Napisane przez: torlin | 20/12/2014

Husarski rekord świata

Bitwa pod Kutyszczami

O husarii wiemy wiele, szczególnie korespondenci odwiedzający blog Wachmistrza, wielbiciela wszelkich końskich formacji. Ale chciałem Wam opowiedzieć o właściwie rekordzie świata w dysproporcji sił przeciwników i wielkości zwycięstwa malucha. Nasza husaria była słynna z ataków małymi siłami na czasami nieprawdopodobną liczbę przeciwników, potrafiła przełamać właściwie wszystko. Po wiekach podobne opinie krążyły o jeździe napoleońskiej. A nasi? Wszyscy mniej więcej zgodnie potrafią opowiedzieć o wielkich rekordach husarii, pod Kircholmem zginęło 13 husarzy, a za to 9.000 Szwedów, szarża pod Chocimiem w 1621 roku, po zgromadzeniu w jednym miejscu największej liczby husarzy w historii formacji, i atak 8 tysięcy konnych na 120-150 tysięczną armię turecką (pojedynczy – 600 na 10 tys.), Wiedeń i Parkany, Kłuszyn – 2.700 na 18.000, niezła była Trzciana 1629. Nie mówię o polskich Termopilach, w których w bitwie pod Hodowem 400 husarzy obroniło się przed 40.000 tatarów, ale tam nasza wspaniała husaria kryła się za kobylicami i odgrywała piechotę.

Ale rekordem świata była bitwa pod Kutyszczami. W niej odbijają się jak w zwierciadle polskie pozytywne cechy, kompleksy i wady. Otóż po wyrzuceniu Szwedów z Polski postanowiliśmy zrobić porządek na wschodzie,  na północy wojska Wielkiego Księstwa wraz z dywizją Czarnieckiego wyparły Rosjan z Litwy, na południu wojska koronne (około 15 000 żołnierzy i 20 dział), wspierane przez Tatarów walczyły z  armię rosyjską dowodzoną przez Wasyla Szeremietiewa – około 16 000 żołnierzy i ponad 40 dział + Kozacy pod dowództwem Tymofieja Cieciury (około 15 000 żołnierzy i 6 dział) + operujący oddzielnie Kozacy Jerzego Chmielnickiego (około 20 000 żołnierzy i 20 – 30 dział). Najpierw 16 września 1660 roku Polacy zamknęli Rosjan w warownym obozie, a później ich z tego obozu wyrzucili. Rosjanie zaczęli się cofać, w tylnej straży przewożąc tabor. Ariergardę rosyjsko – kozackiego taboru stanowił pułk złożony z 2 szwadronów jazdy rosyjskiej oraz pułk piechoty kozackiej. Jazdą tą byli „kiryśnicy”, czyli zakuci w zbroje rajtarzy. Zgodnie z opisem pułkownika kawalerii polskiej, który brał udział w tej kampanii, Samuela Leszczyńskiego, rajtarzy rosyjscy mieli:

„[…] strzelbę wyśmienitą
Na koniach bardzo dobrych, szyszakiem okrytą
Głowę mieli, a ciała zakryte zbrojami,
Był obojczyk, karwasze i z naręczagami.”

I na taką siłę natknęły się dwie chorągwie z dywizji hetmana Lubomirskiego. Były to chorągwie jego brata i syna, czyli: – Aleksandra Michała Lubomirskiego, koniuszego koronnego, pod porucznikiem Władysławem Wilczkowskim, liczyła sobie ona etatowo 142 konie i Stanisława Lubomirskiego, starosty spiskiego, pod porucznikiem Stanisławem Wyżyckim – oficjalnie 143 konie, ale tak naprawdę polskich „husarzów” było w sumie ok. 140. Pierwszy dojrzał nieprzyjaciół Władysław Wilczkowski i w ogóle nie zastanawiając się runął na nieprzyjaciela i przejechał przez nich jak przez masło. Jak to zobaczył Stanisław Wyżycki zaatakował również nietknięte dotychczas oddziały wroga. Zwycięstwo było całkowite, a stosunek sił był jak 1:20 – 25.

Rzecz w tym, że hetman nie wydawał w tym celu żadnych rozkazów, decyzja została podjęta przez dowódców niższej rangi. Nie znalazłem informacji, ilu zginęło husarzy, ale zdaje się 11 lub 14. Rekord świata.

Advertisements

Responses

  1. Ale to chyba nie jest prawda. Rekordem świata pozostaną już pewnie na zawsze „osiągnięcia” Corteza w Meksyku w 1521 czy coś koło tego. Nie mówiąc o późniejszych wyczynach Pizarro czy konnicy wojsk USA. Oczywiście chyląc głowę przed Sitting Bullem.

    Pewnie by się jeszcze znalazło parę innych przykładów (Rzymianie, Dżyngis Chan, Aleksander) gdyby się chciało szukać. Tylko po co, skromności i tak się nie znajdzie.

  2. P.S. A rekordem świata w drugą stronę pozostanie chyba Powstanie Warszawskie. Stosunek zabitych 1:130. W 20 wieku chyba już nigdzie gorzej nie było poza Hiroszimą. Wynika stąd: Strojąc się w nieswoje husarskie piórka nie należy zapominać jak się to kończy. Zawsze!!!

  3. Drogi ZWO, mój tytuł brzmiał: „husarski rekord świata”. Husarze nie byli tylko w Polsce, ja nie pisałem o wszystkich wojskach świata.
    ————
    Wolałbym, aby dyskusja na temat Powstania Warszawskiego nie zdominowała dyskusji pod tą notką. Wszystko, co jej dotyczy, jest kontrowersyjne, tak jak wiele dat czy osób w historii Polski, jak chociażby sprawa 13 grudnia, przewrotu majowego czy zabójstwa Św. Stanisława

  4. długa lista imponujących triumfów. Finał: dopiero pod Kliszowem. Szkoda, że mając dobry argument nie wykorzystaliśmy go wtedy, kiedy się jeszcze liczył…

  5. Ale ten husarski rekord świata, to prawie brzmi jak mistrzostwa świata ligi NHL 😉

  6. PS.
    Chciałem dodać, że sukcesy polskich wojsk (nie tylko husarii, choć tę najbardziej rozsławiono), wynikały zwykle z faktu, że były to wojska profesjonalne, walczące z wojskami „amatorskimi”, jak Szwecja przed Gustawem Adolfem, czy Rosja przed Piotrem I.

  7. I to się zgadza, Polacy wygrywali przede wszystkim biegłością i fachowością. Po bitwie pod Kutyszczami strasznie rozpaczano z powodu straty koni, straty ludzkie były niewielkie, ale leżący Kozacy rozpruwali brzuchy końskie nożami. Upadek husarii to nie był przypadek – stare wojsko – nowoczesne formy walki, a więc stara forma walki odchodzi w przeszłość, tylko jak w soczewce ukazał się stan obywatelski naszego państwa, brak wyszkolenia siebie i konia, treningu, a przede wszystkim chęci. Kiedyś być usarzem to była nobilitacja, crême de la crême. Nieprawdą jest, że upadek husarii spowodował wzrost celności karabinów i pistoletów, bo przecież Napoleon miał swoich kirasjerów. Dopiero pojawienie się w roku 1854 pocisków typu Minié spowodowało upadek jazdy.

  8. Gdybyśmy nie o husarzach jeno prawić mięli, to dla mnie jest rozróżnieniem nad wyraz istotnem, czy kto gdzie w szyku, pospołu z kolegami wojuje, bo to zawszeć łacniej, niźli samojeden jakiej pozycji niemal straconej broni, bo tu znikąd wsparcia, ni otuchy. I takimi mistrzami świata w obronie pojedynczych posterunków byliby dla mnie Ghurkowie jak kapral Dip Prasad Pun z 1. Batalionu Royal Gurkha Rifles, który 17 września 2010 obronił posterunek pod afgańską wioską Babaji, właściwie nawet nie wiedzieć przed iloma talibami, bo tych tylko się zliczyć dało, których natłukł, w ostateczności i trójnogiem od maschinengewehru, a tych było z górą trzydziestu… Podobnie w Birmie pod Taungdaw, 13 maja 1945 roku Gurkha Lachhiman Gurung, dłoń mając prawą niemal oberwaną granatem, który kolegów jego zabił, karabin przeładowywując lewą dłonią i kolanem, z górą trzydziestu był położył Japończyków wokół okopu swego i żadnego do siebie nie dopuścił… Ale prawda, że tak można bez końca…
    Dzięki Ci, Torlinie, za wspaniałej tej szarży przypomnienie, jako i postaci Wilczkowskiego, jednego z najlepszych dowódców husarskich, jakich żeśmy mięli, o którym się jeszcze to przypomnieć godzi, że pomarł w dni kilka po swej szarży ostatniej: wiedeńskiej… Do argumentów przez Ciebie przytoczonych o przyczynach husarii upadku dodałbym jeszcze ogólne kraju zubożenie po tragedii Potopu, bo to najwięcej na malejącej ich liczbie zaważyło, zaś próby podpierania ich chorągwiami niezawodowymi musiało spowodować obniżenie poziomu tak wyszkolenia, jak i uzbrojenia. Ale nawet i wtedy byłoby to wojsko nad wojskami, jeno w to się wdały polityki hetmanów i przyczyny insze. Nawet tu przywołana batalija kliszowska rzekomo dowodzić mająca zmierzchu hussarii jest dla mnie dowodem na coś wręcz przeciwnego… Toć przecie husarze tam swego zadania spełnili, jazdy szwedzkiej znosząc! A to, że bitwa została przegraną, bo hetman Lubomirski w złości, co jej miał na króla Augusta umyślnie nakazał się choragwiom cofnąć, to już przecie insza para kaloszy i nie husarzów wina…
    Aliści ja bym tego nie do jednych tu wiązał husarzów, jeno za szczególną cechę widział i wyższość jazdy ogólnie całej naszej, gdzie proporcye strat nader często były zgoła niewiarygodne, zuchwalstwo zaś jeźdźców naszych się zdaje być z mitów i legend wziętem… Na osobną to może i dysputę thema, przecie nie sposób mi się refleksyją nie podzielić, że wszędy, gdzieśmy tej łaski szczególnej zaznali, że się nie przeciw wrogowi kilkakroć liczniejszemu (a gęsto i takich gromilim, ot choćby Kłuszyn za exemplum biorąc :), luboż nie przeciw palbie harmatniej gęstej szarżować przyszło (a Somosierra czemże inszem była, hę?), a gdzie się równy z równym potykał, gdzie szabla przeciw szabli, gdzie kunszt i rzemiosło wojenne rozstrzygało, gdzię męstwo wojennika, konia wyćwiczeniem wsparte kluczem do wiktoryi było, tameśmy niemal zawsze przy zwycięstwie byli! Nam dziś to sprawy niepojęte, aleć prawda to nieskłamana, że nie liczący niefortunnych utarczek konfederacyi barskiej, co niemal nigdy Moskalom nie dotrzymała pola, czy podobnych w sposobie wojowań insurgentów naszych z 1863 roku, tam gdzie się wojsko nasze prawdziwe, nie zaś partyzantka jaka, pokazywało, samą swą istotą lęk budziło i trwogę… Czemże inszem tłomaczyć wyczyny ułanów napoleońskiej doby, gdzie ośmiu ułanów z porucznikiem Kostaneckim sześć austryjackich harmat pod Hohenlinden zdobywa? Gdzie ułan Pawlikowski z nieznanem z miana szaserem wtórym w niewolę bierze 57 Austryjaków!!! Gdzie przy potyczce nad rzeczką Salzach ułan Trandowski założywszy się przódzi, że porwie Austryjakom jenerała sprzed frontu jego własnej brygady, rusza i iście w pacierzy kilka wraca z jeńcem… samem xięciem Liechtenstein, co go potem za Stanisława Fiszera pomieniono! Rzeknie kto, że Austryjaki nie żołnierze i na to Pan Bóg w swej dobroci stworzył Włochów, by nawet Austryjacy mieli bijać kogo… Może i prawda, aleć cóż z kozakami z 1812 roku, którzy przed naszymi pierzchali, fantazyję górną naszą znając, że nie tylko rannego nie ostawim w ich rękach, ale po rogatywkę jedną zgubioną, nazad, jako ułani pułkownika Konopki szarżować będziem? I dla jakiej przyczyny niderlandzcy, francuscy i niemieccy kawalerzyści ciężkich byli gotowi płacić pieniędzy za… nasze czaka ułańskie? Ano dla takiej, że na widecie w nich stanąwszy niemal gwarancyi mieli, że kozacy nocą znienacka nie uderzą… Co ku ogólniejszej natury może przemyśleniom ostawiając, kłaniam się nisko:)

  9. Siegnalem do niewielkiej ksiazeczki, R.Brzezisnski; Polish Winged Hussar 1576 – 1775; Osprey Publishing, ktora mialem okazje kupic z ciekawosci jakis czas temu.
    Co do strat, w zwycieskich bitwach potrafily byc bardzo male np. 4 towarzyszy i 8 pacholkow na 100 koni ( straty w koniach +- dwa razy takie) ale i bywaly wiele wieksze np 50% stanu oddzialu. Z ciekawostek, straty w bitwach zwycieskich sa bardzo dokladnie opisane natomiast tam, gdzie poniesiono kleske zapis juz nie byl tak doskonaly.
    Wymieniona publikacja przypisuje zmierzch husarii wlasnie pojawieniu sie i „nowoczesnymu” wykorzystaniu broni palnej. Jako przyklad podaje zapis hetmana Krzysztofa Radziwilla; „Sprawy wojenne i polityczne”, gdy ow w 1622 roku na wszelkie sposoby, zacheta i grozba, usilowal bezskutecznie zmusic oddzialy do szarzy. W 17 w. husaria stawala sie anchronizmem niemniej, jak pisze autor, dalej byla skuteczna formacja w walkach na Wschodzie. Dodatkowym czynnikiem byla postepujaca anarchizacja polskiego spoleczenstwa w drugiej polowie 17 wieku, ktora rowniez udzielila sie formacjom zbrojnym.
    Tyle wg. R. Brzezinskiego.

    Pozdrawiam

  10. „Nieprawdą jest, że upadek husarii spowodował wzrost celności karabinów i pistoletów, bo przecież Napoleon miał swoich kirasjerów.”

    Nie wzrost celności, tylko wzrost nasycenia piechoty bronią palną i zwiększenie szybkostrzelności, bo celność była cały czas podła, dopóki od połowy XIX wieku standardową bronią piechoty nie stał się karabin gwintowany. Już pod Gniewem w 1626 (chyba) roku szarża husarii załamała się w ogniu piechoty szwedzkiej.
    Kirysy napoleońskich kirasjerów były znakomite w starciu z inną jazdą na białą broń. Od wystrzelonych z niewielkiej odległości kul karabinowych nie chroniły. W czasach napoleońskich szarża kawalerii, w kirysach czy bez nich, przeciwko należycie przygotowanej do odparcia ataku i niezdemoralizowanej piechocie rzadko przynosiła powodzenie.
    Kilka już razy na rożnych blogach wyśmiewałem idiotyczny mit o Hodowie, gdzie jakoby „400 husarzy obroniło się przed 40.000 Tatarów”. Idiotyczny, bo walka przy takiej dysproporcji sił jest fizycznie niemożliwa. Wyobraź sobie stu ludzi usiłujących na ulicy sprawić lanie jednemu – przecież większość nawet nie dopchałaby się do ofiary. Spróbuj też zastanowić się, ile miejsca w polu może zająć czterdziestotysięczna formacja konna.
    Wątpliwości budzi zresztą większość legend o zwycięstwach odnoszonych przeciwko drastycznej przewadze liczebnej. Kiedy się zacząć grzebać w źródłach, z reguły okazuje się, że liczby są mocno naciągane dla większej chwały naszych dzielnych żołnierzy. Takie zwycięstwa zdarzają się przeważnie wówczas, gdy strona słabsza liczebnie dysponuje miażdżącą przewagą uzbrojenia i wyszkolenia (jak np. Brytyjczycy pod Omdurmanem) lub kiedy morale przeciwnika jest niskie. W tym drugim przypadku zazwyczaj nie jest tak, że stu naszych pokonuje w walce tysiąc tamtych, tylko nasi rozbijają w puch jeden z oddziałów przeciwnika, co widząc, reszta wpada w panikę i bierze nogi za pas. Tak było np. na przełęczy Somosierra i również, zdaje się, pod Kłuszynem, choć szczegółów tej bitwy dobrze nie znam.
    A w ogóle to historia wojen, zwłaszcza w wersji popularnej, obfituje w tego rodzaju legendy, często świadomie preparowane dla celów propagandowych, ku pokrzepieniu serc. U Haszka można znaleźć piękne przykłady.

  11. Torlinie,
    ze zdaniem: „Nieprawdą jest, że upadek husarii spowodował wzrost celności karabinów i pistoletów, bo przecież Napoleon miał swoich kirasjerów” już polemizowali przedmówcy. A ja mam ochotę dodać, że wielcy polscy dowódcy, jak choćby Koniecpolski, potrafili się uczyć od obcych, zaszczepiać nowe wzory… Upadek husarii zdaje się nakładać na swoisty narastający introwertyzm narodu szlacheckiego… Już w XVII wieku są przykłady, jak to szarża husarii, sama w sobie udana, nie przynosiła efektu, bo dowódca nie wsparł jej na czas artylerią i piechotą. Potem mogło być tylko gorzej.

  12. Do wszystkich,nie personalizuję odpowiedzi!
    Sugestii, że husaria upadła z powodu wzrostu liczebności i celności dział, karabinów i pistoletów nie można obronić w historii. choć jest niezmiernie popularna, gdyż na spokojnie do początków wieku XIX jazda przełamywała większe zgrupowania przeciwnika, szczególnie piechoty. Jak nie można nie wspomnieć kogoś tak ważnego jak Joachim Murat? Pamiętacie? Piszę z pamięci: „Joachimie, chyba nie pozwolisz, aby ci Azjaci zjedli nas żywcem?” I poszło uderzenie jak za dawnych lat, a to jest – przypominam – wiek XIX i bitwa pod Iławą. Tekst podany przez vandermerwe: „W 17 w. husaria stawała się anachronizmem” jest jakimś nieprawdopodobnym nieporozumieniem, bo wiek XVII jest spinany wspaniałą klamrą: Kircholm i Wiedeń.
    W sprawie wyższości polskiej szabli w bezpośrednich pojedynkach mam swoje własne przemyślenia. Ciągle zapominamy, że byliśmy krajem granicznym ze Wschodem, przesiąkaliśmy nim w ubiorze, zwyczajach, sztuce (dywany polskie z Iranu), ale przede wszystkim przesiąkaliśmy sztuką walki, wojennym sposobem postępowania, tak jak ten Jagiełło stojący na wzgórzu. Bo tak stali wielcy dowódcy Wschodniego Świata. A przecież słusznie pisał Sienkiewicz: „Przejście Nowowiejskiego przez Dniestr i pochód jego w trzysta szabel przeciw potędze sułtańskiej, setki tysięcy wojowników liczącej, były to czyny, które człowiek wojny nieświadom za proste szaleństwo mógłby poczytać. Tymczasem były one tylko zuchwałą wyprawą wojskową mającą widoki powodzenia.
    Naprzód nieraz zdarzało się ówczesnym zagończykom iść przeciw stokrotnie liczniejszym czambułom, stanąć im na oczach, a potem pomykać przed nimi odcinając się krwawo pościgowi. Właśnie jak wilk wywabia czasem psy za sobą, aby w sposobnej chwili odwrócić się i zarżnąć najzuchwalej docierającego pokurcza, tak czynili i oni. Zwierz w okamgnieniu stawał się myśliwcem: pomykał, krył się, przytajał, ale goniony, sam gonił, napadał znienacka i kąsał na śmierć. Był to tak zwany „proceder z Tatary”, w którym prześcigano się w fortelach, podejściach, zasadzkach. Słynął z owego procederu najbardziej pan Wołodyjowski, po nim pan Ruszczyc, po nim pan Piwo i pan Motowidło, lecz i Nowowiejski, praktykując od dzieciństwa w stepach, należał do tych, których między najsławniejszymi wymieniano, dlatego też było wielce prawdopodobnym, że stanąwszy na oczach ordy, ogarnąć się jej nie pozwoli”.
    Co do ilości obrońców i napastników – to oczywiście Pawle masz rację, ale to nie zmienia faktów. To, że d’Artagnan walczy na szczycie schodów tylko z jednym z gwardzistów kardynała Richelieu, to nie oznacza, że nie walczy z 25. 300 najodważniejszych w historii ludzkości też walczyło z półmilionową armią perską, chociaż przecież na logikę te pół miliona nie zdołałoby się zmieścić na miejscu walki. To są pewnego rodzaju skróty myślowe na korzyść „maluchów”, bo przecież z punktu widzenia logiki nikt nie zabrania silniejszemu czegoś wymyślenia, aby móc zaangażować całą swoją armię.

  13. „To, że d’Artagnan walczy na szczycie schodów tylko z jednym z gwardzistów kardynała Richelieu, to nie oznacza, że nie walczy z 25.”

    Chyba dość dawno czytałeś, Torlinie, „Trzech muszkieterów”. Nie ma tam takiej sceny. Opisana w powieści szermierka na schodach to tylko trening gwardzistów pana de Treville. Tak na marginesie.
    Wracając do zasadniczego tematu:

    „z punktu widzenia logiki nikt nie zabrania silniejszemu czegoś wymyślenia, aby móc zaangażować całą swoją armię.”

    Otóż nie. Nie było żadnej możliwości (ani zresztą potrzeby) zaangażowania przeciwko trzystu Spartanom pół miliona Persów, a przeciwko podobnej liczbie husarzy czterdziestu tysięcy Tatarów. Zestawianie takich liczb to propagandowa manipulacja mająca w oczach wojskowych laików wyolbrzymić do absurdalnych granic bohaterstwo „naszych”. No bo jak – stu na jednego? Spartanie tak samo musieliby ulec i ich poświęcenie nie byłoby ani na jotę mniejsze, gdyby Persów było tylko dziesięć tysięcy.
    Sprawa Hodowa zaś w ogóle wydaje mi się podejrzana. To znaczy, nie wątpię, że walka ta miała miejsce i że husarze odparli atak znacznie przerastającego ich liczbą zagonu tatarskiego. Natomiast absurdem jest pogląd, że w ten sposób zwyciężyli czy choćby powstrzymali wielotysięczną armię, która w otwartym podolskim terenie mogła przecież ich punkt oporu zwyczajnie ominąć.
    Przypomina mi to inny, bliższy naszym czasom mit kapitana Raginisa z rejonu umocnionego „Wizna”, który rzekomo ze swoją kompanią forteczną zatrzymał na dwa dni korpus pancerny gen. Guderiana. Natomiast sam Guderian w pamiętnikach ledwie wspomina o polskim oporze, a jako przyczynę opóźnienia natarcia podaje korki na mazurskich drogach, za sprawą których z opóźnieniem dotarł nad Narew oddział pontonowy niezbędny do przeprawienia ciężkiego sprzętu. I ja mu wierzę.
    Skoro się tak rozpisałem, to jeszcze dwie uwagi ogólne. Jak to już przed wojną zauważył Olgierd Górka, czytając o gigantycznych armiach – Moskwy, Turków, Kozaków, Tatarów – z którymi zmagały się wojska Rzeczypospolitej, nie zdajemy sobie sprawy, że w relacjach strony przeciwnej te proporcje często przedstawione są dokładnie odwrotnie. Tak to już jest, że kronikarze mają skłonność do zawyżania liczebności wroga – dla większej chwały własnej, gdy bitwa zwycięska, dla usprawiedliwienia, gdy przegrana.
    Po drugie zaś, tylko laikom imponują walki podejmowane mimo wielkiej przewagi liczebnej przeciwnika. W rzeczywistej sztuce wojennej dobrym wodzem jest ten, kto potrafi zapewnić SOBIE przewagę liczebną w kluczowym miejscu i momencie.

  14. Do kilku się tu odniosę kwestyj, bo widzę, że łacno Waszmościom niektórym idzie kminkiem rzucać, materyi nie znając, jako choćby te bzdurstwa o panice obrońców pod Somosierrą czy Kłuszynem… Podobnie jeśli się „mit wyśmiewa” i to ponoć wielokrotnie, o walce z czterdziestotysięczną armią konną, to zdałoby się choć tyle wiedzieć o tejże batalii, że w rozstrzygającej fazie walczono tam PIESZO. I że w takiej walce liczy się fala za falą i nawała za nawałą atakujących, przy ciągłości których obrońcy ni wytchnienia nie mają, ni możności rannemi się zająć, czy przeformować, przy tem przy walce ogniowej takiej jak pod Hodowem właśnie, to amunicyi kres może finis defensorów znaczyć. Co się zaś liczby tyczy, to król Jan pisał o 400 i o 40 tysiącach, a za nim tak wszyscy przyjmują, ale nawet jeśli insze pominąć świadectwo mówiące o czterystu z Okopów Świętej Trójcy i o dwustu z Szańca Panny Maryi, to przecie piszący w najlepszym razie miał na myśli towarzyszy razem z pocztowymi, bo to ci byli za żołnierzy uważani. Tymczasem każdy poczet tworzył towarzysz, jeden lub dwóch pocztowych, wozak z wozem (lub nawet kilku, jeśli towarzysz majętniejszy i więcej zapasów brał) i pachołków dwóch, trzech a czasem dwakroć tylu. Tandem nawet jeśli przyjmiem, że wozy ostawiono, to liczę, że z pocztem każdem choć jednego brano pachołka, co w potrzebie, jeśli nawet sam nie stawał, to ruśnic i krócic nabijał. Osobliwie, że jest świadectwo, że jako się pokończyły kule, strzelano grotami z tatarskich strzał, zatem ktoś się tem musiał w czas boju zatrudniać, najpewniej z czeladzi właśnie…
    Piszącemu o bitwie pod Gniewem polecam, daleko nie szukając, o dziwo wielce rozsądną w Wikipedii notę… Poza tem nie znam batalii (poza Batohem i Żółtymi Wodami, ale to rzecz jest insza), gdzie by straty husarii w rzeczy samej były nad 50 % znaczniejsze, wliczając w to i zakłamane mity o stratach pod Gniewem.
    I jedno jeszcze co się cytowanego tyczy hetmana Radziwiłła: najmniej dziesięcioma innymi z pism jego cytatami bym się posłużyć mógł, gdzie ów wyrzeka, że nie ma jak Szweda pobić, bo ten po zamkach, miastach i fortalicjach siedzi i pola dać nie chce, bo wie, że w polu pogromionym zostanie. I o to właśnie idzie, czego tu chyba Waszmościowie nie pojmujecie…
    Można kłaść zaprawę młotkiem jak się kto uprze, a kielni nie ma, ale mularz roztropny obu tych ma narzędzi i używa każdego do czego innego. Mając husarię doprowadziliśmy do tego, że nikt rozsądny przeciw niej nie chciał w polu stanąć (niektóre regimenty zaciężne w wojskach szwedzkich czy cudzoziemskie w Rosji w kontraktach zastrzegały sobie, że nie wolno ich przeciw husarii używać), tylko się chronił jak mógł. Zatem husaria swoje zadanie spełniła wybornie… brakowało tylko tej kielni, czyli piechoty i armaty, by móc chroniących się za fortalicjami wykurzać i jeśli się zamiast kielni wciąż próbowało używać młotka, to to się dobrze skończyć nie mogło…
    I dla mnie początkiem upadku husarii w rozumieniu jej morale ( i zarazem do trumny jej gwoździa) jest pojawienie się i tolerowanie zjawiska towarzyszy „sowitych”, czyli będących przy chorągwi jedynie de nomine, de facto zaś utrzymujących w niej swoich pocztowych. To mniej więcej to samo, gdybyśmy w doborowej jednostce komandosów dopuścili do tego, że pozostaje w niej dowodzący oficer i sami żołnierze, zaś weterani-podoficerowie, zawsze i wszędzie stanowiący właściwy wojska kościec i kręgosłup, byli tam jeno duchem, a i to raczej marnym…
    Kłaniam nisko:)

  15. Wachmistrzu, co do Kłuszyna to zaznaczyłem, że nie znam dobrze przebiegu bitwy, ale nadal będę obstawał przy opinii, że przy takim stosunku sił Polacy nie mieliby prawa jej wygrać, gdyby po stronie moskiewskiej nie nastąpił upadek ducha skutkujący ucieczką bądź odwrotem części sił. Niech będzie, że nie była to panika w dosłownym rozumieniu. To samo dotyczy Somosierry. Piechota hiszpańska, w panice czy nie, opuściła pozycje, mimo że do ostatniej baterii na przełęczy dotarło w pierwszym rzucie bodaj kilkunastu tylko szwoleżerów i przy odrobinie determinacji bez trudu można ich było wybić lub pogonić z powrotem.
    Co zaś do Hodowa, to chcesz Pan powiedzieć, że czterdzieści tysięcy spieszonych Tatarów parło fala za falą, niczym Sowieci pod Moskwą, na strzelających zza zasieków husarzy, żeby ich za wszelką cenę zarzucić czapkami? Jakoś mi to zupełnie nie pasuje do znanych skądinąd zachowań wojennych Tatarów, którzy bardzo niechętnie wystawiali się na ogień broni palnej i w ogóle jeśli nie udało im się wstępnie zastraszyć i rozproszyć przeciwnika, woleli zwykle uchylać się od regularnego starcia z zawodowym żołnierzem.
    Zresztą mniejsza z tym. Przecież nie twierdzę, że nie było tej bitwy ani że miała inny przebieg niż w opisach. Za nonsensowne uważam jedynie zestawienie liczb: 400 versus 40 000. Że król Jan tak napisał? Czegóż się nie robi, by skłonić Sejm do większej ofiarności finansowej na cele wojenne. W XVII wieku propaganda wojenna też istniała.

  16. Wikipedia jest rozbrajająca, hasło „Bitwa pod Gniewem” – prawidłowa, obiektywna, hasło „Gniew” – historia: „W 1626 podczas II wojny polsko-szwedzkiej w okolicach Gniewa doszło do starcia między siłami Rzeczypospolitej i Szwecji. Bitwa zakończyła się zwycięstwem wojsk Gustawa Adolfa. Była to druga w historii porażka polskiej husarii”. I możemy sobie tłumaczyć. To była mgła.

  17. W ramach wyjasnienia. Nie znam sie na temacie w zakresie wystarczajacym by prowadzic dyskusje. Z tego wzgledu podalem autora, tytul publikacji i nazwe wydawnictwa, ktore owa ksiazeczke wydalo. Przedostatni rozdzial publikacji nosi tytu: „Demise of the Hussars” i tam mozna znalezc lepszy opis rzeczy niz ja to zrobilem, niekoniecznie zgodny z pogladami tu gloszonymi.

    Pozdrawiam

  18. Fragment tylko jednego ze starć Richarda Brzezinskiego z Radosławem Sikorą, bezwzględnie najlepszym obecnie husarii badaczem i znawcą, akurat cokolwiek inszej się tyczący tematyki, aliści dostatecznie dokumentujący, jako się ten pierwszy swobodnie z cyframi i poglądami obchodzi…
    http://www.historycy.org/index.php?showtopic=66&st=391
    Mości Pawle, Kłuszynowi dwie ongi noty poświęciłem, ale że znam, że styl mój Waszmości niemiły to i linkować nie będę. To, że Waszmość nie imaginujesz inszych możności nie znaczy zaraz, że ich nie ma… Akurat pod Kłuszynem, w finałach działań przeciw odosobnionym zgrupowaniom przeciwnika najwięcej przydatną okazała się… dyplomatyka hetmana Żółkiewskiego, dzięki której wszyscy zaciężni cudzoziemscy od walki i cara odstąpili… A o panice możem ewentualnie prawić, przy rozbijaniu ostatniego już punktu oporu, warownego obozu, a i to już po przełamaniu obrony…
    W Somosierry przypadku, że tych parunastu naszych przy ostatniej baterii nie wybito, nie dowodzi paniki czy ducha upadku, bo kanonierzy bronili się do upadłego, jeno tego, że dowodzenie hiszpańskie zaszwankowało, a najpewniej nie było wspólnego nad gerylasami zbocza obsiadającemi, a regularnem wojskiem przy harmatach skupionem.
    Co się znów Hodowa tyczy, to Waści się myli kraju zdobywanie, gdzie taktyka podobna może by słuszną była, z kraju łupieniem metodą tatarską, czyli najazdem ordą liczną, która gdzie w jednem punkcie zakładała obóz (kosz) i czambułami po najwyżej parę tysięcy się po okolicy rozpraszała, by jasyru nabrać. Takie czambuliki to husarzy nasi na śniadanie jedli, a w wyprawie na czambuły Roku Pańskiego 1672 Sobieski przeciw rozpoznanym kilkusetosobowym watahom wysyłał oddziałki…dwudziestoosobowe, które ich skutecznie gromiły i rozbijały. Dowodzący najazdem byłby skończonym durniem, gdyby pozostawił sobie za plecami kilka setek żywych i zdolnych do walki husarzy, bo musiał znać, że ci podarowani zdrowiem wraz mu na kark siędą i dzieło całe spsowają, niszcząc po kolei czambuły i sam kosz. Najlepszym tego dowodem jest fakt, że po Hodowie Tatarzy od dalszego najazdu odstąpili, rozumiejąc, że skoro nie pokonali husarii, to dalszy najazd sensu nie ma i jest samobójstwem…
    Kłaniam nisko:)

  19. Torlinie,
    piszesz: „W 17 w. husaria stawała się anachronizmem” jest jakimś nieprawdopodobnym nieporozumieniem, bo wiek XVII jest spinany wspaniałą klamrą: Kircholm i Wiedeń.
    Ale z kim tam walczyliśmy?
    Pod Kircholmem z zacofaną jeszcze armią szwedzką.
    Pod Wiedniem, z popadającą w głęboki kryzys, także pod względem militarnym, Turcją.
    Warto porównać husarię z nowoczesną armią Zachodu, jaką była armia szwedzka, choćby w czasie potopu. Tu trafiały się zwycięstwa, ale też zdarzały się dość kompromitujące przegrane (gdzie to Polacy mieli przewagę liczebną, a szkodził im wcale nie alkohol, ale właśnie przestarzała technika wojenna).

    Mam też taką uwagę — gloryfikując husarię, zapominamy, że Polska w tym okresie miała znakomitą piechotę i całkiem dobrą artylerię.

    PS.
    Dlaczego nikt nie dolicza się wszystkich obrońców Termopil? Przecież tam stało ponad „7000 chłopa”, z których 4000 zginąć miało w obronie.

  20. @wachmistrznadwachmistrze,

    Dziekuje za polaczenie do „historycy.org”. Dyskusje przeczytalem z zaciekawieniem. Poziom wiedzy wypowiadajacych sie przekracza wielokrotnie poziom mojej niewiedzy, wiec nie jestem w stanie czegokolwiek komentowac i zajmowac stanowiska .

    Pozdrawiam

  21. W ostatnich czasach obserwuję (nie u Torlina, w różnych miejscach) budowanie obrazu husarii jako jakiejś mistycznej wunderwaffe. Stąd potem takie uwagi jak przywołana przez Torlina z Wikipedii na temat bitwy pod Gniewem: „Była to druga w historii porażka polskiej husarii”. Jak gdyby nieudana szarża była jakimś niezwykłym historycznym ewenementem. I jak gdyby polska armia – pod Gniewem i gdzie indziej – składała się z samych husarzy.
    Odłóżmy między legendy naiwne wyobrażenie, że jak już husarze ruszali do ataku, to łamali i rozbijali wszystko, co stanęło im na drodze. Nieprawda. Tak to tylko u Sienkiewicza. W rzeczywistości bywało różnie. Czasem rozbijali, czasem nie, czasem do zwycięstwa potrzeba było kilku kolejnych szarż w wykonaniu kolejnych chorągwi, a czasem szarżujący zawracali pod ogniem, zanim starli się z przeciwnikiem. Takie sprawne zawracanie i wycofywanie się husarze zresztą starannie ćwiczyli.
    Husaria była, owszem, bardzo skuteczną w swoim czasie kawalerią, ale nie jakimś ósmym cudem świata. Swoje sukcesy i sławę zawdzięczała przede wszystkim użyciu kopii i temu, że atakowała w cwale, umiejąc przy tym zachować zwarty szyk. Tym się właśnie w okresie swoich największych triumfów odróżniała od jazdy innych krajów europejskich. Później już w coraz mniejszym stopniu.
    Była zatem świetną bronią przełamującą, ale słabo się nadawała do innego rodzaju służby kawaleryjskiej. Była ponadto bardzo kosztowna. Dlatego w ciągu XVII wieku rósł w wojsku polskim stale udział chorągwi kozackich, tańszych w utrzymaniu i bardziej uniwersalnych.

  22. Chorągwi pancernych, zwanych początkowo kozackimi ( i nie mającymi nic wspólnego z Kozactwem), owszem tańszych i bardziej uniwersalnych, a poczęto ich mnożyć, by braki w słabnącej liczebnie i jakościowo husarii zastąpić. Pancernym był m.in. Pasek…
    Sukcesy i sławę husaria zawdzięczała całej masie czynników, z których tu ledwo kilku wspomniano jako nadzwyczajne i nie mające sobie równych w żadnej tego, ani następnego czasu ćwiczenie koni i zwrotów niemi czynionych. Zwrotu „po koniu” po husarzach dopiero napoleońscy opanowali kirasjerzy! Nawiasem rzekłbym, że to właśnie w koniach straty, zawsze wielekroć liczniejsze od strat w ludziach, były też i przyczyną zmierzchu tejże formacyi, gdzie człeka łacniej przyuczysz, niźli konia, i gdzie może z pięciu znakomitych rycerzy jednego dobrego husarza wyszkolisz, ale konia husarskiego mieć będziesz jednego ze stu… Dalej:…sama kopia husarska to było arcydzieło rzemieślniczo-inżynieryjne tamtych czasów, a sposób jej używania z całą pewnością pozwoliłby husarzom pokonać nawet hiszpańskich tercios, z którymi Historia nie dała sposobności się zmierzyć… Siodło husarskie: kolejna perełka konstrukcyjna, której później już nikt na szerszą nie powtórzył skalę… I tak by można naprawdę długo, a Waszmościowie się tu powierzchni ślizgacie zjawiska i sadzicie doktrynerskie osądy, z których sam nie wiem, czy śmiać się czy płakać…
    Ale co w tem najważniejsze: czemuż to, na Miły Bóg, tak Wam trudno uznać prostą prawdę, że mieliśmy w swoim czasie najlepszą jazdę świata? Tak jak ongi Greczynowie falangę i hoplitów, a Rzymianie swoje legiony, czy Niemcy swoją PanzerWaffe… I czemu mamy się tego wstydzić? Czemu zamiast być z tego prawdziwie dumnym, wyszukujemy jakieś deprecjonujące ją okoliczności, a to że droga, a to że w bitwie pod X nie poradziła, a pod Y miała nazbyt duże straty… Każda elitarna formacja jest droga… I po to jest między inszemi droga, by jej leda kto nie kopiował, jako naszej hussaryi Moskale, których husarze pusty śmiech, jako kopij połomili o bramę miejską, gród opuszczając, co i o kopiach nędznych świadczy, o szkoleniu miernym, nareście i o dowództwie bezmózgim… Legiony rzymskie też nie w każdej wygrywały bitwie, podobnie jak i czołgi Guderiana czy brytyjskie „czerwone kurtki”, w swoim czasie elita piechoty… I w tym sensie, w swoim czasie była husaria ósmym cudem świata, jeśli tak kto chce wojsko na czas dany najlepsze nazywać. Czego nie pojmuję, to tego bezmiaru malkontenctwa, które nawet przy tysiącu na to dowodów zawsze mieć będzie jakieś „ale”…
    „Tylko” broń przełamująca ? Boże, Ty widzisz i nie grzmisz! Na darmo widzę pisał Szymon Starowolski o husarskiej wszechstronności: ”husarz drzewko
    porzuciwszy, służy za rajtara, zbroję zdjąwszy, za kozaka stanie”… Nie było tej jeździe równych w szermierczych zapasach, ale tego syn szlachecki na ojcowym zaczynał już ćwiczyć podwórku! Tu niewiele dodawało potem we wojsku ćwiczenie, bo tu przyjmowano już takich, co byli, jako się o Polakach prawiło: „z szablą urodzeni”… To dziś fachowcy od wojskowości dopiero półgębkiem przyznają, to co antecessores nasi wiedzieli wybornie: że nie masz do szermierki nad krzywą szablę oręża! I że z każdej konfrontacji z dowolnym rapierem, mieczem, szpadką szabla wyjdzie zwycięsko, chyba, że włada nią jaki dopieroż się fechtów uczący, a przeciw sobie ma fechtmistrza…
    Ale przyjmijmy na moment, że to rzeczywiście jeden jedyny walor był husarii, że do przełamywania służyła… Ileż we świecie nacyj wszystko by oddało, byle mieć jazdy, której nie oprze się żadna inna jazda i piechota świata? Jeśli w bitwie szyk obronny został przełamanym, to reszty dokańczać mogły nawet obozowe ciury…
    Tak, Mości Luboński, czego byś nie wykręcał i nie wykrzywiał, była ta husaria Wunderwaffe, jeśli tak ją chcesz zwać i wystarczająco tego dowiodła historia, a Waść byś nie wiem jak nudził, przeczył temu i jakieś nie wiedzieć skąd powzięte mity głosił, Historii nie zmienisz…
    Kłaniam nisko:)

  23. Już nie będę nudził, Wachmistrzu. Niech mi będzie wolno tylko wyrazić zdziwienie, że malkontentem jest dla Waści sceptyk, który nie odmawia przecież husarii wielu walorów, a jedynie nie upaja się jej nieskazitelną doskonałością i nie przyłącza się do budowania jej ołtarzyka.
    Podejrzewam, że zachwyty nad husarią, polską szablą i w ogóle przewagami bojowymi przodków mają praźródło w narodowych kompleksach. W dziedzinie kultury, nauki i postępu cywilizacji poczynając od końca XVI wieku niewiele już na tle Europy dokazaliśmy, więc wmawiajmy sobie, że chociaż na szable byliśmy najlepsi. Czego nie sposób zweryfikować, bo mistrzostw świata w szermierce wówczas nie urządzano. Może samuraje by wygrali?
    Przypomina się Weyhard Wrzeszczowicz z „Potopu”, przekonujący, że nie masz żadnej cnoty w tym narodzie, jeno jazdę mają dobrą.

  24. Samurajska broń, wielce błędnie rozumiana mieczem, też ma ostrze jeno jedno i jest zakrzywioną, ergo szablą…:) Zatem ich wiktoria, wielce zresztą prawdopodobna, tylko by tezę tą potwierdziła. I, ponieważ widzę, że zamiast o jeździe husarskiej zaczynamy zajmować się cnotami narodowemi, postępem w nauce lub jej braku, co ja rozumiem jako od tematu ucieczkę, tedy daruj, Mospanie, ale ja na tem dyskurs kończę. Gospodarzowi i Lectorom wszytkim wszelkiej świątecznej życzę pomyślności, a i po Świętach zdrowia i Fortuny uśmiechów:)
    Kłaniam nisko:)

  25. Tylko mi się nie pokłóćcie, bardzo proszę.
    ———–
    Dziękując Wachmistrzowi za obszerne wyjaśnienia chcę dodać, że w ówczesnych latach być husarzem to była nobilitacja. Zawsze tak jest, że jeżeli człowiek to co robi uważa za lepsze od innych, to sam podświadomie dochodzi prawie do ideału. Dlatego nigdy nie zarzucam nikomu snobizmu na wyższą kulturę, sztukę, umiejętności, bo to jest prosta droga do bycia doskonałym (i wyjścia ze snobizmu).
    ————–
    Pawle, sam o tym piszę po wielokroć, ale zgadzam się trochę z Wachmistrzem, że to ciągłe przypominanie upadku Polski jest jakimś samobiczowaniem. Naprawdę, porównujemy się ciągle do Anglii, Niemiec, Francji i Włoch czy Holandii, ale spojrzyjmy na XVII wiek Portugalii, Szkocji, Szwajcarii, Szwecji, zobaczmy, jak wyglądały w XVII wieku Prusy i Włochy. Wprawdzie nie mogę zrozumieć, dlaczego niektóre państwa po całkowitym upadku (vide Francja w 1815) nie zostały rozebrane przez sąsiadów, a Polska została. Ale najważniejsze, że Maria Teresa płakała z rozpaczy po I rozbiorze.

  26. Paweł Luboński.
    Uzupełniam Pana wypowiedź częścią komentarza Sławczana z aktualnego bloga Pana Żakowskiego bo gdybym to ja napisał, pewnie Torlin znowu by mnie pouczył. Moje uznanie, napisał Pan to, co i ja chciałem, tylko delikatniej. Niestety, bliższy mi Sławczan niż Torlin.

    – Panie Redaktorze – bo w 1989r, w niezbyt nowoczesnym kraju do władzy doszła ekipa, której świat wartości był już przed drugą wojną skamienieliną. Świat dworków szlacheckich, manifestacyjnego katolicyzmu, pogardy dla tych co MUSZĄ pracować, dziewcząt, które powinny zachowywać się jak pensjonarki, za to z bijącym sercem i wypiekami modlić się za ,,Ojczyznę wolną raczoną zwrotem od Pana”. I ta skamienielina postanowiła cofnąć wskazówki zegara do czasu, który mieścił się w ich zakresie pojęć. Odzyskać dworki, odesłać ,,chamów na ich miejsce – do gnoju/znoju”. Udało się im? I to jak – dziś każdy ciężko tyrający ,,cham” się zachowuje jakby był potomkiem husarzy a nie potomkiem tych co to na owych husarzy pod pańskim batogiem tyrali. A przecież 85% z nas z tego się wywodzi.

    @Torlin
    Chyba do Pana nie dotarło, że ja nie krytykuję husarii ani Powstania
    tylko to, że Pan 12 razy powtarza naokoło w tekście „nasza” husaria, „nasze” zwycięstwa. Na pewni nie nasze bo nie moje. Ja z tych 85% i nie próbuję się w cudze husarskie piórka stroić.

    Wesołych i Miłych Świąt.

  27. Masz do tego prawo ZWO3119 i nie mam zamiaru Ci zabraniać. Tylko że pisząc tak nieprawdziwy i niesprawiedliwy tekst sam stawiasz się w sytuacji człowieka z kompleksami niższości. Bo gdybyś ich nie miał, tobyś takiego tekstu nie napisał. Dawne pochodzenie człowieka z dzisiejszą sytuacją nie ma nic wspólnego, a pracować trzeba. A „nasze” zwycięstwa są pewnego rodzaju skrótem myślowym, jak Polska pokonała Niemców, to też było o „naszym” zwycięstwie.
    Profesor Czapliński w swojej najnowszej analizie stanu naszego społeczeństwa zajął się raptownym zwrotem młodzieży ku Prawu i Sprawiedliwości. I przyczyny były kompletnie zaskakujące, i dla Ciebie ZWO3119 do przemyśleń. Otóż młodzież zdobywa nuta patriotyczna, orzeł w koronie, Mazurek, biało – czerwona. Ich radykalną odmianą są kibole, ale to jest ten sam nurt. Ponieważ na temat historii i polskich przewag mówi się coraz mniej (bo to nie wypada, to jest właśnie Twoja myśl – prawda?), a jedyną partią nawiązującą do tego rodzaju tematyki patriotyczno – historycznej jest PiS, stąd wzrost znaczenia tej partii. Dodatkowym argumentem są grupy rekonstrukcyjne, fotograficy ze specjalnymi zdjęciami, reżyserzy nowego pokolenia. Twój sposób myślenia nie jest na topie, niestety.
    Również składam Ci najserdeczniejsze życzenia wszystkiego najlepszego i pozdrawiam.

  28. @Torlinie,
    jak dla mnie jest dokładnie odwrotne — to młodzieńczy, niedojrzały maczyzm zaczadzenia patriotyczno-historycznego wywołuje krytyczną reakcję.

    Tym bardziej, że to jak KNP, jako radykalną kontynuacją POPiSu — tak patriotyzm jest obecny w polskiej szkole, jest obecny w szeroko akceptowanych pisarzach (od Sienkiewicza pod Daviesa piękna klamra ;P), oglądamy go w telewizji (od Sienkiewicza o Czas honoru), kultywujemy w muzeach (że wrócę do kwestii powstania warszawskiego), przypominamy 11 listopada, 3 maja, 1 i 17 września, czy 14 sierpnia. Młodzież, po prostu, stawia kropkę nad i.

  29. W porządku, tylko dlaczego 14 sierpnia?


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: