Napisane przez: torlin | 03/11/2018

Eseik „zemstowy”dla Trzech Muszkieterów

Nie mogłem tego tak zostawić. A ponieważ komentarze w porównaniu z wpisami mają tak surowy charakter, postanowiłem więc dać całą nową notkę. Raptem zdałem sobie sprawę, że poruszamy niezmiernie ważny temat, obojętne, jak to nazwiemy: zemsty, odpowiedzialności za własne czyny, sprawiedliwością czy odwetem. Nasze poglądy inteligenckie nijak się mają do przekonań ponad połowy naszego społeczeństwa, że należy wprowadzić karę śmierci, wsadzać chuliganów w dyby i prać po tyłkach pałką, odpowiadać drugiemu zgodnie z Kodeksem Hammurabiego, leczyć pedałów i że Matka Boska była Polką. Ta druga połowa naszego społeczeństwa pragnie zemsty jak kania dżdżu.

Rozważamy cały czas zemstę za dużą, niszczącą przeciwnika, upokarzającą go, niewspółmierną do win, powodującą pragnienie kontrzemsty jeszcze większej. Tymczasem tematem naszych rozważań będzie teraz … za mała zemsta, lub właściwie w ogóle niewystępująca. Zaryzykuję twierdzenie, że za mała zemsta jest tak samo niszcząca społeczeństwo jak za duża. My – inteligencja – mamy cały czas przed oczami umiar, rozsądek, zrozumienie drugiej strony, sprawiedliwość, niedziałanie pod wpływem emocji. Tymczasem po okresie klęsk i upokorzeń lud pragnie zemsty, i nasze drogi w społeczeństwie się rozjeżdżają. Przykładów mamy i w Polsce, i na całym świecie dziesiątki, kiedy to ludzie pod wpływem chwili robią wielokrotnie jakieś głupstwo, a ludzie rozsądni im tłumaczą, że to jest bez sensu, i stawiają się automatycznie po drugiej stronie barykady. Mamy Powstanie Kościuszkowskie z poszukiwaniem zdrajców, Powstanie Listopadowe z wieszaniem i dręczeniem generałów Jankowskiego, Hurtiga, Bukowskiego, Sałackiego, zabójstwo pani Bazanow.

W ten nurt należy włączyć również rozbiórkę cerkwi – Soboru św. Aleksandra Newskiego w Warszawie, i na tym i następnym przykładzie widać, jak ludziom potrzebna jest zemsta nawet w warstwie symbolicznej, i jak nasze racjonalne podejście mija się z opinią większości. Od 1918 roku lud Warszawy żądał rozbiórki cerkwi (zostawmy na boku jej postępującą dewastację), tymczasem wielu ludzi kultury broniło świątyni, uważając je za dzieło sztuki, jak Antoni Słonimski czy Stefan Żeromski. W dalszym ciągu uważam, że układ polityczny w Europie i na świecie, który umożliwił nam uzyskanie niepodległości, uniemożliwił z kolei zemstę na poszczególnych jednostkach wysługujących się zaborcom. Ale ludzie musieli w jakiś sposób odreagować, to zemścili się na cerkwi.

Przenieśmy się 65 lat później na Plac Bankowy, lud Warszawy (m.in. Torlin) z fascynacją i zadowoleniem ogląda niszczenie Pomnika Dzierżyńskiego, a jego charakterystyczne rozpadnięcie wszyscy bez wyjątku uznali za niesłychanie symboliczne. Ale powiedzmy sobie szczerze, dla ludzi to było za mało, poczucie zemsty się nie wypaliło. Wiem, że to był okres, w którym mogło dojść do wojny domowej, ale po kilku latach można było chociaż dać na pożarcie chociażby dyrektorów i zastępców Służby Bezpieczeństwa, tamtejszych dyrektorów departamentów, naczelników wydziałów oraz inspektorów. A tego nie zrobiono. Mam trochę kontaktów z PiS-owcami, i jest to jedna z podstawowych kwestii przez nich poruszanych (pomińmy w tym momencie ich żal, że nieodpowiednia grupa ludzi odzyskała niepodległość).

Zemsta może mieć jeszcze jedno, czarne oblicze, pomsta za niezawinione czyny, szkalowanie przez ludzi niemogących się pogodzić z jakąś sytuacją. Najlepszym przykładem, który przychodzi mi do do głowy, to jest przeżycie Oświęcimia. Nie wiem, czy wiele osób pamięta „dyskusję” pełną inwektyw pomiędzy Tadeuszem Borowskim a Zofią Kossak-Szczucką, w której Borowski rzekł zdanie haniebne: „każdy, kto przeżył obóz koncentracyjny, jest współwinny śmierci tych, którzy go nie przeżyli”. Mścił się na kobiecie, która była w Oświęcimiu, a ponieważ była na kwarantannie i była otoczona opieką i szacunkiem przez współwięźniarki, było jej łatwiej niż Borowskiemu. I historia zatoczyło krąg jak Uroboros, po latach zaatakowano Bartoszewskiego, że jako kolaboranta zwolniono go z Oświęcimia, a tymczasem ten od razu po powrocie do Warszawy angażuje się w działalność konspiracyjną we Froncie Odrodzenia Polski, kierowanym przez …  Zofię Kossak-Szczucką. Zemsta na współwięźniu, któremu było trochę lepiej? Dziwnymi drogami kursuje umysł ludzki.

PAK pisze: „od kilku lat Polska zachowuje się jak państwo po klęsce, tak jakby zimna wojna zakończyła się osobistą przegraną Polaków”, bo my tak rozumujemy. Tymczasem dla wielu ludzi z tamtego obozu zabrakło wyraźnej cezury, rozgraniczenia. 5 czerwca nie spełnił tych warunków (powtarzam – spełnił, ale dla nas). To jest dokładnie to samo, jak my inaczej rozumiemy słowa „państwo w ruinie” niż tamta strona. My pokazujemy państwo rosnące w siłę, dla tamtych nasze państwo było w ruinie, bez sprawnej administracji, lecznictwa, sądownictwa, państwo kolesiów, korupcji, cwaniaków, przestępców u władzy (pisze o tym Czapliński). Świetnie pisze o tym Newsweek, warto przeczytać.

A państw z takimi problemami jest mnóstwo: Hiszpania, Argentyna, Kambodża, RPA,, Zimbabwe, Chile, Angola czy Wietnam. Brak zemsty może oddziaływać nawet po latach.

Uff…

Napisane przez: torlin | 01/11/2018

W zemście też należy zachować umiar

Mamy listopad, i cyrk ze stuleciem odzyskania niepodległości. Podejrzewam, że gdyby na miejscu Piłsudskiego, Dmowskiego, Paderewskiego, Daszyńskiego i Moraczewskiego byli dzisiejsi politycy, bylibyśmy dalej pod zaborami, a nawet gdybyśmy byli niepodlegli, to nie mielibyśmy kadr, bo wszystkich wyciąłby w pień IPN, gdyż każdy człowiek przed 1918 rokiem pracował dla zaborcy.

Ale listopad to jest również zakończenie I Wojny Światowej, i to dlatego (nie tylko ze względu na PiS) większość przywódców udaje się nie do Polski, ale na te właśnie uroczystości. Mnie osobiście postępowanie Ententy w tym czasie się nie podoba.

Bo z jednej strony prawdą jest, że Niemcy w 1918 roku przeprowadzili szereg ataków na pozycje francuskie, amerykańskie i brytyjskie, i walki toczyły się we Francji, a nie na terytorium Niemiec. Ale sierpniowa klęska Armii Niemieckiej pod Amiens („Czarny Dzień Armii Niemieckiej”), zawalenie się frontu w Mezopotamii i Palestynie, oraz austriackiego we Włoszech, wrześniowa kapitulacja Bułgarii spowodowała, że Niemcy jak najszybciej chciały uzyskać rozejm. Zwrócili się z tym do Wilsona z prośbą o pośrednictwo, podkreślając wyraźnie, że chcą wprowadzenia w życie 14 punktów Pana Prezydenta, a więc godzą się z utratą Alzacji i Lotaryngii zagarniętych w wyniku wojny francusko-pruskiej prowadzonej w latach 1870-71 (punkt 8).

Ale w punktach wilsonowskich nie było mowy o odpowiedzialności Rzeszy za wybuch wojny, o  karaniu jej za to gigantycznymi reperacjami wojennymi czy też o okupacji jej terytorium. To Francuzi i Brytyjczycy przyjęli tak radykalne i twarde stanowisko. Tymczasem nadchodzi początek listopada, flota niemiecka zawija do Kilonii, gdyż Admiralicja postanawia jeszcze raz zaatakować Royal Navy. Marynarze słysząc o tym poronionym pomyśle wysyłania ich na śmierć tuż przed zakończeniem wojny, o zaaresztowaniu 1 tys. żołnierzy i zabiciu siedmiu z nich przez oficera – wychodzą na ulice (patrz zdjęcie u góry). Już 5 listopada rząd stracił kontrolę nad Lubeką, a 6.IX. nad Bremą i Hamburgiem.

I teraz, znowu po przydługim wstępie, piszę, o co mi chodzi. Niemcy proszą o rozejm i warunki kapitulacji, tuż po wejściu do salonki Foch pyta:
– Czego panowie ode mnie oczekujecie?
– Czekamy na propozycje dotyczące podpisania rozejmu – odparł Erzberger.
– Nie mam dla panów żadnych propozycji.

A następnie zażądał 5 tys. armat, 30 tys. karabinów maszynowych, 2 tys. samolotów, 5 tys. lokomotyw, 150 tys. wagonów, 10 tys. ciężarówek, a takich ilości Niemcy nie mieli. Foch zachowywał się tak demonstracyjnie wobec nieprzyjaciół, że zostało to przez nich zapamiętane. Jego poglądy zaogniły całą sytuację: „Odtąd Ren powinien być zachodnią militarną granicą krajów niemieckich. Odtąd Niemcy powinny być pozbawione wszelkiej suwerenności terytorialnej na lewym brzegu rzeki, czyli wszystkich obiektów do szybkiego inwazji, jak w 1914 r.”, jak również Nadrenia Północna powinna być na stale okupowane przez Ententę. Foch uważał traktat wersalski za kapitulację, zdradę, ponieważ wierzył, że tylko stała okupacja Nadrenii zapewni Francji wystarczającą ochronę przed odradzaniem się niemieckiej agresji. Podczas podpisywania traktatu Foch powiedział: „To nie jest pokój, to zawieszenie broni na 20 lat”.

Upokorzenie Niemiec miało oczywiście konsekwencje 20 lat później, Niemcy nie tylko odnaleźli ten wagon, ale… Po odczytaniu preambuły zawieszenia broni z listopada 1918 r. Foch opuścił wagon, w geście, który był postrzegany jako upokarzający przez pokonanych Niemców. W 1940 roku, po klęsce Francji przez Niemcy na początku II wojny światowej, kiedy Francja podpisała zawieszenie broni z Niemcami, Adolf Hitler, w wyrachowanym geście pogardy dla francuskich delegatów – opuścił wagon, tak jak zrobił to Foch w 1918 roku.

U Niemców Wersal stworzył faszyzm. Upokorzeni zaczęli się mścić najpierw na własnych obywatelach, po nieudanym puczu Kappa jego członkowie założyli Organizację Consul. Najbardziej spektakularną formą działań tej Organizacji były zamachy na osoby uznawane za szkodliwe z punktu widzenia interesów Niemiec. W ramach O.C. działał tajny sąd o nazwie Feme (nawiązujący do średniowiecznych sądów kapturowych, zwanych Femgericht) wydawający wyroki śmierci, wykonywane następnie przez grupy egzekutorów.  W sierpniu 1921 dwaj członkowie organizacji zamordowali Matthiasa Erzbergera, który przewodniczył delegacji niemieckiej, podpisującej rozejm z państwami Ententy. Ale wprowadzenie w 1920 roku Traktatu Wersalskiego spowodowało wielotysięczne demonstracje w całych Niemczech.

Zastanawiam się, czym się kierował Foch. Samą zemstą? Czy jedynie pokazywał siłę słabszym, bo na temat jego dowodzenia wielu specjalistów ma solidne wątpliwości. Rozumiem ukarać państwo, cesarza, władze, nawet urzędy, ale doprowadzać do tego, że Niemcy w Hamburgu w 1923 roku jedli szczury z głodu?

Jest kilka konsekwencji zemsty, których ludzie nie przyjmują do wiadomości.

  • zemsta nie daje ukojenia,
  • zemsta powoduje kontrzemstę, i rośnie w siłę pętla nienawiści,
  • zemsta, szczególnie po latach, dotyka osoby niewinne (patrz Hrabia Monte Christo),
  • nigdy nie przesadź w zemście.

Co dedykuję partii, która ewentualnie przejęłaby władze w Polsce po PiS-ie.

 

Kiedyś, bardzo dawno temu, bo w 2009 roku, napisałem notkę o malutkim słowie „applicare”, dzięki któremu genialny Jagiełło obiecał – ano właśnie, co obiecał? – można było to zrozumieć na najrozmaitsze sposoby.

Jest koniec XIX wieku, Etiopia walczy o całość państwa na wszystkich frontach, i jednocześnie z silnymi ruchami odśrodkowymi. W dn. 10 marca 1889 w bitwie pod Al-Kallabat z mahdystami ginie cesarz Jan IV, a władzę obejmuje Menelik II. Nowy władca na zewnątrz miał same kłopoty, toczył wojny na dwóch frontach, z północy atakowali go Włosi, a od zachodu z furią nacierali sudańscy derwisze. Ponieważ w 1885 Włosi za zgodą Anglików zajęli Massawę, ważny port nad Morzem Czerwonym, i stworzyli nową swoją kolonię Erytreę, a następnie ruszyli na Etiopię, Menelik II postanowił właśnie z nimi zawrzeć pokój (Anglikom walczącym z Mahdim było to na rękę).

W dn. 2 maja 1889 roku podpisano traktat włosko-etiopski w Uccialli (znanym również pod nazwą Traktatu z Wuchale), w którym obydwie strony zobowiązują się ustanowić granicę etiopsko-erytrejską. Proklamowano wieczysty pokój i przyjaźń pomiędzy oboma krajami, wymieniono przedstawicielstwa dyplomatyczne. Włochy obiecały pomoc finansową i dostawy wojskowe (Menelik otrzymał 4 mln lirów na zakup uzbrojenia we Włoszech), a także prowadzić sprawy zagraniczne.

Stop.

Po tym przydługim wstępie zaczyna się część mojej notki o sprawie, która mnie najbardziej zafascynowała. Otóż w wersji etiopskiej paragraf 17 Traktatu brzmiał, że Włosi mogą reprezentować Etiopię na arenie międzynarodowej, tymczasem we włoskiej, że Etiopia zgadza się na reprezentowanie. Entuzjaści języków szczególnie lubią właśnie historię traktatu z Uccialli, tekst nie był jednakowy w języku amharskim i włoskim. Ten pierwszy gwarantował królowi Etiopii Menelikowi II obszerną autonomię w prowadzeniu spraw zagranicznych, a ten ostatni ustanowił Etiopię włoskim protektoratem bez żadnej elastyczności. Sprawca: jeden czasownik, tworząc klauzulę permisywną w języku amharskim i obowiązkową we włoskim. Nieznana Menelikowi włoska wersja dała Włochom więcej mocy niż obaj zgodzili się.

Tymczasem w dn. 3 grudnia 1889 roku w kościele w Yntoto Menelik II koronuje się na cesarza Etiopii, a następnie przeprowadza modernizację kraju, zakazuje handlu niewolnikami, ogranicza rolę poszczególnych rodów i plemion, zaczyna budować drogi, linie kolejowe, pierwsze fabryki, telegraf, armię. Włosi wierzyli, że „oszukiwali” cesarza Etiopii, ku ich zaskoczeniu, po zapoznaniu się z tą zmianą, cesarz Menelik II odrzucił traktat. Włosi usiłowali go przekupić dwoma milionami sztuk amunicji, ale on odmówił. Następnie Włosi zwrócili się do książąt etiopskich, próbując wywołać wojnę domową, jednak oni, rozumiejąc, że chodzi o niepodległość Etiopii, odmówili bycia marionetkami dla Włochów. Sami Włosi mieli też kłopoty, gdyż zanim rozpoczęli inwazję, Erytrejczycy zbuntowali się, próbując wypchnąć ich z Erytrei i zapobiec inwazji na Etiopię. W związku z tym Włosi postanowili jak najszybciej zaatakowali Etiopię armią dowodzoną przez generała Baratieriego, ale Menelik miał dość. W dn. 1 marca 1896 roku rozbił wojska włoskie pod Aduą w proch i w pył. A następnie zaproponował Włochom podpisanie tego samego Traktatu w wersji amharskiej, i ci musieli go podpisać. Upokorzenie.

Konsekwencje tej porażki będą źródłem frustracji Włochów przez następne dziesięciolecia, nawet można zaryzykować stwierdzenie, że Adua była jedną z podstaw pojawienia się faszyzmu. A wszystko to spowodowało jedno słowo. Fascynujące.

Napisane przez: torlin | 26/10/2018

Jestem spoza układu. Pluton

Są takie historie w świecie, które się ciągną latami jak telenowele brazylijskie czy wenezuelskie. Ze zmiennością akcji, zawiścią, zdradami, pomówieniami, plotkami, fake newsami, fałszywi badaniami, nowymi koncepcjami czy nienawiścią polityczną. Do takich należy w nauce problem – czym jest Pluton, a dokładniej mówiąc, czy jest planetą, czy nie.

To, że został odkryty przez Amerykanina, i że jest to jedyna planeta odkryta przez reprezentanta tego narodu, to wszyscy wiedzą. To, że Pluton został zdegradowany do planet karłowatych, każdemu się to też zapewne obiło o uszy. Ale teraz, to co się dzieje, przewyższa atmosferę w polskim Sejmie. Najpierw ruszyli do ataku rozjuszeni Amerykanie, jak to oni od razu w wielkiej skali i bez pomówień. W dn. 19 stycznia 2006 roku amerykańska agencja NASA wysłała sondę kosmiczną New Horizons, której celem było zbadanie Plutona i jego księżyca Charona, za sumę – bagatelka – 720 mln dolarów. Amerykański astronom Alan Stern, będący głównym naukowcem misji New Horizons doprowadził do tego, że misja na swojej stronie internetowej i w swoich oficjalnych dokumentach wszędzie określała Plutona jako „dziewiątą planetę”.

Misja była spełnieniem marzeń wielu astronomów, i trzeba przyznać przełamywała bariery, o których można było tylko marzyć. Sonda już na początku została rozpędzona do szybkości 60 tys. km/h, a przy przelocie koło Jowisza przy pomocy procy grawitacyjnej jej prędkość podwyższono do 83 000 km/h. Dzięki temu do Plutona doleciała zaledwie w 9,5 roku, pokonując – że powtórzę – bagatelka – 5 miliardów kilometrów. Światło i fale radiowe lecą z Plutona 4,5 godziny, a prędkość transmisji wynosi 1,5 kilobita na sekundę czyli przesłanie jednego zdjęcia trwa około 40 minut. Dlatego sonda przechowuje zdjęcia w swojej pamięci, i będzie je stopniowo wysyłać. Dostaliśmy tak przepiękne fotografie, i tyle nowych danych, że głowa mała.

Ale wróćmy do naszych baranów. Amerykanie nie tylko postanowili czynem udowodnić, że Pluton jest planetą, ależ rozpatrywali sprawę również w dwóch innych kontekstach. Pierwszym, podstawowym, to jest oficjalne kryterium planety, jakie ciało możemy nazwać tą nazwą. Tutaj sprzeczności jest bez liku, co pojawi się nowa koncepcja, to raptem okazuje się, że któraś ze „starych” planet nie załapuje się na nową definicję, i zabawa zaczyna się od nowa. Konsternację wzbudziła jedna z teorii poruszana na Kongresie Międzynarodowej Unii Astronomicznej, bo okazało się, że gdybyśmy wprowadzili taki zapis, to Ziemia nie spełnia tych wymogów, w efekcie zostałaby zabrana jej możliwość nazywania się planetą. Wiemy wszyscy, że jest to rzecz umowna, i jak nazwiemy, tak będzie.

Drugi kontekst to jest czysto polityczny. Amerykanie twierdzą, że na Kongresie Międzynarodowej Unii Astronomicznej w Pradze w dn. 24 sierpnia 2006 roku, kiedy to odejmowano Plutonowi zaszczytne miano planety, pozostała 1/5 delegatów, i to głównie z krajów nastawionych antyamerykańsko. Powiem szczerze, że zafascynowany czytam te kłótnie, co tylko któryś z naukowców powie: „planeta musi mieć to i to”, to drugi natychmiast dodaje, że ten warunek np, spełnia Eris, i ją też należy nazwać planetą. Bawią się chłopcy znakomicie, a ja razem z nimi. Cudowny kabaret naukowy.

 

 

Napisane przez: torlin | 23/10/2018

Babska i chłopska literatura

Dorwałem się do książki Kasi Nosowskiej „A ja żem jej powiedziała….” i powiem szczerze, że przeczytałem jednym tchem. I byłem nią zachwycony. Wspaniale napisana, cudownym językiem, nowoczesnym, i wokalistka Hey porusza tak delikatnie tematy, na których przejechało się mnóstwo pisarzy. Powiedziałem do córy: „I zobacz, zachwycony jestem babską literaturą”.  A na to Ania: „a jaka to jest chłopska literatura?” I szczerze mówiąc zgłupiałem.

Bo o babskiej literaturze jest raczej łatwo powiedzieć, widzę, co pożyczają kobiety w bibliotekach, harlekiny, książki obyczajowe, co nie oznacza, że nie czytają całej literatury pozostałej. Ale co powiedzieć o mężczyznach? Czym się różni tematyka ich książek od książek czytanych przez kobiety? Jeżeli pojedziemy stereotypami, to przeciętny chłop pije piwo, rozmawia o samochodach, ogląda mecz, a rękami próbuje zrobić wstęp do seksu z jakąś panią. Tylko, jaki to ma związek z literaturą? O samochodach jeżeli czytają, to katalogi, które nie są książkami, o meczach nie czytają, chyba że w komórce wyniki, o piwie to już absolutnie nic a nic, pozostają kobiety. Kryminały, książki sesyjne, SF, dobre książki obyczajowe. Ale to wszystko czytają również kobiety.

To jak to? Jest babska literatura, a chłopskiej nie ma? Nie ma czysto naszej literatury. A może nią jest tego typu książka, którą jutro-pojutrze mam zacząć czytać: generał sir Richard Shirreff „2017 – Wojna z Rosją„.

Napisane przez: torlin | 19/10/2018

Ips typographus ante portas

Kornik drukarz robi „porządek”, to co się dzieje, to jest coś przerażającego. Rozumiem teraz zwolenników Puszczy „Białowieszczańskiej”. To jest zdjęcie z mojej działki, wszystkie te świerki są suche od czubka po korzenie. Pozostało jeszcze koło 20 dużych świerków, ale wszystkie już mają fragmenty suche, tak że i te pójdą po topór. I pomyśleć, że działka była pełna drzew. Na sąsiedniej działce pod piłę poszedł modrzew, któremu brakowało 5 cm, aby – jakby był zdrowy – zostać pomnikiem przyrody.

Niestety, kornik drukarz jest czyścicielem przyrody, atakuje drzewa słabe, nieodpowiednie dla tego terenu. Dąbrówka, jak sama nazwa wskazuje, jest ziemią dębów, rosną wspaniale, świetnie też czują się tu buki (Las Kabacki ma całe aleje bukowe), ale nowoPolacy nie lubią tych drzew, bo są liściaste i trzeba grabić liście, i nie wygląda ogród tak przepięknie. Mamy w tym momencie u siebie 5 dębów, ale najwyższy ma dopiero ok. 2,5 metra wysokości.

Trochę dziwnie się czuję, mieszkałem na działce w centrum przyrody, a teraz będę na gołym placu.

A w Księdze Rodzaju (6.4) stoi napisane: „A w owych czasach byli na ziemi giganci”. Fundamentaliści, wierzący w każde słowo Biblii, i dyskusje z nimi na spotkaniach Metodystów tak zdenerwowały George’a Hulla, właściciela sklepu tytoniowego w Nowym Jorku, że postanowił zakpić z jednego z adwersarzy. Zatrudnił ludzi do wydobycia 10-metrowego bloku gipsu w Fort Dodge w stanie Iowa, oszukując, że jest przeznaczony na pomnik Abrahama Lincolna w Nowym Jorku. Wysłał ten blok do Chicago, gdzie niemiecki kamieniarz Edward Burghardt wyrzeźbił kolosa na podobieństwo człowieka. Włożył również sporo wysiłku, aby olbrzym wyglądał na stary i zwietrzały, nawet powierzchnia olbrzyma została pobita stalowymi drutami tkwiącymi w desce w celu zasymulowania porów. W listopadzie 1868 roku Hull przetransportował olbrzyma koleją do gospodarstwa jego kuzyna, Williama Newella. Do tego czasu wydał 2 600 USD na oszustwo (prawie równowartość 48 000 USD w 2017 r.,).

W dn. 16 października 1869 roku czyli dokładnie 149 lat temu, gigant został „znaleziony” podczas kopania studni. Newell ustawił namiot nad olbrzymem i naliczał 25 centów od ludzi, którzy chcieli go zobaczyć, a dwa dni później podniósł cenę do 50 centów. Widzowie ustawiali się w kolejce. Tymczasem ludzie zdrowo myślący mieli ubaw po pachy, archeolodzy od razu powiedzieli, że to fałszywka, geolodzy stwierdzili, że tylko głupiec w tym miejscu kopałby studnię, a niektórzy teolodzy i kaznodzieje bronili jednak jego autentyczności.

Ostatecznie Hull sprzedał swój udział w wysokości 23 000 USD (równowartość 445 000 USD w 2017 r.) spółce pięciu mężczyzn kierowanych przez Davida Hannuma. Ci przenieśli go na wystawę w Syracuse w Nowym Jorku, a gigant przyciągnął takie tłumy, że showman P. T. Barnum zaoferował Hannumowi 50 000 $ za jego odsprzedanie. Ponieważ ten odmówił, wynajął mężczyznę, by stworzył replikę gipsową, a następnie pokazał swojego olbrzyma w Nowym Jorku, twierdząc, że to ten jest prawdziwym olbrzymem, a gigant z Cardiff oszustem. Fałszywa kopia Barnuma przyciągnęły większy tłum niż oryginalny falsyfikat, gdy obaj wystawiali swoje olbrzymy zaledwie kilka przecznic od siebie w Nowym Jorku.

Hannum pozwał Barnuma do sądu za to, że ten nazwał jego giganta fałszywym, ale wszystko zmieniło się w dn. 10 grudnia 1869 r., gdy Hull wyznał wszystko prasie, a 2 lutego 1870 r. sąd miał nieprawdopodobną radochę orzekając, że Barnum nie może zostać pozwany o uznanie fałszywego giganta za fałszywego.

Ale niestety musimy przy tym wesołym temacie postawić kilka pytań, czy przeciętny człowiek ma prawo spojrzeć na dowody i decydować, co jest prawdą? Jaki jest autorytet nauki? Czy Biblię należy rozumieć dosłownie? Humbugi były formą rozrywki w II połowie XIX wieku – aby „spektakularnie przedstawić zasadę niepewności wiedzy”, czyżby dziś była to forma polityki? I ile oni wszyscy na tym gigancie zarobili? Wszyscy dorobili się fortun. Najciekawsze jest to, że jest on w dalszym ciągu wystawiany współcześnie na Wystawie Rolniczej w Cooperstown, NY. Zanim zacznę krytykować oglądających przypomnę sobie, że sam jeździłem do Werony zobaczyć m.in. dom Julii i dom Romea. A tak nawiasem mówiąc, do dzisiaj są wątpliwości, czy na Wystawie Rolniczej jest Gigant  Hannuma czy Barnuma? Ciekawe 😉

Napisane przez: torlin | 13/10/2018

Futuryści, mieliście odrobinę racji

Ulica wchodzi do domu” Umberto Boccioniego, przedstawia wprawdzie Mediolan, a nie Wenecję, ale nikt nie jest doskonały. Ciągle powtarzam sobie powiedzenie Hoko, że „Torlin, nie można wszystkiego uwielbiać”, ale ja kocham futurystów.
8 lipca 1910 roku z wieży zegarowej w Wenecji pofrunęło 800 tysięcy ulotek manifestu futurystycznego (zapewne podana ilość jest bardzo daleka od rzeczywistości), zrzucił je Marinetti, twórca i przywódca ruchu futurystycznego. Jak był niewygodny dla władz miasta ten manifest świadczy fakt, że tamtejsze gazety nie zamieściły o tym wydarzeniu najmniejszej nawet wzmianki.

„Odrzucamy starą Wenecję, wycieńczoną i osłabioną przez trwające przez stulecia lubieżności, chociaż my też kiedyś kochaliśmy ją i ubóstwialiśmy w naszych tęsknych marzeniach. Odrzucamy tę Wenecję turystów, ten rynek fałszywych antyków, ten magnes snobizmu i głupoty z całego świata, to łóżko, w którym leżały karawany kochanków, tę ozdobioną szlachetnymi kamieniami nasiadówkę dla kosmopolitycznych kurtyzan, te cloaca maxima paseizmu. Chcemy to zgniłe miasto uzdrowić, doprowadzić do zabliźnienia te wspaniałe rany przeszłości. Chcemy ożywić na nowo i uszlachetnić lud Wenecji, która utraciła swą wielkość, którą zatruwa wzbudzające wstręt tchórzostwo i poniża zgiełk jej małych, zezujących handlarzy. Chcemy przygotować narodziny Wenecji przemysłowej i militarnej, która może opanować Adriatyk, to wielkie, śródziemne morze. Spieszmy więc, by małe, śmierdzące kanały zasypać gruzem ze starych, rozwalonych i wysadzonych pałaców.  Spalmy gondole, te fotele na biegunach dla idiotów, i wznieśmy aż do nieba potężną geometrię mostów z metalu i zwieńczone dymem fabryki zamiast falistych zarysów starych budowli. Nastąpi wreszcie królestwo boskiego elektrycznego światła, by uwolnić Wenecję od kupnego blasku księżyca w jej umeblowanych pokojach (…).

Gdy wołamy „śmierć światłu księżyca”, to myślimy o Tobie, ty stara, ociekająca romantyzmem Wenecjo!… Wenecjo, stara krupierko, która pod ciężką mantylą mozaik wciąż z uporem dostarczasz trawiących gorączką romantycznych nocy, żałosnych serenad i wywołujących przerażenie zasadzek. Wenecjanie! Wenecjanie! Dlaczego wciąż jeszcze chcecie pozostawać miernymi niewolnikami przeszłości, plugawymi dozorcami największego burdelu historii, pielęgniarzami najsmutniejszego szpitala świata, w którym dogorywają dusze śmiertelne przeżarte syfilisem sentymentalizmu?… „.

Futuryści byli anarchistami, walczyli ze wszystkimi tradycjami, które – ich zdaniem – zatruwają drogę ku świetlanej przyszłości. Wszyscy wiedzą, że były dwa podstawowe powody powstania ruchu futurystycznego we Włoszech, rewolucja przemysłowa na przełomie XIX i XX wieku oraz upadek kultury włoskiej w tym okresie. Ale czy czytając ten manifest nie wydaje się Wam, że oni mają sporo racji? Pomińmy te „zwieńczone dymem fabryki”, bo to jest 1910 rok, a nie 2018, ale czy przypadkiem Wenecja nie stała się naprawdę synonimem czegoś złego? Ona pierwsza zaprotestowała przeciwko takiej liczbie turystów, nie tylko werbalnie, ale i sami mieszkańcy poprzez gremialne wyprowadzanie się z miasta. Te romantyczne wyjazdy par do Miasta Kanałów, śmierdząca woda, motorówki falami rozbijające zgrzybiałe mury pałaców, ta cepeliada doprowadzająca do wyższego stanu mdłości. Nie mówię, że należy zasypywać kanały, ale naprawdę należy się zacząć zastanawiać, czy Disneyland jest konieczny w każdym europejskim mieście.

Napisane przez: torlin | 10/10/2018

Estetyka akt urzędowych

Jak już pisałem – nie mam tematów. Postanowiłem w takim razie pokazać rzecz, która mną wstrząsnęła. Czy tylko ja mam takie odczucie? Mam paszport z 2010 roku, jest właściwie ważny do 2020, ale na zdjęciu mam dłuższe włosy, brodę i wąsy, a teraz wyglądam, jakby mnie wypuścili z poprawczaka. Już do Gruzji mnie nie chcieli wpuścić. Ponieważ dochrapałem się zaszczytnej funkcji emeryta, płacę za nowy paszport tylko 70 złotych, a nie 140. To se zrobię nowy, stać mnie – pomyślałem. Mam zdjęcia z wyrabianego dowodu osobistego, myślę – sprawdzę, czy one się nadają. Wlazłem na stronę ul. Kruczej, odnalazłem „Wymagania do zdjęć paszportowych”, „Pliki do pobrania”, a tam była: „Instrukcja wykonywania zdjęć spełniających kryteria ICAO w zakresie biometrycznego wizerunku twarzy w paszportach i dokumentach podróży”, a także „Plakat informacyjny „Nowe zdjęcia do paszportu” dotyczący wyglądu zdjęć do paszportów biometrycznych”.
Zawartych jest tam szereg zdjęć, przyzwoitych pod względem estetycznym, tekst jest napisany poprawną polszczyzną, i raptem oczom oglądającego ukazują się dwa rysunki, nie wiadomo po co, bo zdjęcia pokazują dokładnie to samo. Rysunki – koszmarki, czy naprawdę w akcie urzędowym nie może być czegoś ładniejszego? Czy tylko ja jestem przewrażliwiony?

Ps. Wyrażam olbrzymią wdzięczność Szczurkowi, że mi pomógł, i do tego telefonicznie, abym skutecznie mógł zamieścić powyższy rysunek w blogu, w oryginale zawarty w PDF-ie.

Napisane przez: torlin | 08/10/2018

Cykl z dynią

To musiało kiedyś nastąpić, wszystko w świecie ma swoje cykle. Całe życie jest cyklem, jak to mówiono dawniej po wsiach, pogrzeb idzie razem z kołyską. Mój post nie jest jakimś wielkim nawiązaniem do spraw politycznych, gdzie cykliczność jest widziana gołym okiem we wszystkich demokracjach, ale do mojej pustki w głowie w sprawie nowej notki. Nie mam światu nic ciekawego do powiedzenia. Tak mówiąc szczerze chodzi za mną opowiadanie, mam je całe w głowie, ale że zacytuję bohatera z „Prosto w serce” – „to jest takie pracochłonne!”. Są dni, w których pamięć WordPressa jest pełna moich notek czekających na publikację, są chwile, w których każdy tekst wydaje mi się głupi. Mógłbym dawać notkę raz na dwa miesiące 😀 jak Szczurek, ale to jest Szef Krainy Loch Ness i do niego czytelnicy wracają, a do mnie mogą nie wrócić 😀 .

Oczywiście moich skromnych rozważań na temat cykliczności nie należy łączyć z Wiecznym Powrotem, bo jestem jeszcze i ciągle zdrowy na umyśle. Nikt i nic się nie powtarza, a nawet jeżeli tak, to jest to rzecz nie do udowodnienia. Kamienna Wioska wymarła, zapewne jej mieszkańcy udali się do sąsiedniej osady na jakiś festyn czy zabawę.

« Newer Posts - Older Posts »

Kategorie