Napisane przez: torlin | 22/08/2020

Historia Torlina

Postanowiłem zaprezentować Wam w swoich notkach najważniejsze fotografie, mówiące o czymś ważnym dla mnie. Na powyższym zdjęciu jestem na przełęczy Arsha na Kaukazie w samotnej wędrówce na wysokości 2940 metrów przy kapliczce Sabertse Shrine. Do tej kapliczki musiałem przedzierać się przez śniegi, a cała trasa jest tylko „na mapę” (nie jest oznakowana). Strasznie kusiło mnie pójść dalej w kierunku Kazbeku, szczególnie że trasa była płaska jak deska. Ale przestraszyłem się śnieżnej pustyni bez żadnych znaków charakterystycznych i pełnej mgieł. Zresztą wszyscy przy tej „kapliczce” zawracali. Zdjęcie zostało zrobione 29 września 2013 roku o godz. 12 przez pewnego młodego Litwina, który najpierw zdecydował, że idzie dalej, a po 20 minutach mnie dogonił schodząc. Powiedział, że za przełęczą zaczął sypać śnieg, wzmógł się wiatr zasypując ślady.

Na stronie idealbonieide znalazłem to samo zdjęcie, ale przy ładnej pogodzie – o – wtedy to bym poszedł.

Na tym zdjęciu jest jeszcze jedna rzecz charakterystyczna dla – nie obrażając nikogo – mniej cywilizowanych gór. To są psy. Idą wraz z wędrowcami całymi godzinami, czasami napiją się wody (nie miałem z czego mu dać, to pił z dłoni). czasami to dziwnie wyglądało, że szedłem z psem w dół, spotykałem grupkę idącą w górę, to psiak mnie porzucał i odprowadzał tamtych.


Responses

  1. Ciekawa historia.

  2. A nie wpadło Ci do głowy, że nie chodzi się w pojedynkę na takie obce dalekie trasy? A do tego chodzenie w taką pogodę to raczej mało fajne i bezpieczne jest.Psy chyba wiedziały z doświadczenia, że ci co idą do góry mają ze sobą jedzenie, a ci co schodzą- rzadko.
    Miłego;)

  3. Droga Kochana Anabell!
    Chcę Ci trochę szerzej odpowiedzieć. Po górach chodzę od 60 lat (w 2013 to było 53), w tym dawniej nawet 4 x do roku. Z tego 48 lat chodzę samotnie.
    1. Wędrówka samotnie nie jest o wiele bardziej niebezpieczna niż w grupie, bo w końcu idziesz (na zasadzie noga za nogą) tak samo sam, jak i z towarzyszem (ką). Przy wędrówce samotnej najważniejsze jest doświadczenie, umiejętność czytania mapy, obserwowania pogody, umiejętność poruszania się w obcym terenie (orientacja w terenie), stawiania stóp, bezpiecznego przechodzenia przez miejsca ekstremalne, doskonale przygotowanie fizyczne i sprzętowe (tutaj nie mówię o sprzęcie wysokogórskim, ale o kurtkach, swetrach, rękawiczkach, butach itp.).
    2. Umiejętność przewidywania jest najważniejszą rzeczą w górach, umiejętność wycofania się. Czasami trzeba z czegoś zrezygnować, coś ominąć, lub wręcz zawrócić. Najwięcej wypadków jest zawsze, gdy postępujemy wbrew intuicji (o rany, brakuje mi tylko 300 metrów do szczytu, pójdę, będzie dobrze). A także „mierz siłę na zamiary”, nie wolno planować na styk, ja sobie zostawiam w dzikich górach nawet 1/3 czasu w rezerwie.
    3. To nie jest tak, że wszędzie jest głucha pustka. Mówię oczywiście o wyprawach sprzed epidemii, ale wszędzie są ludzie. Mniej, więcej, ale zawsze. W drodze do kapliczki Sabertse Shrine minąłem z 15 grupek, w tym Bułgarów, Słowaków, Żydów z Izraela, Amerykanina, Litwina.
    ————-
    A z tymi psami to masz absolutną rację, nie pomyślałem o tym. I to, że są łagodne, to też pewnie ich psia kalkulacja
    ————–
    Gszczepa!
    Dzięki. Miło mi.

  4. Jako żona wspinacza mam o tym nieco inne zdanie. Poza tym jestem z nieco starszej szkoły turystycznej, pierwsze wycieczki jeszcze w dzieciństwie były z profesjonalnym górskim przewodnikiem, Józefem Wawrytką i takie zasady nam wbito w głowy.Pomijając kwestię bezpieczeństwa to milej jest mieć możliwość podzielenia się po drodze wrażeniami w trakcie postoju.
    Najlepsze są wyprawy „dwójkowe” bo łatwo się dogadać, dostosować rytm marszu (zawsze do tego słabszego). A spod szczytu zdarzyło mi się wycofać gdy miałam do niego już tylko 30 metrów, bo miałam atak pęcherzyka żółciowego, ale TOPRu nie wezwaliśmy, dociągnęłam się do Kasprowego i tylko zjechaliśmy kolejką wepchnięci poza kolejnością.

  5. Wybacz polemikę, ale nie masz racji Anabell. Zasadę „dostosować rytm marszu (zawsze do tego słabszego)” jest dobra przy płaskiej trasie obojętne na jakiej wysokości. Gdy wchodzisz ostro pod górę każdy ma inne tempo marszu, dostosowując się – jeden bardzo się będzie męczył. Nawet na niewielkich w końcu przewyższeniach w drodze na Wielką Raczę widać było inne zasady chodzenia po górach pomiędzy Pawłem i mną. Paweł idzie jednostajnym tempem z rzadkimi odpoczynkami, tymczasem ja idę ostro przez 20 sekund, a później 10 sekund odpoczywam. Miałem kiedyś kumpla od gór, Marcina, i my chodziliśmy po Alpach razem, ale osobno. Każdy chodził sam, a spotykaliśmy się na węzłach.
    „to milej jest mieć możliwość podzielenia się po drodze wrażeniami’, nie ma tak, żebyś kogoś nie spotkała po drodze.

  6. Są różne góry. W wyższych to lepiej „kogoś mieć”. Oczywiście, o ile nie jest się związanym liną (nie przerabiałem), to nie na szczególnie krótkiej smyczy — tu Torlin ma rację z tempem.
    A „lepiej mieć”, bo zawsze coś może się zdarzyć, a wtedy co dwie osoby, to nie jedna.

    @Psy:
    O, ja pamiętam na Gargalau w Ruminii taką suczkę. Jak nam przy zejściu opędzlowała resztę puszki rybnej 🙂

  7. Absolutnie się z Wami (Anabell, PAK) nie zgadzam. W górach nic się nie może zdarzyć, jeżeli jesteś przygotowany/a i przewidujący/a. Dam głupi przykład, natykasz się na gołoborze, jeżeli idziesz przygotowaną ścieżką, wchodzisz bez obaw, przy chodzeniu tak ad hoc po górach nie wchodzisz na gołoborze nigdy. Wasz podstawowy argument: „A „lepiej mieć”, bo zawsze coś może się zdarzyć, a wtedy co dwie osoby, to nie jedna” nie jest żadnym argumentem. Moim zdaniem adekwatny przykład z codziennego życia jest prowadzenie samochodu, tam jest takie samo prawdopodobieństwo, że „zawsze coś może się zdarzyć”. A jednak jeździ się samemu, mimo że „wtedy co dwie osoby, to nie jedna”. Mam pół wieku chodzenia po najróżniejszych górach samotnie (w tym po Alpach bez szlaku) i nigdy mi się nic nie zdarzyło.
    —————-
    Vandermerwe, mam prośbę, napisz mi o RPA, czy są u Was jakieś szlaki trekkingowe, czy są znakowane, jak u Was wygląda amatorska turystyka górska. Czy są schroniska, jak to wygląda? Jestem bardzo ciekaw.
    —————-
    PAK-u!
    Głupie pytanie, czy w Twoim komentarzu „Ruminii” oznacza literówkę i „Rumunię”, czy to jest jakieś miejsce, którego ja nie znam?

  8. Raz w życiu byłem w górach sam. Bardzo niskich zresztą a i tak byłem zestresowany co ja zrobię jak skręcę kostkę.

  9. Jeżeli Gszczepa nie chodzisz po górach, to nie masz przede wszystkim butów trzymających kostkę, tylko poszedłeś w adidasach. A to jest rzeczywiście pierwszy krok do skręcenia kostki.

  10. No nie. To było w czasach kiedy trochę chodziłem po górach (nie bardzo dużo, ale jednak trochę, tak jakieś 20 lat temu) i jak najbardziej miałem porządne buty. Ale nawet wtedy realne ryzyko istnieje i trudno wtedy samemu.
    Znowu, teraz jest inaczej zupełnie, z dużo większym pokryciem przez komórki.
    Inna rzecz, że spotkałem się z opinią ostatnio o tradycyjnym przecenianiu wysokich butow, których to zalety niekoniecznie są realnie udokumentowane.

  11. Nie uważam, by był jakiś „słuszny” sposób chodzenia po górach: samemu, w dwójkę, w większej grupie czy jeszcze jakoś. W takich butach czy innych. Co kto lubi. Istotne jest tylko, żeby turysta zdawał sobie sprawę, że podejmuje pewne ryzyko, umiał je ocenić i świadomie się na nie godził.
    Owszem, „zasady bezpieczeństwa” wbija się w głowę początkującym, którzy właśnie takiej świadomości mogą nie mieć. Obecnie taką zasadą jest, by zawsze mieć przy sobie naładowaną komórkę. Nie mając jej, strasznie się jakoby narażamy. Czyli trzydzieści lat temu chodzenie po górach było takie niebezpieczne?
    Przypomniała mi się rozmowa (z trochę innej beczki) ze znajomym, który strasznie mnie opieprzał, że jeżdżę na rowerze bez kasku, taki jestem lekkomyślny. Był to facet uprawiający sporty ekstremalne, w tym spadochroniarstwo.
    Generalnie, jak już tu chyba kiedyś pisałem, eliminowanie wszelkiego ryzyka przy jednoczesnej maksymalizacji silnych doznań to obsesja naszej współczesnej cywilizacji. Ja tego nie trawię.

    Przy okazji się pochwalę: właśnie przepłynęliśmy z żoną kajakiem calutki szlak Drawy (z wyjątkiem fragmentu przez poligon). Po przeczytaniu opisów trochę się bałem tego spływu: że niby są odcinki o na poły górskim charakterze, niebezpieczne, tylko dla wprawnych itp. A my pływamy z całym sprzętem biwakowym i jeszcze psem, wiosłuję tylko ja.
    Okazało się, że strachy na lachy. Nie było po drodze ani jednego miejsca naprawdę niebezpiecznego. Tyle że dużo roboty z pokonywaniem zawałów drzewnych.

  12. gszczepa: „spotkałem się z opinią ostatnio o tradycyjnym przecenianiu wysokich butów”

    To zależy, jak się chodzi. Jeśli tylko po utartych szlakach, przy dobrej pogodzie i z niewielkim obciążeniem, to można i w sandałach (znam człowieka, który chodził po Beskidach boso i twierdził, że dobrze mu z tym).
    Ja chodzę zwykle z dużym plecakiem i nieraz po bezdrożach, a wtedy solidne buty są konieczne i nawet nie dlatego, żeby uchronić przed skręceniem nogi w kostce – po prostu dużo pewniej się w nich stąpa.

  13. Torlinie, Gargalau (ściślej: Gargǎlǎu) to Góry Rodniańskie, a więc niewątpliwie Rumunia, nie Ruminia.

  14. @Torlin,

    „…czy są u Was jakieś szlaki trekkingowe, czy są znakowane,”

    Istnieja. Musza byc oznakowane, gdyz przy calej rozleglosci kraju przechodzosz przez tereny prywatne. Infrastruktura turystyczna dosyc dobrze rozwinieta, zaczynajac od hoteli, poprzez osrodki wypoczynkowe, B&B ( bed and breakfast) oraz kempingi. B&B sa bardzo popularne i znajdziesz je w nawet mniej zamieszkalych miejscach – czesto na farmach czyli masz dwie rzeczy za jednym strzalem, dach nad glowa z porannym posilkiem oraz bliskosc natury. Poki co, zona i ja, korzystamy, gdy tylko mozna, z namiotu oraz pojazdu, tu zwanego bakkie, zas w bardziej cywilizowanych stronach swiata pick-up. Tutaj pojaz niezwykle popularny, pozwalajacy( w wersji z powiekszona kabina oraz napedem 4×4) dotrzec calej rodzinie do bardziel odludnych i mniej dotepnych miejsc. Jak sie mozna z tego zorientowac, najpierw nalezy przejechac pewien dystans ( srednio +- 100 do 200 km, choc zazwyczaj wiecej) by pozniej delektowac sie natura i chadzac po szlakach. Spoleczenstwo jest dosyc mobilne i ludzie gotowi sa pokonac np. dystans 600km by w sobote i niedziele byc nad oceanem. Tyle w bardzo duzym skrocie.

    Pozdrawiam

  15. @Torlinie:
    Tak, chodzi o Rumunię. Ostatnio robię masę literówek.

    Przygotowanie w górach? Nie rozumiem Twojego optymizmu. Ścieżki, nie tylko w górach, ulegają z czasem stopniowej destrukcji. Na przykład „przygotowane ścieżki” na gołoborzach, z czasem zaczynają być chybotliwe. Na takim kamieniu można stracić równowagę.

    Albo przykłady z życia: Rumunia, idziemy mniej uczęszczana drogą (wciąż szlak znakowany), ścieżka skręca w bok i… zanika. Zapewne robiła jakieś dziwne odbicie, które nie zostało dobrze oznaczone. Mamy GPS turystyczny (tzn. że jesteśmy bardzo dobrze przygotowani), który pokazuje drogę w odległości 50 metrów. Dostaliśmy się, na skróty do niej, ale wymagało to wspinania się na czworakach w górę, po obsuwającej się ziemi.

    Upadki w górach? Pod Dziumbierem też jeden zaliczyłem. Wystarczył mały kamyk, na którym usunął mi się but. Nic mi się nie stało, upadków banalnych zdarza się trochę. Ale raz na ileś banalnych, może się skończyć kontuzją.

    A co, gdy psuje się pogoda? Pamiętam jak zbiegałem z Pilska widząc zbliżającą się burzę. OK, zdążyłem tylko zmoknąć, ale burzy nie było w prognozie, więc nie można mówić o nieprzygotowaniu.

    A co, gdy łapie cię choroba? W tejże Rumunii złapały nas dolegliwości żołądkowe (woda z poidła dla krów, albo opieńki nie dość przypieczone). I nagle jesteś słabiutki, a tu długie kilometry do miejsca, gdzie można znaleźć nocleg.

    Sam miewam problemy z kolanem, które potrafi zastrajkować po banalnym upadku. Kiedyś upadłem na schodach pod pocztą. Zima, lód, wiadomo. Schodków było 3. Efekt: dwa tygodnie w gipsie. Już sobie wyobrażam podobny upadek na zejściu z Rysów.

  16. Gszczepa! Pawle! PAK-u!
    Sprawa butów: dla mnie jest to sprawa bezpieczeństwa moich stóp, powiem szczerze – na Turbacz poszedłbym w adidasach, tymczasem w Gruzji na zobaczenie monastyru założyłem buty górskie. Moja towarzyszka zlekceważyła to i 2 dni leżała w łóżku. Dobre buty za kostkę, prawidłowo zawiązane, trzymają nogę przy raptownym jej skręcie – korzeń, ruchomy kamień. Jest jeszcze jedna kwestia, w takich butach nie czuje się kamyków, przy dłuższej wyprawie w adidasach zaczynasz mieć bolące stopy.
    Gołoborza – możemy je podzielić na 3 grupy: trasa znakowana, trasa nieoznakowana, ale chodzona, widać to po ścieżce, i chodzenie kompletnie bez szlaku. Przy pierwszej zachowuję zwykłą ostrożność, przy drugiej moja ostrożność wzrasta, przy trzeciej grupie w ogóle na nie nie wchodzę (bo może ruszyć). Robiłem sobie zazwyczaj w Alpach pojedyncze dni wolne, na zasadzie odpoczynku od plecaka transportowego, i chodzę wtedy po okolicy na zasadzie: „ale ładna dolina i na końcu szczyt, to sobie na niego pójdę”. Nawet jest możliwe, że nikogo tam nigdy nie było.
    Upadki, pogoda, choroba. Tak, to są problemy, też mógłbym opowiadać. Ale czyż nie to samo jest np. w centrum Madrytu! Niech Cię złapie ……. (problemy żołądkowe) w centrum miasta – i jesteś ugotowany, tak samo jak w górach. Jako aneks to części „butowej” można powiedzieć, że jak nogi są bardzo zmęczone, wtedy najłatwiej jest skręcić nogę i właśnie dobre buty pokazują swoją klasę. Ale nie ma właściwie remedium na wszystko.
    Muszę jedną rzec powiedzieć, w ciężkim terenie zwracam uwagę na każdy krok, jest on przemyślany. Robię to wprawdzie już odruchowo, ale w górach nie chodzę byle jak. Muszę to chyba robić z sensem, jak tyle lat chodzę i nie mam jakichś strasznych kontuzji.

  17. Vandermerwe!
    Dzięki za komentarz i za aneks. Ale będę Cię męczył, bo jestem ciekawy. Widzę, że po górach „się chodzi”. W porządku. Ale czy są to zawsze wyprawy jednodniowe, czy też można sobie zrobić jakąś wyprawę górską kilkudniową? Czyli inaczej mówiąc, czy są w RPA schroniska górskie, albo coś w tym rodzaju? I jeszcze jedno pytanie, czy w górach RPA są niebezpieczne zwierzęta? Bo np. Alpy są całkowicie ich pozbawione. pzdr

  18. @ Torlin,

    ad 1. Mozesz sobie zaplanowac wyprawe wielodniowa. Gory Smocze ( Drakensberg) stoja otworem.

    ad 2. Na jednym ze zdjec w moim zalaczniku jest schronisko Sani Pass Chalet, gdzie znajdziesz lokum oraz wyzywienie i plyn do popicia. Jak wspomnialem, niekoniecznie znajdziesz wszedzie cos takiego ale jesli sa sadyby ludzkie to B&B, jak nie pozostaje namiot. Jedno nalezy brac pod uwage, tutaj sa regiony z niskim stopniem zaludnienia a i odleglosci calkiem spore. Miedzy planowanym A i B mozesz nie zobaczyc zywej duszy.

    ad 3. Najbardziej niebezpieczny jest czlowiek, pozniej lampart, pozniej pawiany a pozniej wszystko co dzikie – kazde dzikie zwierze moze w okreslonej sytuacji byc niebezpieczne.

    Pozdrawiam

  19. Dzięki Vandermerwe!. Ale boję się, że Góry Smocze pozostaną na fotografiach. Ale wpisując Drakensberg albo Drakensberge do grafiki guglowskiej można sporo zobaczyć.

  20. Teraz, w związku z powiększającym się zasięgiem sieci komórkowych, różnica się zaciera trochę. Ale nadal, skręcenie kostki w Madrycie, to wyciągasz komórkę, wyklikujesz taxi/itp. Koniec problemu. Skręcenie kostki w górach, samotnie, gdzie nie masz zasiegu.
    No, to jest naprawdę konkretny problem.

  21. Drogi Gszczepo, ja pisałem o problemach żołądkowych w Madrycie. Tam nie ma publicznych szaletów, a restauratorzy nie chcą wpuszczać do siebie ludzi z ulicy (toalety tylko dla klientów). Sami Madrytczycy wiedzą, gdzie są dostępne (np. na IV piętrze domu towarowego), ale co tam się dzieje… Mężczyźni to jeszcze siusiają w parku (w Berlinie też mi się zdarzało, i w Hamburgu), ale co zrobić, gdy są inne potrzeby?

  22. Nadal, to nie jest problem. Wchodzisz do knajpy, zamawiasz piwo/kawę/ciastko/sałatkę i korzystasz. Parę euro i jesteś w domu, czyli na sedesie;-).
    A co zrobisz sam, z niesprawną nogą, w górach bez zasięgu?
    Pozostaje tylko kuśtykanie z jakąś prowizoryczną podporą, ale kuśtykaj więcej niż kilkaset metrów po górach. Ciężko. Albo czekanie aż ktoś w końcu będzie przechodził.
    Nota bene, przypomniałem sobie drugi przypadek kiedy byłem sam w górach. Też bardzo niskich. Trochę zamarudziłem, zrobiło się ciemno, nie byłem w stanie dotrzeć do schroniska. Na szczęście miałem śpiwór, zapakowałem się do środka i w sumie komfortowo wyspałem. Niestety, rano zgubiłem okulary. dramat. Nie byłem w stanie ich znaleźć bez pomocy. Musiałem iść do schroniska i wrócić z asystą.

  23. @Torlin,

    Nie nie jestem specjalista od chodzenia w gorach i rozumiem, ze tutaj moga byc inne realia. Niemniej bylem swiadkiem roznych szkolen gdzie mowiono o grupie skladajacej sie z trzech osob i.e. ranny, osoba do opieki i osoba szukajaca pomocy. Chyba cos w tym jest.

    Pozdrawiam

  24. Naprawdę Vandermerwe, chodzenie po górach samotnie nie jest ani o gram bardziej przerażające niż jazda samochodem w nocy szosą w lesie.
    ——————–
    Mam do Was pytanie, czy nie przeszkadzałaby Wam kolejna notka w stylu misz-masz? Mam szereg rzeczy do opublikowania (omówienia), ale każda (żadna) z nich nie jest godna osobnej notki.

  25. @ Torlin,

    Nie twierdze, ze jest niebezpieczne/przerazajace lub tez nie. Powtarzam jedynie to, co slyszalem od ludzi znajacych sie na rzeczy. Sens tego polega na uznaniu faktu, ze nieszczesliwe wypadki sie zdarzaja i nalezy na to byc przygotowanym.

    Co do drugiej kwestii, jestes Gospodarzem.

    Pozdrawiam

  26. Chodząc od ponad czterdziestu lat po górach, nieraz samotnie, często z ciężkim plecakiem, nigdy nie doznałem poważnej kontuzji. Poważnej, to znaczy takiej, która uniemożliwiałaby lub skrajnie utrudniała poruszanie się. Wśród moich znajomych przewodników, chodzących równie intensywnie, takie przypadki zdarzały się, ale niezwykle rzadko. Myślę, że jest to mocny argument na rzecz tezy, iż ryzyko związane z turystyką górską jest znikome.
    Nieszczęśliwe wypadki, o których dowiadujemy się z mediów, najczęściej mają za przyczynę lekkomyślność i nieznajomość gór.

  27. Problem nie w tym że to jest prawdopodobne, problem w tym że potencjalne konsekwencje są poważne.

    @Torlin,
    każda notka to dobra notka!

  28. gszczepa: „Problem nie w tym że to jest prawdopodobne, problem w tym że potencjalne konsekwencje są poważne.”

    A ja twierdzę, że chodzi właśnie o prawdopodobieństwo. Potencjalne konsekwencje wypadku samochodowego są jeszcze poważniejsze, a mimo to nie powstrzymujemy się od jazdy. Ponieważ słusznie oceniamy szanse, że właśnie nam i właśnie tego dnia wypadek się zdarzy, jako znikome.

  29. @Pawel Lubonski,

    Niemniej zapinamy pasy bezpieczenstwa.

    Pozdrawiam

  30. @vandermerwe,
    Lepiej bym tego nie ujął!


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Kategorie

%d blogerów lubi to: