Napisane przez: torlin | 14/05/2019

Wypocząłem

Przyznaję szczerze, wypocząłem. Pobyt był właściwie z mojej strony perfekcyjny, była tylko jedna niedogodność, cały hotel był Rosjan, tylko ja jeden byłem „inny”. Spełniłem swoje marzenie, byłem na Rodos, poza tym wyjechałem jeszcze na Wyspę Królowej Kleopatry. Szczególnie pobyt na statku, kąpiele w Morzu Egejskim (jakie to morze jest słone, aż do obrzydliwości), opalanie się, relaks maximum. Podobało mi się w samolocie, wylot mieliśmy o 9.20, pilot: „temperatura aktualnie 25°, temperatura w Warszawie 6 stopni Celsjusza”. Marmaris czyściutkie, nowoczesne, z olbrzymią ilością klubów nocnych.

Nie zaprzyjaźniłem się z nikim nawet wakacyjnie w hotelu, na statku zastanowiło mnie, że jedna kobieta trzyma się osobno wobec wszechwładnych Rosjan (znowu 14 „ich” i jeden ja). Okazała się ona być również Rosjanką, ale z Okręgu Kaliningradzkiego (okazało się, że lecimy razem samolotem, bo ona via Warszawa…). I co? Moi Drodzy, wszystko się sprawdziło, co pisałem kilka notek wstecz. Olga pochodzi z Syberii, przyjechała do małego miasteczka w Okręgu 8 lat temu. I Drogi Vandermerwe, opowiedziała mi historię, którą ja usiłowałem Ci przekazać, a Ty mnie oskarżałeś, że chcę konfliktu z Rosją.

Coraz więcej Rosjan uczy się polskiego, w małych miastach, miasteczkach i wsiach są awantury z administracją miejscową, że ich miasteczka i wsie mają wyglądać jak w Polsce, mają mieć chodniki, równe szosy, oświetlenie wewnątrz, mają być zadbane ogrodzenia, podwórka, a przede wszystkim ma być czysto, niepomazane i ma nie być żywotnych. A w ogóle to jeszcze powinny mieć ścieżki rowerowe. „Mój rebionok” – mówi Olga – „mówi bardzo dobrze po polsku”. „I jest z Tobą?” – pytam. „Nie” – odpowiada Olga – „jest na dwutygodniowym obozie w Malborku, ma 12 lat i jest członkiem jakiegoś koła tarczy i miecza, mają kolczugi, hełmy”. „Często tam jeździ? – pytam. „Właśnie się skarży, że zanadto rzadko, ale mówi, że jak będzie dorosły, to się przeniesie na stałe. A ja wykorzystałam termin obozu i wyrwałam się do Turcji po słońce”.

Opowiadała, że 2 lata temu postanowiła zrobić wielką wyprawę samochodem do dawnego miasta na Syberii, mówiła, że to 4.000 kilometrów. Syn po przekroczeniu granicy białorusko-rosyjskiej zażądał natychmiastowego powrotu. O tym słyszałem już od kilku osób, że różnica jest zatrważająca.


Nie wiem, dlaczego Dziewczyny tak koniecznie chcą mnie oglądać, starca pod siedemdziesiątkę. Poprzednio Stokrotka zażyczyła sobie moje zdjęcie na tle Alp, teraz Anabell na tle morza. Mało ich mam, bo byłem sam. W takim razie ze statku.

Napisane przez: torlin | 04/05/2019

Marmaris Turcja, vis a vis Rodos

Skończmy z ciężkimi tematami, dla mnie najważniejsze jest to, że lecę w poniedziałek z samego rana do Marmaris w Turcji. Zrobiłem ten sam numer co z Bodrum i Kosem. Teraz chciałem popłynąć na Rodos, to sprawdziłem, jakie miasto w Turcji leży vis a vis, a było to Marmaris. Mam nadzieję, że trochę wypocznę. Wracam w następny poniedziałek wieczorem.

Napisane przez: torlin | 02/05/2019

Uczymy się nowych słów: etnotyp, etnocyd, genocyd

Sporo dyskutowaliśmy na ten temat ostatnio, ale wychodzą nowe fakty i sprawa nabiera rumieńców. Ale zacznijmy od tytułowych, co to jest : etnotyp, etnocyd i genocyd?

Etnotyp są to stereotypowe sądy i twierdzenia  dotyczące cech osobniczych członków jakiejś grupy etnicznej lub narodu: głupi Makaroniarz, cwany Jankes, Szwab,  Pepik, Iwan lub Kacap. I nie da się ukryć: „pijany jak Polak” i „polska gospodarka”.

Etnocyd – to polityka niszcząca tożsamość kulturową danej grupy etnicznej będącej w konflikcie z inną grupą dominującą na określonym terytorium, ale bez mordów.

Genocyd – to polityka polegająca na unicestwianiu fizycznym grupy etnicznej manifestującej swoją odrębność kulturową.

Powróciłem do tematu, o którym – jak już pisałem – sporo dyskutowaliśmy, bo zdarzyły się dwie rzeczy. Po pierwsze – zacząłem myśleć o swoim wrześniowym wyjeździe wakacyjnym i coraz częściej zacząłem zerkać na Armenię. Do wyjazdów zaczynam się przygotowywać bardzo wcześnie, więc zacząłem czytać. I jedna sprawa mnie bardzo zaciekawiła, jak rozwiązano sprawy sądowe w Turcji po ludobójstwie na Ormianach. Turcy się awanturują, ale cały świat wie o tym, że nie mają racji, ale ciekawsze jest to, że winni ludobójstwa stanęli przed sądem tureckim i zostali skazani. Skopiuję z Kuriera Galicyjskiego: „Stało się tak dzięki powołanym w grudniu 1918 roku w Konstantynopolu oraz następnie w kilku prowincjach tureckich specjalnym sądom wojskowym, zorientowanym na osądzenie osób odpowiedzialnych za rzeź Ormian. W ich ramach przeprowadzono 63 postępowania, skierowane przeciwko liderom partii Ittihad, ministrom wojennych gabinetów, a także innym centralnym i lokalnym przywódcom tureckim, będących bezpośrednio zaangażowanych w politykę deportacji i eksterminacji ludności ormiańskiej. Odbyły się również procesy triumwiratu, jednak wobec ucieczki Mehmeta Talaata Paszy, Envera Paszy i Ahmeda Djemala Paszy z terytorium tureckiego w listopadzie 1918 roku, wszystkich trzech przywódców ruchu młodotureckiego skazano zaocznie. Wielkiego wezyra, Mehmeta Paszę, sprawiedliwość dopadła jednak ledwie kilka lat później wprost na berlińskiej ulicy. Został on zgładzony przez ormiańskiego zabójcę, którego następnie sąd niemiecki uniewinnił. Ostatnie badania historyków oraz prawników ponadto dowodzą, że przynajmniej trzy postępowania zakończyły się egzekucją skazanych, w tym m.in. gubernatora prowincji Yozgatu, Kemala Beya”.

I kto to wszystko zlikwidował? Tak, słusznie się domyślacie, Atatürk. Znów cytat: „Nastawiony nacjonalistycznie Atatürk szybko rozwiązał funkcjonujące jeszcze sądy wojskowe w Konstantynopolu (w 1921 roku), przyjmując dwa lata później politykę amnestii obejmującą wszystkich ściganych za rzeź Ormian. Wszystkie wyroki skazujące unieważniono, osoby winne pozwalniano z więzień, a tych, wobec których zdążono wykonać karę śmierci, określono „męczennikami narodu” (jak Kemala Beya). W burzliwych latach 1921-1923 rodziło się nowoczesne państwo tureckie, nazwę Konstantynopol zastąpiono Stambułem i w tej nacjonalistycznej polityce kemalistów nie było miejsca na żadną historyczną winę oraz obciążenie narodu tureckiego. W 1921 roku, kiedy na berlińskiej ulicy padł strzał kończący żywot wielkiego wezyra, Mehmeta Talaata Paszy, w Turcji zapadła głucha cisza, której symbolem stała się trwająca do dziś polityka negacji ludobójstwa Ormian przez władze w Ankarze”.

A bardzo mało się mówi o rzezi Greków i pożarze Smyrny podczas wojny grecko-tureckiej w latach 1919–1922. Wiem, że to Grecy zaczęli wojnę, ale tak się nie postępuje – znowu cytat, tylko tym razem z Wiki: „Armia turecka zbliżająca się błyskawicznie do Smyrny (czyli Izmiru) była realnym zagrożeniem dla ludności miasta zamieszkiwanego przeważnie przez ludność grecką i ormiańską (stąd jego potoczna nazwa „niewierne miasto” używana przez Turków), z czego zdawał sobie sprawę Kemal. Jako głównodowodzący wydał pośpiesznie rozkaz, na mocy którego każdy żołnierz który zabije osobę cywilną poniesie śmierć. W ten sposób starał się zapobiec zniszczeniu miasta i uchronić ludność przed odwetem armii tureckiej. Ulotka z tym rozkazem została rozpowszechniona w języku greckim. Zaznaczył też, że rząd w Ankarze nie może być odpowiedzialny za ewentualną masakrę mieszkańców. Zabiegi Mustafy Kemala zostały zignorowane. 9 września oddziały tureckiej kawalerii pod wodzą Nureddina Paszy dzięki nagłemu manewrowi, weszły do Izmiru. Nureddin Pasza wydał rozkaz eksterminacji ludności chrześcijańskiej miasta: Greków i Ormian. W dzielnicach zamieszkanych przez te nacje rozpoczęła się ich masakra. Jej ofiarą padło co najmniej 30 tys. osób, podawane są również szacunki 50 tys. ofiar, czy nawet 125 tys. zabitych.

W dniach 13–17 września Smyrnę ogarnął wielki pożar, który zniszczył całkowicie dzielnice chrześcijańskie (grecką, francuską i ormiańską), nie wyrządzając równocześnie żadnych strat w kwartałach żydowskim i tureckim. W literaturze przeważa pogląd o spowodowaniu kataklizmu przez Turków”.

I ja do takiego kraju jadę.

Ale teraz równolegle znowu zaczęły być atakowane Stany Zjednoczone, za dokładnie to samo, co opisywałem przy Dreźnie. 9 marca 1945 r. ponad 300 latających fortec B-29 dokonało nalotu na Tokio, na miasto zrzucono 1.700 ton napalmu. Napalm w kontakcie z drewnianą zabudową miasta był nieprawdopodobnie skuteczny: powstała burza ogniowa pędząca z prędkością ponad 100 km na godzinę, paląc wszystko, co napotkała na swojej drodze, i wysysając tlen z powietrza. Żar był tak wielki, że w basenach przeciwpożarowych zagotowała się woda. Zginęło co najmniej 83 tys. cywilów, ponad 100 tys. zostało rannych, a milion straciło dach nad głową. Rozkaz do ataku wydał dowódca amerykańskiego lotnictwa na Pacyfiku gen. Curtis LeMay. I w ostatnich dniach ukazało się oświadczenie amerykańskiego politologa Daniela Goldhagena, że w wypadku nalotów na Japonię można wręcz mówić o zbrodni ludobójstwa (genocydu). Ciekawe, co na temat tych nalotów mówią mieszkańcy Nankinu.

Napisane przez: torlin | 29/04/2019

Wielka, nocna grecka bogini a kryzysy finansowe

Siedzę sobie i piszę, a żeby coś napisać, to muszę coś przeczytać. I w życiu bym nie przewidział, że w ciężkim tekście ekonomiczno-finansowym znajdę inspirację kulturalną dla notki. Czytam o związkach ekspansji kredytowej, rynku kapitałowego i stóp procentowych z pojawianiem się kryzysów finansowych, aż tu nagle czytam w pewnym zdaniu: „i to będzie jak otworzenie puszki Pandory, w której skrywane są dzieci wielkiej, greckiej bogini nocy Nyks„. Ki diabeł? Zaglądam do biblii inteligenta, do „Słownika mitów i tradycji kultury” – nie ma. Ale ja cię złapię, zajrzałem do jej brata Ereba, i tam się wyjaśniło, jego siostrą była Noc. Tak się zastanawiam, po jakiego diabła współcześnie nazywa się tę boginię „Nyks”, kiedy odwiecznie była ona naszą swojską Nocą. Która nawiasem mówiąc urodziła Dzień.

Inna rzecz, że bogini powiła niezbyt miłe dzieciątka (z miłych tylko Dzień i Eter – boga jasnego światła i powietrza):

    • Charona – boga umierających i konających
    • Mojry, czyli boginie losu: Kloto, Lachesis i Atropos
    • Kery czyli czyli boginie śmierci gwałtownej
    • Śmierć czyli Tanatosa, bliźniaczego brata Hypnosa (Sen)
    • Apate czyli zdrada
    • Eris – boginię niezgody
    • Moros (Los) – boga zagłady i zniszczenia
    • Momos – uosobienie żartów, kpin, drwin i niezasłużonej krytyki
    • oraz boginię Nemezis – czyli strażniczkę zemsty i sprawiedliwości.

W mitologi greckiej żadnym zgorszeniem nie były związki homoseksualne, a sprawą normalną było posiadanie dzieci z własnymi braćmi i siostrami, jak i płodzenie  dzieci z dziećmi. Tak się działo w większości krajów basenu Morza Śródziemnego. A wszystkie te złe moce wypuściła ciekawska Pandora, stworzona przez Zeusa, jednym ruchem wyzwoliła złe wiatry, smutki, troski, choroby, łzy, cierpienia i śmierć.

Inna rzecz, że taki tekst w artykule czysto finansowym fascynuje. Świadczy on wprawdzie o wyrobieniu kulturalnym autora, ale jednocześnie jest moim zdaniem intelektualnym nieporozumieniem. Gdyby się jeszcze zatrzymał na stwierdzeniu: „i to będzie jak otworzenie puszki Pandory”, to to jest określenie popularne i często spotykane. Ale żaden kryzys ani przyjęcie euro nie ma nic wspólnego z boginią Nyks. Bez przesady.

Wydaje mi się, że jest to znak czasu, wszystko musi być „piramidalne”, „absolutne”, „totalne”.

 

Napisane przez: torlin | 26/04/2019

Ciekawe przypadki wojenne Australii

Jula przez przypadek poruszyła bardzo ciekawy temat – Australia jako terytorium zagrożone inwazją podczas II Wojny Światowej. Pamiętam, jak za młodych lat z kolegami interesującymi się również historią robiliśmy eksperymenty dyskusyjne, jeden rzucał temat, a reszta musiała się do tego ustosunkować. Do dziś pamiętam, że jeden z tematów brzmiał: „Czy Japonia miała zamiar zaatakować Australię?”. Trzeba pamiętać, że nie było wtedy Internetu, i bazowaliśmy jedynie na wydawnictwach encyklopedycznych i na trzytomowej „Historii II Wojny Światowej”. I doszliśmy do wniosku, że to się Japonii nie opłacało.

Powyższy plakat propagandowy odnoszący się do zagrożenia japońską inwazją uznano w Australii za za bardzo alarmujący, w związku z tym nie został wydany i opublikowany. Ale bardzo ciekawe są debaty na ten temat pomiędzy armią a marynarką wojenną Japonii. Sukces tego kraju w pierwszych miesiącach wojny na Pacyfiku spowodował, że niektórzy przedstawiciele Cesarskiej Japońskiej Marynarki Wojennej w grudniu 1941 r. zaproponowały inwazję na Północną Australię. Argumenty przyznaję mieli potężne, że Stany Zjednoczone prawdopodobnie wykorzystają Australię jako bazę do rozpoczęcia kontrofensywy w południowo-zachodnim Pacyfiku. Dowództwo Marynarki Wojennej argumentowało, że inwazja ta może zostać przeprowadzona niewielkimi siłami piechoty, ponieważ ten obszar Australii był – zdaniem Japończyków – lekko broniony i odizolowany od głównych ośrodków miejskich Australii. W Marynarce Wojennej nie było powszechnego poparcia dla tej propozycji, a Isoroku Yamamoto, dowódca Połączonej Floty, konsekwentnie się jej sprzeciwiał. Armia japońska też nie zgadzała się na propozycję marynarki wojennej , uważała ją za niepraktyczną, gdyż armia koncentrowała się na obronie granic podbojów Japonii i uważała, że ​​inwazja Australii nadmiernie rozszerzy obszar obrony. Co więcej, armia nie była skłonna wyjąć tak dużą liczbę żołnierzy z Armii Kwantuńskiej w Mandżurii, ponieważ nie byli pewni, czy Związek Radziecki nie zaangażuje się w wojnę na Pacyfiku, a oprócz tego armia japońska łakomym wzrokiem patrzyła na Syberię.

Premier Hideki Tojo konsekwentnie sprzeciwiał się inwazji Australii, zamiast tego opowiedział się za polityką zmuszania Australii do ograniczenia kontaktów  komunikacyjnych z USA. W swoim ostatnim wywiadzie przed egzekucją za zbrodnie wojenne Tojo stwierdził, że: „Nigdy nie mieliśmy wystarczającej liczby żołnierzy do [inwazji na Australię]. Rozciągnęliśmy już za daleko nasze linie komunikacji. Nie mieliśmy takiej siły zbrojnej ani takich możliwości zaopatrzeniowych (…). Oczekiwaliśmy, że zajmiemy całą Nową Gwineę, utrzymamy Rabaul jako bazę i zaatakujemy północną Australię drogą powietrzną. Ale rzeczywista inwazja fizyczna – nie, w żadnym momencie”.

Obliczenia armii i marynarki dotyczące liczby żołnierzy potrzebnych do inwazji na Australię znacznie się różniły i stanowiły podstawę dyskusji pomiędzy nimi. W grudniu 1941 r. Marynarka Wojenna Japonii obliczyła, że ​​siły trzech dywizji (od 45 000 do 60 000 ludzi) byłyby wystarczające do zdobycia australijskich północno-wschodnich i północno-zachodnich obszarów przybrzeżnych. Natomiast armia obliczyła, że ​​potrzebna byłaby wtedy siła co najmniej dziesięciu dywizji (między 150 000 a 250 000 ludzi). Planiści armii oszacowali, że przewiezienie tej armii do ​​Australii wymagałoby statków łącznie od 1,5 do 2 milionów ton, a przecież ta siła inwazyjna byłaby większa niż cała dotychczas użyta do podboju Azji Południowo-Wschodniej.  Armia odrzuciła również propozycję marynarki wojennej przeprowadzenia ograniczonej inwazji na Australię, uważała zdobycie i utrzymanie enklaw na północy kraju jako nierealistyczne, biorąc pod uwagę prawdopodobne kontrofensywy sojuszników. Ze względu na swoje doświadczenie w Chinach armia wierzyła, że ​​każda inwazja na Australię będzie musiała obejmować próbę podbicia całego kontynentu australijskiego, co było poza możliwościami Japonii. Temat powrócił 6 lutego 1942 r., Ministerstwo Marynarki Wojennej formalnie zaproponowało plan, w którym wschodnia Australia zostanie zaatakowana w tym samym czasie, gdy inne siły japońskie będą zdobywały Fidżi, Samoa i Nowa Kaledonia, ale ta propozycja została ponownie odrzucona przez wojsko. 14 lutego, dzień przed zdobyciem Singapuru, sekcje Armii i Marynarki w Cesarskim Dowództwie Cesarskim ponownie omówiły sprawę inwazji na Australię i podczas tej dyskusji kapitan Tomioka argumentował, że możliwe będzie zdobycie Australii „symboliczną siłą”. To stwierdzenie zostało opisane jako „tak wiele bełkotu” w tajnym dzienniku Głównej Komendy Głównej Cesarstwa. Przypominam, że tak naprawdę Fidżi, Samoa i Nową Kaledonię uratowała Bitwa o Midway w czerwcu 1942 r.


Powyżej postępy Japonii na obszarach Południowo-Zachodniego Pacyfiku i Azji Południowo-Wschodniej w ciągu pierwszych pięciu miesięcy Kampanii Pacyfiku II Wojny Światowej. Proponowana ofensywa, zwana Operacją FS, na Fidżi, Samoa i Nową Kaledonię, przedstawiona jest w prawym dolnym rogu, FS miało być wspólnym wysiłkiem Cesarskiej Japońskiej Marynarki Wojennej i Cesarskiej Japońskiej Armii, a jego podstawowym celem było odcięcie linii dostaw i komunikacji między Australią a Stanami Zjednoczonymi, a podstawowym celem było wyeliminowania Australii jako kraju zagrażającego japońskiej linii obrony na południowym Pacyfiku. Operacja FS została przełożona po japońskiej porażce w Bitwie na Morzu Koralowym, a następnie odwołana po porażce Japończyków w Bitwie o Midway, po stracie czterech japońskich lotniskowców.

Wielki nalot na Darwin przeprowadzony został w dniu 19 lutego 1942 r., a Broome został zaatakowany co najmniej cztery razy przez japońskie samoloty podczas II Wojny Światowej, z tym że najgorszy atak został przeprowadzony w dn. 3 marca 1942 r. Japonia przeprowadziła dziesiątki kolejnych nalotów na północną Australię w 1942 i 1943 r., były to głównie małe naloty i miały na celu uniemożliwienie alianckim samolotom zaatakowanie japońskich pozycji. Z kolei atak na port w Sydney w maju 1942 r. miał na celu skierowanie sił alianckich w przeciwnym kierunku niż wyspa Midway. Kolejne japońskie kampanie podwodne u wschodniego wybrzeża Australii w 1942 i 1943 r. były próbą przerwania linii dostaw między Australia a Nową Gwineą.

Najśmieszniejsze było to, że „inwazja rozpoznawcza” naprawę nastąpiła. Wieczorem 14 stycznia 1944 r. na rozkaz XIX Dowództwa Armii Japonii 25-tonowy statek rybacki „Hiyoshi Maru”opuścił Kupang na Timorze i o 9 rano w dniu 17 stycznia 1944 r.  dotarł najpierw na wyspy, a później wylądował w Australii. Przez dwa dni członkowie sił inwazyjno-rozpoznawczych szukali jakichkolwiek śladów i po nieznalezieniu niczego powrócili na Timor.

Aby zrozumieć niniejszy wpis należałoby najpierw przeczytać bardzo interesującą notkę-komentarz Celta pod pierwszą częścią „naszego wspólnego dziedzictwa”.

Znowu powtórzę słowa: „aby zrozumieć niniejszy wpis należałoby najpierw przeczytać bardzo” interesujące komentarze prawej strony naszej strony narodowej, skupiałbym się raczej na centrowych konserwatystach. Czytam ich sporo, czasami się denerwuję, czasami przyznaję im rację. Dwie sprawy nurtują  zwolenników Klubu Jagiellońskiego, jedna, o której teraz nie będziemy pisać, o upadku ideologii liberalnej, fajnie się czyta, jak jeden drugiemu udowadnia, że tamten ma rację wieszcząc zgon tej ideologii. Druga zaś, to jest radość połączona z nadzieją, że Zachód odwróci się od sekularyzacji czyli zeświecczenia. Nie piszę tu o fundamentalistach, o ich radości z gniewu Boga, zostawmy to maluczkim. Proponowałbym, abyśmy się zastanowili, czy nasi praktykujący katolicy w swojej masie rozumieją cokolwiek, co się dzieje na Zachodzie i w innych państwach, jak np. w Czechach.

Chciałbym, abyś wiedział Celcie, że ten tekst nie jest w najmniejszym stopniu napisany przeciwko Tobie, krytykujący Cię, albo naśmiewający się z Twojej wiary. Nigdy tego nie robię, jako liberał stawiam wszystkie kwestie, więc również i wiary, do decyzji konkretnego człowieka. Ale napisałeś komentarz wielce charakterystyczny dla poglądów centrowych konserwatystów, a najważniejszy jest środkowy akapit: „Francuzi lubią okazywać dumę z własnych zabytków, ale Notre Dame traktowana była bardziej jako miejsce duchowe aniżeli dziedzictwo narodowe. A świeckie państwo przecież nie będzie łożyć z własnej kieszeni na konserwację przybytku duchowego, bo byłby dla władzy zgrzyt światopoglądowy”.

I to jest clou Waszych rozważań, cały czas katedra, kościół, monastyr czy jakikolwiek inny obiekt sakralny, jest związany z wiarą. Przede wszystkim. Jako obiekt dziedzictwa narodowego czy cel wędrówek turystów jest na drugim miejscu. Nie byłem we Francji, tylko w Hiszpanii, Portugalii, Danii, Niemczech, Austrii czy Szwajcarii, ale wydaje mi się, że na ich podstawie mogę uogólnić kwestie na cały Zachód, a więc i na Francję. Aktualnie wymienione powyżej obiekty są przede wszystkim piękną historyczną pamiątką i celem rozentuzjazmowanych turystów.

W piśmie Klubu Jagiellońskiego ukazał się ciekawy i obszerny artykuł Marka Kacprzaka „Katedra. Świątynia Boga”, którego treść wspaniale koresponduje z wpisem Celta. Pisze on m.in. w „uwerturze” artykułu: „Zbiorowe przebudzenie rozprzestrzeniające się w internecie stało się swoistym symbolem, przypomnieniem i wyrzutem sumienia nie tylko paryżan, Francuzów, ale ludzi na całym świecie. Przypomnieniem, czym katedra jest, czym być powinna i dlaczego należą się jej szacunek i troska. Pożar przyszedł w najlepszym momencie”. I dalej: „Dwudziesty wiek to już nie czas czytania kamieni i witraży. To już nawet nie czas, w którym pisarze kreślili wizje. Miano świątyni zyskiwał niewielki przedmiot, który wyświetlał kolorowe obrazy. Telewizja stała się punktem centralnym. Domowym ołtarzem, który mówił, co ważne, nadawał sens życiu, bawił, dawał wytchnienie i nadzieję.” i „Pożar przyszedł w najlepszym momencie. Jeszcze nie jest za późno, by Katedra Notre Dame stała się na nowo tym, czym była kiedyś. By znów była świątynią”, a także „Ten pożar obudził wszystkich, którzy mogą katedrę uratować i na nowo uczynić ją tym, czym być powinna. Świątynią Boga i miejscem tych, dla których Bóg to nie tylko postać mityczna”.

Wydaje mi się, że jest myślenie życzeniowe. Wszyscy ludzie wierzący marzą o tym, aby to była prawda. Że Zachód wreszcie otrząśnie się z Renesansu, wszystko wróci do starych kolein, i będzie tak jak dawniej, tak jak powinno być. Nie możecie zrozumieć, że w możliwej do ogarnięcia ludzkim umysłem przyszłości to się nie vrati. Katedra nie była prześladowana z powodów religijnych, tylko postawy charakterystycznej raczej dla Polaków „jakoś to będzie”. Ani pożar, ani braki konserwatorskie mają się nijak do duchowości. Byłem w dziesiątkach świątyń w ww. krajach, pustych pod względem duchowości, a wspaniale odnowionych, cieszących oko. W formie anegdotki mogę opowiedzieć o wizycie w którymś z kościołów w Portugalii, bo zadziwiony usłyszałem kazanie. Świątynia pusta (tzn. pełna turystów), a głos kapłana się niesie. Po chwilowym poszukiwaniu natrafiłem na salkę, gdzie siedziały trzy osoby, a naprzeciw nim siedział kapłan i mówił do mikrofonu.

Celcie, z przykrością stwierdzam, że nie masz racji w swoim komentarzu. Ale masz prawo do własnych poglądów i przekonań. Ale muszę Cię zmartwić, za dwadzieścia lat kościoły w wielkich polskich miastach będą puste.

Ps. Jest jednakże bardzo ciekawy fragment artykułu Kacprzaka, luźno związany z treścią notki: „Katedra Notre Dame w Paryżu to przecież marna i uboga siostra katedr w Saint-Denis czy Reims. Ciemna, trochę pokraczna, bez określonego stylu. Hugo nie miał wątpliwości, że tak jest. Pisał, że Katedra Notre Dame w Paryżu „nie jest zgoła tym, co by nazwać można było budowlą jednolitą, określoną, skończoną. Nie jest to już kościół romański, nie jest to jeszcze kościół gotycki”. Choć była spełnieniem pragnień, marzeń i ambicji, to wcale nie cieszyła się powszechnym uznaniem. Nie była obiektem westchnień i miejscem przyciągającym tłumy żądne duchowych wrażeń. „Ten kościół główny i macierzysty jest wśród starych kościołów Paryża czymś w rodzaju chimery – ma głowę jednego, kończyny drugiego, grzbiet trzeciego; coś z każdego z nich”, żeby zacytować kolejny raz autora „Dzwonnika z Notre Dame” (inny tytuł wspomnianej powieści)”.

Napisane przez: torlin | 21/04/2019

Wszystkiego Najlepszego

Jako zawzięty ateista życzę Wam wszystkim Zdrowych i Wesołych Świąt Wielkiej Nocy. Jeszcze raz wszystkiego najlepszego.

Napisane przez: torlin | 19/04/2019

Nasze wspólne dziedzictwo

Trzeba przyznać, że mało jest rzeczy, które zdziwiły mnie w moim życiu tak bardzo. Otóż okazało się, że nieszczęsna katedra paryska była w opłakanym stanie technicznym. Pisze na ten temat w GW Marta Kiełczewska-Konopka w artykule „Ostatni remont Notre Dame miał trwać dwadzieścia lat. Teraz mówi się o pięciu„. Najważniejszy cytat z tego artykułu: „Średniowieczne rzygacze bez głowy, kamienna balustrada zastąpiona drewnianą deską, pinakle w ruinie podtrzymywane kablami. Budowla się kruszy. Rzeźby powoli niszczeją. Dach naprędce przykryto tu i tam siatką, by fragmenty kamieni nie spadały przechodniom na głowę. Aż trudno uwierzyć, w jak opłakanym stanie była Notre Dame, arcydzieło sztuki gotyku odwiedzane co roku przez co najmniej 13 mln turystów. Przed pożarem”.

I drugi: „Przy łatwości, z jaką nazajutrz po katastrofie wyłożono na stół 700 mln euro na odbudowę katedry (dziś jest to już ponad miliard), zdumiewa fakt, że na jej konserwację żmudnie udało się zdobyć sumę 150 mln euro. Co roku do katedry trafia raptem dwumilionowa dotacja z budżetu ministerstwa kultury (na 40-50 mln dyspozycyjnych dla państwowych zabytków!). To zbyt mało, by zapewnić jej właściwe utrzymanie”.

Pojawiły się również pewne komplikacje dotyczące odbudowy Notre Dame. Drewno, z którego wykonany był dach paryskiej katedry, liczyło ponad 800 lat i pochodziło z nieistniejącego już we Francji lasu pierwotnego. – Nie mamy w tej chwili na naszym terytorium drzew o takiej wielkości jak te, które ścięto w XIII wieku – powiedział wiceprezes grupy konserwatorskiej Fondation du Patrimoine Bertrand de Feydeau. Jego zdaniem, przywrócenie katedry do stanu sprzed pożaru może okazać się niewykonalne. Dodał, że przy odbudowie dachu mogą z pewnością pomóc najnowsze technologie.

Nie chcę tutaj wychodzić na polskiego megalomana, ale coraz częściej widzę podstawowe błędy Zachodu w wielu sprawach. Tak jak są odnowione polskie zabytki, stare dzielnice miast, to można pozazdrościć. To się w głowie nie mieści, że Francuzi skąpili pieniędzy na taki zabytek. To tak, jakby Wawel był w ruinie, przecież państwo polskie, obojętne jakiej opcji politycznej, w życiu na to nie pozwoliłoby.

Inna radość, że na Zachodzie okazało się nie ma sztukatorów i innych zawodów, które już zaniknęły, niezbędnych do odbudowy średniowiecznych zabytków. Polacy, którzy sporo ostatnio odnawiali zabytków, mają tych bezcennych ludzi. Polacy powinni na własny koszt wysłać tych ludzi do pomocy, i poszukać u nas takich drzew. Katedra jest naszym wspólnym europejskim dobrem, powinniśmy pomóc.

Napisane przez: torlin | 16/04/2019

To sobie pograjmy

W ostatnich latach zauważyłem bardzo ciekawe i piękne zjawisko rozpowszechniania się muzykowania. Takiego sobie muzykowania, wszędzie, w salkach, korytarzach, ulicach. To jest coś cudownego. Zbiera się kilka osób z różnymi instrumentami i grają, co im w duszy gra. Czasami jest to jazz, czasami parodie, piosenki w stylu lat 20. lub 50. Kojarzą mi się, w kontekście ostatniej naszej rozmowy o filmach, dwie takie sceny: pierwsza to muzykowanie w „Ziemi Obiecanej”, nie chce mi się szperać, ale jak pamiętam grali w nim Siemion, Zelnik i Fronczewski, a autorzy to byli zdaje się Schuman i Mendelssohn (TU daję link do wspaniałej talmudycznej filozofii); i druga, jak młodziutki  Janczar gra jam session, po polsku „dżem”, na co Kwiatkowska przychodzi do Rudzkiego i zdziwiona mówi, że ich syn u kolegi robi dżem.

Przepięknym zespołem rodem z Francji jest Avalon Jazz Band, który widzicie na zdjęciu, specjalizuje się w stylu dawnej piosenki francuskiej, i brzmi to wspaniale. Zgodnie z moim zwyczajem nie daję bezpośrednio linków do YouTube’a, a jedynie pośrednio. Posłuchajcie sobie ich TU, naprawdę warto. Piosenka niesie w sobie tak pozytywną energię, że sami się do siebie uśmiechniecie. Jak to zwykle bywa z YouTubem, natychmiast daje inne propozycje tego zespołu, to ja już nie daję. A może jednak jeszcze o tym, że Cole Porter kocha Paryż.

Wspaniałym zespołem, który z kolei stylizuje się na dawną piosenkę włoską, jest Hetty & the Jazzato Band. Ich sztandarową piosenką jest „Tu Vuo’ Fa’ L’Americano„, ale podoba mi się również „Tintarella Di Luna„.

Lata trzydzieste ubiegłego wieku wspaniale odgrywa zespół Jazz Wham, dla przykładu z piosenką. A TU macie lata 20.

A może trochę ulicznego Nowego Orleanu? Czy TO nie jest cudowne? Popatrzcie na parę ludzi przechodzących obok zespołu, mniej więcej od 50 sekundy, jak się zachowują.

A może trochę muzyki klezmerskiej? TU.

I słynna „Despacito„, odegrana we wspaniałym stylu broadwayowskim.

Przepadam za taką muzyką, nawet tak bardzo nie zwracam uwagi na niedostatki, niestety najczęściej głosów. Grunt, że ludzie chcą muzykować. To jest bezcenne.

Napisane przez: torlin | 13/04/2019

13,57%

Dałem radę przeczytać 13,57% książki. Nie dam rady więcej. Zarówno z powodu objętości – 1009 stron, jak i przede wszystkim z powodu tematyki.

Anegdota wymyślona ad hoc – Torlin rzucił się na książkę, bo zobaczył w opisie słowo „pornografia”, ale po przeczytaniu 137 stron zorientował się, że nie ma tu  żadnych pikantnych szczegółów, tylko to chodziło o „pornografię śmierci”.

A teraz na poważnie. Ta książka jest napisana znakomitym językiem, jest tak ciekawa, że nie można się od niej oderwać. Tak, nazwałbym ją arcydziełem. Zarówno w przedstawieniu postaci, jak i ogólnego planu – bliska perfekcji. To dlaczego nie doczytałem do końca? Co mnie wstrzymało?

Najpierw dwa słowa ogólnie o treści książki, opinia zerżnięta przeze mnie z – dla mnie najciekawszych stron o literaturze w polskim Internecie – „lubimy czytać”: „Arcydzieło światowej literatury! Jedna z najgłośniejszych i najbardziej kontrowersyjnych powieści XXI wieku. Wspomnienia Maximiliana Aue, fikcyjnego nazisty, biorącego udział w eksterminacji Żydów podczas II wojny światowej, to wielowątkowa i znakomicie udokumentowana epopeja o spotkaniu Człowieka ze Złem. Ukazuje kulisy Zagłady i rolę, jaką w jej przygotowaniu odegrali technokraci i eksperci: prawnicy, ekonomiści i świetnie wykwalifikowana kadra administracyjna. Czy Łaskawe to monumentalne dzieło w duchu powieści Prousta, Dostojewskiego i Manna, czy też, jak twierdzą niektórzy krytycy, „pornografia zbrodni”, brutalna i perwersyjna prowokacja Jonathana Littella?”.

Nie dałem rady psychicznie. Littell opisuje ze szczegółami po kolei rozstrzeliwanie Żydów, jak wpadają do dołów, jak się robi poszczególne warstwy. Dowództwo rozstrzeliwań np. zastanawia się, jak rozwalać Żydów, aby wpadali ekonomicznie do dołów, bo jak wlatują byle jak, to zajmują za dużo miejsca, i trzeba kopać nowe. I tak całe 137 stron, które przeczytałem. Jest sporo poloników, nawet ciekawych. Gdyby ta książka dotyczyła tylko sfery wojskowej rozstrzeliwań, tzn. całej administracji, obłędów, w które wpadają dowódcy niemieckie dowodzący akcją, wątpliwości żołnierzy Wehrmachtu, powiązań przyjacielskich, stosunku Ukraińców do Żydów, Niemców i Rosjan, to nie oderwałbym się od tej książki. Ale jak na okrągło czytam o układaniu trupów, jak Niemcy rozmawiają z niektórymi Żydami pochodzącymi z Niemiec i mówiącymi znakomitą niemczyzną, kogo mają najpierw zabić, ojca, czy dwoje malutkich dzieci trzymanych przez niego w ramionach, to ta „pornografia śmierci” odrzuciła mnie od tej książki.

Próbowałem przez kilka następnych stron czytać na zasadzie: „omijam, co zbędne; czytam, co ciekawe”, ale w oko wpadały mi znowu przerażające sceny. Tak, to jest i jednocześnie arcydzieło, i perwersyjna prowokacja.

« Newer Posts - Older Posts »

Kategorie