Napisane przez: torlin | 06/06/2015

Zamach majowy wg wspaniałego Nałęcza

zamach majowy

Dawno nie czytałem tak wspaniałej analizy naszych dziejów, brawo Panie Profesorze. Zdjęcie STĄD. Tomasz Nałęcz na lamach Gazety Wyborczej dał moim zdaniem wspaniały artykuł na temat tła politycznego przewrotu majowego TU. Zachwyciłem się, bo to są moje poglądy. Ponieważ GW koduje swoje artykuły, postanowiłem dać cały artykuł in extenso:

Zamach przypominał wiosenną burzę: nastąpił nieoczekiwanie, miał gwałtowny charakter i przyniósł zasadniczą zmianę politycznej pogody.
Podczas tej burzy gromami ciskał marszałek Józef Piłsudski, ale to nie on był jej prawdziwym sprawcą. Wiatr siali, i to od dawna, jego prawicowi rywale z Narodowej Demokracji – i to oni zebrali tę burzę.

Prawica kradnie pamięć o Marszałku – Przeciw Rosji czy z Rosją

Zamach majowy był kulminacją bardzo długiej rywalizacji narodowych demokratów i piłsudczyków, która swoimi korzeniami sięgała głęboko w ćwierćwiecze poprzedzające odzyskanie niepodległości. Już na przełomie XIX i XX wieku Roman Dmowski i Józef Piłsudski zaprezentowali wzajemnie się wykluczające koncepcje walki o odbudowanie suwerennego państwa polskiego.

Piłsudski, spadkobierca tradycji insurekcyjnej, stawiał na walkę zbrojną z Rosją, w której widział śmiertelnego wroga Polski. Dmowski nie tylko nie wierzył w czyn militarny, ale też uznawał go za detonator katastrofy narodowej. Trafnie zakładał, że zbrojne wystąpienie przeciwko Rosji musi szukać sprzymierzeńca w Wiedniu i Berlinie, co przypominało mu lot ćmy ku płomieniowi ogniska. Przywódca endeków właśnie w germańskim „Drang nach Osten”, w parciu na Wschód, widział śmiertelne zagrożenie dla polskości. Był przekonany, że własnymi siłami Polacy nie oprą się nawale germanizacji i jedynym ratunkiem jest dla nich sojusz z Rosją. Nie chciał z nią wojować, lecz zawrzeć przymierze, a to wymagało przekreślenia tradycji powstańczej. Szansy odrodzenia upatrywał Dmowski w przemianach wewnętrznych i pomnażaniu polskiej substancji narodowej, a dzięki płynącej z niej sile chciał wymuszać na Rosji i jej sojusznikach kolejne ustępstwa, najpierw samorząd i autonomię, a z czasem własne państwo.

Tak odmienne strategie sprawiały, że obydwaj politycy – a jeszcze bardziej ich zwolennicy – nie szczędzili sobie najostrzejszej krytyki, odsądzając się nawzajem od czci i wiary i zarzucając zdradę narodową.

Bratobójcza rewolucja

Pierwszą kulminację tej rywalizacji przyniósł antyrosyjski bunt, który w 1905 r. ogarnął ziemie polskie. Kierowana przez Piłsudskiego Polska Partia Socjalistyczna chciała go wykorzystać do wywołania zbrojnego powstania i uniezależnienia się od Rosji. Dmowski i endecja odpowiedzieli hasłem: „Prusacy idą!”, i ręką wyciągniętą do zgody ku osłabionemu rewolucją caratowi. W zamian domagali się autonomii i oddania rządów w ręce Polaków, przekonując, że nad Wisłą tylko tak można przezwyciężyć chaos rewolucyjny i przywrócić porządek. Przystąpili też do zdecydowanego zwalczania socjalistów, co zaostrzyło i tak niemałe napięcie, doprowadzając do bratobójczych mordów, szczególnie licznych i okrutnych w Łodzi. Ich ofiarą padło kilkaset osób – i było to więcej, niż wyniosły straty zadane Polakom przez carskie represje. Nie mniej straszne okazało się morze nienawiści rozkołysane tymi mordami.

Podzieleni wojną

Jeszcze bardziej pogłębił te podziały spór o orientację, jaki przed 1914 r. rozgorzał w obliczu nadciągającej wielkiej wojny pomiędzy zaborcami. Dmowski konsekwentnie stawiał na Rosję, będącą wschodnim bastionem antyniemieckiej ententy. Przerażały go żarna germanizacji coraz bardziej zagrażające Polakom w zaborze pruskim, w czym widział zapowiedź dalszej ekspansji Niemiec na Wschód. Był przekonany, że Polacy oprą się tej nawale tylko wtedy, kiedy sprzymierzą się z Rosją, też przecież zagrożoną niemiecką ekspansją, której samotnie nie stawi czoła. Jeśli więc nie chce zostać wprzęgnięta do niemieckiego rydwanu, to musi przestać marnować siły na bezsensowną politykę rusyfikowania innych narodów słowiańskich, a w pierwszej kolejności największego z nich – polskiego. W obliczu germańskiego niebezpieczeństwa także Polacy muszą odrzucić antyrosyjskie urazy, przekreślić tradycję insurekcyjną i wytężyć wszystkie siły, by powtórzyć grunwaldzkie zwycięstwo Jagiełły. Tym razem pod berłem Romanowów, bo taka jest logika historii. Z rosyjskim zwycięstwem w wojnie wiązał Dmowski nadzieje na odbudowanie państwa polskiego, pozostającego w orbicie wpływów rosyjskich.

Piłsudski i jego zwolennicy uważali to za mrzonkę i zdradę oraz zmarnowanie ogromnej szansy, jaką otworzy przed Polakami wielka wojna europejska. Byli przekonani, że żadna z walczących stron nie będzie mogła zlekceważyć w tym konflikcie sił dwudziestokilkumilionowego narodu polskiego, ale musi być on odpowiednio zorganizowany. Inaczej Polacy przelewający krew w armiach zaborczych, niczego – poza straszliwymi stratami – nie uzyskają. Muszą wystąpić jako siła samodzielna.

1918: Listopadowa rozgrywka Piłsudskiego

W chwili wybuchu wojny Piłsudski chciał wywołać antyrosyjskie powstanie w Królestwie Polskim, a kadry niezbędne do tej walki przygotowywał w Galicji. Nie zamierzał jednak się wiązać z Austriakami na śmierć i życie; zakładał, że dzięki powstaniu i stworzeniu armii odrodzi polską państwowość i w o oparciu o nią będzie „licytować sprawę polską wzwyż”.

Tak przeciwstawne koncepcje prowadziły do czołowego zderzenia obydwu obozów, do którego doszło w latach 1914-18. Wydawało się, że nic i nikt nie sklei już narodu tak głęboko podzielonego wykluczającymi się postawami politycznymi, co było niesłychanie groźne, gdyż mogło doprowadzić do zaprzepaszczenia wielkiej szansy dziejowej, jaka w 1918 r. otworzyła się przed Polakami wraz z klęską wszystkich trzech zaborców. Przegrana wojna i dopełniająca upadku rewolucja wywróciły trony Romanowów, Hohenzollernów i Habsburgów, a wraz z nimi zmiotła dotychczasowy porządek europejski stojący na straży rozbiorów Polski.

Przez chwilę razem

Na szczęście Piłsudski i Dmowski stanęli na wysokości zadania – potrafili odrzucić stare waśnie i jak na prawdziwych mężów stanu przystało, zrozumieli potrzebę współdziałania w tym wyjątkowym momencie, kiedy jesienią 1918 r. nowa sytuacja w Europie stworzyła możliwość odbudowania silnego i rozległego terytorialnie państwa.

Kiedy niepodległość stała się faktem, porzucili dawną rywalizację i zaczęli się wzajemnie uzupełniać, współpracując bez jakiegokolwiek formalnego porozumienia. Nawet listownie po raz pierwszy skontaktowali się dopiero po dwóch miesiącach od usunięcia zaborców. Ale od początku niepodległości działali w imię wspólnej strategii polegającej na hamowaniu partyjnych ambicji własnych obozów i koncentrowaniu ich energii na budowaniu silnego państwa.

Pierwsze skrzypce w tym duecie przypadły Piłsudskiemu, gdyż to jemu bardziej sprzyjał rozwój wydarzeń. Po powrocie z magdeburskiego więzienia to on stanął na czele odradzającego się kraju jako tymczasowy naczelnik państwa i naczelny wódz armii. Pod presją wydarzeń mianował rząd złożony z ludzi lewicy, ale marzyła mu się idea konsolidacji narodowej. Wiedział bowiem, że tylko solidarne współdziałanie wszystkich Polaków umożliwi zbudowanie silnej, demokratycznej i stabilnej Polski, potrafiącej trwale przekształcić ten region Europy. Miał ambitny plan wsparcia państwotwórczych wysiłków narodów na wschód od Polski i był przekonany, że jeśli tego nie dokona, to prędzej czy później nad Polską i innymi narodami regionu zawiśnie groźba odnowionej rosyjskiej i niemieckiej ekspansji.

Tej wizji nie podzielał Dmowski, ale lojalnie wspierał Naczelnika w budowaniu podwalin suwerenności, pozostawiając Piłsudskiemu politykę krajową, sam zajął się walką o polskie interesy na paryskiej konferencji pokojowej. Dmowski świetnie pojmował, że rozwój wydarzeń premiuje Piłsudskiego i spycha obóz narodowy do defensywy, ale w przeciwieństwie do krajowych współpracowników zdawał sobie sprawę, że preferowanie interesów partyjnych zaszkodzi budowaniu państwa. Jesteśmy otoczeni ze wszystkich stron przez rewolucję rosyjską, węgierską, niemiecką – pisał do kraju w styczniu 1919 r. – Nie mamy zaś armii. Zrobiliśmy więc z konieczności to, co w przyrodzie robią zwierzęta słabe, pozbawione kłów, pazurów: przybraliśmy zabarwienie ochronne . Oczywiście tym „zabarwieniem” był Piłsudski.

Wspólna strategia Piłsudskiego i Dmowskiego zaowocowała szybkim zwołaniem Sejmu Ustawodawczego, powołaniem rządu zgody narodowej na czele z Ignacym Janem Paderewskim, konsekwentnym przeprowadzeniem reform społecznych, błyskawicznym zbudowaniem armii oraz mądrą polityką na paryskiej konferencji pokojowej.

Polska wykorzystała dziejowy uśmiech losu i odrodziła się jako państwo o mocnych, demokratycznych fundamentach ustrojowych, silne poparciem obywateli, rozległe terytorialnie, solidnie zakorzenione w ówczesnej wspólnocie międzynarodowej. Właśnie dzięki tym atutom z powodzeniem odparła bolszewicki najazd, który w 1920 r. na powrót zagroził jej istnieniu.

Porażka konstytucyjna

Niestety, okrzepnięcie Rzeczypospolitej odnowiło dawną partyjną rywalizację endeków i piłsudczyków, ciągle pozostających głównymi aktorami sceny politycznej. Stroną agresywniejszą okazali się endecy, przekonani, że w nowych warunkach współdziałanie z Piłsudskim jest już tylko przeszkodą w przejęciu przez nich całej władzy. Najważniejszym frontem nowej wojny stały się prace nad konstytucją, uchwaloną ostatecznie 17 marca 1921 r. Endecy stanęli na głowie, by maksymalnie ograniczyć w niej rolę głowy państwa, ponieważ zdawali sobie sprawę z popularności Piłsudskiego i wiedzieli, że nie wydrą mu tej funkcji. Uczynili więc z niej kwiatek przy parlamentarnym kożuchu szytym na swoją własną miarę.

Ustawa zasadnicza czyniła Polskę republiką parlamentarną z niewielkimi uprawnieniami głowy państwa. Piłsudski i wspierająca go lewica przegrali niemalże wszystko, łącznie z bardzo bliskim sercu lokatora Belwederu tytułem naczelnika państwa, który zastąpiono obcą polskiej tradycji godnością prezydenta. Przegłosowano też, choć niewielką przewagą głosów, niemiły Piłsudskiemu sposób wyboru głowy państwa, którego miało dokonywać Zgromadzenie Narodowe, czyli połączony Sejm i Senat, a nie – jak chcieli lewica i Marszałek – ogół obywateli w głosowaniu bezpośrednim i powszechnym.

Wręcz zniewagą dla Marszałka – zwycięskiego wodza w ratującej niepodległość wojnie z bolszewikami – był artykuł 46 konstytucji mówiący, że Prezydent Rzeczypospolitej jest zarazem najwyższym zwierzchnikiem sił zbrojnych państwa, nie może jednak sprawować naczelnego dowództwa w czasie wojny. Zwierzchnictwo nad siłami zbrojnymi w czasie pokoju też było iluzoryczne, gdyż za wszystkie akty i sprawy wojskowe odpowiadał przed Sejmem minister spraw wojskowych. Także pozostałe przepisy konstytucji marcowej nie pozostawiały najmniejszych wątpliwości, że rola prezydenta zredukowana została do czynności reprezentacyjnych i honorowych, a państwem rządzić miały parlament i całkowicie od niego zależna rada ministrów.

Dla Piłsudskiego było to nie do zaakceptowania, zwłaszcza kiedy jesienią 1922 r. okazało się, że wybory parlamentarne wygrał prawicowy sojusz zdominowany przez endecję, i to ona będzie rozdawać karty. W tej sytuacji Marszałek odmówił kandydowania w grudniu 1922 r. na urząd prezydenta, tłumacząc to zbyt małymi uprawnieniami głowy państwa. Jego zwolennicy szeptali, że nie wierzył w skuteczność rządów Sejmu i całego mechanizmu władzy stworzonego przez wchodzącą właśnie w życie konstytucję marcową. „Wszystko to wielki burdel – mówił jednemu ze współpracowników. – Zostawiłem to świństwo, niech się własnym smrodem udusi”.

Warto przytoczyć ten brutalny cytat, bo dobrze ilustruje, na jakie bezdroża zepchnęła państwo bezpardonowa walka prawicy z Piłsudskim. Zamiast wkomponować tego wybitnego męża stanu w krzepnący gmach państwowy i wykorzystać do dalszego jego umocnienia, wypchnięto go na margines i skazano na działanie podważające dotychczasowy ład ustrojowy. Piłsudski nie zamierzał bowiem być bezczynny, zwłaszcza że bieg wydarzeń utwierdził go w przekonaniu, iż jego prawicowi adwersarze nie dorośli do odpowiedzialności za państwo.

Na śmierć i życie

Ważnym tego dowodem stała się endecka reakcja na przegrane wybory prezydenckie, które w efekcie taktycznych błędów prawicy wygrał niemiły jej Gabriel Narutowicz. Przegrawszy w Zgromadzeniu Narodowym, endecja przeniosła walkę na ulice, a Warszawę ogarnęły hałaśliwe demonstracje. W Narutowicza uderzyła fala kalumnii przypominająca najgorsze czasy brutalnej rywalizacji z lat 1905-18: agresywny tłum usiłował zablokować zaprzysiężenie prezydenta, a w drodze do Sejmu obrzucono go bryłami zmarzniętego śniegu, tak że prezydencką przysięgę składał z twarzą posiniaczoną uderzeniami. Kampania nienawiści została rozpalona do tego stopnia, że 16 grudnia 1922 r. endecki fanatyk zamordował prezydenta.
Pod presją tych doświadczeń w myśleniu Piłsudskiego dokonała się istotna przemiana. Mord na Narutowiczu utwierdził go w przekonaniu, że cud odrodzenia państwa z 1918 r. nie odmienił duszy endeckiej, że trwa skażona najgorszymi miazmatami niewoli i co najgorsze – swymi złymi nawykami i cechami infekuje życie państwa. Piłsudski począł pogardzać przeciwnikami z prawicy i oswajać się z myślą dopuszczającą brutalną z nimi rozprawę. Już w wywiadzie z 6 stycznia 1923 r. mówił, że w Polsce poczęła panoszyć się „głęboko niemoralna myśl polityczna” polegająca na „łatwości przyjęcia kłamstwa jako podstawy politycznej myśli i politycznych sądów o ludziach i faktach”. Wyraźnie też zmienił się jego stosunek do otoczenia – zaczął stronić od ludzi, czego najlepszym świadectwem stało się usunięcie do Sulejówka. Czuły i wyrozumiały był już tylko dla rodziny, natomiast dla świata zewnętrznego stał się ostry, wręcz nieuprzejmy i brutalny. Chłostał wrogów bezlitośnie, także wyzwiskami.

Jego walka z Narodową Demokracją wkroczyła w nową fazę w maju 1923 r., kiedy endecja zawarła porozumienie z PSL-Piast, tworząc prawicowo-centrową większość rządową. Zareagował niezwykle szybko i ostro, demonstracyjnie oświadczając, że „tej szajki, tej bandy, która czepiała się mego honoru”, a w przypadku Narutowicza „zechciała szukać krwi”, jako żołnierz słuchać i bronić nie będzie. Było to więcej niż przejście do cywila; oznaczało to wypowiedzenie wojny, w której Marszałek nie brał jeńców. Swemu dawnemu współpracownikowi, a teraz ministrowi spraw wojskowych w rządzie Wincentego Witosa, gen. Stanisławowi Szeptyckiemu, rzucił w twarz: „Bo pan jest jak ta k …, co podstawia d … to jednemu, to drugiemu”. Nie próżnowali też jego zwolennicy, którzy jak mogli, utrudniali życie rządzącemu „Chjeno-Piastowi”, jak potocznie zwano rządową większość. Piłsudczykom sprzyjała ciężka sytuacja gospodarcza, radykalizująca nastroje i ułatwiająca rewoltowanie kraju. Brzemię tych kłopotów przygniotło rząd Witosa, który w grudniu 1923 r. podał się do dymisji, a endecja straciła władzę, co na jakiś czas wyhamowało impet ataków Marszałka, który jednak z krytyki zupełnie nie zrezygnował. Niezmiennie był niezadowolony z rządzących, podobnie jak coraz liczniejsza rzesza rodaków.

Dobrze oddawała te nastroje literatura. Narzekał bohater „Romansu Teresy Hennert” Zofii Nałkowskiej: Niepodległość już jest. Są i granice. Mamy wszystko to, co jest gdzie indziej, czegośmy innym tak zazdrościli. Jest łapownictwo rodzime, prywata, protekcja, rządy motłochu, wielkie afery, wielkie majątki, interes, interes przede wszystkim. Jeszcze dramatyczniej protestował Stefan Żeromski: Polsce trzeba na gwałt wielkiej idei! Niech to będzie reforma rolna, stworzenie nowych przemysłów, jakikolwiek czyn wielki, którym ludzie mogliby oddychać jak powietrzem. Tu jest zaduch .

Coraz większej liczbie obywateli Polska na szczytach władzy przypominała stajnię Augiasza, a kontestujący te układy marszałek Piłsudski jawił się jako Herkules, jedyny człowiek zdolny przywrócić w państwie ład, sprawiedliwość i porządek.

Czara goryczy przelała się w maju 1926 r., kiedy po raz kolejny powstał rząd „Chjeno-Piasta”, tak fatalnie zapamiętany z 1923 r. Na jego utworzenie Marszałek zareagował wywiadem, a w nim deklaracją: Staję do walki z głównym złem państwa: panowaniem rozwydrzonych partii i stronnictw nad Polską, zapominaniem o imponderabiliach, a pamiętaniem o groszu i korzyści .

Rząd wywiad skonfiskował, a premier Witos wypalił: „Mówią, że Piłsudski ma za sobą wojsko. Jeśli tak, to niech bierze władzę siłą … ja bym się nie wahał tego zrobić; jeśli Piłsudski nie zrobi tego, to, zdaje się, nie ma jednak tych sił za sobą …”. I to był już ostatni podmuch wiatru, po którym zerwała się majowa burza, przed którą Marszałek już ani nie chciał, ani nie mógł się cofnąć.

————————-

Cała prawda

Advertisements

Responses

  1. W tym fascynującym artykule można znaleźć i analogie do współczesnej sytuacji politycznej, jak i przestrogę na przyszłość. Szkoda, że nasi nie potrafią wznieść się ponad partyjniactwo i współpracować tak, jak Dmowski z Marszałkiem zaraz na początku…

    Nie od dzisiaj mam też wrażenie, że Piłsudski bardzo by nam się współcześnie przydał.

    Pozdrawiam, Przyjacielu 🙂

  2. „Nie od dzisiaj mam też wrażenie, że Piłsudski bardzo by nam się współcześnie przydał.”

    Przydałby się nam bardzo wpływowy polityk święcie przekonany, że to on i tylko on wie, co jest dla kraju najlepsze, gardzący tymi, którzy się z nim nie zgadzają, i gardzący demokracją jako taką?

  3. Nie o to mi tutaj chodziło, Pawle 🙂

    Przydałby się polityk zdecydowany, a nie działający bezmyślnie według wytycznych tej czy innej partii. Potrzebny nam ktoś ponadpartyjny. Polityk, która ma własne zasady i nie podlizuje się innym, tak jak to robią współcześni „wybrańcy narodu”.

    Piłsudski nie był idealny. Nikt nie jest. Miał za życia i do dzisiaj ma swoich zwolenników i przeciwników. Ale miał też siłę przebicia i oddziaływania, o której obecni lokatorzy gmachu na Wiejskiej mogą tylko pomarzyć.

    W ówczesnej Europie, Marszałka albo szanowano, albo się go bano (w przypadku Hitlera nawet jedno i drugie). Obecnie naszych polityków ani nikt się nie boi, ani nikt ich nie szanuje.
    Bo po co się bać małego kraiku na peryferiach wielkiej polityki, którego partie są wiecznie ze sobą skłócone, a jeśli uda się osiągnąć jakikolwiek kompromis, każda i tak potem robi co chce?
    Za co mają nas szanować powiedz? Wałęsa dawno już dopomógł obalić komunizm i zdobył Nobla. Jan Paweł II, Mazowiecki, Bartoszewski i Geremek zapisali każdy odrębną kartę własnej historii i historii Polski, a teraz już nie żyją.
    Za dokonania mają nas szanować? Teraz naszych polityków szanują jedynie wtedy, kiedy oni przytakują europejskim potęgom albo wprowadzają kolejne dyrektywy unijne.

  4. Celcie, dziś nie ma w Europie klimatu dla mocnego człowieka idącego przebojem i nie przejmującego się procedurami. Za czasów Piłsudskiego w większości krajów Europy demokracja parlamentarna była stosunkowo świeżym wynalazkiem i polityk jego pokroju mógł liczyć na akceptację, mógł pociągnąć za sobą naród czy znaczną jego część. Tak było w większości krajów regionu (właściwie tylko z wyjątkiem Czechosłowacji). Dziś jest inaczej i polityk próbujący pozować na Piłsudskiego byłby groteskowy, niezależnie od swoich osobistych zalet.
    Czy Polskę i polskich polityków szanują? Różnie na ten temat słyszę z różnych źródeł. Mam wrażenie, że Europa jednak jakoś się z nami liczy, bądź co bądź jesteśmy pod względem liczby ludności szóstym krajem kontynentu, a i pod względem potencjału gospodarczego też nie na ostatnim miejscu. .
    Ciekaw jestem, czy tacy Duńczycy, Portugalczycy albo Belgowie też narzekają, że nikt ich nie szanuje i nikt się ich nie boi. Przecież do strachu przed Portugalią jest jeszcze mniej powodów niż przed Polską, dokonań jakichś niezwykłych też Portugalia na koncie nie ma…
    Naprawdę nie musimy tęsknić do mocarstwowej Rzeczpospolitej, jak w tej prześmiewczej piosence, którą pamiętam z czasów studenckich: „Rozbudowujmy Paryż i Moskwę, przedmieścia Wielkiej Warszawy!”.

  5. Rozumiem Cię…faktycznie nie jest tak źle, jak się wydaje (albo jak co niektórzy usiłują nam wmówić).

    Nie wydaje Ci się jednak, że miło byłoby znowu móc rozdawać karty tak, jak za czasów Jagiellonów? 🙂
    Być dumnym z własnego kraju na bieżąco a nie tylko od święta? Mieć czym się cieszyć współcześnie, a nie tylko gloryfikować katastrofy i upadki lub wspominać dawniejszą chwałę? 🙂

  6. Celcie proszę podaj kilka powodów dla których przyjemność sprawia Ci rozdawanie kart ?
    Wyklucz na samym początku złudę lub szulerstwo wynikające z dobierania kart według własnego widzimisię.

  7. Niestety w mojej rodzinie ze strony taty Pilsudskiego niezbyt powazano, wlasnie za przewrot majowy i zwiazane z tym rodzinne przezycia. Z cala pewnoscia byl jednostka nieprzecietna. Jednak nie jestem pewien, czy dzisiejsza Polska potrzebuja akurat Pilsudskiego. Chyba nie te czasy. Erdogan ( swego rodzaju turecki „marszalek”) mimo niekwestionowanych osiagniec dostal w wyborach dosyc jednoznaczna odpowiedz spoleczenstwa.

    Pozdrawiam

  8. Paweł Luboński ma świętą rację. Dodałbym, że mamy partie wodzowskie, więc to nie ‚politycy słuchają partii’, ale odwrotnie — ‚twardzi’ ludzie rządzą partiami.

    PS.
    Celcie, za Jagiellonów może i ‚rozdawaliśmy karty’, ale nie było to bynajmniej skuteczne — ważne nie tylko, co się trzyma w ręku, ale i jak się gra.

  9. Po pierwsze – nie zawsze dokładne przestrzeganie przepisów służy krajowi, nie byłoby nigdy powstań, przewrotów czy buntów. W tym przypadku – jestem za Piłsudskim.
    Po drugie – w myśli „jagiellońskiej” odbijają się echa Wielkiej Rzeczpospolitej, coś na kształt dzisiejszego postępowania Rosji. My kiedyś byliśmy wielcy.
    Zawsze miło jest rozdawać karty, czyli być rozgrywającym – to po trzecie. Niedobrze jest, gdy decyzje ważne dla danego państwa zapadają w gronie dla nich niedostępnym.

  10. „Po pierwsze – nie zawsze dokładne przestrzeganie przepisów służy krajowi, nie byłoby nigdy powstań, przewrotów czy buntów. W tym przypadku – jestem za Piłsudskim.”

    Nie ma zgody, Torlinie.
    Owszem, zdarzało się w historii świata, że ktoś osiągał zbawienne rezultaty, posługując się niegodziwymi, nawet zbrodniczymi metodami. Zwycięzcy nie stają przed sądem.
    Ale nie wolno rozgrzeszać a priori. Nie wolno mówić, że łamanie prawa czy dobrych obyczajów jest dozwolone, pod warunkiem że ktoś kieruje się szczytnymi intencjami. Rezultaty takiego podejścia bywają korzystne, ale znacznie częściej fatalne.
    Krótko mówiąc, pewne rzeczy czasem się robi, ale nie można ich pochwalać ani choćby akceptować.

  11. Torlinie bardzo mi przykro, piszesz nieprawdę. Właśnie skończyło się spotkanie w Elmau, gdzie obok 7 najważniejszych przywódców na równych prawach brał udział Donald Tusk. Można nim pogardzać i wyzywać od ostatnich. Nawet słusznie bo wg mnie zajmował się głównie judzeniem przeciw Rosji. Ale to największy w światowej historii przypadek szacunku dla Polaka. Po raz pierwszy i jedyny dotąd jakiś Polak był w najściślejszym gronie władzy jako jeden z nich. Nie ma dzisiaj na świecie innej możliwości pokazania szacunku dla kogoś niż przyjęcie do tego grona. (Może poza Bilderbergiem). I nie pomogą jęki, że to tylko funkcja. Każdy z tych ludzi jutro straci w wyborach władzę i zniknie.
    No i przypadek ten pokazuje, że „kimś” zostaje się nie przez zbrojenia, powstawanie, podskakiwanie i pohukiwanie tylko przez współpracę i udział.

    Bardzo szkoda, że powszechna nienawiść nie pozwala na docenienie tego faktu.

    A do powstania, przewroty czy bunty nie byłyby potrzebne bez uprzedniego pieniactwa, kołtuństwa i pogardy dla wspólnoty. Przestrzeganie zasad a nie łamanie jest pracą dla kraju. I żadne wyzywanie innych od „zaborców” tego nie zmieni.

    @Paweł Luboński.
    Można to tak podsumować: Na brak demokracji najlepszym lekarstwem jest więcej demokracji a nie jej ograniczanie. Ale antydemokratyczne myślenie okazało się być ciągle powierzchowne. Choćby w fakcie,że na brak dialogu odpowiada się sankcjami a nie dyskusją.

  12. @Paweł Luboński
    Och, mój wpis przeciął się z Pańskim. A Pan napisał to znacznie zgrabniej niż ja. Właśnie tak jest. Moje przedostatnie zdanie powinno brzmieć: „Ale demokratyczne myślenie okazało się być ciągle powierzchowne.” I dotyczy skutków myślenia, że przyjemnie jest kiedy inni się nas boją. Bo to świadczy tylko, że nie mamy ani argumentów ani umiejętności ani rozumu dzięki którym inni by nas szanowali. To takie przyznanie do porażki.

  13. ZWO!
    Czy Ty mnie przypadkiem nie pomyliłeś z kimś? Nigdy nie pisałem nic o Tusku, i że jest nic nieważnym pionkiem. Wręcz przeciwnie. Nie bardzo wiem, z kim polemizujesz, ale nie ze mną.
    ————–
    ZWO i Paweł!
    Nie byłoby Mieszka I z chrześcijaństwem, Wałęsy z 1889 rokiem, Rewolucji Francuskiej, Rewolucji Goździków, Róż i Jaśminowej itd.
    Dla mnie osobiście teraz zaczyna być taka sytuacja w Polsce, zanika aparat państwowy, niszczona jest jakakolwiek kontrola nad instytucjami państwowymi i poszczególnymi ludźmi. Dla mnie Państwo Polskie rozpada się na moich oczach, a opieranie demokracji na zdaniu większości doprowadzi nas do zguby. Jakby większość zawsze miała rację, to ja zgniłbym w więzieniu za ateizm. A i tak nie wiadomo, czy to nie nastąpi.
    Teraz słucham w telewizji, że 75 % Polaków chce przywrócenia starego wieku emerytalnego. No i macie swoją większość. „Bo to świadczy tylko, że nie mamy ani argumentów ani umiejętności ani rozumu dzięki którym inni by nas szanowali”. A ja wcale nie chcę, aby mnie szanowali w co najmniej połowie społeczeństwa, ludziom, którym nic się nie chce, żądają wszystkiego od Państwa. To jest dokładnie tak jak w FIFA, Niemcy pytają, dlaczego my mamy taki sam głos jak Wyspy Tonga?

  14. Torlin
    Ja polemizuję z głupawym stwierdzeniem, że „kiedyś” byliśmy wielcy” i dobrze jest, kiedy nas się boją. Powtórzyć argumenty? I robię to na pierwszym z brzegu przykładzie Tuska. Choć widać, że dzisiejsze afery są skutkiem jego niedemokratycznej zasady ociekania miłością, niekrytykowania i „dawania szansy” różnym Mariuszkom czy Seremetom, nie rozliczanym demokratycznie za swoją działalność. To, co się dzieje, jest skutkiem wodzostwa i braku demokracji a nie jej nadmiaru. A te 75% za powrotem wieku emerytalnego wynika z braku zaufania do władzy. W demokracji obowiązuje zasada przekonywania do lepszych racji a nie ganiania za popularnością motłochu. To właśnie politycy nie wypełnili swojego demokratycznego obowiązku zostawiając pole wrzaskliwym gówniarzom albo cynicznym antydemokratom po prawej. I ten problem z wiarygodnością.
    Po prostu i oni i Ty Torlinie kompletnie nie rozumiecie demokracji. Tego można się nauczyć, ale te 26 lat paplania o wielkości i, że inni mają się bać.

  15. ZWO!
    Powtórzę, albo bardzo rzadko czytasz mój blog, albo coś Ci się jedynie wydaje. Nie będę polemizował z Tobą, bo nigdy nie przedstawiałem takich poglądów

  16. „Nie byłoby Mieszka I z chrześcijaństwem, Wałęsy z 1889 rokiem, Rewolucji Francuskiej, Rewolucji Goździków, Róż i Jaśminowej itd.”

    Wymieniasz jednym tchem sprawy nieporównywalne. Za Mieszka nie było żadnego utrwalonego porządku prawnego, nie mówiąc choćby o pierwocinach demokracji. Słowo księcia było prawem. Właśnie w wyniku przyjęcia europejskiej kultury chrześcijańskiej taki porządek niezależny od woli aktualnie rządzącego zaczął się kształtować.
    Pozostałe przypadki to bunty przeciwko systemowi opresyjnemu w imię demokracji. Piłsudskiego 1926 rok natomiast to złamanie przy użyciu siły porządku jak najbardziej demokratycznego i konstytucyjnego, a więc zjawisko wręcz przeciwne.
    Jeśli idzie o twoje uwagi na temat władzy większości, to muszę powiedzieć, że nie poznaję cię. Nie muszę ci przecież chyba tłumaczyć, że w dojrzałej demokracji (a myślę, że taką już mamy) większość nie może pozwalać sobie na wszystko. Zapobiega temu cały szereg „bezpieczników”, w szczególności konstytucja. Więc po co te egzaltowane słowa o zamykaniu za ateizm?

    „…opieranie demokracji na zdaniu większości doprowadzi nas do zguby.”

    Więc na czym radzisz się oprzeć? Na opinii ekspertów? Ale przecież różni eksperci zalecają rozwiązania diametralnie odmienne! Którym wierzyć?
    Stwierdzenie, że większość nie zawsze ma rację, to truizm i banał. Ale to samo można powiedzieć o mniejszości i o jednostce. Więc z trojga złego może lepiej, żeby było tak, jak chce większość, niż tak, jak chce wódz przeświadczony o swojej wielkości? Przynajmniej wtedy obywatele mogą mieć pretensje tylko do siebie.
    Ale przede wszystkim w życiu społecznym prawie nigdy nie jest tak, że ktoś ma rację, a ktoś inny się myli. Przeważnie zaś coś jest słuszne z określonego punktu widzenia (lub mówiąc brutalniej – z punktu widzenia określonych interesów), a z innego punktu widzenia jest błędem. Albo też o tym, czy jakieś posunięcie było słuszne, dowiadujemy się po latach, gdy znamy jego dalekosiężne skutki.

  17. W porządku Pawle, dam w takim razie sztandarowy przykład demokracji, przedstawiany przeze mnie po wielokroć: w Algierii w 1989 roku olbrzymią popularność miał Islamski Front Ocalenia (FIS), i po wprowadzeniu nowej konstytucji z demokratycznymi zasadami wyborów FIS oczywiście się do nich zgłosił, ale z hasłami na ustach, że po wygranych wyborach zlikwiduje demokrację. I rzeczywiście je wygrał demokratycznie, i zgodnie z obietnicą zaczął ograniczać demokrację. Na to weszło wojsko, zdelegalizowało FIS i zaprowadziło porządek.
    Mnie się wydaje Pawle, że za bardzo idealizujesz pewne formy, które są wspaniałe same w sobie, ale są wyjątki od nich. Trzeba preferować zdrowe żywienie, ale nie można szkalować ludzi chodzących do Maka, ważna jest zielona energia, ale o wiatraki mogą rozbijać się ptaki. Hitler też był wybrany w sposób demokratyczny, Janukowycz i premier Borysow też. Teraz mamy to samo z Macedonią. Tak samo jest z kochaniem swoich rodziców i dzieci, jako hasło jest wspaniałe, ale czy zawsze?

  18. „Mnie się wydaje Pawle, że za bardzo idealizujesz pewne formy, które są wspaniałe same w sobie, ale są wyjątki od nich.”

    Torlinie, powtórzę to, co już raz napisałem: pewne rzeczy niekiedy się robi i nawet czasem z dobrym skutkiem, ale nie wolno ich pochwalać a priori. Na przykład wojskowy zamach na demokrację, jak w Algierii (wcześniej parę razy w Turcji), może być w pewnych sytuacjach zbawienny dla przyszłości kraju. Nie znaczy to jednak, że obalanie demokracji, kiedy jej wyroki przestały się nam podobać, jest w porządku. To niebezpieczne myślenie. Może być co najwyżej w konkretnych okolicznościach trochę mniejszym złem. A czy rzeczywiście mniejszym – wyrok wydaje historia.
    W Algierii wojsko działało w słusznej – podkreślam, słusznej z naszego punktu widzenia! – sprawie i osiągnęło pozytywny skutek (czy na pewno? nie znam dobrze tematu). Ale czy dużo potrafisz wymienić wojskowych zamachów stanu, o których można by powiedzieć to samo?
    Gdyby Hitlera zamordowano skrytobójczo gdzieś w latach trzydziestych, miliony ludzi zachowałyby życie. Czy mamy stąd wyciągnąć wniosek, że mordowanie polityków, którzy – NASZYM zdaniem – stanowią zagrożenie dla jakichś istotnych wartości, jest słuszne i akceptowalne?

  19. @Torlinie,
    sympatyzuję z Pawłem Lubońskim — metody niegodziwe bywają skuteczne na krótki czas, ale wiążą się zawsze z kosztem, którego sięgający po nie nie uwzględniali. Rewolucja francuska, którą przywołujesz, jest niezłym przykładem, podobnie jak rewolucja rosyjska, której jakoś nie wymieniłeś, choć przecież pokojową drogą Rosja nie mogła się wtedy zreformować, a reform potrzebowała jak powietrza.
    Także trudno o jednoznaczną ocenę ‚sanacji’, która miała pewne osiągnięcia, ale i wiele wpadek, praktycznie zawsze wynikających z autorytaryzmu samej władzy.

    PS.
    Czytałem właśnie u Vermesa piękną historyjkę o uprawnionych metodach w dowodzeniu swojej racji w tłumaczeniu Prawa — pewien rabin, gdy brakło mu argumentów odwołał się do cudu, cud się dokonał, ale przeciwnicy nie zostali przekonani; zawołał więc, że głos z nieba ma potwierdzić jego rację — z nieba odezwał się głos i potwierdził ją. Przeciwnicy jednak odparli: to niedopuszczalne, nie uznajemy tego argumentu, bo (jak naucza Biblia), słuszna jest opinia większości 😀

  20. „W demokracji obowiązuje zasada przekonywania do lepszych racji a nie ganiania za popularnością motłochu”

    W demokracji obowiazuje wiele zasad. Bardzo „lubie” to odniesienie do „motlochu” – calkiem w zgodzie z zasadami demokracji.

  21. Mnie ciągle chodzi o to, abyśmy nie idealizowali dobrych i prawidłowych rozwiązań. Można wtedy naprawdę doprowadzić do fundamentalizmu. Człowiek ma prawo pójść do McDonalda, mimo że powinien się zdrowo odżywiać, pojechać tramwajem nad metrem, mimo że jest to bez sensu, kupić sobie motocykl mimo, że nie będzie na nim jeździł. Bronię wolnej woli człowieka, ma on prawo decydować sam, czy mu ta „oczywistość” odpowiada, mimo że większość uważa, że jest „w mylnym błędzie”. To, że złotówka jest obowiązkowa na terenie Polski (omińmy przy tych rozważaniach kwestię euro) nie przeszkadza robieniu prób wprowadzenia innej waluty.
    Mam zawsze doskonały przykład, jak taka obłędna praworządność prowadzi na manowce. Nie wolno pod groźbą karną występować przeciwko konstytucji, w związku z tym jakiekolwiek prace sejmowe na temat zmiany tejże są sprzeczne z prawem.

  22. „Nie wolno pod groźbą karną występować przeciwko konstytucji.”

    Skąd ci się to wzięło? Nie wolno łamać postanowień konstytucji, ale to nie znaczy, że nie można występować na rzecz jej zmiany. Legalny sposób zmiany konstytucji określa przecież sama konstytucja (rozdział XII).
    Mylisz ze sobą dwie rzeczy. Czym innym jest postępowanie nierozsądne, czy wręcz głupie, ale legalne, a czym innym łamanie obowiązującego prawa. Nikt tu nie twierdzi, że obecnie przyjęte rozwiązania w jakiejś dziedzinie życia są jedynie słuszne i nie wolno ich zmieniać. Istotne jest jednak, w jaki sposób się te zmiany wprowadza.
    Dyskusja zaczęła się od przewrotu majowego. Jak się twoim zdaniem ma to wydarzenie do postulowanej przez ciebie wolności szkodliwego dla zdrowia jedzenia w McDonaldzie? Czy Piłsudski nie postąpił właśnie jak mądry wujek, który by uznał, że fast foody są niezdrowe, więc trzeba je z Polski wyrzucić?

  23. @ Torlin,

    Sadze, ze przyklady podawane przez Ciebie maja niewielki zwiazek z demokracja. Masz jednak racje, ze panstwo demokratyczne moze stosowac to, co ja nazywam „demokratyczna dyktatura”. Ma to miejsce, gdy w imie nawet dobrych celow, panstwo zaczyna coraz bardziej ingerowac w sfere prywatna. Niekoniecznie ma powszechne poparcie w tych sprawach ale moze tak czynic jako „wybraniec” ludu – przynajmniej do czasu najblizszych wyborow. Niestety przykladow takiego postepowania jest wokol nas wiele i stad coraz bardziej powszechne rozczarowanie istniejacym stanem rzeczy.

    Pozdrawiam

  24. @Torlinie:
    Jak pisał już Paweł Luboński, konstytucję wolno zmieniać, nie wolno jej tylko łamać. Jak z całym prawem zresztą…

    Co do zakazów wprowadzonych przez ‚prawo stanowione’ — jedne zakazy uważamy za właściwe, inne za niewłaściwe, ale nie ma tu ogólnej zasady — zresztą nie sądzę by ktokolwiek uznał za zrozumiały wyraz ludzkiej wolności wyjście na balkon z naładowanym karabinem i strzelanie do przechodniów.

    Należałoby zapewne rozróżnić jeszcze prawo cywilne, gdzie prawo to raczej zestaw wzorców i zaleceń; i prawo karne, gdzie złamanie prawa jest przestępstwem.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: