Napisane przez: torlin | 20/09/2019

Zaczynam chodzić na swoją uczelnię

Dla mnie samego to troszeczkę zaskoczenie, ale zapisałem się na Uniwersytet III Wieku przy Szkole Głównej Handlowej (jak ja kończyłem tę uczelnię, to nazywała się ona Szkoła Główna Planowania i Statystyki). Trzeba przyznać, że było kilka ważnych powodów podjęcia przeze mnie tej decyzji. Pierwszą, podstawową, to zacząłem tęsknić za ludźmi. Niby mam ich pełno koło siebie, rodzinę mam solidną i mnóstwo obowiązków, ale zapragnąłem po prostu „ruszyć się”. Dziewczynki już niedługo nie będą wymagały żadnej opieki, tak że i obowiązki się skończą.

Po drugie – dużo słyszałem o wykładach na SGH, że są takie ciekawe, interesujące, w aulach pełnych ludzi. Jak spojrzałem na program, to one trochę przypominają mój blog, dam na rybkę kilka tytułów wykładów: „Psychologiczne aspekty reklam. Błędy poznawcze i kody kulturowe a skuteczność przekazu marketingowego”, „Początki Europy -od Krety do upadku Cesarstwa Rzymskiego”, „Dzieje rodu Sobieskich. W 390 rocznicę urodzin Jana III Sobieskiego”, „Średniowiecze -regres czy fałszywe przekonanie?”, „Czwarta rewolucja przemysłowa a Polska” czy „Język polski okuty na cztery kopyta”.

Oprócz tego istnieje w UTW SGH tzw. „Klub Włoski”, nie ma wielkiego związku z Włochami, to tylko taka nazwa, ale jest to pewnego rodzaju klub dyskusyjny dla absolwentów uczelni. Pierwsze tematy to: „Kino i kultura filmowa w Polsce w latach trzydziestych XX wieku”, „Przygoda życia, czyli podróż dookoła świata po 50-ce”, „Stanisław Moniuszko – nie tylko ojciec opery polskiej”, „Nie tylko Faras” czy „Filozofia ikigai, czyli o japońskim sekrecie długiego i szczęśliwego życia”.

Mają mnóstwo zajęć ruchowych, tanecznych, spacerowych, jakichś innych spotkań, trochę mnie mniej interesujących. Ale trzecią przyczyną są języki obce, mają cztery: angielski, niemiecki, francuski i włoski. Angielskiego nie lubię, a powinienem, niemiecki znam jako tako, francuski ze swoją pisownią odpada w przedbiegach, więc pomyślałem o włoskim. Wszystko byłoby ok., tylko że na kurs podstawowy języka włoskiego zgłosiły się tylko 3 osoby, a to jest za mało (ludzie się przecież również wykruszają w trakcie). „Ale proszę pana” – mówi sympatyczna pani zapisująca – „zna pan angielski?” „Nie” – odpowiadam zgodnie z prawdą. „No to ja pana zapisuję na kurs podstawowy, jest wielu chętnych, kurs się na pewno odbędzie, a to wstyd nie znać angielskiego w dzisiejszych czasach. Szczególnie, że pan, jako absolwent, będzie płacił tylko 6 złotych za pełną godzinę”. No i w ten sposób po raz siódmy rozpoczynam naukę języka angielskiego.

Z moim angielskim jest o tyle dziwne, że nie potrafię powiedzieć w tym języku „ja mam”, a jednocześnie mam olbrzymie słownictwo w angielskich rzeczownikach. Przeglądałem kiedyś książeczkę z 500 nazwami angielskimi dla dzieci, to znałem faktycznie wszystkie. Te wszystkie lata interesowania się muzyką młodzieżową, tytułami utworów, nazwami, ciągłymi próbami tłumaczeń na własną rękę pozostawiły jak widać ślady. Zobaczymy. Oprócz tego cieszę się, że nie będzie koło mnie młodzieży podczas nauki, bo już tak szybko do głowy wiedza nie wchodzi i wstydziłbym się.

Ciekaw jestem, co sądzicie na temat mojego pomysłu.


Responses

  1. No i bardzo dobrze! Powiedziałbym nawet, że zaimponowałeś szczurkowi. Jedyny problem jest taki, że pójdziesz w wydatki. Wiesz, tornister, kredki, kolorowy papier do wycinania, patyczki, klej, etc. hehehehehe 🙂 Ale kto wie może załapiesz się na wyprawkę szkolną?
    Wiele Serdeczności z Loch Ness i z podziwem gratulujemy pomysłu

  2. Szczurku!
    I są koleżanki z młodszych klas 😀 To są dopiero wydatki 😉

  3. Popieram w 100%. Byliśmy z mężem przez rok, tyle,że nie na tym Uniwersytecie organizowanym przez SGH. Trzeba sobie powiedzieć, że te wykłady to są fuchy i poziom niestety nie zachwyca. Najlepsze wykłady były tam akurat z historii sztuki. Ale ideą tych Uniwersytetów III wieku nie jest nauczanie, ale zwyczajnie wyciągnięcie starych ludzi z domów- by wychodzili, by spotykali się z innymi, by brali udział w życiu, by nie stawali się wykluczeni ze społeczeństwa. Stąd wspólne wycieczki do różnych muzeów, wycieczki po rodzinnym mieście, wyjścia do teatru, możliwość korzystania z basenów miejskich, ćwiczenia o charakterze rehabilitacyjnym, nauka języków obcych, warsztaty literackie, wyjazdy do innych miejscowości. Na 80 osób, które bywały na wykładach było 3 mężczyzn. Reszta same kobiety. Będziesz miał wzięcie!
    Po roku emerytury mój mąż zaczął pracować na 1/2 etatu a mnie samej nie chciało się tam chodzić.Zresztą nie byłam z tych staruszek co to wiecznie w domu sterczą przy garach lub ganiają ze szczotką i śmietniczką.
    Miłego;)

  4. Widzisz Anabell, ja też. Nie siedzę w domu, nie nudzę się, mam co robić. Żeby ocenić poziom wykładów, muszę najpierw pochodzić, nie wolno mi z góry oceniać, że coś jest dobre, a coś złe. Zobaczymy.
    „Najlepsze wykłady były tam akurat z historii sztuki” – gdyby tak było u mnie – byłbym zachwycony. Ale…, jak mówimy o historii sztuki. Na tejże uczelni (SGPiS) Uczelniany Wydział Kultury (początek lat 70 ub.w.) zaproponował dla wszystkich chętnych wykłady z historii sztuki, o prądach, poszczególnych artystach, dziełach, nowoczesności. Pierwsze spotkania odbyły się w małych salkach uczelnianych, już po roku wykłady odbywały się w największej auli, ludzie stali, siedzieli byle gdzie, wieleset osobowy tłum był tak cichy, że wykładowca nie musiał używać mikrofonu.
    Inna rzecz, że uważam, że inni ludzie chodzili wtedy na uczelnie typu SGPiS. Było bardzo trudno się dostać, na poszczególne wydziały było od 5 do 15 osób na jedno miejsce ( na mój kierunek – 9), i było bardzo dużo tzw. starej inteligencji, wśród której zainteresowanie sztuką było czymś normalnym.
    Teraz pochodzę, cyrografu nie podpisałem (rozumiejąc to nie po diabelsku, tylko w taki sposób, jak ten wyraz należy używać. Cyrograf w prawie – ręcznie podpisane zobowiązanie).

  5. Dobrze że się nauczysz angielskiego, więcej książek będziesz mógł czytać.

    Skorzystam z okazji żeby się pochwalić: też sobie chodzę na angielski. Miało być tylko na lipiec, a jakoś się przedłuża. Jakoś nie potrafię zrezygnować.

  6. Pomysł powrotu na uczelnię jest genialny. Popieram i trzymam kciuki.
    Korzystaj i ciesz się nauką.

  7. >>>„Ale proszę pana” – mówi sympatyczna pani zapisująca – „zna pan angielski?” <<<<

    Dobrze, że nie zapytała Cię czy znasz Kisuahili albo Mandarin.
    Co do decyzji: gratulacje .
    Co do nauki języka to muszę jednak trochę utemperować Twój optymizm. Nikt, nigdy jeszcze nie opanował język obcy uczęszczając na kursy. Nie jest to warunek konieczy, nie jest to również warunek wystarczający.
    Conie oznacza, że jest to, również w naszym wieku, niemożliwe. Możliwe jest, ale nie poprzez uczestnictwo w zajęciach lekcyjnych 2-3 razy w tygodniu. Musiałbyś uczyć się metodą gwarantującą szybsze trwałe i całościowe przyswajanie (zapamiętywanie) języka, szybsze niż nieuniknione zapominanie. Bardzo trudne.

  8. Laptop zwariował i połyka mi litery i spacje. Przepraszam.

  9. Dziękuję wszystkim za poparcie.
    Igomamo!
    Ty to masz umiejętności podtrzymania na duchu. Bardzo, ale to bardzo jestem Ci za to wdzięczny,
    —————-
    Gszczepa!
    Wyraźnie jesteś zdolniejszy ode mnie. Jestem autentycznym antytalentem językowym, jedyne, co mam dobre w rosyjskim i niemieckim, to wymowa. Rosyjskojęzyczni wręcz twierdzą, że mam czysty akcent. Może to kwestia słuchu.
    Ile razy podchodziłem do angielskiego, to głowa mała, w tym 6 lat w młodości prywatnych lekcji. Zawsze pociągał mnie niemiecki, a dalej rosyjski, hiszpański i włoski. Próbowałem anglika uczyć się samemu z kaset, nie mam takiego samozaparcia, wydaje mi się, że od razu zapominam wszystko, czego się nauczyłem.
    ————
    Nie mam Telemachu zbyt dużych oczekiwań, a raczej bardzo malutkie. Chcę się nauczyć formułek turystycznych: „o której odchodzi pociąg”, „czy są wolne miejsca w hotelu”, „gdzie tutaj jest stacja benzynowa” i „ile płacę”. Oraz najważniejsze zdanie: „proszę mówić wolno i wyraźnie”. Chociaż prawdę powiedziawszy pociąga mnie używanie automatycznych tłumaczy, posiłkowałem się tym w zeszłym roku we Włoszech. Nigdy w najśmielszych snach nie wyobrażałem sobie, że będę mówił po angielsku. Sny również powinny mieć swoje granice przyzwoitości, realizmu i rozsądku.
    Ps. zastanawiałem się (ale nie na zasadzie zwracania uwagi, tylko zwykłej ciekawości), dlaczego użyłeś sformułowania: „Kisuahili albo Mandarin”. Znalazłem to pierwsze określenie, ale to jest po prostu suahili. A drugi mandaryński. A może ja coś poplątałem!!!

  10. @Torlin,
    W młodości uważałem siebie (i nauczyciele również mnie uważali) za kompletny antytalent językowy. Nauczyłem się bo chciałem czytać książki po angielsku.
    Natomiast rosyjski niesamowicie mnie pociąga. To jest taki język którego bym się chciał nauczyć dla samej melodii.

  11. „Nikt, nigdy jeszcze nie opanował język obcy uczęszczając na kursy. Nie jest to warunek konieczy, nie jest to również warunek wystarczający.”

    I tak i nie. Angielski w podstawowej formie, o jakiej tu wspomina Torlin jest jak „klocki Lego”. Problem w tym, ze w wiekszosci przypadkow nikt o klockach Lego nie mowi. Nauka poprzez zabawe i konwersajcje jest dobra dla dzieci – tak ja zaczynalem i to dzialalo, gdy mialem 4 czy 5 lat i bawilem sie z rowiesnikami. Pozniej, niestety, nalezy poznac zasady rzadzace jezykiem, przede wszystkim czasy, tworzenie pytan i zaprzeczen. Rownolegle z tym jest aktywne poznawanie jezyka. Pozniej dla Polaka sa rzeczywiscie schody, choc rowniez do pokonania.

    Pozdrawiam

  12. Drogi Torlinie, Shikamoo!!!
    Odpowiedź na twoje pytanie jest prosta, KiSwahili bo tak się nazywa i jest nazywany przez przedstawicieli ludów Suahili (albo Swahili) używany przez nich język. Np Wikipedia w tym języku to Wikipedia Ya Kiswahili. wiem, wiem, zaraz powiesz mi zapewne co wyczytałeś w polskiej Wikipedii, ale pozwól, że pozostanę przy nazwie języka takiej jakiej używają ci, którzy się nim posługują . Swahili jest terminem często używanym na określenie rodziny języków używanych przez jakieś 80-90 milionów ludzi. Kiswahili mówi jako ojczystym jakieś 10 milionów. Tak się nauczyłem. Może w Polsce ktoś to uprościł, nie wiem.

    Natomiast Mandarin wziął mi się z tego, że we wszystkich znanych mi językach (z wyjątkiem rosyjskiego) tak się tę odmianę chińskiego określa, Weszło mi w krew, Mieszkając niegdyś w Polsce nawet nie podejrzewałem istnienia takiego języka. Jestem pod tym względem jak biedak, którego polski został ukształtowany (dajmy na to) przez czasy przedstanowojenne nagle konfrontowany jest z wyrazami, które pojawiły się w języku polskim później. Nawet nie wiesz jakie rozbawienie wywołały u mnie takie określenia jak np pilot (na określenie remote controll lub Fernbedienung) lub automatyczna sekretarka na określenie urządzenia które po raz pierwszy poznałem jako réspondeur, zakupiłem jako Anrufbeantworter a używałem przez lata jako TAM.
    Prawda jest taka, że nawet nie podejrzewałem, że w Polsce ktoś wpadł na pomysł aby nazwać mandarin językiem mandaryńskim. Ot życie kształtuje nie tylko nasz język ale również nasze wyobrażenia o poprawności językowej. Zastawiając na nas czasem pułapki.

  13. @vandermerwe: zwróć proszę uwagę, że ja nie pisałem o nauce słówek lub zwrotów lecz o „opanowaniu” języka jako złożonego systemu na który składają się obok materiału leksykalnego również syntaktyka, akcent, melodia (intonacja). Te ostatnie potrafią być szczególnie zdradliwe. Zdarzyło mi się kiedyś, po czterech latach obcowania z francuskim w szkole po 8 godzin w tygodniu (bo niektóre przedmioty były w tym języku nauczane) postawić po raz pierwszy stopę na paryskim bruku i zapytać taksówkarza o drogę do ulicy takiej a takiej. Doskonale mnie zrozumiał. Ja jednak nie zrozumiałem NIC z jego odpowiedzi. Literalnie nic. W szkole nauczono mnie jako tako mówić i jako tako czytać i pisać. Nawet rozumieć to co czytam i co piszę. Niestety nie nauczono mnie rozumienia języka potocznego, takiego jakim mówi ulica. Tragedia to była, bo mówiłem, tubylcy rozumieli i odpowiadali adekwatnie używaając potocznego języka i sądząc że ja ich też rozumiem. A ja niestety nie miałem pojęcia co oni mówią.
    Nie życzę Torlinowi aby dopiero po latach odkrył, że nie ma żadnego języka angielsiego lecz że anglofoni posługują się rodziną języków, których fonetyka potrafi być od siebie nader odległa. I że Londyńczyk z West Endu od zawsze wchodząc do wiejskiego sklepiku w takim dajmy na to Yorckshire zostanie świetnie przez sprzedawcę zrozumiany, sam jednak nie będzie miał zielonego pojęcia o czym sprzedawca rozmawia z sąsiadem. Tak samo jak australijski turysta może mieć trudności w rozumieniu tubylców w Szkocji mimo że ci będą sądzili, że mówią do niego po angielsku.

    Nie sądziłem, że plany Torlina są tak skromne i że chce się nauczyć języka turystycznego. Który, w najprostszym wydaniu jest istotnie rodzajem turystycznego esperanto.

  14. @ telemach,

    Ma Pan racje, nauka jezyka jest zlozonym „przedsiewzieciem”. Probowalem jedynie zwrocic uwage, ze dosyc czesto nauka ogranicza sie do jednego czy dwoch aspektow z opisanymi przez Pana efektami. Ja dorzuce jeszcze jeden aspekt, poznanie „filozofii” ludzi poslugujacych sie danym jezykiem – bez tego, na przyklad, rozumienie satyry czy dowcipow jest mocno ograniczone. Prawda zas jest taka, ze bez solidnych podstaw trudno jest „dojechac” gdziekolwiek, zas ich solidnosc jest dobrym fundamentem dla dalszego rozwoju wiedzy o jezyku i tych, ktorzy sie nim posluguja. Mimo, ze poslugujemey sie jakims jezykiem od urodzenia w szkole poznajemy jego najrozniejsze i czesto ciekawe niuanse – dobry kurs jest jak dobra szkola. I rzecz oczywista, wysilek wlasny..

    Pozdrawiam

  15. Nic Gszczepa nie stoi na przeszkodzie. Zacznij od liter – буквы.
    ——————–
    Vandermerwe! Telemachu!
    Przestałem sobie stawiać wielkie cele, wolę zacząć od znajomości języka turystycznego. Jeżeli mi pójdzie, to „pójdę tą drogą”. Vandermerwe, o tych puzzlach języka angielskiego mówią Polacy uczący ludzi tego języka, mnie się podoba filmik TEJ PANI, zajrzyj np. na 5 minutę filmiku.
    Jeżeli chodzi o to, że ludzie różnie mówią w danym języku w różnych krainach, to przecież świetnie wiadomo. O języku niemieckim pisałem wielokrotnie, że nie używając Hochdeutsch mieszkańcy poszczególnych landów będą mieli kłopoty ze zrozumieniem siebie: Kolończyk mówiący Kölsch nie zrozumie Szwajcara mówiącego Schweizerdeutsch lub Bawarczyka gadającego Bairisch.
    —————–
    Telemachu!
    Od razu Ci napisałem, że to nie jest żaden zarzut, jedynie zaciekawienie. Ale po Twojej odpowiedzi muszę zaprotestować. To nie jest żaden argument: „ale pozwól, że pozostanę przy nazwie języka takiej jakiej używają ci, którzy się nim posługują”. Świat jest tak zorganizowany, że każde państwo (a dokładniej mówiąc każdy język) wypracowuje sobie swoje nazwy, i nie zawsze są one logiczne. Przecież ja Ci powiem, że jadę do Włoch, a nie do Italii, do Monachium, a nie do München: „takiej jakiej używają ci, którzy się nim posługują”. W drugą stronę jest tak samo, Węgrzy jadą do Varsó.
    Akurat w sprawie suahili i języka mandaryńskiego nie musiałem zaglądać do Wiki, ja to wiem. Zresztą w Chinach kryje się też przykład wzajemnego niezrozumienia, oglądałem ostatnio film hongkoński, w którym bohaterowie musieli prosić pewną panią o przysługę, gdyż oni mówili w dialekcie kantońskim, a dziewczyna w mandaryńskim. Nic nawzajem się nie rozumieli.

  16. @ Torlin,

    Rozumiem, ze ten krotki film ma byc bardzo prostym i latwym do strawienia wprowadzeniem do jezyka – dokladnie na 15 minut. Przeczytalem komentarze is sadze, ze z kolei wytwarza wrazenie, ze prawie wszystko wiemy. Co osobiscie bym umiescil jeszcze to sposob w jaki spsob tworzy sie wymienione czasy, gdyz to wiaze sie ze specyficznymi zmianami czasownikow. Poczatkujacy maja z tym istotne problemy.
    Reakcje uczacych sie obcych jezykow moga byc rozne. Gdy chadzalem na kursy Afrikaans wspoluczniami byli miedzy innymi przybysze z Wielkiej Brytanii. Ich reakcje byly ciekawe, od zdziwieniea nad struktura jezyka, poprzez ocene jako jezyka nielogicznego do okreslenia, ze jest glupi. Rzecz w tym, ze spotykali sie z konstrukcja i zasadami innymi niz w angielskim. Nie mieli tego problemu znajacy niemiecki czy polski. Bez tego swiat bylby nudny.

    Pozdrawiam

  17. Uwielbiam stwierdzenia rodzaju „angielski w 3-6 miesięcy”.

  18. Torlinie, nie zrozumieliśmy się zupełnie, najwidoczniej jest to różnica perspektywy i socjalizacji. Twoja odbyła się na równinach mazowieckich, moja na trzech różnych kontynentach i w trzech różnych rzeczywistościach językowych (nie licząc ojczystego polskiego). Przyjmuję do wiadomości, że „język mandaryński” Cię nie śmieszy, mnie trochę rozbawia podobnie jak rosyjski zwyczaj nazywania go siewierokitajskim. Po prostu dowiedziałem się o istnieniu tego języka wiele lat po opuszczeniu Polski, w której wiele lat temu żyłem przeświadczony, że w Chinach ludzie mówią po chińsku. To tak, gwoli wyjaśnienia. Normy językowe to trudny temat, podobnie jak niektóre inne związane z językiem zwyczaje. Takie jak np. zadziwiający (dla reszty świata) zwyczaj Słowian aby odmieniać nazwy własne przez przypadki. Albo całkowita dowolność w spolszczaniu nazw geograficznych i nazwisk. Całkowity brak konsekwencji i dlatego mamy Mozarta a nie Mocarta, Chopina a nie Szopena, Jeffersona a nie Dżefersona. Z drugiej strony mamy Waszyngtona, Królową Elżbietę II. i jej ojca króla Jerzego. W XVI wieku pierwszym królem elekcyjnym został jakiś Walezy (a nie Valois). Charlemagne to dla nas Karol Wielki ale taki np. Lafayette to nie Lafajet.

    Wierz mi, ludzie uczący się polskiego łapią się za głowę i nie pojmują o co tym Polakom chodzi.

  19. Jedyny powód, dla którego dałem Ci Vandermerwe ten filmik to chęć ukazania, że u nas „klocki Lego” zostały również zauważone. A co ze mną – zobaczymy.
    —————–
    Gszczepa!
    Reklama. Reklama. Reklama. Syrop zabijający wirusy. Zażycie specyfiku – jest katar – po pół godzinie nie ma kataru. Jeszcze się nie nauczyłeś patrzeć na wszystkie zapewnienia chłodnym okiem?
    —————-
    Telemachu!
    Językoznawcy próbują określić po polsku napisane nazwiska obcokrajowców jako ludzi bliskich sercom i umysłom Polakom. Te osoby, które na trwałe zapisały się w głowach naszych rodaków, mają polskie odpowiedniki nazwisk. Niezmieniane są zazwyczaj nazwiska różniące się jedną literą (patrz Mozart czy Zola) i jakoś Polacy nie lubią „Geo” zmieniać na „Dżio”, jak Georgia czy George Washington. Identyczna jest historia z określeniami kierunku w przypadku różnych państw, jedziesz na Litwę, na Białoruś, na Węgry i na Ukrainę, ale do Austrii, Niemiec i Francji. Najlepiej to udowodnić przy pomocy Łotwy i Estonii, Łotwa kiedyś była polska, to na Łotwę, Estonia nigdy – to do Estonii. Jak Polsce podlegali, albo byli mocno zaprzyjaźnieni, to „na”, pozostali „do”.
    Ten proces jest od mniej więcej X wieku, wtedy to Polacy zaczęli nazywać wszystko po swojemu. Gdybyśmy dzisiaj nazywali nowo poznane miejsca,z pewnością jeździlibyśmy do Milano, London i Paris.
    Ale jest również proces umierania polskich nazw. czego nie mogę odżałować. Na naszych oczach umiera Akwizgran, a spowodowali to komuniści, bo na słynnym pociągu do tego miasta widniał napis Aachen. Kto wie, jakie miejscowości kryją się pod nazwami: Celowiec, Sychot, Kamienica Saska czy Stanisławów. Takie obce nazwy przez siebie i dla siebie nadane przez poszczególne ludy nazywa się egzonimami.

  20. Acha. A jak wybieram się na Majorkę lub na wyspy Bahama to też dlatego że były polskie? No jakoś nie wiem. W każdym razie wybieramy się „na wyspy”, chyba że jest to bardzo duża wyspa – wówczas nagle udajemy się do Australii. Albo do Islandii.
    Jakie to wszystko piękne. Język jest nie do objęcia – łącznie z dorobioną do niego ideologią regułek nie trzymających się jakoś kupy.

    Stanisławów to już od 1945 Івано-Франківськ. Albo Iwano-Frankowsk. – ku czci Iwana Franko. Nie ma szans aby go zdekomunizowano bo zmarł w 1916. Natomiast urodził się nie w Stanisławowie lecz w, przykro przyznać, Nahujowicach. I nie, to nie jest dowcip.

    Od Akwizgranu o wiele bardziej brakuje mi Ratyzbony. Ciekawe jaką rolę odegrali tutaj komuniści. 😉

  21. Przepraszam, nie chcę wprowadzać w błąd. Stanisławów przechrzczono w 1962.

  22. @ Telemach,

    Z nazwami jest roznie i zabawnie. Miasto na poludniu Poludniowej Afryki to Cape Town czy Kaapstad? Poza tym w kazdym jezyku istnieje spora doza niekonsekwencji, wlaczajac w to jezyk angielski. Nie warto sie za bardzo dziwic i rwac sobie wlosy z glowy.

    Pozdrawiam

  23. Telemachu!
    Zgodnie z zasadami mowy polskiej nasza podroż na wyspę jest (prawie) zawsze wyprawą „na”, czyli na Nową Gwineę, na Cypr, na Borneo czy na Wyspę Wielkanocną. Gdy wyspa jest jednoznaczna z państwem, wtedy mamy rozróżnienie: na Cejlon, ale do Sri Lanki, na Islandię (wyspę), ale do Islandii (państwa), na Haiti i do Haiti. Ciekawe jest np., że Polacy Irlandii nie traktują jako wyspy. U nas jedynym chyba takim przykładem jest Wolin: na Wolin i do Wolina – miasta. Ale dotyczy to również półwyspów, jadę na Hel i na Jukatan. Australia nie jest wyspą.
    Mnie się wydaje, że Ratyzbonie nic nie grozi, tak jak Norymberdze. Nawet kraina Frankonia czyli Dolna Bawaria są po polsku. Jak zajrzałem do Wiki, to przeczytałem rzecz, o której nie wiedziałem, że polska nazwa miasta wywodzi się z pradawnej nazwy celtyckiej Radasbona poprzez łacińską nazwę Ratisbona. A moją ukochaną nazwą polską jest Gryzonia.
    ———-
    Vandermerwe!
    Ale bardzo ciekawe jest jednak to, że Polacy wybrali do swojego systemu leksykalnego nazwę z języka afrykanerskiego, a nie z angielskiego – Kapsztad. Niechęć do Angoli? Nie wiem, czy mam rację, ale polskie nazwy z RPA to są po prostu zwykłe tłumaczenia, a nie nazwy własne jak Rzym czy Mediolan, np. Zatoka Stołowa czy Kraj Przylądkowy. Komisja Standaryzacji Nazw Geograficznych Poza Granicami Polski określa jedynie cztery nazwy z RPA: Kapsztad, Orania, Prowincja Przylądkowa i Transwal, możesz popatrzeć TU.

  24. @ Torlin,

    Ciekawostka. Kiedys zajrzalem do „Atlasu Swiata” jakim poslugiwaly sie moje dzieci w niedzielnej szkole polskiej – atlas wydany w Polsce i dostarczony przez ambasade polska. Wyobraz sobie, ze wiekszosc nazw na terenie RPA podana jest w Afrikaans, mimo ze istnieje odpowiednik angielski. Nie bardzo wiem czym jest to spowodowane. W dyskusji o nazwach jezykow: istnieje Afrikaans nie ma zas jezyka afrykanerskiego czy burskiego ( jak probuja sugerowac niektorzy publicysci).

    Pozdrawiam

  25. Vandermerwe!
    Ciekaw jestem Twojej argumentacji, dlaczego Polacy nie mają prawa Afrikaans nazywać językiem afrykanerskim? Dlaczego nie wolno? To tak, jakby Holendrzy powiedzieli, że nie ma języka niderlandzkiego, tylko jest Nederlands. Ta sama dyskusja jest na temat Włoch, cały świat ten kraj nazywa Italią, to dlaczego wy Polacy nazywacie go Włochami. Ciekaw jestem Twojej odpowiedzi – dlaczego?
    pzdr

  26. @ Torlin,

    „…dlaczego Polacy nie mają prawa Afrikaans nazywać językiem afrykanerskim?”

    Mysle, ze zle do tego podchodzisz. Nie wiem czy Polacy maja prawo czy tez nie ale nikt Polakom nie moze niczego zabronic. Jezyk jest afrykanerski, gdyz posluguja sie nim Afrykanerzy. W tej logice ma miejsce prosta i oczywista dziura, jest to jezykl bardzo powszechny, rowniez glowne medium 3/4 ludnosci kolorowej i sporej czesci spolecznosci „czarnej”. Nie ma jezyka szwajcarskiego czy chinskiego z tych samych powodow, mimo ze w Szwajcarii mieszkaja Szwajcarzy a w Chinach Chinczycy i posluguja sie „jakimis jezykami”. Nie ma rowniez jezyka burskiego, o ktorym wspomina czasami jeden z polskich publicystow.

    Pozdrawiam

  27. Zagadnienie czy jest język chiński czy nie, jest dyskusyjne i obie tezy mają swoich zwolenników.
    Porównywanie natomiast Szwajcarii i Chin jest pozbawione sensu.

  28. >>>>Porównywanie natomiast Szwajcarii i Chin jest pozbawione sensu.<<<<

    A to ciekawe. Mógłbyś proszę tę interesującą tezę rozwinąć? Bo moim zdaniem porównywanie czegokolwiek z czymkolwiek nie powinno być oceniane w kategoriach sensu lub jego braku. Porównywanie wszystkiego ze wszystkim jest (jak sądzę) zabiegiem jak najbardziej uprawnionym i sensownym, choć nie zawsze związane jest to z zyskiem poznawczym.

  29. Cała Bliska Mojemu Sercu Trójka!
    Gszczepa ma rację. Z dwóch ważnych powodów.
    1. Język chiński jest. Wiem, że formalnie składa się on z szeregu języków, ale… Cytuję Wikipedię, co tak denerwuje Telemacha, ale chyba w takich sprawach nie kłamią: „Standardowy język mandaryński.
    Standardowy język chiński, nazywany przez zwolenników istnienia wielu języków chińskich standardowym językiem mandaryńskim, to oficjalny język Chińskiej Republiki Ludowej, opracowany w latach 50. i nauczany w chińskich szkołach od 1956 roku. Według danych spisu powszechnego z 2000 roku, w języku tym mówi w Chinach ponad 840 mln osób. Liczbę cudzoziemców władających tym językiem lub uczących się go władze chińskie szacują na 30 mln osób. Wywodzi się on z tzw. języków mandaryńskich, używanych na północy Chin. Jest językiem urzędowym w trzech państwach: ChRL, Tajwanie i Singapurze. Dzięki edukacji prowadzonej w tym języku jest on zrozumiały dla większości użytkowników języków chińskich i nazywany w Chinach kontynentalnych putonghua = „mowa powszechna”, a na Tajwanie guoyu = „język państwowy”.
    Jakby na to nie patrzeć, jest to jednak język powszechny w Chinach. Tymczasem w Szwajcarii nie wykształcił się własny język szwajcarski, chyba że pod tą nazwą chcielibyśmy widzieć język retoromański.
    2. Chiny i Szwajcaria są krajami składającymi się z wielu ludów dość drastycznie się pomiędzy sobą różniących, ze szczególnym uwzględnieniem języka i religii. Do tego możemy dodać Rosję, Indie, Nigerię, Afganistan czy Indonezję, ale tym się różni Szwajcaria od całej tej reszty, że to jest kraj w pełni demokratyczny, tymczasem pozostali to są państwa autokratyczne. Poznaje się tę demokrację po tym, czy jakiś lud ma prawo wyjść ze wspólnoty, czy mu nie wolno. Czy widzicie oczami wyobraźni, że niepodległa jest Republika Kałmucka, Republika Ujgurska, Kaszmirska, Biafra czy Balch?

  30. @ gszczepa,

    Moze nie ma sensu, moze ma. Rzecz nie w porownywaniu Chin ze Szwajcaria, lecz w pewnej logice. Jesli Afrykanerzy posluguja sie jakims jezykiem to musi byc afrykanerski, choc ten jezyk ma swoja nazwe i nie jest macierzystym jezykiem tylko i wylacznie Afrykanerow. Brnac tak dalej nalezaloby wymyslec nazwe dla jezyka, ktorym posluguja sie na codzien obywatele „krwi mieszanej”. Wspomniany wczesniej publicysta lubi zamiennie uzywac pojec Bur i Afrykaner a wraz z tym pojawie sie i jezyk burski.

    Pozdrawiam

  31. To bardzo, bardzo dobry pomysł… bo chyba na naukę (i wyjście między ludzi) nigdy nie jest za późno i zawsze jest na to dobry czas.

  32. Witaj Demirjo!
    Bardzo dziękuję za poparcie mnie, to jest chyba dla każdego bardzo ważne. Z jednym uzupełnieniem, nie muszę iść pomiędzy ludzi, bo aktualnie wolałbym od nich uciec. Jestem tak zajęty, że nie mam czasu dla siebie, już nie mówiąc nic o przyjemnościach. Ratują mnie wyjazdy (też z ludźmi 😀 ). pzdr


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Kategorie

%d blogerów lubi to: