of The Moon” – długie lata ściemy”:

– W sensie artystycznym, gdzie się nie rzuci okiem, tam się widzi teksty o tym, jakie to wybitne wydawnictwo, jakich wyżyn intelektualnych i muzycznych sięgnęło. I to budzi moje wątpliwości.  Jestem głęboko przeświadczony, że cała kariera Pink Floyd jest następstwem kompleksów, jakie od chwili jej szczytowego wzlotu gnębią świat muzyki rockowej i sporą część słuchaczy tego, co wytwarza.  Ten szczytowy wzlot to końcówka lat 60. ub. wieku i początek następnej dekady – rock był już ważną, nawet bardzo ważną, częścią światowej kultury, poczuł swoją siłę, zrozumiał że jest głosem młodego pokolenia, uświadomił sobie, jak głęboko wpłynął na obyczaje, modę i nawet politykę. Zaczęły w nim jednak – co normalne – kiełkować ambicje wyrastające poza jego możliwości.

– Inni, pewnie bardziej wyrafinowani intelektualnie, lepiej wykształceni, osłuchani też w innej muzyce, mieli świadomość, że to co daje im rozgłos to jednak przekaz ubogi, że nie są traktowani przez świat muzyczny jako pełnoprawni artyści, że są ich produkcje klasyfikowane nie jako pełnoprawna sztuka, ale jako rozrywka. I to ich bolało. Zaczął więc wtedy jeden z nurtów rocka szukać kontaktów z muzyką poważną, a równie jak muzycy zakompleksieni dziennikarze muzyczni zachwycali się występami z orkiestrami symfonicznymi, kopiowaniem brzmień, włączaniem do utworów rockowych cytatów z dzieł muzyki poważnej czy wręcz przerabianie całych utworów na rockową nutę.

– Przykładów z tamtych lat można wymienić jeszcze sporo i to wcale nie w złośliwej intencji. Niektórzy młodzi muzycy dusili się na obszarze, który zdobyli i szukali dalej. I to było piękne. I to jest normalne, że młodzi twórcy szukali czegoś nowego. Na tym polega rozwój w sztuce. Tyle że tu pojawia się kłopot: oni nie mieli ani warsztatu, ani wyobraźni muzycznej, ani wreszcie wiedzy, które mogłyby zapewni sukces (choćby mały sukcesik) tych poszukiwań.

– No i niestety – trzeba wziąć byka za roku – takim muzycznym ple-ple jest też „The Dark Side Of The Moon”. (…) Cierpieli, jak mi się wydaje, bo grając w „lidze” rockowej zdobywali popularność i nie chcieli jej opuścić, ale nie mieli szans na przejście do wyższej i ambitniejszej, bo nie mieli kompetencji. Snobująca się na wyrafinowanie część rockowej publiczności ich akceptowała i wierzyła, że „Dark Side…” to dzieło wybitne, a przecież jest to tylko zbiór zgrabnych piosenek okraszonych kilkoma brzmieniowymi pomysłami (np. „Money”, wokaliza w „The Great Gig in the Sky”) i opatrzonych przewidywalnymi, a nawet banalnymi tekstami o tym, że się starzejemy, że pieniądze rządzą światem, że wojna jest zła itd.

– To fajna muzyczka i już. Jeszcze fajna, bo późniejszy o kilka lat album „The Wall” to już nadęty do granic możliwości balon pretensjonalności i samouwielbienia. Jak to mówił Jerzy Urban „Koniec cytatu”.

Właściwie zastanawiam się, jak skomentować ten zapis. Że co! Że 44 miliony ludzi się myli? Druga płyta w historii sprzedaży jest do luftu? Mnie się wydaje, że tekst Bugajskiego jest kolejnym na zasadzie burzenia mitów, zastanych układów (m.in. rozumowych), wszyscy myślicie, że to jest piękne, a ja wam udowodnię, że jest brzydkie, i np. domaluję Monie Lizie wąsy. Wróćmy w takim razie do 1973 roku, płyta „Dark…” nadana została w Trójce w audycji Piotra Kaczkowskiego, z jego testami nadawanymi razem z muzyką. Mimo, że przeszkadzało to w czystym nagraniu płyty ludzie byli zachwyceni. Nie minęło jeszcze dużo lat od rewolucji dzieci – kwiatów, wszyscyśmy mieli podobne poglądy na temat ludzkich lęków, samotności, przemijaniu czasu, kruchości ludzkiej egzystencji, o szaleństwie i zabójczej zachłanności. Takie to były czasy, buntu, zastanawiania się nad sensem wydawałoby się prostych słów jak prawda, przemijanie, miłość, czas, potrzeby duchowe, jak być jednocześnie bogatym, i nie być sk…elem. Muzyka tamtych lat starała się chociaż odpowiedzieć na te tematy, często tekstami prostymi, może prymitywnymi, ale jednak sięgającymi do dna naszej duszy.

Ale jest i druga strona medalu, te w skrócie mówiąc orkiestry symfoniczne. Już pisałem kilka razy na ten temat, muzyka młodzieżowa w tych latach osiągnęła w pewnych przykładach takie wyrafinowanie, że nowo przybyłe pokolenie za nic nie mogło jej zrozumieć. Królowała szóstka: EL&P, Jethro Tull, King Crimson, Pink Floyd, Yes i Genesis, chociaż przyznaję szczerze bardzo lubiłem Deep Purple z orkiestrą symfoniczną. A po nich nastąpiło załamanie muzyki, lata siedemdziesiąte to jest dla mnie kicz nad kiczem, z pewnymi rodzynkami jak Queen. Ale czy rzeczywiście płyta „Dark…”, jak i cała praca dziesiątków muzyków – była do luftu? Nic nie znaczyła, była bez sensu? Mnie się wydaje, że nie, Ludzie do dzisiejszego dnia, nawet młodzież, interesuje się i tą muzyką i tymi tematami. Czy to była porażka? Chyba nie. Ale nie zdołali jednak przebić szklanego sufitu, i w latach 70. ubiegłego wieku ten sufit roztrzaskał się i spadł im na głowę. Muzyka ta ma jednak zdolności wampiryczne i odrodziła się po 40 latach.

Chociaż pewnie się wszystkim narażę, ale akurat z ostatnim zdaniem jego artykułu bym się zgodził.

Reklamy

Responses

  1. Queen to – oprócz Beatlesów – podstawa mojej muzycznej młodości. Wtedy to było dla mnie odkrycie. Teraz to błyszczący, świetny kicz. Nawet to:
    Mamo, właśnie zabiłem człowieka.
    Przyłożyłem pistolet do jego głowy,
    Pociągnąłem za spust, teraz on nie żyje.
    Mamo, życie dopiero się zaczęło,
    ale już je zmarnowałem.
    Mamo, nie chciałem twoich łez
    Jeśli tym razem jutro nie wrócę
    Żyj dalej, jakby na prawdę nic się nie stało…

    (Bohemian Rhapsody z tekstowo.pl)

    A Pink Floyd? Nie da się zaprzeczyć, że szczególnie „The Wall” balansuje na granicy banalnego kiczu. Choć są tam miejsca, które do dziś mnie poruszają:
    Żegnaj, okrutny świecie,
    Opuszczam Cię dzisiaj.
    Żegnaj,
    Żegnaj,
    Żegnaj.
    Żegnajcie wszyscy ludzie,
    Już nic nie możecie powiedzieć,
    Aby zmienić moje zdanie.
    Żegnajcie.

    (Goodbye Cruel World z tekstowo.pl)

  2. TesTeq w 10/09/2013
    o 12:22
    Queen to – oprócz Beatlesów – podstawa mojej muzycznej młodości. Wtedy to było dla mnie odkrycie.
    ……………………………………………………………………………………………………..
    Między jednymi a drugimi był niezły odstęp czasowy. W tej luce czasowej było sporo innych znakomitości.

    Pytanie (spóźnione z uwagi na odbytą podróż) do Torlina o Amy Winehouse:
    nie podoba Ci się głosowo czy wizualnie?

  3. Choć wydaje mi się, że miejscami, w tym co pisze Bugajski, jest coś na rzeczy, tu zupełnie się z nim nie zgadzam, jeśli chodzi o ocenę „The Dark Side of the Moon”, którą to płytę uważam – bez żadnej przesady – za genialną. (Właśnie w jej prostocie, a jednocześnie w jej wyrafinowaniu i wysmakowaniu – rzecz niemalże niemożliwa do osiągnięcia i połączenia, która jednak udała się „Pink Floydom” – leży jej genialność.)

    To nieprawda, że nie było muzyków rockowych (zwłaszcza wśród tych uprawiających tzw. rocka symfonicznego, czy tzw. progresywnego), którzy byliby kompetentni muzycznie, bo wielu z nich posiadało klasyczne wykształcenie, było niezłymi kompozytorami i świetnymi instrumentalistami. Poza tym, tworzyli oni nowy gatunek muzyczny a to samo w sobie oznacza, że byli bardzo kreatywni. I całej masie ludzi dostarczali autentycznych, głębokich, niezapomnianych wrażeń (na które, jak widać, Bugajski był odporny i nieczuły – ale to jego strata).

    Jednakże ogólny wydźwięk artykułu Bugajskiego, jest wg mnie chybiony i nie oddaje prawdziwego stanu rzeczy, jaki panował wówczas w muzyce rockowej (więc zgadzam się niemal zupełnie z Twoim komentarzem, Torlinie.)
    Ale to temat rzeka, więc nawet nie zaczynam się tu nad nim rozwodzić.

  4. @zezem:

    Queen? Lata 70-te XX wieku.

    Beatles? Lata 70-te XX wieku. 😯 Dla mnie.

    To w latach 70-tych dojrzałem do rozumienia Sierżantów Pepperów i dramatycznej samotności Eleonory Rigby. Wtedy też pojawiły się giełdy płyt i ich prywatny import. W moim życiu zawitały jednocześnie: Biały Album Beatles i „Jazz” Queen ze słynnym plakatem z nagimi cyklistkami.

    Bo w latach 60-tych nienazwani Beatles pierwszy raz zaatakowali mnie utworem „Girl” w czołówce Teatru Sensacji (Kobra) „Melissa”. Potem „Oh! Darling” na pocztówce dźwiękowej.

  5. Tes Tequ!
    Queen to nie ten okres. Inna rzecz, że dobrze, że nie znam angielskiego, jestem osobiście zachwycony „Bohemian Rhapsody”, uwielbiam go i najbardziej lubię z Queenów. Ale moje wpisy naprawdę nie polegają na tym, że nie można znaleźć przykładów przeciwnych, odwrotnych.
    —————
    Zezem!
    Z orkiestrą symfoniczną próbowali również Led Zeppelin, ale moim zdaniem próba była nieudana. Jeżeli chodzi o Amy Winehouse, to nie lubię jej ani głosowo, ani wizualnie. Dla mnie mówienie o olbrzymim głosie i głoszenie, jak podaje Wikipedia: ” Znawcy muzyki jazzowej podkreślają, iż głos Winehouse można porównywać do głosów takich śpiewaczek jak Sarah Vaughan czy Nina Simone” jest nieprawdopodobnym nadużyciem. Jej głos nie umywa się do tamtych kobiet, a w ogóle to ona nie śpiewa jazzu. Jacy znawcy muzyki jazzowej!!! Za następny album dostała Nagrodę Grammy za najlepszy album popowy, i toby się zgadzało. Ja lubię w ostateczności jej jedną piosenkę z pierwszego albumu – Wiki ” Większość utworów na płycie inspirowana jest muzyką jazzową”, ale mam ubaw, to koło jazzu nawet nie leżało, a ta piosenka to

    Ten sam problem mam z Adele, w ogóle jej nie czuję, tak jak Amy nie nadaje na mojej częstotliwości.
    ————–
    Logosie!
    Fajnie, że wpadłeś, i nie obraziłeś się za Syrię.Całkowicie się z Tobą zgadzam, i mało mam do dodania. Po latach to jest łatwo krytykować.

  6. Dopiero teraz zauważyłem Twój wpis Tes Tequ! A więc po kolei. To prawda, że czasami starego wykonawcę poznaje się po latach, równolegle do współczesnego barda. Tak było ze mną, że pod wpływem muzyki Blood, Sweat and Tears, Chicago Transit Authority (jeszcze przed skróceniem nazwy do „Chicago”), Colosseum czy Vanilla Fudge zacząłem słuchać wielkich swingowych orkiestr jazzowych lat 40., Glenna Millera, Benny’ego Goodmana, Counta Basiego i Duke’a Ellingtona.
    A Bitelsów poznałem wcześniej, moim pierwszym albumem, który miałem na własność, był „A Hard Day’s Night”, kupiony w Ośrodku Kultury NRD, wydawnictwa zdaje się Amiga.

  7. Przez: TesTeq w 10/09/2013
    o 20:32
    ……………………………………………………………………………………………………..
    Lata 70-te XX wieku…. O ile dobrze zrozumiałem Twoją wypowiedź, to z kolei ja mogę stwierdzić ,że takim „odkryciem” jest Vivaldi dla mnie np. w latach 60-tych lub J.S. Bach. Na poważnie – Beatles żegnali się jako zespół gdy powstawał „The Queen”. Dodam (ponownie) ,że było w tym czasie przynajmniej parę innych grup.które może mniej sławne,ale były b. dobre.

  8. Torlin w 10/09/2013 o 21:12
    ……………………………………………………………………………………………………….
    Wszystko kwestia gustu. Dla mnie ówczesna próba Led Zeppelin z orkiestrą była ciekawa,ba , udana.
    Amy Winehouse. Nie wszystko co śpiewała, podobało mi się,ale…co królewskie… W końcu oceniał ją niejeden znawca czy krytyk. Dla mnie była b. dobra. Dla Ciebie – niestrawna. Wszystko kwestia smaku. J.w. 😉

  9. @zezem: Ja to liczę inaczej.

    Zjawiska nie istnieją, jeśli o nich nie wiem lub nie potrafię docenić ich istoty.

    Beatlesi żegnali się, gdy powstawał Queen? Tak, ale poza moją świadomością. To nie była moja rzeczywistość. Nie odczułem tego tak osobiście, jak na przykład zabójstwa Johna Lennona w grudniu 1980 roku. Usłyszałem o tym w samochodzie, po wyjściu z kina, gdzie oglądałem film „Robotnicy ’80”. Padał mokry śnieg.

    Co z tego, że Beatlesi wydali Biały Album w 1968, skoro zachwyciłem się „Sexy Sadie” dopiero w 1978?

  10. Historia ma coś takiego (chyba w każdej dziedzinie, ale ja szczególnie wyraźnie widzę to w muzyce właśnie), że ludzie najpierw wymyślają nowe trendy, rytmy i wzorce, przekazując je kolejnym pokoleniom, które też wymyślają coś nowego i jednocześnie czerpią z tego, co już było. Ale co jakiś czas dzieje się tak, że ludzkość sama się zapędza w kozi róg. I nie ma już nowości tak oddziałujących na ludzi, jak Queen, Floydzi, Beatlesi czy Genesis… Wypalają się człowiekowi możliwości twórcze i przez dłuższy lub krótszy czas mamy tylko imitacje wzorców kultowych i porywających.

    Mnie się wydaje, że gdzieś od połowy lat 2000 mamy właśnie taki okres posuchy. Ludziom znowu skończyły się pomysły…

    Dziękuję za pozdrowienia i odwzajemniam 😉 Może Wachmistrz nie czyta muzycznych notek, ale ja tak. Chociaż nie zawsze wiem, jak je skomentować, to zawsze je czytam…bo mi też sporo w duszy gra…

  11. TesTeq w 11/09/2013 o 06:54
    ………………………………………………………………
    Czyli dobrze Ciebie zrozumiałem. Bierzesz pod uwagę „swój” czas.

    Celt Petrus w 11/09/2013 o 13:46
    ……………………………………………………………………..
    Poruszyłeś też kwestię czasową. Dla Ciebie okres „posuchy” zaczyna się ok. 2000 roku… Inni może będą to datować np. na lata 70-te itp.
    Być może Gospodarz kiedyś da temat w zakresie osiągnięć naukowych, wykorzystania tychże w życiu codziennym, wtedy o ile nie przegapię też wypowiem się kiedy zaczął się w tej dziedzinie moim zdaniem okres „bezwładu”.

  12. Torlinowi – wszystkiego najlepszego 🙂

    Jeśli chodzi o muzykę, Beatlesi byli w moim dzieciństwie, Lennon w mojej młodości już jako sam, a Queen od „Bohemian Rapsody” do „Innuendo”, kiedy Freddie był już chory i to był jego ostatni album, o ile się nie mylę, w Barcelonie ostatni występ z Monserrat Caballe, olimpiada i „Barcelona”.

    Twoje zdrowie, Torlin!

  13. P.S. I wara mi od Pink Floyd!!! Nikomu nie każę słuchać, sama słucham z wielka przyjemnościa i jak tylko się zjawi Waters albo Gilmour w moich okolicznościach geograficznych – natychmiast lecę!
    Waters był niedawno, ale na dysku podręcznym mam dawniejsze:
    http://alicja.homelinux.com/news/Roger_Waters-Toronto-2007/

  14. Alicjo Kochana, pamiętałaś. Ja nie pisałem na ten temat, więc nie mam żadnych ansów w stosunku do Miłych Gości w blogu, bo niby skąd mogli wiedzieć. A ja nie rozpowszechniałem tej informacji, ale jak już się wydało, to dzisiaj są moje imieniny.. Jeszcze raz bardzo Ci dziękuję.

  15. Dla ścisłości, pamiętali na „jedzonym” u Piotra, Pyra 😉
    I mi przypomnieli, bo oni zawsze wcześnie wstają. 6 godzin przede mną.

  16. Waters? Doceniam jego twórczość, ale nie przesadzajmy z intelektualną głębią jego osobowości. The Wall? Zwykłe dylematy faceta w średnim wieku, który miał dość trudne dzieciństwo. Płyta zawiera chwytliwe kompozycje, jest doskonale zaaranżowana i wyprodukowana, ale żadna piosenka nie porusza mnie tak, jak „Since I’ve Been Loving You” Led Zeppelin. Polskie tłumaczenie z tekstowo.pl dla Torlina, ale prawdziwy dramat i emocje są wykrzyczane po angielsku.

    Odkąd Cię Pokochałem

    Od siódmej rano, do dwudziestej trzeciej, stale
    To już kierat, a nie praca… To nie w porządku, moim zdaniem
    Zwykłym głupcem, głupcem jestem, wszystko z siebie daję
    Bo ja kocham ciebie, tak, ja kocham ciebie, ja tak kocham ciebie
    Jakże kocham ciebie mała, maleńka
    Lecz, skarbie, odkąd cię pokochałem, do szaleństwa zadręczam się myślami

    Wszyscy mi tu mówią, że wyraźnie mnie wystawiasz…
    A tak się staram, Boże, przecież widzisz, przecież dobrze widzisz, jak się staram
    Po nocach z pracy wracam, wychodzę o świcie. Mówię, moje życie to kierat, kierat, kierat
    Boże, to niesprawiedliwe!…
    Odkąd cię pokochałem, wciąż zadręczam się myślami

    Bywa, że płaczę. Łzami ciężkimi jak deszcz
    Czy nie słyszysz? Czy nie słyszysz ich?
    Czy nie słyszysz? Czy nie słyszysz ich?

    Czy pamiętasz mamo, jak byłem u ciebie
    Miałaś tę odwagę rzec, że już mnie tutaj nie chcesz…
    A do siebie wchodząc frontowymi drzwiami, słyszę tylko, jak kuchenne drzwi się zatrzaskują za kimś
    Tak się chyba zamykają drzwi za kochankami

    W pracy od siódmej, siódmej rano do dwudziestej trzeciej, i tak stale.
    Moje życie to kierat, kierat, kierat…
    Skarbie, odkąd cię pokochałem, przez cały czas, zadręczam się myślami

  17. @Torlin:
    „ale jak już się wydało, to dzisiaj są moje imieniny..”

    Bardzo przepraszam… Widziałem w kalendarzu Jacka wczoraj i zastanawiałem się czy to Ty, czy to nie Ty… Na przyszły rok będę pamiętał.

    Przyjmij proszę serdeczne życzenia zdrowia, szczęścia, pomyślności i wielu, wielu górskich szczytów do zdobycia 😉

    @TesTeq

    Ten kawałek jest chyba o mnie… O moich dawniejszych przeżyciach… Tak, chyba o mnie. Dziękuję Ci.

  18. TesTeq,
    de gustibus…i tak dalej, mnie się podoba Waters, Tobie nie musi.
    Głębia? A tak, w pewnym sensie jest to głębia, bo przecież to jest jego własna biografia. I on się zawsze do niej odnosi.
    Tęsknota za ojcem, którego nigdy nie poznał, bo ojciec zginął w czasie wojny. Waters jest teraz dość starszym facetem, ale na koncertach wyłazi z niego to właśnie – autentyzm uczuć, czy jak to nazwać.
    A propos głębi…niechcący, będąc w Polsce w tym roku 2 miesiace, wbrew sobie posłuchałam trochę (skazana na) współczesnej polskiej muzyki popularnej.
    Czapki z głów, panie i panowie – przed prostym tekstem Czesława Niemena „Dziwny jest ten świat”.
    Chyba jestem stara wapniaczka i byle popem się „nie jaram”, jak to teraz mówią.

  19. Zgadzam się w sprawie Niemena. „Dziwny jest ten świat” miał zadatki na światowy przebój w skali „Domu wschodzącego słońca” albo „Brzmienia ciszy”. A pozostał w polskiej niszy…

  20. Szkoda…
    ale był w San Remo 😉

  21. Ja kiedyś byłem w Montreux, ale pomnik postawili Freddiemu Mercury’emu, bo bywał tam częściej. Po prostu trzeba bywać i pilnować interesu! 😀

  22. Dzięki Celcie.

  23. Ależ Ty jezdeś cynik, TesTqu! 😉

  24. Musisz się przyzwyczaić Alicjo, że Tes Teq pełni bardzo ważną rolę w moim blogu – jest Stańczykiem, a bardziej nawet Olesko, jest mędrcem w przebraniu błazna.

  25. Dziękuję za miłe słowa, Torlinie, ale to, co napisałem o Montreux w kontekście Niemena, nie jest cyniczne. Żeby wylansować „Dziwny jest ten świat”, należało być na rynkach zachodnich, koncertować, bywać w rozgłośniach radiowych i telewizyjnych, udzielać wywiadów gazetom itp. A Niemen? Musiał w tym czasie „stać w kolejce” po paszport. 😦

  26. Ależ masz rację Tes Tequ, ale taka była komuna. Deyna też nie wyjechał w odpowiednim czasie. Wszelka San Remo czy Olimpia to nie było to, liczył się zawsze tylko i wyłącznie rynek anglosaski, czyli brytyjski i amerykański. Chociaż – Bitelsi zaczynali zdaje się od Hamburga.

  27. Potwierdzam: nie czyta! W ogóle…:P
    Kłaniam nisko:)


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: