Napisane przez: torlin | 26/10/2017

Agonia wiedzy eksperckiej? Trzeba umieć się bronić.

Jestem prenumeratorem dwóch dla mnie bardzo ważnych pism: „Gazety Wyborczej” i internetowego pisma (jeżeli ten portal można tak nazwać) „Wszystko Co Najważniejsze„. Następują dwie olbrzymie tendencje, natłok fake news i agonia wiedzy eksperckiej. Idzie nowe, XXI-wieczne, i nie mamy co się obrażać na rzeczywistość. Z jednej strony musimy zdiagnozować problem i starać się wymyślić antidotum na kłopoty, z drugiej nie możemy drętwieć z przerażenia i mówić: „cokolwiek byśmy nie zrobili, to i tak wszystko upadnie”. Róbmy swoje – jak mawiał Młynarski.

Pierwsze zdanie u góry nie jest takim sobie „się chwaleniem”, to jest świadome działanie. „Gazeta Wyborcza” ma już 110 tys. płatnych prenumeratorów, daleko jej oczywiście do New York Times-a, ale z każdym miesiącem liczba osób chcących zapłacić za wiadomości rosła w miarę szybko. A przecież jeszcze niedawno, bo w 2013 tego rodzaju wiadomości były wręcz sensacyjne: „Na początku nie zapowiadało się na sukces. Gdy „New York Times” wprowadził opłaty za dostęp do internetowego wydania (internauci mogą za darmo przeczytać 20 artykułów miesięcznie), firma badawcza Experian Hitwise porównała liczbę wizyt na stronach NYTimes.com na 12 dni przed wprowadzeniem i 12 dni po wprowadzeniu nowego modelu biznesowego. Uruchomienie „paywalla” przyniosło gazetowemu serwisowi spadek ogólnej liczby wizyt o 5–15 procent. Wprowadzenie opłat miało też negatywny wpływ na liczbę odsłon stron – amerykański serwis odnotował spadek od 11 do 30 procent. Równocześnie jednak pojawił się efekt, którego Janet Robinson, ówczesna szefowa „Timesa”, długo nie upubliczniała. Trzy tygodnie od wprowadzenia opłat za dostęp do internetowego wydania gazeta „New York Times” sprzedała ponad 100 tys. cyfrowych subskrypcji. W skali roku przyniosło to spółce dodatkowy przychód rzędu 20 mln dolarów, który systematycznie rósł wraz z sukcesywnym wprowadzaniem opłat w aplikacjach na smartfony i tablety, gdzie darmowa pozostała tylko sekcja Top News. Zamykanie treści w połączeniu z malejącą sprzedażą wydań papierowych wywołało w NYTC spadek przychodów z reklam o 96 mln dolarów (z 994 mln w 2010 roku do 898 mln w 2012 roku). Ale w tym samym czasie aż o 101 mln dolarów wzrosły przychody ze sprzedaży detalicznej wszystkich wydań medialnej grupy (z 851 mln w 2010 do 952 mln w 2012 r.). Z tego lwią część stanowiła dystrybucja wydań cyfrowych. Dlatego NYTC jest dziś w zupełnie innym miejscu niż większość jego amerykańskich i globalnych konkurentów”. To było w 2013 roku.

A później nastąpił Trump, dostał nawet swoją nazwę, już nie fake news, ale Trump Bump. Jak pisze Rzepa: „Od czasu ubiegłorocznej kampanii prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych, zakończonej zwycięstwem przebywającego z wizytą w Warszawie Donalda Trumpa, eksperci mówią o tzw. efekcie Trumpa („Trump bump”). Ma on związek z przybierającym na sile zjawiskiem rozpowszechnianych w internecie kłamstw, czyli tzw. fake newsów. Już 16 proc. Amerykanów wsparło ulubione media, przelewając im pieniądze albo płacąc w jakiejś formie za newsy w sieci. (…) Zyskują przede wszystkim prestiżowe media. W ciągu sześciu miesięcy od wyborów w USA „The New York Times” zdobył 500 tys. cyfrowych subskrybentów, a „The Wall Street Journal” – ok. 200 tys. Jak mówi „Rz” Maciej Hoffman, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy, fake newsy, jakie zalały internet, odrzucają czytelników i także w Polsce rośnie liczba e-subskrypcji gazet.

Ludzie od tysiącleci dzielą się na podatnych na jakąkolwiek głupotę, i tych z bólem serca liczę na jakieś 80% ludności każdego państwa, i na te pozostałe 20 (wygląda na to, że jestem optymistą – dawniej mówiłem o 5), które myśli, weryfikuje, zmienia!!! poglądy, gdy spostrzeże się, że nie ma (miał) racji. Ci ludzie nie wiedząc, gdzie jest ukryta prawda, ruszyli do dawnych ostoi inteligencji.  Fakty są święte, opinie wolne – jak głosi hasło „Guardiana”. Ja osobiście szukam prawdziwych informacji, i mimo że jest bezpłatna gazeta.pl doszedłem do wniosku, że szacunek dla GW wymaga, abym za tę Gazetę płacił.

Zapisany jestem również do Wszystko Co Najważniejsze, jest to bezpłatny portal (póki co) z bardzo wieloma mądrymi artykułami. Przykuł moją uwagę jeden z nich, autorstwa Toma Nicholsa „Agonia wiedzy. Koniec ekspertów. Śmierć elit.”, i mimo że autora świetnie rozumiem, nie mogę się z nim zgodzić. Bo on przybiera pozę „rozdzierania szat”, tak jak w 2013 roku wydawcy gazet. To jest koniec i nic nas nie uratuje. „Obawiam się, że jesteśmy świadkami „agonii wiedzy”. Otóż Google, Wikipedia, blogi – wszystko to sprzyja zanikowi jakiejkolwiek granicy między profesjonalistami a laikami, uczniami a nauczycielami, znawcami a poszukującymi, czyli innymi słowy między tymi, którzy coś osiągnęli na danym polu, a tymi, którzy tego nie dokonali. Nie mam na myśli agonii wiedzy jako takiej, znajomości konkretnych rzeczy, która odróżnia jednych ludzi od drugich w poszczególnych dziedzinach. Zawsze będą lekarze, prawnicy, inżynierowie i inni specjaliści w różnych dyscyplinach. Obawiam się raczej tego, że wiedza straciła swój autorytet jako coś, co powinno kształtować nasze myśli lub zmieniać sposób życia”.

„Odrzucanie pojęcia wiedzy i głoszenie z moralizatorską emfazą, że każdy ma prawo do własnego zdania, jest niemądre. Gorzej, to jest niebezpieczne. Agonia wiedzy jest nie tylko odrzuceniem jej samej, ale także sposobów, jakimi ją zdobywamy i jakimi uczymy się różnych rzeczy. Generalnie jest to odrzucenie nauki i racjonalizmu, które stanowią fundament cywilizacji Zachodu. (…) Nie chodzi tylko o politykę, choć i wtedy byłoby już wystarczająco źle. Jest jeszcze gorsza rzecz: agonia wiedzy ma ten przewrotny skutek, że w braku rzeczywistych ekspertów każdy czuje się ekspertem we wszystkim. Oto szokujący przykład: żyjemy dziś w wysoko rozwiniętym postindustrialnym kraju, który walczy z odradzającą się epidemią krztuśca – choroby wyeliminowanej sto lat temu. A to dlatego, że skądinąd inteligentni ludzie kwestionują decyzje lekarzy i odmawiają szczepienia swoich dzieci po przeczytaniu bzdur napisanych przez ludzi, którzy nie mają pojęcia o medycynie (tak, mam na myśli ludzi takich jak Jenny McCarthy) [amerykańska aktorka i modelka zaangażowana w ruch społeczny wymierzony przeciw szczepionkom, które mają rzekomo powodować autyzm – przyp. tłum.]. W polityce problem również osiągnął niewiarygodne proporcje. Uczestnicy debaty publicznej nie odróżniają już frazy „mylisz się” od „jesteś głupi”. Mieć odmienne zdanie to dopuścić się zniewagi. Sprostować kogoś to być nienawistnym. A odmawiać uznania alternatywnych poglądów, jak nierealne czy bezsensowne by one były, to mieć ciasny umysł. Krytycy mogą wszystko to negować, mówiąc, że każdy ma prawo uczestniczyć w sferze publicznej. To prawda. Każda dyskusja musi być jednak prowadzona w pewnych granicach i powyżej pewnego poziomu kompetencji. A kompetencji w życiu publicznym w sposób widoczny brakuje. Ludzie, którzy nawołują do wojny w innych częściach świata, z trudem potrafią wskazać na mapie swój własny kraj; ludzie, którzy chcą ukarać Kongres za tą czy inną ustawę, nie umieją nawet wymienić nazwiska kongresmena ze swojego okręgu. Żaden z tych przejawów ignorancji nie przeszkadza ludziom toczyć sporów, jakby byli naukowcami. Skonfrontuj laika ze złożonym problemem politycznym, a otrzymasz obcesowe żądanie, aby przedstawiać coraz to większe ilości „dowodów” na poparcie swojej tezy, choć w takich debatach zwyczajny rozmówca nie jest w stanie rozstrzygnąć, co stanowi „dowód””.

No i co z tego? Tak było zawsze, i trzeba z tym walczyć, a nie załamywać rąk. Ci „eksperci” to są ci sami ludzie, którzy wierzą w Trump Bump i fake newsy. I trzeba organizować takie miejsca dla inteligencji, jak powyższe WcN, czy np. portal Forsal.pl. I będzie dobrze.

Reklamy

Responses

  1. Nie wgłębiając się w szczegóły – wydaje mi się, że tępaka zawsze się odróżni od inteligenta – nawet jakby ten pierwszy całą Wikipedię na pamięć znał.

  2. Czytam książkę Nicholsa na ten temat. I on mówi, że się jednak zmieniło, że widzi to po studentach (w tym przyszłych członkach elit) — że ci mylą „prawo do własnego zdania”, z równością wszystkich tez na temat rzeczywistości, co pozwala mówić co ślina na język przyniesie. (OK, upraszczam, zapewne sami uważają, że „badają” rzeczywistość, że powołują się tylko na zdanie innych. Ale nie jest to poważna weryfikacja, raczej przyjmowanie tego co wygodne.)

    Zresztą z punktu widzenia Nicholsa wcale byś się nie zaliczył do tych nielicznych, weryfikujących wiedzę. Szczerze mówiąc, ja też nie… Wyliczanki Nicholsa nie mam pod ręką, ale zasadniczo zwraca on uwagę, by nie ograniczać się do jednego źródła — w Twoim przypadku to jest Wyborcza, OK, wiem że nieskończenie lepiej niż powiedzmy, Gość Niedzielny, czy Gazeta Polska. Ale wciąż jest to jedno źródło o wyraźnym profilu. Zdaniem Nicholsa powinieneś czytać też coś z polskiej lewicy i polskiej prawicy — a tego nie wymieniasz (inna rzecz, że nie potrafiłbym wskazać poważnego tytułu z „polskiej prawicy”; z lewicą też miałbym problem, choć KP nie wygląda najgorzej). Nichols powiedziałby, że we własnym języku trzeba by sięgać po 5-6 tytułów o różnym profilu ideowym, by być krytycznym czytelnikiem. No i „z własnego języka”, bo uważa za konieczne czytanie prasy także w językach obcych…

    OK, wiem, Nichols to ekspert od spraw międzynarodowych, on zawodowo zajmuje się polityką. Ja nie mogę sobie pozwolić (=usprawiedliwienie) na tak czasochłonne hobby, jak lektura 7-8 tytułów codziennie, skoro pracuję i „żyję”… Ale to pokazuje, jak dużo brakuje Nam, ignorantom, do krytycznych elit…

    PS.
    A opowiadałem, jak na ostatnich wyborach byłem świadkiem narzekania starszego pana — mówił do kolegi — że:
    — Te wybory to jakiś skandal! Na listach nie ma żadnego nazwiska, które bym znał!
    A potem poprosił (kolegę), by razem poszukać listy PiS i kogoś tam wskazać…

  3. Stokrotko!
    Zgodzę się z Tobą, już dawno zauważyłem, że ja „widzę” inteligenta, po sposobie mówienia, czystości języka, tej nieuchwytnej formie, która jest nie do podrobienia, albo się ją ma, albo nie. I nie umiem tego racjonalnie wyjaśnić, może pochodną jest nasza nieumiejętność określenia, co to jest „inteligencja”. Taki „wihajster” 😉
    ———————
    PAK-u!
    Nawet nie wiesz, jak jestem Ci wdzięczny na ten komentarz, w takich chwilach wiem, po co prowadzę blog. Ale poruszyłeś tyle tematów:
    1. Pierwszy Twój akapit, tak, to prawda, zanikają autorytety, nie słucha się ludzi, którzy zęby zjedli „na temacie”, „słucha” się raczej Internetu. Ale powtórzę, takich ludzi zawsze, od wieków, było tysiące. Ci nieliczni są inni. I będą w dalszym ciągu inni, będą się odróżniać od reszty.
    2. Nie zaliczam się do geniuszy, ani do „czytacieli” całej prasy, ale obok GW czytam „Plus Minus” Rzepy, Tygodnik Powszechny i magazyn „Polska”. Ten wynik nie jest chyba ostatni.
    3. Co to jest KP? Mój Ojciec czyta „Tygodnik”, ale mnie on nudzi. Ale jest fragment GW, którego nie znoszę, awersję nadzwyczajną mam do „Wielkiego Formatu”, po prostu mnie odrzuca. I nie znam na tyle języków, żeby czytać w oryginałach.
    4. Jak są wybory do różnego rodzaju sejmików też nie znam ani jednego nazwiska, i też kieruję się partią. Ale tam zawsze wyciągam najmłodszą i najładniejszą z danej partii. Ostatnio głosowałem na Nowoczesną, a tam z ładnymi kobitkami nie było kłopotów. A w PO Mucha, Mucha, Mucha – arcydzieło.
    ————-
    Serdecznie Was oboje pozdrawiam

  4. @Torlinie:
    @1: Mam do Nicholsa uwagi, ale jakby to powiedzieć — szukam środka między Wami. Nichols ma chyba rację, że jednak idzie coś nowego, bo jednak nie zrównywano przeciętnych głosów z głosami ekspertów.
    @2.1: Czyli czytasz centroprawicę 😉
    @2.2: Tak. Ostatni nie jesteś. Jesteś jaki jesteś — znam, mniej więcej, Twoje poglądy i szanuję, choć się nie zgadzam. Często 🙂
    @3: KP = Krytyka Polityczna. W końcu szukamy lewicy jakiejś, nieprawdaż?
    @4: To były wybory do sejmu. I muszę przyznać, że się z Tobą nie zgadzam. Ja to robiłem trochę inaczej, choć mieszkając „nie-w-Warszawie”, a nawet nie w stolicy województwa mam ciężko, gdyż lokalni działacze rzadko przebijają się do mediów. Zresztą nie bez swojej winy, o czym dalej.
    Otóż robię tak — typuję listę akceptowalnych list partyjnych, przy czym oczywiście jakąś partię preferuję. Następnie sprawdzam kto jest na listach tych partii, próbując się o kandydatach coś dowiedzieć. Jestem tu demokratą na drobny ułamek etatu, więc tylko szukam w internecie… W każdym razie wybieram kogoś, kto mógłby być sensowny (najlepiej z preferowanej partii, choć przyznaję, że kiedyś przez sensowność kandydata nawet na PSL zagłosowałem…).
    A problem jest, bo nie mieszkając w Warszawie ani w stolicy województwa (mimo że mam do stolicy województwa kwadrans piechotą, ale to już nie mój okręg wyborczy) znajduję postacie dość anonimowe, co o dziwo, dotyczy nie tylko pospolitego ruszenia, którym partie domykają listy wyborcze, ale także aktywnych polityków. Sprawdzałem na przykład kandydata do senatu (tu już w ogóle jest ból i zgrzytanie zębów, bo do senatu tak dużego wyboru nie ma, gdyż mamy JOWy… co oznacza, że mogę wybrać PO lub PiS bez żadnych niuansów i wyboru człowieka) i ten mój, powiedzmy kandydat nie-PiS 😉 (no dobrze, chyba przedostatnio do senatu startował mój kolega licealny, którego znam i cenie; startował z listy RAŚ…) zdawał sprawę ze swoich dotychczasowych prac w senacie — otóż twierdził on, że przez cztery lata dokonał dwóch rzeczy:
    1) wywalczył ok. 200 metrów ekranów energochłonnych przy głównej drodze na pewnym osiedlu;
    2) napisał list do prezydenta miasta, gdzie wzywał go do ochrony zabytków…
    I jak tu się nie załamać?

  5. Ciężko komentować Twój wpis, jest „niekomentowalny”. W związku z tym serdecznie Cię pozdrawiam.

  6. Polskiej prasy codziennej nie czytam już praktycznie w ogóle, sporadycznie robię wyjątek dla „Rzeczpospolitej”. Z tygodników najczęściej (ale i tak rzadko) zaglądam do „Tygodnika Powszechnego”. Na prawicy najsensowniejsze wydaje mi się „Nowe Państwo” – czytałem kiedyś. Czasami zaglądam na rozmaite bardziej lewicowe miejsca: „Kultura liberalna”, „Nowy obywatel”.

    W drodze do/z pracy pracy czytam „New York Times”, „Washington Post” i „Guardian” – ten ostatni najwięcej. Ale dużo bardziej sobie cenię „New Yorkera” i „The Atlantic”.

    Staram się wynajdować niszowe a rzetelne miejsca, nieraz tutaj polecałem teksty Ośrodka Studiów Wschodnich. O amerykańskiej (i trochę europejskiej) polityce świetnie pisze „Politico”.

    W mojej branży jest świetna rzecz: The Morning Paper. Codziennie omówiony jeden ponadprzeciętnie wartościowy i ciekawy artykuł naukowy z informatyki.
    Czytam przy porannej kawie;-)

    Śledzę poza tym kilkadziesiąt blogów.

  7. Cieszę się, że jestem jednym z nich. pzdr

  8. Powiem więcej, Twój blog jest jednym z zaledwie paru na którym komentuję, a przy tym chyba Tym na którym piszę zdecydowanie najwięcej i najczęściej 😉

  9. Jeszcze raz bardzo dziękuję 😀

  10. Jeśli chodzi o szczepionki. Do wytwarzania ich stosuje się związki rtęci
    ( tiomersal). Ta substancja właśnie powoduje szkody. Wyprodukowanie ich nie podlega nadzorowi takiemu jak produkcja leków.
    Można powiedzieć, że jak wiesz więcej, to zaczynasz się obawiać.

    Nie ma co wrzucać wszystkich do ciemnogrodowego wora (choć sądzę raczej że powszechność sprzeciwu to raczej owczy pęd, niż owoc wiedzy).
    I tu ukłon do wypowiedzi pak4
    Aby być obiektywnym (lub spróbować zrozumieć) trzeba czasem sięgnąć po więcej, niż to co lubię. Nawet jak zęby bolą przy czytaniu.

  11. Maria: „Jeśli chodzi o szczepionki. Do wytwarzania ich stosuje się związki rtęci (tiomersal). Ta substancja właśnie powoduje szkody.”

    Czy chcesz powiedzieć, że te wszystkie fachowe gremia w różnych krajach świata, które decydują o dopuszczaniu leków do użycia, nie wiedzą tego, co wiesz Ty, czy też że wiedzą, ale ignorują to cynicznie, służąc interesom firm farmaceutycznych?

  12. Dzięki Pawle, nie zdążyłem w tym duchu odpowiedzieć. Ale to jest ściśle związane z tematem notki, powszechna niewiara we wszystko. Moja wczorajsza rozmowa w rodzinie: „ale drogie te jajka, za te od wolno chodzących zapłaciłem 17 zł”, a na to synowa: „one tak wolno chodziły, jak ja jestem admirałem”, a ja na to „w końcu musimy w coś wierzyć, bo jak w nic nie będziemy, to nasze życie stanie się koszmarem, miód gryczany nie wiadomo, czy jest naprawdę gryczany, lekarstwo nie wiadomo, czy zawiera to, co jest napisane”. Inna rzecz, że powszechne powinny być niezależne laboratoria dokonujące sprawdzianów, np. czy cola 0% jest rzeczywiście zeroprocentowa.

  13. Torlin: „powszechne powinny być niezależne laboratoria dokonujące sprawdzianów, np. czy cola 0% jest rzeczywiście zeroprocentowa.”

    Nie wątpię, że takie badania są prowadzone. Niekoniecznie zresztą przez niezależne laboratoria, częściej przez laboratoria konkurencji, która rada byłaby przyłapać rywali na oszustwie. I dobrze.

    „musimy w coś wierzyć”

    Moim wyznaniem wiary jest, jak to lapidarnie ujmował mój nieboszczyk ojciec, że na świecie jest o wiele więcej głupoty niż podłości. Inaczej mówiąc, że zdecydowana większość ludzi działa w dobrej wierze i z dobrym intencjami, a jeśli dopuszcza się czynów niegodziwych, to najczęściej z powodu niewiedzy, fanatyzmu, zaślepienia lub zwykłej bezmyślności.

  14. @maria:
    Paweł odpowiedział emocjonalnie i (moim zdaniem) skrótowo. Odpowiem więc trochę dłużej.

    Otóż to, że coś zawiera rtęć (pierwiastek) nie znaczy, że jest szkodliwe. Substancje generalnie nie posiadają cech pierwiastków, które w nie wchodzą.
    Na przykład taka woda składa się z wodoru i tlenu. Jak wodór potrafi eksplodować to widzieliśmy na przykładzie Challengera; a tlen podsyca każdy pożar, jak świetnie wiadomo. Nie znaczy to jednak, ani że woda jest wybuchowa, ani że ułatwia palenie. Wprost przeciwnie.

    Tiomersal należy więc badać niezależnie od szkodliwości rtęci, a nie wnioskować jego szkodliwość ze szkodliwości tej ostatniej. I tak się robi. I szkodliwości się nie dopatrzono. Nie znaczy to, że szczepionki są absolutnie bezpieczne (jak wszystko co przyjmujemy, mają skutki uboczne), ale zdecydowanie pozytywy przeważają nad negatywami.

    @Paweł, Torlin i laboratoria:
    Podobno tego typu laboratoria miewają związki konsumentów w niektórych krajach. Tylko w Polsce związek konsumentów praktycznie nie funkcjonuje, a tym bardziej nie ma laboratoriów.

  15. Dlaczego mnie tak zaatakowaliście? Nie jestem specjalnie przywiązana do opinii o skutkach zażywania przez niemowlęta tiomersalu.
    Nie wiem czy ktoś to należycie zbadał, a czy Wy wiecie?
    Chodzi o rozprzestrzenianie się np. autyzmu. Rodzice szukają przyczyn. Przychodzą im różne pomysły do głowy – w tym długookresowe skutki zażywania różnych preparatów. Wiemy, że można być odpornym na antybiotyki wcale się nimi nie lecząc, spożywając tylko kurczaki lub inne mięsa.
    Ludzie jeżdżą do uzdrowisk i mówią, że im pomaga.Czy tu też będzie święte oburzenie?
    Nie lubię jedynie słusznych racji. Staram się zgłębiać temat.
    Swoją drogą…..
    Moje dzieci i wnuczek są zaszczepieni.
    Choć jest to żaden argument.

  16. Maria: „Dlaczego mnie tak zaatakowaliście?”

    Wyrażenie przeciwstawnych opinii to atak?

    „Nie wiem czy ktoś to należycie zbadał”

    Otóż zbadał. Środowisko naukowe skrupulatnie weryfikuje wszelkiego rodzaju hipotezy, a już szczególnie te, które wzbudzają kontrowersje. Dzięki takiemu podejściu współczesna nauka jest tym, czym jest: najbardziej wiarygodnym źródłem wiedzy o świecie.

    „Ludzie jeżdżą do uzdrowisk i mówią, że im pomaga.”

    Niektórym rzeczywiście pomaga, a czy to jest cudowne działanie wód mineralnych, czy raczej wypoczynku i zmiany trybu życia, to rzecz do dyskusji. Istotniejsze jest jednak, że pobyt w uzdrowisku nikomu nie zaszkodzi (chyba że na kieszeń). Inaczej niż rezygnacja ze szczepień.

  17. @Maria

    Jeszcze jedna uwaga. Nawet jeśli przyjmiemy, że szczepienia ochronne mogą w pewnych rzadkich wypadkach wywoływać autyzm, to i tak bilans korzyści i strat przemawia miażdżąco na korzyść szczepień. Wystarczy zapoznać się z danymi epidemiologicznymi.

  18. Mario!
    Nikt Cie nie atakuje, jesteś tu bardzo mile widziana. problemem jest Twój trochę zdecydowany ton: „Jeśli chodzi o szczepionki. Do wytwarzania ich stosuje się związki rtęci. Ta substancja właśnie powoduje szkody. Wyprodukowanie ich nie podlega nadzorowi takiemu jak produkcja leków”. Wszystko jest w bardzo poważnym tonie, zdecydowanym, przeczytaj sobie własne słowa, i one przeraziły mnie i innych komentatorów. Nie wiem, jak Ty, ale ja mam w swoim gronie znajomych, i to bardzo dobrych, wierzących w tragiczną moc szczepionek. Dlatego wszyscy się tak rzucili.
    ————
    Sanatoria!
    Jestem wielbicielem sanatoriów, obojętne w jaki sposób wpływają na zdrowie kuracjuszy. Wody, znakomite powietrze, masaże i inne zabiegi, wolny czas (i wolno płynący) na rozrywki, pogaduszki, spotkania z pi razy oko ludźmi w tym samym wieku (i najczęściej o tych samych poglądach i tej samej grupy społecznej).
    Wierzę w moc samouzdrowienia. Leczenia się organizmu. Proszę tylko nie mówić mi o raku i złamaniu nogi, nie łapcie mnie za słowo. W moim wypadku kilka razy choroba cofnęła się pod wpływem moich działań, niezwiązanych z lekarstwami i ingerencją lekarską. W ostatnich dniach wyrósł mi na czole róg. Autentyczny. Jakieś dwa tygodnie temu miał centymetr wysokości i lekarka dala mi skierowanie do chirurga, aby mi toto usunął. Znajomi pytali, czy trzymam zasuszonego kleszcza. Chirurg miał wolny termin dopiero za dwa miesiące, więc mój organizm sam się wziął do roboty, najpierw obkurczył róg u podstawy, tak że ten obumarł (córka mówiła, że wygląda koszmarnie), a następnie go zrzucił. I sam się wyleczyłem.
    Placebo, autosugestia, wiara w moc jakiegoś specyfiku – przenosi góry. Powtórzę, nie mówię o raku czy złamaniu nogi, czy wycięciu wyrostka.
    ————
    O tych laboratoriach konsumenckich słyszałem, są takie w Niemczech.
    ——————
    ” że na świecie jest o wiele więcej głupoty niż podłości” – oj, podłości jest mnóstwo, szczególnie wtedy, kiedy się coś chce sprzedać, a oszustwo daje bardzo duży profit. W latach 80-90 mój znajomy butelkował najnormalniejszą wodę i sprzedawał jako leczniczą. I po to są laboratoria, że jak jest napisane, że masło ma 82% tłuszczu, to ma tyle mieć. Przy mnie w latach 80. facet w delikatesach w Piasecznie kupił przeterminowany olej roślinny, wszystkie jakie były 5-litrowe butle, a ja go znałem jako właściciela budki z frytkami przy Megasamie przy Surowieckiego.

  19. Placebo się świetnie udokumentowanym środkiem leczniczym.

    Paradoksalne jest że nieufność do nauki jest połączona z nieporównywalnym dostępem do bieżącej nauki jako takim. Taki chociażby https://www.plos.org/ umożliwia bezpłatny i w pełni otwarty dostęp do prac naukowych w ogromnym obszarze, podobnych miejsc w sieci jest dużo. Dwie dekady temu dostęp do prac naukowych był ograniczony tylko do bibliotek uniwersyteckich, z bardzo utrudnionym dostępem.

    Inna rzecz, że popularne interpretacje głośnych badań są czasem bardzo dyskusyjne 😀

  20. No tak. Całe życie dążyłam aby w najkrótszej ilości słów powiedzieć jak najwięcej. Zdaję sobie sprawę, że zwykle nie brzmi to najlepiej. Obawiam się jednak, że raczej się nie zmienię – bo generalnie się sobie podobam.

    Jeśli chodzi o zmierzch ery ekspertów, to ciężko takim się stać w dzisiejszym bombardowanym przez nowe informacje świecie.
    Wczoraj obowiązywało to i to, dziś jest inaczej. Jaki autorytet się utrzyma?
    Obserwuję że ludzie poszukują. Lepiej, gorzej….

    Pozdrawiam wszystkich co mają odrębne zdanie. Z wielką przyjemnością dam się przekonać.

    Pawle.

    Czy wiesz, że badający ma wpływ na wynik badania?

    …”Artykuł, który ukazał się w „PLoS Medicine” w 2007 roku wskazuje na to, że replikacja wyników badań zwiększa szanse na ich prawdziwość. Autorzy artykułu zgodzili się z wnioskiem, że większość wyników badań naukowych jest fałszywa[8].

    W 2011 John Ioannidis na łamach „Scientific American” napisał, że w ostatnich latach liczba fałszywie dodatnich i wyolbrzymionych wyników badań, które przeszły przez proces recenzji naukowej, przybrała wręcz rozmiary epidemii.”…. za Wikipedią hasło: badania naukowe

  21. Hmmm, a co z tym newsem , który podaje , że Chińczycy już , czy zamierzają przeszczepic głowę do innego tułowia . A może tułów do innej głowy ?..
    Czy to prawda , czy fałsz ?..

  22. Maria: „Czy wiesz, że badający ma wpływ na wynik badania?”

    Wiem o tym, ale mniejsza o mnie. Ważniejsze, że dobrze wie o tym społeczność naukowców. Dlatego badania, których wyniki wydają się przełomowe lub budzą kontrowersje, są powtarzane wielokrotnie przez różne zespoły. Fałszerstwa lub przekłamania prędzej czy później wychodzą na jaw.
    Nie mam wyidealizowanego wyobrażenia o naukowcach – w swojej dziedzinie są kompetentni, ale poza tym to tacy sami ludzie jak wszyscy inni, ze swoimi ambicjami, uprzedzeniami, słabościami, defektami moralnymi. Zrozumiałe jest więc, że nie należy bez zastrzeżeń ufać doktorowi X czy profesorowi Z. Nie do przyjęcia jest dla mnie natomiast uogólniona postawa nieufności wobec nauki. Bo to jej przecież zawdzięcza ludzkość cały swój ogromny postęp cywilizacyjny. A nie genialnym amatorom dokonującym trysekcji kąta lub obalającym ogólną teorię względności.
    Jeśli zwątpimy w naukę jako taką, to co nam właściwie pozostanie? Skąd będziemy czerpać wiedzę o świecie? Komu wierzyć?

  23. „A co z tym newsem, który podaje, że Chińczycy już czy zamierzają przeszczepić głowę do innego tułowia.”

    Nie słyszałem o tym, ale nie sądzę, by to była prawda. Wprawdzie w Chinach praktykuje się trochę inny system etyczny niż w Europie, ale nawet chiński naukowiec nie jest raczej aż takim idiotą, żeby nie zdawać sobie sprawy, że taki eksperyment wypchnąłby go poza obręb światowej społeczności naukowej. Chyba że chodzi o głowę szczura albo świni.

  24. Paweł Luboński ,

    Podobno tego zabiegu chce dokonać neurochirurg z Turynu dr Sergio Canavero.

    W Chinach , bo tam znalazł się chętny na ten eksperyment.

    Polscy chirurdzy twierdzą, że problem mógłby być z rdzeniem kregowym.

    Uczestniczyloby 150 lekarzy i pielęgniarek.

    Koszt ok. 12mln dolarów.

    Opisane to zostało w cenionym piśmie medycznym ” Surgical Neurology International „.

    Można cytowany fragment po polsku wyszukać z Newsweeka i wypowiedzi innych lekarzy specjalistów ze świata i z Polski też.

  25. @Jula
    Opisane to zostało w cenionym piśmie medycznym ” Surgical Neurology International „.

    W którym numerze i z którego roku?

  26. gszczepa ,

    ja nie jestem aż tak zainteresowana , tytuł o ” glowie ” załapałam na Google i pokazuje się fragment w tym temacie z Newssweeka i cytowane wypowiedzi lekarzy z różnych krajów świata i może podany i nr pisma.

    Na zwierzętach próby były udane , teraz tym odważnym ma być Chinczyk , bo Rosjanin zrezygnował. To ta „glowa „.

    Drugie ciało , to chyba darczyńca. Szok ! , ale to w planie.

    Dr Canavero przymierza się do tego ” eksperymentu od 2015 R „.

    Na razie lekarze dokonują udanych przyszyc kończyn, rekonstrukcji twarzy .

    W medycznym piśmie jest opis , jak ma zamiar tego dokonać .

  27. http://surgicalneurologyint.com/surgicalint-articles/human-head-transplantation-where-do-we-stand-and-a-call-to-arms/

    Okazuje się, że byłem zbyt pochopny w swojej opinii.

  28. A mi to śmierdzi. To czasopismo to jakiś scam pozbawiony wartości.

  29. Przepraszam, że nie komentuję, ale w ogóle się na tym nie znam. A niestety postępu naukowego metodami administracyjnymi i zakazami nie da się zatrzymać.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: