Napisane przez: torlin | 13/02/2020

Niekończąca się historia latarń morskich

Nieczynna, „nowa” latarnia morska w Rozewiu.

Żeby już skończyć (póki co 😀 ) tematykę latarń morskich chciałbym wspomnieć o naszym Rozewiu. Historia latarni jest pięknym przykładem z punktu widzenia ekonomii, że czasami słuszne działanie naprawcze, kosztujące dużo wysiłki i gotówki – nic nie daje.

W wielkim skrócie – Napoleon zdecydował o budowie nowoczesnej latarni morskiej „Rozewie”, została otwarta w 1822 roku. A wszystko to z tego powodu, że statki dowożące zaopatrzenie Wielkiej Armii mijały Rozewie i myśląc, że mijają Hel, wpadały na płycizny Półwyspu Helskiego. Pomysł znakomity, tylko że 1 sierpnia 1827 roku otwarto latarnię morską na Helu. I tu i tu zainstalowano te same lampy Argenta dające takie samo światło. I dalej statki mijające Rozewie wpadały na wydmy pomiędzy Chałupami a Jastarnią, ale tym razem myśląc, że mijają właśnie Hel.

Mnie jako ekonomistę zastanawia rozwiązanie problemu. Zacząłbym od zmiany częstotliwości świateł, może barwy, Prusacy, przecież tak racjonalni w swoich decyzjach doszli do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem odróżnienia Rozewia od Helu jest … zbudowanie drugiej latarni na przylądku Rozewie. Działała ona w latach od 1875 do 1910.

 


Responses

  1. Acha .., to wyjaśniło sprawę dwóch latarni w Rozewiu.
    Cały czas , nie sięgając w żadne historie, byłam pewna , że nowa zastąpiła stara. ☺

    No cóż na dzień dzisiejszy znowu jest czynna jedna. Niedaleko jest Lisi Jar.
    Szwedzi tamtędy sobie dotarli to terenów ówczesnej Polski. Gdy tymczasem oczekiwano ich w zatoce gdańskiej , czy właśnie na półwyspie Helskim.

    W końcu Hel wywodzi się z mitologii skandynawskiej , czyżby rozbojnicy z północy byli świetnymi nawigatorami. Przecież oni wszędzie docierali, ponoć nawet i w strasznych wiekach jeszcze przed Kolumbem byli i w Ameryce. 😉

    😂👋⛄

  2. Na Twoim zdjęciu jest Ta „nowa latarnia”, która jest nieczynna. Ja znam tylko tę „starą”, która po przejściu modernizacji jest czynna do dziś. Lubię latarnie morskie a chyba najwięcej tę z Jastarni, bo wszystkie wakacje spędzałam właśnie w Jastarni – stale ją widziałam z okna (mieszkaliśmy ma wprost wejścia na plażę, poza tym zawsze wszystkie dzieciaki do niej ciągnęło- tyle tylko, że nie można jej było zwiedzać. Wydawała mi się przeraźliwie wysoka i byłam pewna, że właśnie z tego powodu nie można jej zwiedzać;)
    A dziś nawet za dopłatą nie spędziłabym nawet 1 tygodnia w Jastarni- zrobili z Jastarni koszmarek.
    Miłego;)

  3. Niezłe tempo! Napoleon zdecydował – więc w najgorszym razie w 1812 roku, a ukończono budowę dziesięć lat później.

  4. Julu!
    „na dzień dzisiejszy znowu jest czynna jedna”, bo dwie są już niepotrzebne. W czasach satelitów, sonarów, radarów właściwie w ogóle byłyby latarnie niepotrzebne, ale pozostają zawsze kutry rybackie i sztormowa pogoda, Dla nich są nadawane sygnały, ale teraz są one wyraźnie zróżnicowane, każda latarnia ma inne.
    „W końcu Hel wywodzi się z mitologii skandynawskiej” – nazwa „Hel” pochodzi z języka kaszubskiego ‚hyl” i oznacza niezalesioną wyspę piaszczystą.
    —————
    Anabell!
    Tak niestety wygląda współczesna turystyka i wypoczynek. Mnie to za bardzo nie przeszkadza, ale szok przeżyłem w zeszłym roku na Rodos. Tłok był tak straszny na starówce, że człowiek nie mógł się obrócić.
    ——————
    Pawle!
    Napoleon zdecydował w 1807, ale skończyli Prusacy. A wg starej zasady, jak nie wiesz, o co chodzi, to chodzi zapewne o pieniądze.

  5. Czy to jest ten moment w którym mogę napisać że nigdy nie widziałem latarni morskiej na żywo?

  6. Ależ oczywiście Gszczepa! Ale nie mogę się nadziwić, że Cię nie ciągnie do innych krain, krajów, że nie jesteś ciekaw świata.

  7. Torlin,
    Hel – córka Loki.Bogini władczyni umarłych śmiercią naturalną. Może i oznaczać też niezalesiona wyspę piaszczysta. 😉
    Jedno drugiemu nie przeczy. .. ☺

  8. Ależ Julu oczywiście. Lubię czytać w Angorze rubrykę poświęconą nazwiskom, większość doszukuje się pokrewieństw zagranicznych, „bo to tak brzmi”. A tymczasem nazwisko pochodzi od rodzimego wyrazu już dawno zapomnianego. Przecież i w nazwach mamy cudowne etymologie ludowe: Częstochowa, co się często chowa, warszawscy Wars i Sawa, San co mierzy do Wisły, Środa, bo to środek Polski, Zakopane śniegiem itd.
    Na temat Wikingów na terenach Polski napisałem kiedyś jedną z najważniejszych notek w moim blogu, twierdzę że Skandynawowie traktowali ziemie dzisiejszej Polski w V-VIII wieku jako swojsko-przyjazne. Znakomici żeglarze, łącznie z rzekami, umieli podbić (i założyć) Ruś, popatrzmy na Anglię, dzisiejsze Włochy i Francję. I oni łupieżczo nie wpłynęliby w górę Wisły i Odry?

  9. Oj, dawno to było, 1967. Do szkoły przyszedł chłopak ze  Świnoujścia, syn wilka morskiego, prawdziwego kapitana żeglugi wielkiej. Maślakom tłumaczył jakieś zawiłości o falach, sztormach a przy tym rozpływał się nad historią latarni w rodzinnym mieście. Białogłowy słuchały wpatrzone w niego jak w obraz, bo i było w kogo ( obiektywnie ujmując ). Samą latarnię widziałem wiele lat później, ale w obecności Komitetu Centralnego i Młodzieży Wszechpolskiej ( ślubna i córka ) nie dało rady jej zwiedzić . „Czysta” osiem schodów pokonać? Toż to sodomia i gomoria !  Czas tracić, kiedy tyle sklepów z ciuchami ?  Prawdą jest, że była taka jak ze szczegółami rysował kolega . W telewizorni oglądałem ciekawy reportaż o historii rozewskiej latarni.

  10. Przyznaję Ci szczerze – z rodziną, a szczegolnie z dziećmi ciężko się zwiedza. Tyle atrakcji dookoła, a tu każą łazić.Tak że starałem się zawsze, aby było to bardzo interesujące. Byłem z grupką znajomych 40-latków na Sejneńszczyźnie i miło mi było, gdy ze mną oglądali stację kolejową w Trakiszkach z XIX wieku (młodzież – ruina, powinni to rozebrać), zbiór krajek litewskich czy widok ze Smolnik. I co najważniejsze, nikt nie narzekał, ale to jest rzadkość.

  11. >>>Ale nie mogę się nadziwić, że Cię nie ciągnie do innych krain, krajów, że nie jesteś ciekaw świata<<<

    Torlinie, mnie dziwi, że Ty widzisz związek pomiędzy ciekawością świata, a uczestnictwem w masowym zadeptywaniu świata zorganizowanym w formie przemysłu turystycznego.
    Ja osobiście podzielam z dużym zrozumieniem uczucia Gszczepy. Mam od wielu lat podobnie. Przełomowym momentem był chyba rok 1990 albo 1991 gdy w poszukiwaniu miejsc, w których mnie jeszcze nie było poleciałem do Nowej Kaledonii. Ot tak, bo akurat w Brisbane natrafiłem na promocję lotów i za 300 australijskich dolarów można było się przelecieć z Quantas Air tam i z powrotem. Było to w czasach, gdy latanie za grosze jeszcze nie istniało, to była wówczas naprawdę kosztowna przyjemność.

    Lotnisko jest jakieś 30 km odległe od stolicy, którą jest Noumea tak że wziąłem taksówkę. Noumea była dla mnie sporym rozczarowaniem, wysiadłem w Dzielnicy Łacińskiej bo w kupionym na lotnisku w Brisbane przewodniku było napisane, że jest to jedna ze staraszych dzielnic powstałych jeszcze w czasach kolonialnych. Quartier Latin miała jednak urok przemysłowo-usługowego przedmieścia. Wiedziony chęcią znalezienia noclegu na dwie noce udałem się na poszukiwanie opisanego w przewodniku małego hoteliku. A przewodnik był to nie byle jaki, to był "Lonely Planet", biblia indywidualnego odkrywcy nie chcącego wędrować po udeptanych szlakach.

    Po wypytywaniu miejscowych i godzinie błądzenia wreszcie znalazłem. Hotelik był ot taki sobie. Przed nim stał tłum młodych ludzi z plecakami. Wszyscy dzierżyli w ręku ten sam egzemplarz Lonely Planet i patrzeli "spod byka" na całą resztę.
    Wówczas zrozumiałem, że zaspokajanie ciekawości przez podróżowanie jest skończoną zamkniętą epoką. Nie chcę nawet sobie wyobrażać jak to wygląda w epoce tanich lotów i internetu. Jako dzieciak zawsze chciałem zobaczyć Mato Grosso. Ale już nie chcę. Jest poprzecinane autostradami i w ciągu ostatnich 20 lat wyrosły tam dwa tuziny sporych miast, jak się spojrzy np. na Cuiabę to przechodzi mi zupełnie ochota bo równie dobrze mogę pojechać do Łodzi z tym że będzie bardziej dziko i spokojniej.
    Chciałem również koniecznie wdrapać się i zobaczyć Machu Picchu.
    Ale już nie chcę. Machu Picchu odwiedza rocznie 1,5 miliona luda stojącego w dwóch gigantycznych kolejkach u podnóża jednej z dwóch gór na których jest położone. W kolejkach do kasy z biletami. Ostatnio znajomy spotkał tam grupę Bawarczyków w strojach ludowych, którzy grupowo jodłowali pośród ruin.

  12. @Torlin,
    Ale ja jestem ciekawy świata! Po prostu często wolę go poznawać w inny sposób 😉

  13. Dla mnie Telemachu strasznie przesadzasz. Z realnie istniejącego problemu robisz horror. Nie mówię oczywiście o tzw.murowanych trakcjach jak Machu Picchu czy nasz Giewont, Barcelona czy Dubrownik, bo to rzeczywiście (jak Rodos) nie jest turystyka. Ale Ty nie możesz pojechać do całej prowincji, bo Ci miasta pobudowali? Zlituj się.
    Generalną zasadą jest, że w pobliżu wielkiej atrakcji są prawie takie same, ale zapomniane przez Boga i ludzi. Obok trasy do Morskiego Oka jest schronisko w Dolinie Roztoki, a jak wcześniej skręcimy w prawo czerwonym szlakiem na Gęsią Szyję czy Rusinową Polanę, to po 10 metrach nie będziemy mieli nikogo. Pustka i cisza. 10 metrów.
    Miliardy miejsc na świecie jest pustych, bez turystów. Po świecie dużo nie wędrowałem, głównie po Europie, ale zwiedziłem całą Gruzję, Niemcy, Austrię, Portugalię, wszystkie kraje dawnego demoludu, i na szlaku nigdzie nie widziałem jakiegoś nieprawdopodobnego natłoku turystów, wyjątkiem są właśnie takie atrakcje jak Pl. Św. Marka, ale ten tłok nie robią prawdziwi turyści, tylko ci, co to uważają, że to trzeba zobaczyć. Tylko w tym punkcie przyznaję Ci rację.
    Co do przewodnika, oj Telemachu, chyba dawno nie wyjeżdżałeś z plecakiem. Teraz nikt nie szuka hoteli w Lonely Planet, tylko w Internecie.
    ———————
    Telemachu i Gszczepa!
    Bez wyjazdów niczego nie zobaczycie. Obejrzeć można oczywiście film dokumentalny poświęcony Bajkałowi, ale to nigdy nie zastąpi bezpośredniego wrażenia. A dla mnie, przez lata backpacker, nic nie zastąpi spotkań z ludźmi tam mieszkającymi, jedzenia w ich barach czy kafejkach, siedzenie na zapyziałych przystankach autobusowych i jeżdżenie zapomnianymi pociągami. Nie zobaczycie uśmiechu nieznajomego, nie poczujecie smaku potraw ani zapachu tamtejszych kwiatów.

  14. Drogi Torlinie,

    dziękuję za obszerną odpowiedź. Obszerne odpowiedzi zasługują na wyczerpujące odpowiedzi, aby tradycji stało się zadość.
    „Dla mnie Telemachu strasznie przesadzasz. Z realnie istniejącego problemu robisz horror. Nie mówię oczywiście o tzw.murowanych trakcjach jak Machu Picchu czy nasz Giewont, Barcelona czy Dubrownik, bo to rzeczywiście (jak Rodos) nie jest turystyka. Ale Ty nie możesz pojechać do całej prowincji, bo Ci miasta pobudowali? Zlituj się”.

    Być może przesadzałbym gdybym namawiał innych do wstrzemięźliwości. Ja jednak opisuję jedynie moje motywy, które skłoniły mnie do rezygnacji z tzw. turystyki, procederu, który w ostatich trzech dekadach przybrał (znowu dla mnie) monstrualne i perwersyjne wymiary. Ja to tak po prostu widzę i tak tego doświadczyłem.
    A przede wszystkim tak wyglądają moje porównania. Miałem niebywałe szczęście poznać zadeptane i zabudowane obecnie różnymi resortami miejsca gdy w latach 70-tych i 80-tych były jeszcze dzikie i nie zdewastowane przez przemysł turystyczny. Całe lata 90-te cierpiałem widząc co w rozmaitych zakątkach świata się dzieje. Około roku 2000 podjąłem decyzję aby nie uczestniczyć w zadeptywaniu świata wraz z łowcami okazji.

    „Generalną zasadą jest, że w pobliżu wielkiej atrakcji są prawie takie same, ale zapomniane przez Boga i ludzi. Obok trasy do Morskiego Oka jest schronisko w Dolinie Roztoki, a jak wcześniej skręcimy w prawo czerwonym szlakiem na Gęsią Szyję czy Rusinową Polanę, to po 10 metrach nie będziemy mieli nikogo. Pustka i cisza. 10 metrów”.

    I tak powinno pozostać. Dlaczego mam się swoją ciekawością przyczyniać do tego, aby te miejsca się zmieniły na gorsze?

    „Po świecie dużo nie wędrowałem, głównie po Europie, ale zwiedziłem całą Gruzję, Niemcy, Austrię, Portugalię, wszystkie kraje dawnego demoludu, i na szlaku nigdzie nie widziałem jakiegoś nieprawdopodobnego natłoku turystów”.

    Ależ Torlinie, przecież ja Cię nie krytykuję. Zwiedzaj sobie, to kwestia indywidualnego wyboru. Mamy po prostu inne doświadczenia, bo ja widziałem zagładę mojej ukochanej Barcelony, doświadczyłem, jak Porto, Coimbra i Braga przemieniły się z sennych, magicznych miejsc z najlepszą kawą na świecie w lunaparki dla ludzi, którzy nigdy nie powinni nigdzie wyjeżdżać, bo jest im wszystko jedno gdzie niszczą zastany świat, widziałem jak wzdłuż wybrzeża Algarve karczowane były setki tysięcy hektarów oliwkowych gajów i zamieniane na pola golfowe i wybiegi dla dzieci turystów „all inclusive”.
    Widziałem to na Azorach, Martynice, na Costa Smeralda. Nie chcę więcej przyglądać się zagładzie miejsc które ukochałem. Przstałem jeździć. Może kiedyś do tego wrócę? Jak mogę to jeżdżę na wieś położoną w środku pustkowia. To mi wystarczy. No i odwiedzam od czasu do czasu rozsianych po różnych krajach i kontynentach przyjaciół. Bo inaczej nie będą chcieli odwiedzić mnie, więc muszę. .

    „Co do przewodnika, oj Telemachu, chyba dawno nie wyjeżdżałeś z plecakiem. Teraz nikt nie szuka hoteli w Lonely Planet, tylko w Internecie”.

    Niestety. Masz tutaj jednak tylko częściową rację. Bo w internecie to nie ty szukasz hotelu, lecz hotele szukają Ciebie. Ale to już zupełnie inna historia

  15. WordPress pogubił tagi. Katastrofa. Teraz już zupełnie nie można rozpoznać co jest cytatem a co komentarzem.

  16. Telemachu, poprawiłem Twój komentarz jak potrafiłem.
    Mimo wszystko – przepraszam – pozostaję przy swoim. Nie ma takiego natłoku turystów, chyba że mówimy o miejscach – ze śmiechem mówiąc – celebryckich, czyli że są one znane z tego, że są znane, jak przylądek Cabo da Roca. Dla przykładu, w Portugalii byliśmy w Lizbonie, Sintrze, Estorilu, Obidos, Alcobaça, Batalha, Leira, Coimbra, Aveiro, Porto, Bragę i Guimarães. I poza Lizboną, co naturalne, tłok widziałem jedynie na Cabo da Roca, na nabrzeżu Porto i w pociągu relacji Porto – Pinhão. I właśnie w tym Pinhão na stacji kolejowej w składzie kupiłem Porto „Quintas”, najlepsze wino, jakie piłem w swoim życiu. Krajobraz Pinhão został sklasyfikowany przez UNESCO jako dziedzictwo kulturowe ludzkości. Stacja kolejowa Pinhão znana jest z 24 paneli kafelkowych, które przedstawiają krajobrazy Douro i aspekty stylu vintage. Wioska (chociaż Pinhão bardziej wygląda na miasteczko) przyjmuje 400 tys. turystów. I co? Zadeptują plantacje? Wręcz przeciwnie, przedstawiciele winnic czekają na pociąg i na turystów wysypujących się z wagonów i namawiają na zwiedzanie, konsumpcję, wypoczynek. Przeczytaj sobie TU i TU. A sama podróż pociągiem wzdłuż rzeki Douro i niekończących się winnic skłaniających się ku rzece – niezapomniana.

    „Pustka i cisza. 10 metrów. I tak powinno pozostać”. Ale ja dalej nie mogę zrozumieć – dlaczego? Dlaczego dalej ma tak pozostać? Bo Was nostalgia gnębi za latami 50. ubiegłego wieku? Turystyka jest jedną z największych, a ja twierdzę, że największą siłą ekonomiczną poprawiającą życie społeczeństw. Wszystkich. Bez wyjątku. Turystów nie chcą biali ludzie, którym to przeszkadza. Bo on ma pieniądze, nie kłopocze się, co będzie jutro jadł. Dla takiego turysta jest to stonka, ale dudki każde miasto przyjmie z pewnością. Nie pogardzi. A warto spytać Kirgiza, Etiopczyka, Boliwijczyka czy Samoańczyka, dla którego turystyka to jest 50% PKB.
    Nawet jak mieszkam w hotelach na wybrzeżu, co mi zdarza się co rok w Turcji, to sobie idę albo jadę marszrutką 5 km w bok i mam cichą plażę. Co to komu przeszkadza?
    A już ostatniego zdania w ogóle nie zrozumiałem. Czyżby znowu odezwał się znany mi z Twojego blogu syndrom cienia Wielkiego Brata? Najczęściej pokoje rezerwuję na booking.com i jak dotąd nie narzekam. Ten hotelarz, który zgłosi się do tej firmy, będzie proponowany turystom. Właśnie w Lizbonie była taka fajna sytuacja, że młodzi Arabowie postanowili zrobić hostel blisko głównego placu miasta, ale za wcześnie zgłosili się do booking.com, niż go zrobili. A że miejsca były tanie, to cały dom był zajęty przez turystów śpiących w niezrobionych jeszcze pokojach, którzy nie protestowali, jak im wiercili i stukali.

  17. W ciągu ostatnich kilkunastu lat byłem w Barcelonie, Grenadzie, Porto, Coimbrze i paru innych tej klasy miejscowościach. Nie zauważyłem jakoś, by Barcelona uległa zagładzie. Owszem, w każdym z tych miast były miejsca oblegane przez tłumy turystów i rozumiem, że nie każdy dobrze się czuje w takim otoczeniu. Ale w każdym też toczyło się, zwykle zaledwie o parę ulic dalej, normalne miejskie życie.
    Swoją drogą poruszył mnie ten epizod z przewodnikami „Lonely Planet”. Jak wiecie (a jeśli nie wiecie, to się właśnie dowiadujecie), jestem wydawcą i redaktorem przewodników turystycznych i z tego powodu miewam rozterki. Lubię bowiem odwiedzać miejsca atrakcyjne, o których prawie nikt nie wie i nikt tam nie bywa. A jednocześnie swoją zawodową działalnością przyczyniam się do kurczenia się liczby takich miejsc. Zachęcam ludzi do turystyki, a jednocześnie denerwują mnie tłumy turystów. To jest problem, na szczęście tylko mój prywatny.

  18. Kochany, takie dylematy to ma o wiele większe np. państwo polskie. Powiedz mi, jak naraz pobierać większą akcyzę od powiększającej się sprzedaży alkoholu i papierosów, i jednocześnie ograniczać sprzedaż tychże produktów ze względów społecznych.

  19. Komuś zależy na zmniejszeniu spożycia alkoholu? Na rynek już trafił produkt jakościowo gorszy, słabszy, przy takich samych stawkach akcyzy. Trzeba będzie więcej wypić, a więc i zapłacić więcej. Musowo światli posłowie ( koniecznie w nocy ) znowelizują ustawę o wychowaniu w trzeźwości, tak ze trzy razy jeszcze  przed jej wejściem w życie. Ze względów społecznych na oddziały onkologii trafią kolejne relikwie, oczywiście, na usilne prośby pacjentów ( bez znaczenie, że oni o tym nie wiedzą ). Powoła się nową formację kapelanów ofensywnych .  A jak będzie potrzeba ( a na pewno będzie ), to się powoła kapelanów defensywnych. I wszyscy będą zadowoleni.

  20. „Nie zauważyłem jakoś, by Barcelona uległa zagładzie.”

    Pawle, takie spostrzeżenia są możliwe jedynie jeśli się ma skalę porównawczą. Ja zakochałem się w Barcelonie w 1980 roku. Na monetach 25-pesetowych widniał jeszcze Franco. Moja Barcelona uległa niestety zagładzie. W zeszłym roku Barcelona ze swoimi 1,6 mln mieszkańców przetrawiła 10 milionów turystów. Wykupili oni 24 miliony noclegów. Jest to oficjalna statystyka, do tego dochodzi szara strefa wynikająca z różnego rodzaju kryminalnych przedsięwzięć w rodzaju AirB&B.
    80% wszystkich turystów pozostaje w dzielnicach centralnych, głównie w Eixamble posiadającej 260.000 mieszkańców. Jednocześnie oblicza się, że ponad połowa mieszkańców tych dzielnic została w ostatnich 15 latach przez turystykę praktycznie wypędzona. Z nisko opłacanych zajęć w przemyśle turystycznym nie da się już opłacić czynszu nawet małej klitki w centrum. Wraz z mieszkańcami zniknęła obsługująca ich infrastruktura: kafejki, tanie knajpki, krawcy, piekarze, szewcy, krawcy, lekarze, sprzedawcy biletów na loterię, kioski z gazetami i książkami itd. To wszystko co tworzy tkankę miasta dla mieszkańców. Ustąpili miejsca sprzedawcom produkowanych w Chinach oryginalnych katalańskich pamiątek i poidłom dla turystów.

    Wierz mi. Nie jest ładnie.

  21. Torlinie, nie rozmawiajmy bardzo proszę tutaj o dotkomach w rodzaju booking.com. Wpadnij kiedyś do mnie i pokażę ci skutki działalności tej przestępczej organizacji, może porozmawiasz z ofiarami i zrozumiesz na czym polega perwersja tego, co Tobie wydaje się (z Twojego punktu widzenia) doskonałym i wygodnym rozwiązaniem. To jest temat rzeka i jedna z niewielu dziedzin, gdzie jestem jako tako na bieżąco i na których (twierdzę), że zjadłem zęby i chyba trochę się znam. Wierz mi – za znaną Ci fasadą ukrywają się straszne i przykre rzeczy.
    Dajmy sobie dlatego proszę w tym miejscu spokój.

  22. Ja naprawdę Telemachu nie chcę Cię przekonywać, ale Ty masz katastroficzne spojrzenie na wszystko. Muszą się wyprowadzić z centrum Barcelony? To sprzedadzą mieszkanie i zamieszkają w spokojnej dzielnicy. Co za problem. To jest normalne, w centrum Warszawy również nie znajdziesz czegoś takiego jak: „tanie knajpki, krawcy, piekarze, szewcy, krawcy, lekarze, sprzedawcy biletów na loterię, kioski z gazetami i książkami”, więcej Ci powiem, ze sklepami spożywczymi jest trudno.
    Z tym booking.com to w ogóle nie wiem, o co chodzi. Będę w Berlinie w marcu, może byśmy się spotkali? Zapraszam na kawę.
    Ale ja pamiętam dyskusje w Twoim blogu, Mona przekonująca mnie, że żyję ułudą, jestem jak dziecko we mgle, a tu grożą tak nieprawdopodobne niebezpieczeństwa. Booking jest pośrednikiem, sam nic nie załatwia. Może ja wszystkiego nie wiem, ale tak z mojego punktu widzenia: pewnie z milion hoteli, 120.000 miejscowości, 1,2 mln rezerwacji dziennie, PRETENSJE Unii Europejskiej, ale raczej dotyczącej przejrzystości, a Ty mówisz o przestępczej działalności. Tylu byłoby naiwnych na całym świecie?
    Na temat booking.com rozmawiałem z trzema osobami, panią wynajmującą mi pokój w Lądku Zdroju, zaprzyjaźniliśmy się i gadaliśmy razem wieczorem. Mówiła, że jest zadowolona, tylko haracz za duży pobierają. Drugim był zarządca domu wypoczynkowego, a trzecim ten Arab z Lizbony. Mówił z zachwytem. A skąd ja bym miał turystów z Korei, Argentyny, Polski, jak nie dzięki booking.com. Jak bym dotarł do nich z ofertą?
    pzdr

  23. @Torlin,
    „nic nie zastąpi spotkań z ludźmi tam mieszkającymi, jedzenia w ich barach czy kafejkach, siedzenie na zapyziałych przystankach autobusowych i jeżdżenie zapomnianymi pociągami.”

    Kwestia sytuacji. W ramach życia zawodowego bardzo dużo współpracuje z ludźmi z całego świata. Można powiedzieć że zupełnie inaczej poznaje się ludzi kiedy z nimi realnie pracujesz, niż kiedy jesteś w pozycji turysty.

    Inna rzecz, że w ogóle w ramach odpoczynku szukam raczej pewnej izolacji, kontaktu z przyrodą. To też wpływa na moje wybory.

  24. Z tym katastroficznym spojrzeniem na wszystko, to może być nawet racja.
    W związku z tą diagnozą przypomniał mi się fragment z Czwartego tomu Dzienników Nałkowskiej dotyczący pesymizmu Brono Schulza. Skarżyła się, że ten Schulz, w zasadzie inteligentny człowiek i doskonały pisarz wszędzie tylko dostrzega nadchodzące oznaki zagłady i barbarzyństwa. Negatywny jakiś.

    Na kawę, to ja Cię zapraszam
    🙂

  25. No to Telemachu jesteśmy umówieni. Dane kontaktowe wyślę Ci e-mailem, jak się wybiorę. pzdr

  26. Ano jesteśmy. Cieszę się.

    A jeśli chodzi o rozmowę na temat rozmaitych booking-komów to proponuję Ci abyś zajrzał tutaj:
    https://pytania.wordpress.com/2010/10/11/they-trust-me-dumb-fucks/#comment-3445

    Jak widzisz temat był na tapecie (i obszernie dyskutowany) już 10 lat temu.

  27. Bardzo Telemachu dziękuję za link, przeczytałem i notkę, i wszystkie komentarze. Wróciły wspomnienia. 😀
    Ale i w komentarzach ukazują się wpisy o podobnym tonie rozumowania co mój. Widzisz, Ty wszędzie znajdujesz niebezpieczeństwa, obrzydliwe kapitalistyczne spiski, oszustwa, wykorzystywanie słabszych. Ja nie mówię, że to jest nieprawda, ale tak jest w całej historii ludzkości.
    Wracając do naszych baranów, być może (a raczej na pewno) masz rację w sprawie booking.com. No i co? Co to zmieni, jak ich zwalczymy?
    Jestem takim młodym Arabem, razem z dwoma kumplami wykupiłem z lekka zrujnowaną kamienicę, wyremontowałem własnym sumptem, zrobiłem hostel i dałem ogłoszenie do internetu. Przez pierwsze trzy miesiące przyszło kilka osób, które przeczytały ogłoszenie wywieszone na stacji kolejowej, z sieci nie było nikogo.
    I raptem zgłasza się do mnie przedstawiciel booking.com i mówi: bierzesz za pokój 30, umówmy się, że ja ci będę zabierał z tych 30 połowę, czyli 15, ale będziesz miał obłożenie swojego hostelu przez cały rok. I po miesiącu mam ludzi z całego świata, z Korei, Argentyny, Polski. I pełne obłożenie.
    pzdr

  28. To nie całkiem tak Torlinie. Jesteś takim Arabem, zainwestowałeś, zadłużyłeś się, zrobiłeś plan biznesowy i zgłasza się do Ciebie przedstawiciel booking.com i mówi: co ci szkodzi, nic cię to nie kosztuje, zapłacisz tylko 10% prowizji i tylko wówczas, gdy przez nas wynajmiesz. Po roku z 10% już są 15%, po dwóch latach booking.com mówi ci, że cię „zniknie” jeśli nie wykupisz pakietu promocyjnego (tzn. haraczu dla tzw. uprzywilejowanych, czyli nieznikniętych). Po trzech latach jest to już 20% a booking.com zmusza Cię do podpisania umowy pt. „secret deal” zobowiątujący cię do obniżenia ceny aby oni mogli sprzedawać cię jako „okazję”.
    A wszystko według metody „żryj albo zdychaj” bo mają Cię w ręku. Próbujesz na swojej stronie internetowej poinformować potencjalnych klientów, że wszyscy, którzy zabukują bezpośrednio otrzymają 10% rabatu, wtedy spada na ciebie sfora adwokatów booking.com przypominając, że na 44stronie umowy pisanej maczkiem była klauzula zabraniająca ci oferowania cen korzystniejszych niż te, które oferujesz booking.com. Próbujesz wyjść z tego niewolnictwa zawierając umowy z innymi dotkomami takimi jak expedia.com, hotel.com i dwoma tuzinami innych i zmusza cię to do zakupu piekielnie drogiego channel managera (pakiet softwerowy przy pomocy którego jesteś w stanie tym całym bałaganem zarządzać.). Rezultat nie każe na siebie zbyt długo czekać – znikasz z widzialnej części internetu całkowicie bo każdy z tych koncernów płaci miliony wyszukiwarkom na pozycjonowanie, więc nawet gdy znasz nazwę hotelu, to już go w internecie nie znajdziesz bo jego strona zostanie pogrzebana pod tuzinami anonsów w których dotkomy używają twoich danych i twojej nazwy do zaoferowania „swoich hoteli”.

    Próbujesz różnicować ceny u różnych pośredników, ale pojawiają się platformy meta, czyli porównywarki w rodzaju Trivago lub Kajak.com i tracisz jakikolwiek wpływ na kształtowanie własnych cen bo i porównywarki pokazują naiwnym nie to co jest najtańsze, lecz to za co pokazywani zapłacili aby było prezentowane jako najtańsze. A najwięcej zapłacić mogą ci, którzy biorą od ciebie najwyższą prowizję (np. expedia doszła do 35%.

    Wszystko by było mniej kryminalne, gdybyś był w swoim hoteliku w stanie konkurować cenowo z wielkimi molochami, ale nie jesteś. One mają nie tylko większy budżet na marketing, ale też, jako wielcy odbiorcy za wszystko płacą mniej. Pościel, czystość, energia kosztują ich jedynie ułamek tego, co ty płacisz. Do tego inwestują oni miliony w tzw. revenue management software – programy kształtujące ceny w całej sieci w czasie rzeczywistym w zależności od obłożenia i (widocznych przecież w sieci) cen konkurencji. Tracisz coraz więcej gości, bo zawsze, niezależnie od tego jak się zrobisz tani, znajdzie się tańsza oferta. Zawsze jesteś albo za tani, albo za drogi. Przypatrujesz się łzawo swojemu biznesplanowi. Wszystko przestaje się spinać.

    W wielkich, atrakcyjnych turystycznie miastach umieranie małych, interesujących, posiadających pewną tradycję hoteli rozpoczęło się 12lat temu. Obecnie pozostało ich już tylko jakieś 10-15 %. Ostatni Mohikanie podzielą los niezależnych stacji benzynowych, małych sklepików spożywczych, piekarni piekących własne pieczywo. Pozostaną wielkie sieci.

    To nie jest Torlinie dobry rozwój gwarantujący różnorodność i uczciwą konkurencję. A na jego końcu będziemy mieć zdziwionego gościa bezskutecznie szukającego swojego hoteliku i tego sympatycznego Araba. No coś takiego, zniknął!

  29. Po tym co piszesz Telemachu, to jest straszne. Ale nie dziwne. Jak postępują supermarkety w stosunku do dostawców, aby ich towary były na lepszej półce?
    Jedna rzecz mnie dziwi, że hotele w generaliach się nie buntują? Nie zakładają swojej organizacji? Nie podnoszą kwestii w komisjach europejskich? To Unia przyczepiałaby się faktu, że każdy pokój w booking.com jest zawsze ostatni, na co nikt nie zwraca uwagi, bo wszyscy wiedzą, że to jest nieprawda, a nie podnosiłaby tej kwestii? Szczególnie, że dwa fakty są niedyskutowalne, niechęć każdego człowieka do oddawania innym swoich pieniędzy i niechęć komisji europejskich do amerykańskich gigantów.
    Dlatego dla mnie ten Twój tekst jest trochę dziwny.

  30. „Jedna rzecz mnie dziwi, że hotele w generaliach się nie buntują? ”

    Od lat się buntują. Nie dociera to jednak do mas, które się cieszą, że jest tanio, wygodnie i okazyjnie. Pewnych rzeczy nie chcemy wiedzieć bo byśmy zwariowali. Nie chcemy wiedzieć jak dusi się człowiek z niedodmą gdy jesteśmy palaczami, nie chcemy wiedzieć jak karmione są kaczki i gęsi, nie chcemy wiedzieć jak robiona jest kiełbasa. Nie chcemy do końca wiedzieć co robi woda z glukozą w szynce. Ani dlaczego wiele leków bardziej szkodzi, niż pomaga. Chcemy aby było fajnie i uważamy za nasze prawo sądzić, że jest tak, jak nam się wydaje.

    A jeśli chodzi o bunt hoteli i rolę UE to od lat toczy się batalia pomiędzy dotkomami a Komisją Europejską. Przykład masz tu:
    https://www.reuters.com/article/us-booking-hldg-eu-idUSKBN1YO18C
    Problem w tym, że są to korporacje z błyskawicznie zmienianym modelem biznesowym i wieloma milionami na obsługę prawną. To jet jak wyścig zająca i żółwia w słynnym paradoksie. Gdy maszyna UE rusza w ruch to korporacje zmieniają model biznesowy i nagle są nadal stare praktyki ale nie ma już starych pojęć, nazw rozwiązań i produktów i trzeba zaczynać od początku. Beznadziejna sprawa.

    A tutaj masz jeszcze jedną ciekawostkę:
    https://www.latimes.com/business/la-fi-expedia-hotel-conspiracy-investigation-20190509-story.html

    To tylko jeden z wielu przykładów. Mogę ci podesłać parą tuzinów takich linków dotyczących jedynie ostatnich 2-3 lat.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Kategorie

%d blogerów lubi to: