Napisane przez: torlin | 10/11/2017

O nich się nie mówi

Minął 1 listopada, wszyscy wspominają Wodeckiego, Brzezińskiego, Michnikowskiego. Chciałem tą notką wspomnieć ludzi, którzy zasługują na naszą pamięć, którzy w ciągu mojego życia dali mi cząstkę swojej wiedzy, sławy, dostałem od nich możliwość odczuwania optymizmu, racjonalnego zastanowienia się nad realiami życia, a także mnóstwo radości i szczęścia. Myślę, że zasługują na to. Oto ci, co odeszli:

Aktorzy:  Danuta Szaflarska, Wiesław Michnikowski, Gustaw Lutkiewicz, Lech Ordon, Krystyna Sienkiewicz, Witold Pyrkosz – ich wszystkich nie muszę Wam przedstawiać; Jeanne Moreau (aktorka takich moich ukochanych gigantów kina, jak Truffaut, Welles, Antonioni, Losey, Buñuel, Brook, Richardson, Fassbinder czy Wenders, jej chyba najbardziej popularny film to „Viva Maria”, gdzie grała jako Maria II przy Brigitte Bardot – Marii I), Janusz Kłosiński, znakomity sierżant Czernousow w „Czterech pancernych i psie” i dyrektor Wincenty Wardowski w „Czterdziestolatku” (jednak pełnię talentu pokazał w filmie Stanisława Barei „Niespotykanie spokojny człowiek„); Roger Moore (kto pamięta go jeszcze jako „Świętego”? A ja uwielbiałem go w roli lorda Sinclaira w „Partnerach„, dystyngowanego arystokraty, prowadzącego śledztwa przy boku innej mojej ukochanej znakomitości – Tony Curtisa, który z kolei grał nuworysza z Nowego Jorku. Ciekawe jest to, że ja nigdy nie znałem tytułu tego filmu, jak był nadawany w telewizji, to w programie było napisane: „serial telewizyjny”);  Mieczysław Kalenik (głównie znany jako Zbyszko), Władysław Kowalski (dla mnie przede wszystkim Jerzy w „Kolumbach”), Jerzy Cnota, i Mieczysław Gajda (dla większości z Was osoba właściwie nieznana, dla mnie jest to Szot z pierwszej ekranizacji „Awantury o Basię” Kaniewskiej).

Sportowcy: Adam Wójcik (w czasach, gdy koszykówka to było wariactwo młodzieży, był niezaprzeczalnym liderem), Jan Szczepański, Józef Grudzień (artyści boksu), Ryszard Parulski (znakomity szermierz), Andrzej Biegalski (mistrz Europy w boksie w wadze ciężkiej), Raymond „Kopa” Kopaczewski (słynny piłkarz francuski, z pochodzenia Polak, znający doskonale język polski, uznany za najlepszego piłkarza na świecie w 1958 roku)

Muzycy: Zbigniew Wodecki, Anna Szałapak, Al Jarreau (jazzman, mam mnóstwo jego płyt), Leonard Cohen, George Michael (za tymi dwoma akurat nie przepadam), Chuck Berry (rock&roll), Grek Lake (jeden z tria Emerson, Lake & Palmer, zespołu, który zaważył chyba najwięcej na mojej miłości do muzyki poważnej, trudnej), Piotr Puławski (Czerwono-Czarni i Polanie),

Ludzie nauki: prof. Lech Trzeciakowski (znakomity historyk XIX i początku XX wieku), Wiktor Osiatyński

Politycy: Helmut Kohl, Zbigniew Brzeziński,

Artyści:  Wojciech Młynarski, Stefan Sutkowski (twórca Warszawskiej Orkiestry Kameralnej), Jerzy Kossela (niezapomniany twórca Niebiesko-Czarnych i Czerwonych Gitar, zwany piątym z Czerwonych Gitar), Stanisław Wielanek (Kapela Czerniakowska), Bohdan Smoleń (na zawsze będzie mi się kojarzyć z „Tyłu sklepu”) , Magdalena Abakanowicz (jej dzieł akurat nie lubię, dałem jej nazwisko tutaj z szacunku), Andrzej Zakrzewski (kabareciarz z Trójki, znałem go przed laty w Rozgłośni Harcerskiej),

Pisarze: Janusz Głowacki, Wanda Chotomska (autorka „Jacka i Agatki”, bijącej rekordy popularności pierwszej dobranocki dla dzieci pokazywanej w Telewizji Polskiej od 1962 roku przez dziesięć lat, mojej ukochanej dobranocki),

Reżyserzy: Tadeusz Chmielewski ( twórca takich potęg jak „Ewa chce spać”, „Dwaj panowie N” (niedoceniany film kryminalny, obydwa z Mikulskim), „Gdzie jest generał”, „Pieczone gołąbki”, „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”, „Nie lubię poniedziałku” i „Wiosna panie sierżancie”) i Grzegorz Królikiewicz (ale szczerze mówiąc nie znosiłem jego filmów).

Dziennikarze: Grzegorz Miecugow, Piotr Bikont (kulinarny odpowiednik i przyjaciel Makłowicza), Zdzisław Pietrasik (krytyk filmowy tygodnika „Polityka” – bardzo go ceniłem), Robert Sankowski (dziennikarz muzyczny „Gazety Wyborczej), Bohdan Tuszyński (niezapomniany dziennikarz radiowy, sprawozdawca sportowy).

Cześć ich pamięci.

Reklamy
Napisane przez: torlin | 07/11/2017

Pieczara nad rzeką Alle

Rozmawialiśmy ostatnio o języku, i muszę powiedzieć, że dla mnie jest to fascynująca rzecz. A z tej fascynującej rzeczy jest rzecz jeszcze bardziej fascynująca, to jest historia wyrazów, ich pochodzenie. A crême de la crême to jest historia nazw geograficznych na całym świecie. Coś wspaniałego. Z tym że od razu mówię, przy pisaniu tej notki nie korzystam (i nie sprawdzam) z Internetu, w tym w Wikipedii, korzystam ze swoich zbiorów. Dla przykładu etymologia nazwy Olsztyn, tego znad Łyny, w Wikipedii opisana jest błędnie. Tak zresztą, jak i Berno.
Na początku – skała na zdjęciu pochodzi z ruin zamku w Olsztynie. I ktoś w najśmielszych snach mógłby pomyśleć, że Olsztyn w województwie śląskim, i główny Olsztyn nad Łyną mają całkowicie różne nazwy, brzmiące jedynie identycznie. Nazwa Olsztyna na południu pochodzi z niemieckiego die Höhle – jaskinia i der Stein, ale jako „skalna twierdza” (w Polsce der Stein zamienił się w „sztyn”: Frlsztyn, Rabsztyn) – Hohlstein, u Długosza Holsthyn. Tymczasem Olsztyn na północy to jest ta sama twierdza der Stein, ale nad rzeką Alle (czyli po polsku Łyną), czyli Allenstein, co Polacy nazwali Olsztynem.

A historia nazwy Berno nie ma nic wspólnego z niedźwiedziem, ale jest nieprawdopodobnie ciekawa, i związana z … Weroną. Otóż musimy się cofnąć aż do roku 489, kiedy to Werona została zdobyta przez Ostrogotów Teodoryka Wielkiego. Werona stała się jego ukochanym miastem, więc nazwał ją Bern. Miasto miało jeszcze dwie nazwy: Welsch Bern i Dietrichsbern na pamiątkę Dietricha z Berna, zwanego po polsku Dytrykiem z Berna (czyli z Werony). A Berno (po niemiecku Bern) nazwane zostało przez założyciela miasta od dawnej posiadłości domu książęcego w Weronie.

A taki Neapol to po grecku po prostu „Nowe Miasto” (Neapolis).

Nazwa Kalisz pochodzi od … kału, kał w Słowiańszczyźnie to teren mokry, bagnisty, brudny, wilgotny (kalać swoje gniazdo, w staropolszczyźnie: brudzić, tarzać się w błocie, patrz również niepokalana, skalać, pokalać).

A Niemcy (a dokładniej mówiąc Kawalerowie Mieczowi) założyli sobie miasto Memel nad rzeką Memel, i kto by pomyślał, że jest Kłajpeda nad Niemnem. A miasto tak nazwał Witold na złość Krzyżakom.

A tuż obok mamy Inflanty miło brzmiące polskiemu sercu, nazwa pochodzi z niemieckiego Livland, kraj Liwów, jednego z małych plemion ugrofińskich na Łotwie, bo to oni są pierwotnymi mieszkańcami tych krain, ludy bałtyckie zalały Liwów, a do nich m.in. należeli Łatgalowie, i stąd Łatgalia, czyli Inflanty Polskie.

A może coś z Polski. Serock przed laty nazywał się „Szyroczec”, gdyż w tym miejscu:

  1. Bug wpada do Narwi,
  2. Narew wpada do Bugu,
  3. Obydwie rzeki tworzą Bugonarew.

Ja wiem, jaka jest oficjalna wersja, ale żyję tyle lat, że przeżyłem oficjalnie wszystkie trzy wersje. A „szyro” zmieniło się „syro-sero” pod wpływem mazurzenia.

i tak mógłbym ciągnąć, dla mnie to jest fascynujące, kupuję książki, szukam w dokumentach, przeglądam prace w innych językach (dawniej ze słownikami w rękach, teraz jest łatwiej). Zanudziłem pewnie.

Napisane przez: torlin | 04/11/2017

Ucieczka z Charbinu

Stacja w Harbinie (wygląd z 1940 r.) W tytule jest Charbin, a nie Harbin, bo Polacy tam pracujący namiętnie tak nazywali to miasto.

Kiedyś, przed laty, napisałem wspomnienia o swoim przyszywanym wuju, Gabrielu Herburt Heybowiczu, miał wprost niesamowite życie, ale przede wszystkim studiował w Petersburskim w Instytucie Korpusu Inżynierów Komunikacji, jednej z najlepszych uczelni technicznych Europy. I w tym tekście napisałem zdanie: „budował kolej wzdłuż Bajkału, a później wzdłuż granicy chińskiej”, tymczasem wuj wyraźnie mi mówił, że budował w Chinach, i z tych Chin musiał uciekać. Nie bardzo rozumiałem, o co chodzi, i do dzisiaj bym nie wiedział, gdyby nie cudowny artykuł w Rzepie, Piotra Milewskiego „Chińska kolej, polski wkład„.

Najprościej wytłumaczy Wam wszystko powyższa mapa, okazało się, że magistralę transsyberyjską lepiej jest przeprowadzić przez Chiny, nie tylko, że jest krócej do Władywostoku i Portu Artura (teraz jest to miasto Dalian, widoczne na mapie nad Morzem Żółtym), ale też nie trzeba przedzierać się przez góry. Chińczycy na początku nie chcieli, ale w końcu dali się przekonać i 3 lipca 1896 roku Rosja i Chiny podpisały w Moskwie tajne porozumienie przeciwko Japonii. Zapewniało ono Rosji prawo dzierżawy 560-kilometrowego korytarza, w którym miała zostać zbudowana trasa. Oficjalnie przeprowadzono to w ten sposób, że założono Bank Rosyjsko-Chiński, dokapitalizowany w przeważającej części kapitałem francuskim, a z kolei bank ten powołał do życia spółkę akcyjną pod nazwą „Kolej Wschodniochińska”.

Pracowało tam bardzo wielu Polaków, wiceprezesem spółki odpowiedzialnej za prace budowlane mianowany został Stanisław Kierbedź młodszy, bratanek słynnego budowniczego mostów, a główne miasto na trasie założył też Polak,  inż. Adam Szydłowski (Wiki angielska: „Polski inżynier Adam Szydłowski sporządził plany miasta po wybudowaniu chińskiej kolei wschodniej, którą sfinansowało imperium rosyjskie”).

Prezent dla Szymona – Chinese Eastern Railway locomotive Kh672 with an express train at Harbin.

Teraz zrozumiałem wuja Gabriela, jak mówił, że on nie uciekał do Chin, bo w nich był. Musicie pamiętać, że jak umarł, ja miałem 19 lat, gdybym wtedy miał taką głowę jak teraz, tobym zadręczał go pytaniami. A teraz żałuję. Rzepa tak pisze: „gdy latem 1900 roku gotowe było 1300 kilometrów torów, wybuchło powstanie skierowane przeciwko „zamorskim diabłom”, zwane również powstaniem bokserów. Opanowali oni prawie całą linię. Na niewiele zdała się bohaterska obrona kolejarzy. Spalono większość budynków, splądrowano magazyny i szopy z narzędziami, zrabowano węgiel i zapasy, zrujnowano kopalnie, unieruchomiono telegraf i zniszczono znaczną część taboru. Miejscowych robotników, którzy nie przyłączyli się do rewolty, przegnano”.

A Harbin okazał się bardzo rosyjskim miastem, i polskim również. Pod tym zdjęciem jest napis: „Русский город Харбин” (dla Gszczepy – rosyjskie miasto Harbin). Teraz to już nie ma tam i Rosjan, i Polaków, pozostała ciekawa historia. I piękne zdjęcia.

Budowa trasy

Reklama

Dla mnie przełom XIX i XX wieku był fascynujący, i w kulturze, i w ciekawostkach świata, i w polonikach.

 

Dzisiaj zrobimy sobie pewnego rodzaju Hyde Park, nazbierało się tego trochę. Telemach ma rację, że nie można wierzyć we wszystko Wikipedii. No cóż Telemachu, trochę inaczej zachowuję się przy swojej poważnej pisaninie, weryfikuję wszystko jak tylko mogę, sprawdzam w dziesiątkach (jeżeli tyle jest :D) źródeł, trochę inaczej zachowuję się w blogu. Wybacz, ale nie sprawdzam prawdziwości herbu Walezjuszy (mam nadzieję, że się nie gniewasz za te słowa).

Oto duet danych z Wikipedii, z notek, które w ostatnich dwóch dniach były mi potrzebne:

  1.  Powiat bieszczadzki  (tako rzecze Wikipedia): „jest najmniejszym (…) powiatem w Polsce”, ma 1138,17 km². Tymczasem wystarczy wejść na byle jakie województwo, np. wielkopolskie, gdzie powiatów poniżej 1 tys km² jest większość.
  2. Maria Kunegunda Wettyn, nazwisko nieobojętne chyba każdemu Polakowi, najmłodsza córka Augusta III i Marii Józefy Habsburżanki (miał tych dzieci aż 14, i co najciekawsze 11 dożyło do prawie mocno zaawansowanego wieku) – ale nie o tym mówimy. W Wikipedii pod hasłem Maria Kunegunda Wettyn czytamy: „Maria Kunegunda była 15. (najmłodszym) dzieckiem elektora saskiego i króla Polski Augusta III i jego żony Marii Józefy, jedynym dzieckiem tej pary, które przyszło na świat na terenie Polski (pozostałe rodziły się w Saksonii)”. W porządku, zaglądamy do tych innych dzieci i sprawdzamy (jak kiedyś Giertych niszczący Kurskiego): „Maria Elżbieta Wettyn. Urodziła się w Wilanowie jako jedenaste spośród czternaściorga dzieci pary królewskiej”. ” Maria Krystyna Wettyn. Urodziła się w Wilanowie jako dziesiąte spośród czternaściorga dzieci pary królewskiej”. Starczy?

Mam prośbę do Pań, przede wszystkim do Stokrotki, Marii i Juli. Trochę boję się opublikować notkę, którą napisałem. Kiedyś dałem kontrowersyjną notkę w Kamiennej Wiosce o kobietach, i od tego czasu więcej nie ujrzałem Dory z „Polityki” i acapelli. Jeżeli mi pozwolicie i nie odejdziecie z blogu, to ją – za Waszą zgodą – opublikuję. Inaczej nie.


Dzisiaj jest pierwszy listopada, Dzień Wszystkich Świętych. Ja, jak wiecie, jestem niewierzący, ale niektórych świętych bardzo lubię. Takim moim ulubionym jest Św. Nepomucen, patron zachowania tajemnicy, „przeciwpowodziowy” i podróżników i żeglarzy. Zbudowany jestem

dziejami powyższej figurki, pracowałem w tych latach na Łuku Siekierkowskim. Na rogu Augustówki i Wiertniczej stała w szczerym polu figurka Świętego, i kiedy TVN zaczął budować swoją drugą siedzibę, figurka zniknęła. I raptem na końcu odnowiona znalazła się na swoim miejscu, a TVN dorobiła Świętemu nową funkcję – jako że zginął nie wyjawiwszy tajemnicy spowiedzi, jest też uważany za patrona zachowania tajemnicy i dobrego imienia. Lubię Św. Franciszka za rozmowy ze zwierzętami i Św. Jacka za imię.


Mamy Dzień Zmarłych i znowu odeszło kilku artystów, których kochaliśmy: Sienkiewicz, Michnikowski, Młynarski, Pyrkosz (Pyrkosz, pyrkosz, i nie jedziesz), Ordon, Wodecki, Szaflarska. Odszedł cudowny reżyser Tadeusz Chmielewski, twórca takich potęg po dzień dzisiejszy jak: „Ewa chce spać”, „Dwaj panowie N” (niedoceniany film kryminalny, obydwa z Mikulskim), „Gdzie jest generał”, „Pieczone gołąbki”, „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”, „Nie lubię poniedziałku” i „Wiosna panie sierżancie”.

Strasznie mi żal, że odchodzą ludzie dawnych kabaretów, już prawie nikogo nie ma, z „młodszych” został Fronczewski, Barbara Wrzesińska, Marek Kondrat, Wojciech Pokora, Janusz Gajos. Jan Kobuszewski. Ale ci pierwsi? Krafftówna, Michnikowski, Dziewoński, Marian Kociniak (chociaż Jan też występował), Andrzej Zaorski, a teraz Sienkiewicz i Michnikowski. Pani Krystyna zawsze będzie mi się kojarzyć obok kabaretów z „Lekarstwem na miłość” i „Rzeczpospolitą babską”. Żal mi tych dawnych kabarecików rodem z Gałczyńskiego, późniejsze ze Śleszyńską, Wonsem, Siudymem i Tyńcem – to już nie było to.


Ksawery położył pomnik przyrody w Lesie Kabackim.


Kiedy przestanie padać?


Mam olbrzymi problem, może nie egzystencjalny, nie przesadzajmy. Nie mam z kim wyjeżdżać, dotychczasowi partnerzy i partnerki wykruszyli się, a ja nie mogę znaleźć chętnego (chętną) na powłóczenie się z plecakiem np. w przyszłym roku na przełomie sierpnia i września po Kirgizji. Może sami bylibyście zainteresowani, a może znacie kogoś?


Vandermerwe, stęskniłem się za Twoimi komentarzami. Uhuhu!!!! Pozdrowienia

Już dawno nie rozprawiałem się z różnego rodzaju mitami, gdy niegdyś było to moje ulubione działanie. Zachwyciło mnie zdanie powtarzane później po wielokroć przez wielu światłych Polaków, a przypisywane Zygmuntowi I, jakoby się chwalił, że: „mógł położyć bezpiecznie głowę na łonie każdego poddanego swego”. Wg mnie po raz pierwszy użył tego zwrotu arcybiskup lwowski Jan Zamoyski w odpowiedzi na list wojewody krakowskiego Gabriela Tęczyńskiego do senatorów. Całość brzmiała tak: „Zygmunt Pierwszy się chwalił, że mógł położyć bezpiecznie głowę na łonie każdego poddanego swego. Nie pochwalił się Trzeci”. Działo się to na zjeździe rokoszowym w Stężycy w 1606 roku.

Do czasów Zygmunta Starego wracano myślami w XVII wieku jako do raju, Edenu, Krainy Szczęśliwości Wszelakiej, ten król czuł się bezpieczny wśród narodu (czytaj szlachty), włos mu z głowy nie spadłby, mógł chodzić spokojnie bez straży przybocznej. Później nastał Walezy, a skutki jego panowania – Pamiętacie?:

Gdzie się Wieprza kręte fale wiodą,
Płynąc w Wisłę, gdzie wygnańca strzecha,
Poderwana i podmyta wodą,
Sterczy stara siedziba Sieciecha,

Tam oszukan lud polskiej krainy
Przez ucieczkę Walezego zdradną,
Na płaszczyźnie szerokiej równiny
Zbiegł się wszystek na wiece obradną; (…)

Gdy więc Niebo taki los przyniosło,
Niech się Polsce do praw wrócić godzi,
I rzucone przez Henryka wiosło
Dać innemu, by kierował z łodzi!

Lecz Polacy! gdy wieca zebrana,
Kadźcież dobrze, do obrad zasiadłszy!
Tego sobie wybierzcie na pana,
Kto poczciwszy, nie zaś kto bogatszy.

I co trzykroć i czterykroć mówię:
Niech was kłótnie nie zawodzą płoche;
Zniżcie rogi na wyniosłej głowie,
Butny umysł pohamujcie trochę.

Bo gdy żaden ulegać nie zechce,
Rzecz publiczna już będzie zatruta;
Na cóż wolność rzekoma nas łechce?
Na co zda się układać statuta?

Tak, to Kochanowski, też w Stężycy, ale pierwszej, na zjeździe stężyckim w 1575 roku, kiedy to decydowano się na ogłoszenie bezkrólewia. Interregnum powstało w wyniku złożenia z urzędu dotychczasowego władcy Henryka Walezego, a zgodnie ze zwyczajem interrexem (zwanym dawniej międzykrólem) został prymas, arcybiskup gnieźnieński. A na króla wybrano Batorego. Zastanawiam się, czy z tym Walezym to nie jest mit. Uciekł, nie mogę zaprzeczyć, nie chciał wrócić do Polski, ale do końca życia posługiwał się tym herbem,

czytałem gdzieś, że proponował Polakom podwójne rządy, on we Francji jako podwójny król, Polski i Francji, a Anna rządząca w Polsce jako jego reprezentant.

Jeżeli mówimy o tym spokojnym złożeniu głowy na łonie narodu, to od razu kojarzy nam się Gąsawa. Podoba mi się fragment „Królewskich snów”, w których Witold narzeka, że strażnik zabrał mu nóż przed wejściem do łaźni, w której przebywał Jagiełło. „Zabrali mi mój nóż”.  „Popatrz, rządzą się czorty jak chcą. Ale wybacz mi mój miły, ale Polacy pamiętają, że łaźnie potrafią być groźne dla polskich książąt”. „Dlatego łaźni unikają” – odpowiada dowcipnie Witold. I przez wiele lat ten syndrom nie był w ogóle rozpowszechniony, a przecież zabójstw królów w ogóle u nas nie było.

I raptem zaczyna to być podkreślane podczas Rokoszu Zebrzydowskiego, że Zygmunt III nie mógłby tego powiedzieć. Inna sprawa, że Stężyca i Lublin, a później Guzów są to miejscowości-świadectwa dwóch olbrzymich w skutki świadectw historycznych:

  • po raz pierwszy od wielu lat Polska pękła na połowę w przekonaniach politycznych (dla przykładu 14 posłów wielkopolskich, o których wiadomo, że posłowali wielokrotnie, 6 opowiedziało się po stronie królewskiej, 8 stanęło w szeregach rokoszowych),
  • po raz pierwszy po Unii tak wyraźnie został zaprezentowany sojusz szlachty Polski i Litwy, że ujawnione zostało poczucie wspólnoty, a zarazem, uczyniony krok do jej umocnienia.

I gdyby nie Narutowicz, to moglibyśmy powtarzać znowu, że każdy polski władca może spokojnie położyć głowę na łonie każdego poddanego swego. Ale niestety straciliśmy dziewictwo, a dziewictwo się traci tylko raz ( o operacjach plastycznych słyszałem 😉 ).

Napisane przez: torlin | 26/10/2017

Agonia wiedzy eksperckiej? Trzeba umieć się bronić.

Jestem prenumeratorem dwóch dla mnie bardzo ważnych pism: „Gazety Wyborczej” i internetowego pisma (jeżeli ten portal można tak nazwać) „Wszystko Co Najważniejsze„. Następują dwie olbrzymie tendencje, natłok fake news i agonia wiedzy eksperckiej. Idzie nowe, XXI-wieczne, i nie mamy co się obrażać na rzeczywistość. Z jednej strony musimy zdiagnozować problem i starać się wymyślić antidotum na kłopoty, z drugiej nie możemy drętwieć z przerażenia i mówić: „cokolwiek byśmy nie zrobili, to i tak wszystko upadnie”. Róbmy swoje – jak mawiał Młynarski.

Pierwsze zdanie u góry nie jest takim sobie „się chwaleniem”, to jest świadome działanie. „Gazeta Wyborcza” ma już 110 tys. płatnych prenumeratorów, daleko jej oczywiście do New York Times-a, ale z każdym miesiącem liczba osób chcących zapłacić za wiadomości rosła w miarę szybko. A przecież jeszcze niedawno, bo w 2013 tego rodzaju wiadomości były wręcz sensacyjne: „Na początku nie zapowiadało się na sukces. Gdy „New York Times” wprowadził opłaty za dostęp do internetowego wydania (internauci mogą za darmo przeczytać 20 artykułów miesięcznie), firma badawcza Experian Hitwise porównała liczbę wizyt na stronach NYTimes.com na 12 dni przed wprowadzeniem i 12 dni po wprowadzeniu nowego modelu biznesowego. Uruchomienie „paywalla” przyniosło gazetowemu serwisowi spadek ogólnej liczby wizyt o 5–15 procent. Wprowadzenie opłat miało też negatywny wpływ na liczbę odsłon stron – amerykański serwis odnotował spadek od 11 do 30 procent. Równocześnie jednak pojawił się efekt, którego Janet Robinson, ówczesna szefowa „Timesa”, długo nie upubliczniała. Trzy tygodnie od wprowadzenia opłat za dostęp do internetowego wydania gazeta „New York Times” sprzedała ponad 100 tys. cyfrowych subskrypcji. W skali roku przyniosło to spółce dodatkowy przychód rzędu 20 mln dolarów, który systematycznie rósł wraz z sukcesywnym wprowadzaniem opłat w aplikacjach na smartfony i tablety, gdzie darmowa pozostała tylko sekcja Top News. Zamykanie treści w połączeniu z malejącą sprzedażą wydań papierowych wywołało w NYTC spadek przychodów z reklam o 96 mln dolarów (z 994 mln w 2010 roku do 898 mln w 2012 roku). Ale w tym samym czasie aż o 101 mln dolarów wzrosły przychody ze sprzedaży detalicznej wszystkich wydań medialnej grupy (z 851 mln w 2010 do 952 mln w 2012 r.). Z tego lwią część stanowiła dystrybucja wydań cyfrowych. Dlatego NYTC jest dziś w zupełnie innym miejscu niż większość jego amerykańskich i globalnych konkurentów”. To było w 2013 roku.

A później nastąpił Trump, dostał nawet swoją nazwę, już nie fake news, ale Trump Bump. Jak pisze Rzepa: „Od czasu ubiegłorocznej kampanii prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych, zakończonej zwycięstwem przebywającego z wizytą w Warszawie Donalda Trumpa, eksperci mówią o tzw. efekcie Trumpa („Trump bump”). Ma on związek z przybierającym na sile zjawiskiem rozpowszechnianych w internecie kłamstw, czyli tzw. fake newsów. Już 16 proc. Amerykanów wsparło ulubione media, przelewając im pieniądze albo płacąc w jakiejś formie za newsy w sieci. (…) Zyskują przede wszystkim prestiżowe media. W ciągu sześciu miesięcy od wyborów w USA „The New York Times” zdobył 500 tys. cyfrowych subskrybentów, a „The Wall Street Journal” – ok. 200 tys. Jak mówi „Rz” Maciej Hoffman, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy, fake newsy, jakie zalały internet, odrzucają czytelników i także w Polsce rośnie liczba e-subskrypcji gazet.

Ludzie od tysiącleci dzielą się na podatnych na jakąkolwiek głupotę, i tych z bólem serca liczę na jakieś 80% ludności każdego państwa, i na te pozostałe 20 (wygląda na to, że jestem optymistą – dawniej mówiłem o 5), które myśli, weryfikuje, zmienia!!! poglądy, gdy spostrzeże się, że nie ma (miał) racji. Ci ludzie nie wiedząc, gdzie jest ukryta prawda, ruszyli do dawnych ostoi inteligencji.  Fakty są święte, opinie wolne – jak głosi hasło „Guardiana”. Ja osobiście szukam prawdziwych informacji, i mimo że jest bezpłatna gazeta.pl doszedłem do wniosku, że szacunek dla GW wymaga, abym za tę Gazetę płacił.

Zapisany jestem również do Wszystko Co Najważniejsze, jest to bezpłatny portal (póki co) z bardzo wieloma mądrymi artykułami. Przykuł moją uwagę jeden z nich, autorstwa Toma Nicholsa „Agonia wiedzy. Koniec ekspertów. Śmierć elit.”, i mimo że autora świetnie rozumiem, nie mogę się z nim zgodzić. Bo on przybiera pozę „rozdzierania szat”, tak jak w 2013 roku wydawcy gazet. To jest koniec i nic nas nie uratuje. „Obawiam się, że jesteśmy świadkami „agonii wiedzy”. Otóż Google, Wikipedia, blogi – wszystko to sprzyja zanikowi jakiejkolwiek granicy między profesjonalistami a laikami, uczniami a nauczycielami, znawcami a poszukującymi, czyli innymi słowy między tymi, którzy coś osiągnęli na danym polu, a tymi, którzy tego nie dokonali. Nie mam na myśli agonii wiedzy jako takiej, znajomości konkretnych rzeczy, która odróżnia jednych ludzi od drugich w poszczególnych dziedzinach. Zawsze będą lekarze, prawnicy, inżynierowie i inni specjaliści w różnych dyscyplinach. Obawiam się raczej tego, że wiedza straciła swój autorytet jako coś, co powinno kształtować nasze myśli lub zmieniać sposób życia”.

„Odrzucanie pojęcia wiedzy i głoszenie z moralizatorską emfazą, że każdy ma prawo do własnego zdania, jest niemądre. Gorzej, to jest niebezpieczne. Agonia wiedzy jest nie tylko odrzuceniem jej samej, ale także sposobów, jakimi ją zdobywamy i jakimi uczymy się różnych rzeczy. Generalnie jest to odrzucenie nauki i racjonalizmu, które stanowią fundament cywilizacji Zachodu. (…) Nie chodzi tylko o politykę, choć i wtedy byłoby już wystarczająco źle. Jest jeszcze gorsza rzecz: agonia wiedzy ma ten przewrotny skutek, że w braku rzeczywistych ekspertów każdy czuje się ekspertem we wszystkim. Oto szokujący przykład: żyjemy dziś w wysoko rozwiniętym postindustrialnym kraju, który walczy z odradzającą się epidemią krztuśca – choroby wyeliminowanej sto lat temu. A to dlatego, że skądinąd inteligentni ludzie kwestionują decyzje lekarzy i odmawiają szczepienia swoich dzieci po przeczytaniu bzdur napisanych przez ludzi, którzy nie mają pojęcia o medycynie (tak, mam na myśli ludzi takich jak Jenny McCarthy) [amerykańska aktorka i modelka zaangażowana w ruch społeczny wymierzony przeciw szczepionkom, które mają rzekomo powodować autyzm – przyp. tłum.]. W polityce problem również osiągnął niewiarygodne proporcje. Uczestnicy debaty publicznej nie odróżniają już frazy „mylisz się” od „jesteś głupi”. Mieć odmienne zdanie to dopuścić się zniewagi. Sprostować kogoś to być nienawistnym. A odmawiać uznania alternatywnych poglądów, jak nierealne czy bezsensowne by one były, to mieć ciasny umysł. Krytycy mogą wszystko to negować, mówiąc, że każdy ma prawo uczestniczyć w sferze publicznej. To prawda. Każda dyskusja musi być jednak prowadzona w pewnych granicach i powyżej pewnego poziomu kompetencji. A kompetencji w życiu publicznym w sposób widoczny brakuje. Ludzie, którzy nawołują do wojny w innych częściach świata, z trudem potrafią wskazać na mapie swój własny kraj; ludzie, którzy chcą ukarać Kongres za tą czy inną ustawę, nie umieją nawet wymienić nazwiska kongresmena ze swojego okręgu. Żaden z tych przejawów ignorancji nie przeszkadza ludziom toczyć sporów, jakby byli naukowcami. Skonfrontuj laika ze złożonym problemem politycznym, a otrzymasz obcesowe żądanie, aby przedstawiać coraz to większe ilości „dowodów” na poparcie swojej tezy, choć w takich debatach zwyczajny rozmówca nie jest w stanie rozstrzygnąć, co stanowi „dowód””.

No i co z tego? Tak było zawsze, i trzeba z tym walczyć, a nie załamywać rąk. Ci „eksperci” to są ci sami ludzie, którzy wierzą w Trump Bump i fake newsy. I trzeba organizować takie miejsca dla inteligencji, jak powyższe WcN, czy np. portal Forsal.pl. I będzie dobrze.

Napisane przez: torlin | 23/10/2017

Piekarski recidivus

Piekarski – pierwszy z prawej

Kilka lat temu Interia zlikwidowała mój blog, inna rzecz, że od dawna do niego nie zaglądałem. Było tam jednakże sporo notek, których mi po prostu żal, a tej, której żałowałem najbardziej , był tekst o Piekarskim. Pamiętam, że strasznie się nad nim napracowałem, nie było tego dużo w Wikipedii, chodziłem do Biblioteki Narodowej. Przepadła – mówię – trudno. I szukając różnego rodzaju tekstów wpadła mi w oko notatka Związku Sybiraków z Elbląga o Edwardzie Piekarskim. Czytam, i jakby to było znajome – przecież to mój tekst. Ale ucieszyłem się – jest w Internecie. Całość możecie zobaczyć TU, ale ja, dla potomności, dam ten tekst jeszcze raz:

Edward Piekarski (1858–1934) 

Urodził się w 25 października 1858 r. w Piotrowiczach w okręgu Mińskim (na Białorusi). Za działalność rewolucyjną i narodową w 1881 zesłany został do Jakucji miał wtedy 23 lata) i osadzony w małej izdebce (4 x 4 m). Aby nie zwariować musiał zacząć coś robić. Feliks Kon, jego przyjaciel, pisał: „W Jakucji najstraszniejsze było to, że ci, którzy wyróżniali się dobrocią i wrażliwością byli skazani na bezczynność. Nie było żadnej działalności ideowej, która pozwalałaby na rozładowanie energii”. Z nudów zaczął uczyć się języka jakuckiego, a później obserwował i notował „…atramentem z wywaru kory wierzbowej… na skrawkach gazet i opakowań” – wyrazy, zwroty, powiedzenia, przysłowia. Rozpoczęło się pisanie dzieła życia Piekarskiego – „Słownika Jakuckiego Języka”. W międzyczasie jednak bardzo prężny wschodniosyberyjski oddział Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego zorganizował ekspedycję do Jakucji, znaną pod nazwą „Sibiriakowa”, która zebrała bardzo dużą ilość materiałów dotyczących demografii, antropologii, języka, folkloru i wierzeń Jakutów, jak również dane o ich kulturze i ustroju ekonomiczno – prawnym. Ponieważ brakowało specjalistów z tej tematyki, ekspedycja postanowiła dokoptować ich z zesłańców politycznych; wśród nich znaleźli się Edward Piekarski i Feliks Kon. By mieć możność swobodnego poruszania się, uczestnicy ekspedycji należący do grona zesłańców otrzymali tytuł „współpracowników jakuckiego komitetu statystycznego”. Piekarski uczestniczył w ekspedycji 3 lata (1894 – 1896), zaczął również publikować pierwsze fragmenty słownika, a jego sława dotarła do Petersburga. Na wniosek Akademii Nauk car cofnął zesłanie dla Piekarskiego i ten w 1905 roku przyjechał do Petersburga, lecz pracy nad słownikiem nie zaprzestał. „Słownik Języka Jakuckiego” jest najwspanialszym dziełem poświęconym jednemu z języków tureckich, a cała ogromna praca nad zbieraniem, badaniem i redagowaniem materiałów etnograficznych, folklorystycznych dała wspaniałe owoce. To fundamentalne dzieło cieszy się niepodważalnym światowym uznaniem i słusznie uważa się je za prawdziwą encyklopedię życia narodu jakuckiego z okresu przedrewolucyjnego. Piekarski opublikował w sumie 13 tomów w latach 1907 – 1930, za co został najpierw w 1927 roku członkiem – korespondentem Akademii Nauk ZSRR, a w 1931 r. – honorowym akademikiem tejże Akademii. Drugim dziełem Piekarskiego zasługującym na wyróżnienie są trzytomowe „Wypisy z narodowej literatury Jakutów”, opublikowane w latach 1907 – 1918.


I widzisz Telemachu, nie jestem obłąkanym pasjonatem polskości, to jest najlepszy dowód.  Piekarski nie tylko został rosyjskim naukowcem, ale wręcz powrócił do Jakucji, aby tam kontynuować swoje badania.

Siedziba Piekarskiego podczas zesłania.

Dzisiaj, nawet jak zajrzy się do tekstów na stronach rosyjskich można przeczytać: „Российский и советский лингвист, этнолог, фольклорист” (dla Gszczepy – „Rosyjski i sowiecki lingwista, etnolog, folklorysta„).

Pasjonują mnie od dawna postaci z pogranicza kultur, kiedy to wszystko wymieszane jest dokumentnie. Chyba najbardziej charakterystyczny w tym względzie jest wiek XIX, każda biografia oszałamia. A z powrotami do Polski, do polskości… No cóż! Różnie to bywało, Piekarski np. napisał do swojego ojca: „ „Wcześniejsze drukowanie tego słownika się skończyło. Nie mam co myśleć o powrocie do ojczyzny, nawet jeśli dostanę pozwolenie, ponieważ nie mogę zamknąć pracy, nad którą spędziłem trzynaście lat najlepszej części swojego życia „. Dużo o Piekarskim jest na stronie jakuckiej, m.in. TU.

Napisane przez: torlin | 19/10/2017

Ważny punkt budżetu

Przez całkowity przypadek trafiłem na fantastyczną ciekawostkę, i to niesłychanie aktualną. Robię od czasu do czasu porządek w książkach mojego Ojca, kłócę się, po co to robimy, ale trudno. I w ręce wpadło mi trzytomowe wydanie pism wszystkich Piłsudskiego, a Ojciec ze śmiechem mówi: „Zajrzyj do tomu pierwszego na str. 145”. Zajrzałem i oniemiałem. Było to pismo-odezwa Piłsudskiego do Braci Robotników z 9 lutego 1896 roku, kiedy to nasz Dziadek był jeszcze lewicowym radykalnym redaktorem naczelnym „Robotnika”. Po opisaniu strony dochodowej budżetu Rosji, gdzie najważniejszą pozycją jest akcyza na alkohol, Józef P. przechodzi do strony wydatków. Oto najważniejsze fragmenty:

„Popatrzmy teraz, jak to rząd carski zużytkowuje te olbrzymie sumy, z ludu wyciśnięte. Nieraz, gdy użalamy się na ciężar podatków, słyszymy odpowiedź: „Pieniądze te idą na zaspokojenie potrzeb ludności państwa”. A no posłuchajcie:

  • bankierom, którzy kiedyś pożyczyli carowi pieniędzy, gdy był w kłopocie (np. z powodu wojny) – 270 mln rubli,
  • wojsko – 289 mln r.,
  • marynarka wojenna – 58 mln r.,
  • utrzymanie duchowieństwa – 19 mln r.,
  • więzienia – 14,
  • utrzymanie cesarza – 10,
  • wynagrodzenie różnym osobom za zmniejszenie procentów bankowych – 5 mln rubli,
  • zapomogi towarzystwom finansowym – 10 mln rubli,
  • uniwersytety – 4,
  • początkowe szkoły ludowe – 4,
  • średnie zakłady naukowe – 8,5,
  • na nieprzewidziane wydatki:
    • na posag Jej Cesarskiej Wysokości Wielkiej Księżny Kseni Aleksandrówny – miljon rubli,
    • na wydatki z powodu zaślubin Jego Cesarskiej Wysokości – 1,2 mln rubli,
    • na nabycie na rzecz skarbu państwa Pałacu Michajłowskiego – 1,15 mln r.,
    • na cel wiadomy Najjaśniejszemu Panu – 500 tys. rubli.

 

A ten Cel Wiadomy Najjaśniejszemu Panu to była kochanka carska Matylda Krzesińska”.

Zapewne wszyscy z Was wiedzą, że Matylda Krzesińska jest bohaterką filmu rosyjskiego wzbudzającego największe kontrowersje, i co najciekawsze (ach, jak my w swoim katolicyzmie jesteśmy podobni do Rosjan) Cerkiew Prawosławna wydała wyrok nie oglądając filmu i stwierdziła, że obraz ten jest fałszerstwem, gdyż car był świętym, a jak on był świętym, to ex definitione  nie mógł mieć kochanki, a mówienie inaczej jest obrażaniem uczuć religijnych wiernych. Na zdjęciu u góry Polka Michalina Olszańska jako Matylda.

„Kiedy się poznali, Matylda z carem, miała 17 lat i kończyła właśnie szkołę baletową. Ich niewinna początkowo wzajemna sympatia przerodziła się wkrótce w płomienny romans. Dla ułatwienia im kontaktów dwór cesarski wynajął nawet i wyposażył do jej dyspozycji wygodną willę w Petersburgu. Ich bliskie kontakty zostały jednak zerwane gwałtownie wiosną 1894, kiedy następca tronu zaręczył się oficjalnie z księżniczką Alicją Heską (1872–1918), znaną jako Alix. Matylda została wtedy przez carewicza hojnie wynagrodzona, otrzymała na własność wynajmowany dotąd dom i wysokie odszkodowanie”. (Wiki).

A po latach z jej balkonu przemawiał Lenin. Historia to jest coś cudownego, jak można jej nie lubić.

 

Napisane przez: torlin | 18/10/2017

Pytanie jak jętka jednodniówka

CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=243854

Pytanie jednodniowe, Szczurek w swoim komentarzu u Wachmistrza użył sformułowania: „zaginęła jak ciotka w Czechach”. Postanowiłem znaleźć w Internecie, o co to chodziło, ale bez skutku. Raczej – patrząc na wyniki – popularniejsze jest „zgubić się jak ciotka w Czechach”. Jestem wielbicielem języka polskiego, widzę, że rzecz jest w miarę popularna, tymczasem ja dowiedziałem się o tym powiedzeniu pierwszy raz w życiu. Czy ktokolwiek wie, jak naprawdę ono brzmi, i skąd się wzięło?

Na prawdziwy wpis musicie poczekać do jutra. A mam piękną rzecz.

Napisane przez: torlin | 15/10/2017

Pięćsetlecie, to byłaby dobra okazja

W 2029 roku minie 500 lat od pełnej inkorporacji Mazowsza do Królestwa Polskiego. A może byśmy tak na pięćsetlecie tego faktu zrobili referendum niepodległościowe? I odbudowali Mazowsze? Albo chociażby Warszawę?

Ten pomysł rzuciłem w komentarzu do artykułu w Gazecie Wyborczej o Katalonii, dostałem w rewanżu dość długą odpowiedź, i jest ona na tyle interesująca, że postanowiłem zamieścić ją u siebie w blogu.

Ja: ” Nie rozumiem rządu Hiszpanii, na tym polega wolność i cywilizacja w Europie, że jeżeli zwolennicy niepodległości wygrywają referendum, to zakładają nowe państwo. I nikomu nic do tego. Jakby Quebec wygrał referendum, czy Szkocja, to mieliby własne państwo. Dlaczego Katalończykom nie wolno?”

sir_labedz: „Nie masz racji. Argument o wygranym referendum to żaden argument. Zauważ, że zarówno w przypadku Szkocji, jak i Katalonii, liczba zwolenników niepodległości i przeciwników jest niemal równa. Zatem ogłaszając niepodległość krzywdy doznaje całkiem spora część mieszkańców tych regionów, której podoba się życie w Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii. Oczywiście ten argument można odwrócić. Teraz tylko pojawia się pytanie, czy w jakiś konkretny sposób, te narody są dyskryminowane. Biorąc pod uwagę skale autonomii, szczególnie w Katalonii, raczej nie bardzo. Katalończycy swobodnie mogą posługiwać się swoim językiem, uczyć się w tym języku w szkołach i na uniwersytetach, uczyć o historii Katalonii itd. Jedyny ich argument to to, że nie chcą płacić na resztę Hiszpanii. Czyli w obliczu kryzysu, który w ostatniej dekadzie dotknął bardzo ten kraj, chodzi o brak gospodarczej solidarności. Przy czym argument ekonomiczny też jest wątpliwy, z czego władze Katalonii zdają sobie sprawę i dlatego niepodległości jeszcze nie ogłosiły. Wiedzą, że gospodarczo na niepodległości Katalonia po prostu straci, bo to nie tylko kwestia wpływów i wydatków budżetowych, ale zależności gospodarczych. Tutaj dochodzimy do sedna problemu. Tzn. dążenia do niepodległości pojawiają się, albo wtedy, kiedy mamy do czynienia z rzeczywistą dyskryminacją, albo wtedy, kiedy jakaś grupa polityczna chce na tych dążeniach zbić kapitał polityczny. W tym pierwszym przypadku można takim dążeniom kibicować. Ale w tym drugim przypadku to czysty populizm. Pojęcie narodu jest przereklamowane i sztuczne. Rząd Katalonii zbijał kapitał polityczny przez lata kryzysu rzucając hasła o niepodległości. Dostawał coraz większe uprawnienia, aż doszedł do ściany. Albo niepodległość, albo co? Narodowi populiści nie mają żadnych innych pomysłów ani idei, która mogłaby im zapewnić poparcie. Teraz sami nie wiedzą, co zrobić. Ogłaszając niepodległość skazują Katalonię na ogromne problemy, nie ogłaszając, nie maja po co rządzić. Gdyby rząd Hiszpanii nie zachował się tak histerycznie, władze Katalonii nie miałby teraz żadnych realnych argumentów. W przypadku Szkocji brexit nieco zmienia sytuacje”.

Nie odpowiadam w Gazecie, bo te dyskusje są bardzo krótkotrwałe, artykuły znikają, a w ogóle to ludziom nie chce się zaglądać do tych samych artykułów, to nie blog. Więc jakichś tam wielkich dysput pod artykułami to nie ma. Nie zmienia to faktu, że:

  1. Skoro „krzywdy doznaje całkiem spora część mieszkańców tych regionów, której podoba się życie w Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii”, to tyle samo krzywdy doznaje człowiek, który nie chce być w tych państwach.
  2. Katalonia była kiedyś państwem (królestwem), ma własny język, uważam, że ma prawo się odłączyć.
  3.   Rząd miał prawo rzucać hasła o niepodległości.
  4. Madryt jest znienawidzony w prowincjach.
  5. Katalonia problemy? Chyba jedynie z wodą!

I zrobimy numer, stolicą Mazowsza zrobimy albo Płock albo Czersk. Chociaż mało prawdopodobne, aby wtedy przyjeżdżali górnicy do nas, ale gdyby przyjechali, to paliliby opony na rynku w Czersku. A nie w Warszawie.

Ps. Dzisiaj znalazłem artykuł w GW pokazujący analogię historii Kraju Basków i Katalonii w walce o niepodległość.

« Newer Posts - Older Posts »

Kategorie