Napisane przez: torlin | 14/01/2018

Czy czeka nas cyfrowe średniowiecze?

W „Angorze” przeczytałem ciekawy artykuł, napisany na podstawie „Science Magazine„, a więc chyba wiedzą co piszą, pt. „Na progu cyfrowego średniowiecza„. Tekst ten jest wprawdzie w Internecie, ale ja za długo żyję, więc wiem, że zaraz może zniknąć.

„Większość ludzi zetknęła się z sytuacją, że nie da się otworzyć w komputerze dokumentu, bo jest zapisany w innym formacie, przy użyciu innego programu, że niemożliwy jest dostęp do odległych czasowo maili. Coraz szybciej oddalamy się od tradycyjnych metod fizycznego zapisu treści. Konsekwencje będą bardzo poważne. W historii pierwszych dekad XXI wieku może pojawić się czarna dziura informacyjna. Eksperci coraz głośniej ostrzegają przed „cyfrowym średniowieczem”, jakim stanie się dla przyszłych naukowców współczesna nam epoka rewolucji cyfrowej. Może nadejść dzień, gdy się okaże, że o wczesnym XXI wieku (i o ostatniej dekadzie XX – dop. Torlina) wiadomo mniej niż o początkach XX wieku – mówi Rick West, odpowiedzialny za gromadzenie danych w Google. – XX wiek bazował na papierze i filmie, do tego, co wówczas zarejestrowano, można stosunkowo łatwo dotrzeć”.

Nie chcę przepisywać całego artykułu, ale najważniejszymi elementami jego dalszej treści są:

  1. olbrzymie ilości informacji, całe biblioteki, zapisane są na kasetach i dyskietkach, nawet 3,5-calowych i dyskach 8-calowych.
  2. niebezpieczeństwem jest zjawisko „software rot” czyli gnicie programów (erozja oprogramowania, zanik oprogramowania lub entropia programowa), jest to powolne pogarszanie się wydajności oprogramowania w czasie lub jego zmniejszająca się responsywność (reakcja na bodźce), która ostatecznie doprowadzi do tego, że oprogramowanie stanie się wadliwe lub  bezużyteczne. Nie jest to zjawisko fizyczne: oprogramowanie w rzeczywistości nie rozpada się, ale raczej cierpi na brak  aktualizacji w odniesieniu do zmieniającego się środowiska, w którym się znajduje.
  3. Reakcją na software rot jest refaktoryzacja, są to zmiany w programie niezmieniające jego funkcjonalności, ale go unowocześniające, z utrzymaniem wysokiej jakości.
  4. Różną żywotność mają metody cyfrowej archiwizacji, np. dyskietka zaprogramowana jest na 10-14 lat.
  5. Rozwiązaniem całości problemu jest technologia (z której nic nie rozumiem – dop. Torlina, więc tylko cytuję za artykułem) „syntetycznego DNA„, którego pojemność wyraża się w petabajtach, czyli milionach gigabajtów. Według „Science Magazine” w ten sposób można zmagazynować wszystkie zapisy całej historii ludzkości w pojemniku wielkości i wagi kilku ciężarówek. GW pisze, że naukowcy stworzyli polimer będący w stanie przechowywać i powielać informacje w sposób charakterystyczny dla DNA, a jego cząsteczki mogą się zmieniać w procesie podobnym do ewolucji.

Tak sobie myślę, że nasze strachy rozwiąże postęp technologiczny, i to nie aktywizując jakichś specjalnych rozwiązań. Jako dowód mojego myślenia – napisałem kiedyś notkę (której niestety nie znalazłem), ówcześnie dla mnie bardzo ważną, a poruszającą temat ciągłego zmieniania nośników, na których zapisane były moje ulubione przeboje. Z taśmy magnetofonowej udało mi się wszystko wcześniej przegrać, część miałem na kasetach, część na płytach, ze strachem myślałem, że powstanie nowy nośnik i abarot będzie trzeba wszystko przegrywać.

I powstało Spotify, i cały mój problem zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wprawdzie jest trochę przebojów, których tam nie ma, ale to jest na szczęście kilka procent. Może i ten problem w ten sam sposób się rozwiąże. Czyli sam.

Reklamy
Napisane przez: torlin | 11/01/2018

Jedynie cytat – właściwie bez komentarza

Zaszokowany jestem fragmentem wywiadu udzielonego Józefowi Krzykowi z „Ale Historia” (dodatkowi GW) przez prof. Nikołajewa Iwanowa, autorki książki: „Komunizm po polsku. Historia komunizacji Polski widziana z Kremla” wydanej przez Wydawnictwo Literackie w 2017 r. Dlatego notkę zestawiam właściwie tylko z samego cytatu, nie ważę się komentować, bo brzmi to jak bajka znając skuteczność NKWD w poszukiwaniu takich ludzi, i strasznie ich za to karząc. Ale to w końcu profesor, wydawnictwo słuszne, a II Wojna Światowa nosi w sobie jeszcze tyle tajemnic:

„Do dziś mało kto wie, że w Polsce tuż po wojnie Armia Czerwona miała olbrzymi problem z dezerterami, którzy bez względu na konsekwencje woleli w niej pozostać i nie wracać do „raju” Stalina. Dotyczyło to przede wszystkim żołnierzy polskiego pochodzenia, a także bliskich Polakom językowo i świadomościowo Ukraińców i Białorusinów. Wtapiali się w otoczenie, zawierali fikcyjne związki z Polakami, palili swe sowieckie dokumenty. Woleli zaryzykować wszystko, niż wracać do komunistycznego raju, jakim rzekomo był Związek Radziecki. Niektórym się udało, po 1956 roku zostali objęci amnestią i pozwolono im nawet ściągnąć do Polski rodziny. W Polsce żyją obecnie tysiące potomków tych ludzi*, niektórzy do dziś nie wiedzą o swym nietypowym pochodzeniu. O tym zresztą piszę w książce”.

* nie to, że ja muszę mieć rację, ale tak zastanawiam się, czy konstrukcja: „W Polsce żyje obecnie tysiące potomków tych ludzi” nie byłaby lepsza.

Napisane przez: torlin | 08/01/2018

Przygody Dworca Południowego

Stacja kolejki grójeckiej na Placu Keksholmskim

Obiecałem wszystkim, że będzie o Grójeckiej Kolejce Dojazdowej, to przed tym nie uciekniecie (z wyjątkiem Szymona, który raczej zbliży się, niż będzie uciekał). Historia tej kolejki i poszczególnych nazw są tak interesujące (boję się, że tylko dla mnie, ale trudno, zaryzykuję), że postanowiłem napisać na ten temat notkę.

O tym, że kolejka startowała z dzisiejszego Placu Unii Lubelskiej (wtedy Ronda Keksholmskiego), to już pisałem. Zbudowali ją w 1898 roku Polacy za zgodą władz rosyjskich, i poprowadzili ulicą Nowoaleksandryjską (bo tak za czasów Imperium nazywały się Puławy).

W lipcu 1935 roku pierwszy przystanek został przeniesiony na róg Puławskiej i Odyńca (na zdjęciu powyżej), a w 1938 roku do stacji Szopy. I ta część jest dla mnie fascynująca.

Warszawa Szopy Polskie

Nazwano tę stację Warszawa Szopy, chociaż słyszałem, że to były Szopy Polskie (powyżej), gdyż w pobliżu były również Szopy Francuskie i Niemieckie. Ponieważ Niemcy nie dawali rady z wymawianiem tej nazwy, nazwali tę stację w latach 1915-1918 i  1939-1945 Warschau Süd (czyli Warszawa Południe). I wszyscy się zdziwią, ale Polacy pokochali po II Wojnie tę nazwę, i jak polskie władze otwierały w lutym 1946 roku na powrót kolejkę, to stację przy zbiegu Alei Wilanowskiej i Puławskiej nazwano Dworem Południowym.

1947 rok i Dworzec Południowy

I wyobraźcie sobie, że w dn.1 grudnia 1969 nastąpiła likwidacja odcinka Dworzec Południowy – Dąbrówka i stacja została zlikwidowana, a nazwa w pamięci ludzkiej pozostała. Mija 50 lat od likwidacji stacji, a na pytanie skierowane do jakiegokolwiek młodego człowieka (chłopaka czy dziewczyny) wchodzących do Metra Wilanowska, gdzie jest Dworzec Południowy odpowiedzą natychmiast: „Tutaj, proszę pana/pani”.

Z tą linią jest związana jeszcze jedna fascynująca rzecz. Każdy okupant czy nasz wspaniały rząd za każdym razem, jak się wycofywał, to niszczył kolejkę (tabor i tory), a jak wchodził, to jak najszybciej ją odbudowywał. Związane to było z faktem, że na południe od Warszawy były zagłębia cegielniane (Baniocha, Dąbrówka, Łubna, Gołków). U góry przepiękne zdjęcie z początku XX wieku – pociąg towarowy z żołnierzami na szosie nowoaleksandryjskiej w kolejce piaseczyńskiej.

Ps. Kalendarium kolejki TU

 

 

Napisane przez: torlin | 05/01/2018

Co tu się tak odjaniepawla!!!

Jak zwykle pod koniec roku (czyli drugi raz) PWN ogłosił swój konkurs na młodzieżowe słowo roku. Wyrok był dziwny, bo zwyciężyło nie to słowo, co zwyciężyło (sztos) – ponieważ wygrało rok temu. Nie zwyciężyło również słowo z drugiego miejsca, bo językoznawcy je zdyskwalifikowali (dwudzionek), ponieważ mamy weekend i koniec. Dla mnie weekend to nie jest dwudzionek, tylko czas od piątku wieczór. Może to słowo wyrwie się z weekendu i będzie synonimem jedynie soboty i niedzieli (jak podomka wyrwała się ze szlafroka). Wygrało XD, zapisywane również iksde (spotykam również „iks de”), oznaczające radość i śmiech.

Przykład z Internetu
  • Wyślę Ci zdjęcie mojego nowego chłopaka 🙂
  • To on? iksde
  • Ups, to mój pies 😛

Trochę dziwne, bo wygrało słowo-nie słowo, a raczej emotikon. Ale trzeba pamiętać, że najpierw słowem roku słownika Oxfordu została emotka (na górze) „Face with tears of joy” (dlaczego akurat ta, to nie wiem). W każdym razie w opisach czytamy, że oxfordzka nagroda „Word of the Year” (WOTY) przyznawana jest przez Oxford Dictionaries, ale nie na zasadzie głosowania, jak w przypadku PWN, ale komputerowym sprawdzeniu najczęściej używanych słów (czy to można nazwać słowem)? Inna rzecz, że komputery pozwalają teraz badaczom lingwistycznym prace na olbrzymich bazach.

Ale w dalszej części listy znajduje się kilka wyrazów (a dokładnie dwa), które już słyszałem, z tym że wyraz „smartwica” (pisany również „smartfica”) był mi znany (uzależnienie od smartfonów, a szczególnie od portali społecznościowych), ale drugiego nie znałem – odjaniepawlić się.

Znany i popularny Mirosław Bańko w „Najnowszym Słownictwie Polskim” prowadzonym przez Obserwatorium Językowego Uniwersytetu Warszawskiego pisze:

HASŁO – odjaniepawlać – odjaniepawlić
WARIANTY – odjaniepawlić się – odjaniepawlać się
WYMOWA – odjaniePAwlić (się)
DEFINICJA – pot. «dziać się (o rzeczach i zdarzeniach, które wywołały zdziwienie lub szok); zrobić coś, co wywołało zdziwienie lub szok»
PRZYKŁADY UŻYCIA:
Typowa rozmowa adminów na konfie, co tu się odjaniepawla, , to ja nie wiem.
Wigilia miesięcznicy. Agnieszka Holland próbowała rozmawiać z policją i tłumaczyć anglojęzycznym turystom, co się tu odjaniepawla.
Językoznawcy twierdzą, że „Ten czasownik jest używany powszechnie nie jako bluźnierstwo czy wyraz antykościelnej fobii, lecz raczej naturalna reakcja na wszechobecny w przestrzeni publicznej zewnętrzny kult. Młodzież i slang młodzieżowy reagują buntem na różne narzucane publicznie narracje: prawicowe i lewicowe, religijne i liberalne”.

 

Napisane przez: torlin | 02/01/2018

Lekki temat, gdański

Podobają mi się różne nowe inwestycje, dzisiaj akurat przykłady daję z Gdańska. Na górze kładka obrotowa mająca połączyć Wyspę Spichrzów z Głównym Miastem, a poniżej

świeżo otwarta kładka zwodzona na Ołowiankę. Jeżeli dodamy do tego

tunel pod Martwą Wisłą, to mamy sporo fajnych rozwiązań.

Napisane przez: torlin | 30/12/2017

Świętoszki

Świętoszki. Do Metropolitan Museum of Art (tzw. MET) dotarła petycja podpisana przez tysiące nowojorczyków w sprawie usunięcia z wystawy stałej obrazu „Thérèse Dreaming” francusko-polskiego malarza Balthasara Klossowskiego, znanego pod pseudonimem Balthus. na obrazie pokazana jest 12-letnia Thérèse Blanchard, jak śni na jawie. Po przyjęciu tej petycji rozgorzała dyskusja, w której zwyciężył pogląd mnie bliski, że nie należy mylić dewiacji seksualnych w rodzaju „voyeuryzmu” (skoptofilii) ze sztuką. The Guardian napisał: „Obraz nie jest atakiem na druga osobę. Jest tylko obrazem. Nawet jeśli jego treść wydaje się całkowicie obraźliwa, zawsze można od niego po prostu odejść”.

To są świętoszki, bo Balthus miał o wiele gorsze obrazy na swoim koncie, szczególnie związane z gitarą. U góry słynna „Lekcja gry na gitarze”, a poniżej „Nuda z gitarą”.

W petycji napisano: „MET romantyzuje voyeryzm i uprzedmiotowienie dzieci”. Wszystko zgoda, ale należałoby to połączyć ze sztuką. Co innego jest podglądanie 8-latki w kąpieli z myśleniem o jej strefach seksualnych, co innego jest malowanie dzieci. Ja osobiście to całkowicie rozróżniam. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie muszą wszyscy mieć takiego samego stanowiska jak ja, ale podyskutować możemy.  Teraz będzie trochę linków, na temat potęgi Balthusa pisałem w 2009 roku, zafascynowany jego twórczością (komentował m.in. PAK).

Temat ten poruszałem również w swoim blogu w notce pod wielce mówiącym tytułem: „Czy to nie jest przypadkiem nimfofilia?” U góry macie obraz Williama-Adolphe Bouguereau, który studiował w Paryskiej École des Beaux-Arts, w 1850 otrzymał nagrodę Prix de Rome, a w 1876 został członkiem Institut de France. Zajrzyjcie do linku na jego obrazy. To jest olbrzymi problem sztuki, czy dawne obrazy czy dzieła sztuki trzeba podporządkowywać współczesnym wymaganiom społecznym. Ja uważam, że nie, czym się oczywiście narażę fundamentalistkom spod „#MeToo”.

Dokładnie ta sama dyskusja była (z udziałem PAK-a i Pawła) w sprawie słynnych obrazów w Sandomierzu. Kopiuj/wklej z dawnej mojej notki: ” W Katedrze gotyckiej pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Sandomierzu ściany naw bocznych obudowane są boazerią z obrazami namalowanymi przez Karola (Charles) de Prevot w latach 1708 – 1737, przedstawiającymi m.in. rzeź ludności Sandomierza dokonaną przez Tatarów. Cykl obrazów zawieszonych dookoła wszystkich ścian kościoła nosi nazwę „Martyrologium Romanum”, kolejne obrazy przedstawiają różne męki na przestrzeni stuleci zadawane chrześcijanom przez ich wrogów. Pomysłowość malarza, wyrafinowanie tortur, wyraz twarzy świątobliwych kapłanów miała z założenia budzić przerażenie. Zasada rządząca cyklem jest bardzo prosta – jeden męczennik przypada na każdy dzień, obrazów jest bodajże tyle co dni w roku. Mamy tu więc całe bataliony ścinanych, żywcem obdzieranych ze skóry, gotowanych w oleju, przypiekanych na rożnie – doskonałą galerię okrucieństw rodzaju ludzkiego, z tym że wszystkie owe straszności wymierzone są w Kościół chrześcijański. Jest tam również najsłynniejszy polski obraz związany z tą tematyką: „Posądzenie Żydów o mord rytualny na dzieciach w roku 1698 – 1710)”.

No i co zrobić z tym obrazem? Jest to jakiś tam element polskiej kultury. Złożyć w magazynie? Dać tablicę informacyjną? Niestety, jak się zostawi, to idioci antysemiccy wygadują przy tym obrazie bzdury. Musimy zdać sobie sprawę, że dawniej podchodzono inaczej do tych spraw, i musimy przyjąć to wszystko z dobrodziejstwem inwentarza. Jestem całkowitym przeciwnikiem wprowadzania cenzury ze względu na dzisiejsze poglądy współczesnych ludzi.

Napisane przez: torlin | 27/12/2017

Przedziwny pakt (czytaj: Unia bez sensu)

Edward Beneš i Władysław Sikorski

Przyznaję szczerze, że mimo że jestem amatorem-historykiem, jest wiele faktów, o których nie tylko mało wiem, ale nigdy o nich nie słyszałem. Do takich należy sprawa Aktu Konstytucyjnego Związku Polsko-Czechosłowackiego. Tak się złożyło, że dla mnie dwie najważniejsze gazety codzienne (GW i Rp) akurat temu związkowi poświęciły oddzielne artykuły. Szczególny można przeczytać sobie w Wikipedii, była to koncepcja (trudno to dzisiaj sprecyzować) Unii? – Konfederacji? Polsko-Czechosłowackiej, jeżeli ktoś jest przeciwko Czechom, to może przeczytać sobie tekst z książki prof. dr hab. Marka Kazimierza Kamińskiego „Edvard Beneš kontra gen. Władysław Sikorski” z podtytułem „Polityka władz czechosłowackich na emigracji wobec rządu polskiego na uchodźstwie 1939-1943” – wydanej przez PAN.

Czytam te wszystkie wywody jak o bajce o żelaznym wilku, przecież tego rodzaju unia czy konfederacja nie była możliwa na żadnym z etapów. Kamiński oskarża Beneša o wszystko co najgorsze (m.in. o oszukiwanie naiwnego Sikorskiego), inni z kolei mówią o konfliktach Beck-Sikorski-Raczkiewicz. Nie mogę uwierzyć, że tego rodzaju rozmowy, analizy, dokumenty, prognozy, były prowadzone przez wiele lat. Nigdy, ale to nigdy nie mogłoby dojść do tego rodzaju unii z bardzo ważnych i podstawowych powodów. W bardzo ciekawym artykule w PDF „Koncepcje sojuszy polsko-czechosłowackich w latach 1919–1943” Błażej Szymankiewicz wymienia kilka podstawowych

Taki mały wtręt językowy, Szymankiewicz pisze: „W języku angielskim istnieje słowo circumstances, które oznacza okoliczności – nie tylko wewnętrzne, ale i zewnętrzne, a także warunki, położenie oraz towarzyszące im ogólny klimat i atmosferę”, a ja znam polski wyraz cyrkumstancja, rzadko używany, ale zawsze (oprócz mnie dwie osoby go używają – Wachmistrz i Sapkowski).

powodów, dla których było to niemożliwe:

  1. pierwszym, najważniejszym, najpoważniejszym, był stosunek do Związku Radzieckiego (Rosji), a sięgając do praprzyczyn – stosunek do zaborców. Dla Czechów zawsze i odwiecznie największym wrogiem były Niemcy (obojętne, jaką część Niemiec mamy na myśli, dotyczyło to również Austro-Węgier), Rosja była krajem sojuszniczym, z którym to Czechosłowacja nie miała konfliktów granicznych,
  2. o porozumieniu decydowała Wielka Trójka,
  3. personalia – rzecz bardzo ważna. Ze strony czeskiej rozmowy prowadził zażarty polonofob Beneš, polonofile Masaryk i  Hodża byli odsunięci i zmarginalizowani, przed wojną zaś wielkim czechofobem był Beck, który jedyny widział prawdziwe intencje Beneša. Tymczasem Sikorski poruszał się jak dziecko we mgle, rzeczywiście nie widział perfidii czeskich przedstawicieli: pokazania Polski jako wichrzyciela, niezdolnego do współpracy, dążenie do zrobienia z Polski małego, nieistotnego kraju, a już szczytem bezczelności było oskarżenie Polski za Monachium,
  4. Polska i Czechy w sposób absurdalny różniły się między sobą, Czechy przed wojną były bogatym państwem przemysłowym, laickim, mieszczańskim, antyniemieckim i prorosyjskim, o małej liczbie mieszkańców, ale o rozdmuchanym ego, tymczasem Polska była wielkim krajem rolniczym, ze szczątkowym przemysłem, z olbrzymimi wpływami Kościoła, i generalnie i strukturalnie antyrosyjskim.

Naprawdę, nie wiem po co było tyle rozmów, spotkań, konferencji, uzgodnień, jak na pierwszy rzut oka nic z tego i tak nigdy by nie wyszło.

Napisane przez: torlin | 24/12/2017

Same serdeczności

Mając Bruegla Starszego z jego „Spisem ludności w Betlejem” w czołówce przesyłam Moim Cudownym Komentatorom same serdeczności z okazji Świąt Bożego Narodzenia. Niech Wam Święta upłyną w spokoju, radości i harmonii z rodziną. I aby nikt nie czuł się samotny, a jeżeli się tak czuje, to proszę natychmiast do mnie napisać e-mail.

Na powyższym obrazie zwracam uwagę na Józefa i Marię idących do spisu.

Bardzo bym chciał i sobie życzył, aby wszyscy z Was czuli się jak ci Trzej Królowie w swojej podróży na obrazie Jamesa Tissota („Podróż mędrców”).

 

Kondor prawdziwy zamiast okrętu podwodnego, żeby się mnie nie czepiali. Pozostawiam inteligencji Moich blogowiczów wzajemne podobieństwo.

W GW ukazał się dzisiaj artykuł na temat, który wzbudził ostatnio w moim blogu niesłychaną dyskusję. Maciej Dzwonnik napisał: „Koniec służby ORP „Kondor”. Co dalej z polskimi okrętami podwodnymi?”. Opuszczono flagę na ORP „Kondor”, gdyż „jednostka typu kobben ma już 53 lata i nie nadaje się do dalszej służby. Marynarka Wojenna RP planuje przy tym wycofanie w najbliższych latach kolejnych trzech okrętów tej klasy”. I jeszcze jeden cytat: „a stan 47-metrowego okrętu pozostawiał już od dawna sporo do życzenia. „Kondor” służył polskiej Marynarce Wojennej od 2004 r., ale liczy sobie już 53 lata. Przez cały ten czas był mocno eksploatowany: po wodowaniu w niemieckiej stoczni Nordseewerke w 1964 roku został przekazany do służby w norweskiej marynarce wojennej (pod nazwą „Kunna”) i służył tam do 2001 r. Następnie został przekazany polskiej marynarce wojennej i wszedł do służby jesienią 2004 r. (matką chrzestną jednostki została prof. dr hab. Danuta Hübner). Od tamtej pory w ramach ćwiczeń i operacji morskich przebył 42 tys. mil morskich, wychodził na morze blisko 200 razy i spędził na nim ponad 600 dni (większość pod wodą). Jedną z najważniejszych misji „Kondora” podczas służby w polskiej marynarce była ćwiczeniowa operacja antyterrorystyczna Active Endeavour na Morzu Śródziemnym (od października do marca 2009 r.), którą przeprowadzało NATO. „Kondor” prowadził tam podwodny dozór akwenów i skryte rozpoznania innych jednostek. Okręt uczestniczył też w międzynarodowych ćwiczeniach Loyal Mariner, Brilant Mariner, Baltops, a także w manewrach Sił Odpowiedzi NATO. W 2005 r. reprezentował biało-czerwoną banderę w obchodach 60. rocznicy zwycięstwa w bitwie o Atlantyk”.

Pozostają dwie kwestie, co zrobić z pozostałymi okrętami podwodnymi, i co aktualnie zrobić z „Kondorem”. W wypowiedziach przedstawicieli Marynarki Wojennej brzmią niedobre nuty, twierdzą, że to nie chodzi tylko o koszty, ale po prostu te okręty zaczynają być niebezpieczne dla ludzi. Specjaliści drżą, aby nie wydarzyła się jakaś tragedia. Druga kwestia moim zdaniem nie podlega dyskusji, absolutnie nie należałoby go złomować, tylko przeznaczyć na muzeum, ludzie uwielbiają takie rzeczy zwiedzać. Nawet sonda GW to potwierdza, 93:7 (%) na rzecz muzeum.

Szkoda, że nie lubicie notek o Warszawie. Ale przed kolejką piaseczyńską nie uciekniecie. „D

 

 

Napisane przez: torlin | 20/12/2017

Historia Warszawy w zabytkowej ruderze

Ten wspaniały dom nie ma szczęścia ani do ludzi, ani do historii. Kamienica Kacperskich, ze względu na swój trójkątny, wydłużony kształt zwana popularnie „Żelazkiem”, została wybudowana na początku XX wieku (1907-13) dla Stanisława Kowalskiego, kupca z prowincji, który postanowił ulokować kapitał w nieruchomości. Po jego bankructwie dom przejęło małżeństwo Stanisława i Kazimiery Kacperskich, właścicielami byli bardzo długo, bo do 1938 roku, kiedy to po kolejnym bankructwie kamienica została sprzedana za 1,3 mln zł Państwowemu Zakładowi Emerytalnemu.

Kamienica (ta po prawej), Pl. Unii Lubelskiej i Pomnik Lotnika wyrzeźbiony przez Edwarda Wittiga, postawiony 11 listopada 1932 r.

Kamienica Kacperskich została ulokowana w zbiegu ulic Marszałkowskiej i Polnej, a najwęższym bokiem  skierowana jest na Pl. Unii Lubelskiej.

Po Powstaniu.

Budynek był niesłychanie interesujący już w momencie powstania. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to przedziwny kształt w formie trapezu, wymuszony został on wielkością działki, ale nikt się pewnie w tamtych latach nie spodziewał 9-pietrowego wieżowca na tak wąskiej działce. Druga istotna sprawa to nowoczesność kamienicy, miała nie tylko bieżącą wodę na wszystkich piętrach, ale też trzy windy, zasilanie elektryczne, kuchenki gazowe, centralne ogrzewanie i centralne odkurzacze. Był to drugi pod względem wysokości budynek Warszawy po kamienicy przy Nowym Zjeździe 7, od czasów budowy Trasy W-Z już nieistniejącej.

Warszawa 1953.

Zniszczona podczas wojny, po jej zakończeniu odbudowana, przeżywa w nowej Polsce ciężki okres. Nie dość, że władze dzielnicy zrobiły z niego dom slumsów, przekwaterowując niewygodnych lokatorów do tego właśnie domu, bo tylko tutaj są mieszkania 18-metrowe, ale i zrobiły hostel, doprowadzając pozostałych mieszkańców do rozpaczy.

A co Amerykanie robią z takiego budynku z 1902 roku? Perełkę. Jedna z kultowych budowli Nowego Jorku, ten trójkątny budynek, pierwotnie nazwany budynkiem Fullera, znajduje się przy skrzyżowaniu 5th Avenue, Broadway Avenue i 23rd Street na Manhattanie, i prawie zawsze nazywał się Flatiron Building ze względu na podobieństwo do żelazka do odzieży. A nas do rozpaczy może doprowadzić przejście obok naszej kamienicy od strony ul. Marszałkowskiej, od wielu lat w rusztowaniach, brzydka, pomazana, niechlujna, obrzydliwa. A szkoda, bo Warszawa ma bardzo mało zabytków.

Jednocześnie bardzo ciekawa jest historia samego placu, został on wytyczony w 1770 r. jako najbardziej wysunięte na południe rondo „Latawca”, czyli wielkiego założenia urbanistycznego z czasów króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, wyprowadzonego z osi Zamku Ujazdowskiego. Nazwany został Rondem Mokotowskim i miał dziwny charakter (patrz na zdjęcie na samej górze), z jednej strony była to Warszawa pełną gębą (Kamienica Kacperskich), z drugiej strony placu były rogatki (istniejące do dziś), na których kończyła się Warszawa. Grunty wsi Mokotów długo jednak oddzielone były od niego wałem ziemnym, wjazdu strzegły właśnie rogatki. Za nimi był wał ziemny (wzdłuż Polnej szedł Okop Lubomirskiego), ciągnęło się puste Pole Mokotowskie, stały niewielkie domki, były też ugory i ziemianki pełne bezdomnych. W 1875 roku nazwę placu zmieniono na rondo Keksholmskie, na cześć rosyjskiego Lejb-Gwardyjskiego Pułku Keksholmskiego, który niedaleko od placu stacjonował. Placem Unii został w 1919 roku, ale trzeba pamiętać, że w latach okupacji od 30 lipca 1943 roku do 17 stycznia 1945 roku nazywał się on Lubliner Platz (Plac Lubelski)

 

Z mojego punktu widzenia Plac ten był interesujący również z powodu kolejki, stała tam drobna stacja początkowa kolejek wąskotorowych idących do Wilanowa i właśnie Piaseczna (te drobne stacje to były wagony). Na zdjęciu powyżej obiektyw jest skierowany w przeciwnym kierunku (południowym), widać dwie rogatki miejskie i stację kolejek obok lewej rogatki.

Dla Szymona – schemat kolejowy z 1915 roku – na zielono szerokotorowa już linia do Dworca Osobowego Kaliskiego, na czerwono linia dowozowa na terenie Filtrów, na granatowo DŻWW (Droga Żelazna Warszawsko-Wiedeńska), na błękitno – Kolejka Wilanowska, i na fioletowo – Kolejka Grójecka (jeszcze bez połączenia z linią dowozową, najbardziej mnie interesująca, za moich czasów kasowana). Ale o niej to jeszcze murowanie napiszę osobną notkę.

 

« Newer Posts - Older Posts »

Kategorie