Napisane przez: torlin | 03/06/2019

Dzień Wielkiej Zmiany

Piszę teraz tylko o Warszawie, i być może o szeregu większych miast Polski, tak powyżej 100 tys., może 50. tysięcy mieszkańców. Nie wiem, jak to jest w naszym interiorze, dawno nie byłem. Jak my się zmieniamy. Ciągle przed oczami widzę 89 rok, później przystąpienie do NATO i do Unii. A teraz na naszych oczach przebiega kolejna rewolucja.

Dzisiaj jest Dzień Roweru, pomysłodawcą tego Dnia był nasz rodak, Leszek Sibilski, a na forum ONZ oficjalnie zgłosił go Turkmenistan. Światowy Dzień Roweru ustanowiony został przez ONZ w dn. 12 kwietnia 2018 roku, a na ten Dzień wybrano właśnie 3 czerwca.

Tego gremialnego przesiadania się na rowery są oczywiście plusy i minusy, zady i walety. Może najpierw o minusach, a z tym jest związana nieprawdopodobne wręcz chamstwo rowerzystów wobec pieszych. Myślałem, że to jest tylko w Polsce, ale mieszkałem w Belgii, w Antwerpii, i było dokładnie to samo. Wieczne wymuszanie uwagi, dzwonienie na każdego pieszego, który śmiał wejść na ścieżkę i miał zamiar przejść po pasach na drugą stronę. Oni są królami swoich ścieżek (i nie tylko) i wszyscy inni mają albo zniknąć, albo zminimalizować swoje żądania. W Warszawie przepuszczanie starszej pani przez ścieżkę rowerową nic nie daje, bo wszyscy inni jadą po trawnikach, bokiem, byle tylko się nie zatrzymać. Większość kolizji z samochodami polega właśnie na tym, że rowerzyści pełnym pędem wjeżdżają na skrzyżowania („bo przecież widzi ten głąb (kierowca samochodu) czerwony pas na jezdni dla rowerzystów”), a kierowca może czasami nie dość daleko spojrzeć, może nie zauważyć.

Plusy są powszechnie znane. Dwa podstawowe to oczywiście zdrowie, ruch, a po drugie – mniejsza emisja spalin, czyli zalety ekologiczne. U mnie na Puławskiej wybudowano w końcu dwie ścieżki rowerowe do granic miasta, po wschodniej i zachodniej stronie Puławskiej. Jak te ścieżki były potrzebne widać teraz, nowe ciągi komunikacyjne zaroiły się od rowerzystów.

Okoliczne szkoły promują ekologiczne przychodzenie do szkoły. To znowu jest związane z dwiema przyczynami, pierwsza to oczywiście jest ruch fizyczny młodzieży, ale druga jest specyficzna dla Zielonego Ursynowa (być może również gdzieś indziej). Otóż cała zachodnia część Puławskiej ma sieć ulic dostosowaną do ruchu z lat 50. i 60. ubiegłego wieku. Samochody nie mają gdzie stanąć, a jak staną, to śmieciarki nie mogą przejechać. I przy takich to uliczkach stoją dwie podstawowe szkoły na tym terenie: na Sarabandy i na Tanecznej (teraz powstała nowa podstawówka na Kajakowej). Każda z tych szkół ma od 500 do 800 uczniów, gdyż kolejne młode  osoby z dziećmi budują swoje domy na skraju miasta. Jeszcze niedawno tuż przed ósmą przed tymi szkołami usiłowało zaparkować, lub stanąć na chwilę, z co najmniej 100 samochodów. Korki były tak potężne, że szkoły wprowadziły premiowanie przyjazdu do szkoły „nabyleczym”, byleby nie samochodem. Dzieciaki przyjeżdżają przede wszystkim na czterech „środkach transportu” ;D : na rowerach, hulajnogach, deskach i rolkach. Miałem wielką dyskusję z Panią Dyrektorką, dlaczego do tego spisu nie zalicza się przyjścia pieszo, ale nic nie wywalczyłem.

Ze specyfiką tego regionu Warszawy jest związany również warunek szkół, że ekologiczne przyjazdy do szkoły są uważane za ważne, gdy dziecko tak przejedzie ostatnie 200 metrów przed szkołą. Ojciec stawia samochód, dziecko zakłada rolki i jedzie do szkoły, a rodzic, jak jest dziecko np. w czwartej klasie, to jedzie do domu, a jak młodsze, to zasuwa per pedes, aby zgłosić fakt przyprowadzenia dziecka. A to wszystko jest związane z wielkimi odległościami pomiędzy poszczególnymi domami a szkołą. To nawet może być kilka kilometrów, domy są rozrzucone na dużej przestrzeni. Ścieżki rowerowe są tylko przy głównej ulicy, po bocznych samochody jeżdżą często szybko i agresywnie, i rodzice boją się puszczać dzieci na rolkach albo na rowerze. Stąd te przyjazdy 200 metrów do szkoły i „przesiadanie się”. Moja starsza dwójka ma 200 metrów do szkoły po chodniku i jeździ sama, moja trzeci wnuczka ma koło kilometra, ale z tego 700 metrów ścieżką wzdłuż Puławskiej, najmłodsza do zerówki do przedszkola ma koło dwóch kilometrów, ale z 1.700 metrów znowu ścieżką wzdłuż Puławskiej. Tak że wszystkie jadą z domu.

Coraz popularniejsze są w Warszawie hulajnogi elektryczne. Ale jak to zwykle bywa w naszym rozpędzonym świecie przepisy nie nadążają za życiem. Podstawowy problem, czy na hulajnodze, na desce i na rolkach można jeździć ścieżkami rowerowymi. Przepisy mówią, że nie, a życie mówi swoje – wszyscy jeżdżą. Powtarzam, nie wiem, jak jest gdzieś indziej, ostatnio rzadko wyjeżdżam, ale w Warszawie to jest prawdziwa rewolucja. I dobrze.

 


Responses

  1. Jako zwierz samochodowy cierpię w Berlinie niewymownie! Bo tu rowerzysta to jest odmiana hinduskiej świętej krowy. Ścieżek rowerowych jest od groma i trochę, część z nich , zwłaszcza na starych uliczkach zawęża mocno i tak już
    wąskie chodniki. Na całe szczęście tu z 95% kierowców jeździ jak przepisy nakazują z „obłędną szybkością” 50km/godz.Czasem „jakiś wariat” jedzie aż 60 km/godz.Na kawałkach autostrad, które tu robią za obwodnicę, maksymalna szybkość to 80km/godz. Wszystkie okolice szkół, zwłaszcza tych ponad podstawowych to wzmożona uwaga bo bardzo dużo młodzieży dojeżdża do szkół rowerami, na szczęście w kaskach, bo tu od żłobka są uczone, że rowerek, hulajnoga czy rolki- obowiązkowo kask na głowę.
    Kolizje typu pieszy- rowerzysta są raczej rzadkie, piesi nie chodzą ich ścieżkami a na skrzyżowaniach jest dosyć miejsca dla jednych i drugich.
    Nasz młody jeździ na hulajnodze (tradycyjnej), do swego gimnazjum ma 4,5 km i część drogi pokonuje autobusem- na szczęście wolno do autobusu brać hulajnogi i wolno nimi jeździć po chodniku.
    Miłego;)

  2. Bardzo miły komentarz Anabell, i bardzo ciekawy. Dziękuję.
    Z jednym zdaniem polemizowałbym jednak; „a na skrzyżowaniach jest dosyć miejsca dla jednych i drugich”. Bo skrzyżowanie ścieżek dla pieszych i dla rowerzystów nie jest dwupoziomowe, w związku z tym kolizyjne. I tu jest najwięcej awantur.
    Gdybyś była taka miła i mi powiedziała, czy niemiecka młodzież jeździ na rolkach, deskach i hulajnogach po ścieżkach rowerowych, czy po chodniku, jeżeli obok jest ścieżka rowerowa?

  3. Torlinie, to jest bardzo dziwny kraj- nie widziałam tu młodzieży na rolkach lub hulajnogach.Na hulajnogach i rolkach jeżdżą dzieci i od mniej więcej 12 lub 13 roku życia jeżdżą do szkoły rowerami. Tu do ukończenia 10 roku życia dziecko nie jeździ również samo komunikacją miejską. Ani windą. Dla rolkarzy są w parkach specjalne tereny do wariowania. I ogródki ogrodzone dla psów, żeby się wybiegały. Kolejna dziwność – nikt tu nikogo nie popędza trąbieniem, nie pokazuje drugiemu kierowcy, że jest debilem, gdy ten chce wjechać na jakieś miejsce do parkowania, więc zwalnia. Gdy wyjeżdżasz z miejsca parkowania to spokojnie cię cały sznureczek przepuści. Tu szanują fakt, że dajesz migacz np. w lewo i nikt ci, gdy go już włączysz, nie śmignie nagle niczym pershing zza ciebie, tylko spokojnie zaczeka aż odbijesz, tak jak planowałeś w lewo. Dziwne i nieznane w Polsce.A dzieci chodzą z dobrze widocznymi elementami odblaskowymi na odzieży. Chodzący żłobkowicze są zawsze w kamizelkach odblaskowych, nawet w biały dzień. A po zmroku rowerzyści mają kamizelki odblaskowe. A jeszcze co do rowerów-ścieżki są wszak po obu stronach ulicy i rowerzystów też obowiązuje ruch prawostronny i nikt nie jedzie ścieżką pod prąd, stąd nie ma kolizji. na skrzyżowaniach, ścieżka rowerowa rozdziela się. Są też ulice bez ścieżek, wtedy rowerzysta musi jechać jezdnia t tak jak każdy pojazd samochodowy.

  4. Do niemieckich spraw motoryzacyjnych nie musisz mnie Anabell przekonywać, jeździłem przez wiele lat dużo po Niemczech, szczególnie eksplorowałem Bawarię. Ale na sprawach rowerowych, deskowych, rolkowych i hulajnogowych się po prostu nie znam. Dzięki za komentarz.

  5. Jeśli gdzieś są dla cyklistów ścieżki, to niechajże Ci będzie, że to ekologiczne. Ale nie przekonasz mnie, że jest ekologią to, gdy jeden pedałocymbał jedzie drogą i blokuje ze dwudziestu kierowców, którzy wyprzedzić go nie mogąc, wloką się na najgorszym przełożeniu biegów i produkują z nawiązką dwadzieściokroć tyle spalin, ile ten ekocymbał „zaoszczędził”…
    Kłaniam nisko:)

  6. Tępić blachosmrodziarzy!

  7. O jak mi miło Wachmistrzu, że do mnie napisałeś. Ależ na Twoje wątpliwości są „produkowane” ścieżki rowerowe. Jeżeli „pedałocymbały” jadą nimi, a nie jezdnią, to nie blokują 20 kierowców. I po to jest to robione, a także dla ekologii i bezpieczeństwa. Jak wiem, Kraków ma dużo ścieżek rowerowych, Nowa Huta również, to troszeczkę dziwię się Twojej pretensji. Miasta – wydaje mi się – starają się ucywilizować ruch rowerowy, oczywiście wszędzie tam, gdzie to jest możliwe. Wiadomo, że na Starym Mieście są kłopoty, i na wszystkich wąskich ulicach.
    Serdecznie Cię pozdrawiam.
    ——————
    Śmieję się Gszczepa, że wszystko zależy od punktu widzenia, jak jedziesz samochodem, to obok jedzie „pedałocymbal”, a jak jedziesz rowerem, to z kolei obok jest „blachosmrodziarz”. Jak jedziesz autobusem, to piesi po pasach chodzą jak muchy, jak przechodzisz przez przejście, to tak agresywnych ludzi, jak ci siedzący w samochodach, to w życiu nie widziałeś.

  8. @Torlin,

    Nikt tego lepiej nie ujął niż Jerome K. Jerome w „Trzech panach w łódce (nie licząc psa)”.

    Pozwolę sobie zacytować obszerny fragment:
    ============
    A jakże, gwizdali na nas, gwizdali. Nie chcę tu wyjść na samochwałę, ale mogę bez żadnej przesady powiedzieć, że przez ten ty­dzień nasza maleńka łódeczka dała się parostatkom we znaki silniej, niż wszystkie inne jednostki na rzece razem wzięte.
    – Baczność, parostatek! – wołał któryś z nas, dostrzegłszy wroga w oddali. W jednej chwili staliśmy w gotowości bojowej. Ja brałem ster, George i Harris siadali obok mnie, wszyscy plecami do wroga po czym spokojnie dryfowaliśmy na środek rzeki.
    Parostatek zbliżał się z gwizdem, a my dalej dryfowaliśmy. Jakies sto jardów od nas gwizdał jak furiat, a załoga wychylała się przez reling i wrzeszczała na nas. My jednak byliśmy głusi na te nawoływania. Harris opowiadał nam anegdotę o swojej matce a George i ja za nic w świecie nie chcieliśmy uronić ani słowa z tej historii.
    Gwizdek rzęził ostatkiem sił, omal nie rozsadzając kotłów, paro­statek zaś dawał całą wstecz, wypuszczał parę, brał ster na burtę i pakował się rufą w brzeg. Załoga pędziła na dziób i darła się na nas, ludzie na brzegu przystawali i też krzyczeli, inne łódki zatrzy­mywały się, a ich załogi dołączały do chóru protestów, aż wreszcie na odcinku kilku mil rzeka znajdowała się w stanie zbiorowej hi­sterii. Nagle Harris przerywał swą opowieść w najciekawszym mo­mencie, podnosił odrobinę zdziwiony wzrok i mówił do George’a:
    – Niech mnie licho porwie, jeśli to nie parostatek!
    George odpowiadał mu na to:
    -A wiesz, tak mi się właśnie zdawało, że coś słyszę!
    Na co wszyscy trzej wpadaliśmy w popłoch, nie wiedzieliśmy, jak usunąć łódź z drogi, a ludzie na parostatku tłoczyli się przy relingu i udzielali nam wskazówek:
    -Prawym ciągnij, tumanie! Lewym do tyłu – nie ty, ten drugi -zostawże ten ster, matole – teraz obaj naraz. Nie w tę stronę! Do nagłej…
    Straciwszy cierpliwość, spuszczali szalupę i przychodzili nam z pomocą. Wreszcie, po piętnastu minutach starań, usuwali nas z drogi i mogli płynąć dalej. Dziękowaliśmy im stokrotnie i prosili­śmy, żeby nas wzięli na hol. Zawsze odmawiali.
    (..)
    W śluzie w Reading spotkaliśmy moich znajomych, którzy płynę­li parostatkiem i zaholowali nas niemalże pod Streatley. Rozkosz­nie było płynąć za parostatkiem. Osobiście wolę to od wiosłowania. Przejażdżka byłaby jeszcze rozkoszniejsza, gdyby nie całe chmary przeklętych małych łódek, które stale właziły nam w drogę. Żeby się z nimi nie zderzyć, musieliśmy ciągle zwalniać i lawirować. To skandal, jak nieodpowiedzialnie zachowują się na Tamizie wioślarze, widząc, że zbliża się parostatek. Najwyższy czas, żeby władze poczyniły w związku z tym jakieś kroki.
    A jacy są przy tym aroganccy. Można na nich gwizdać, aż pęknie kocioł, zanim przestaną się ślimaczyć. Gdyby to ode mnie zależało od czasu do czasu staranowałbym parę łódek, żeby dać im nauczkę.
    ============

  9. Wielkie, ale to wielkie podziękowania Gszczepa. To jest cudowna książka, i cieszę się, że ją przypomniałeś. Czytałem oczarowany.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Kategorie

%d blogerów lubi to: