Napisane przez: torlin | 19/04/2018

Zakład przyrodoleczniczy na kilka notek

Kosów (Kosów Huculski) – lecznica doktora Apolinarego Tarnawskiego, 1931 (w odróżnieniu od Kosowa Lackiego na Podlasiu – żeby było śmieszniej, w woj. mazowieckim). Temat na kilka notek.

Notka pierwsza – wszyscy pamiętają o Chałubińskim i Zakopanem, o Dietlu – Iwonicz, Rabka, Szczawnica, Iwonicz, Żegiestów, ale wszyscy już zapomnieli o Apolinarym Tarnawskim, twórcy potęgi Kosowa. Była to niezmiernie popularna w Międzywojniu miejscowość klimatyczna, z zakładem przyrodoleczniczym, drugie po Zakopanem  miejsce spotkań bohemy. Nazwiska powalają: Zapolska, Osterwa, Schiller, Kiepura, Ossendowski, Wańkowicz, Dygat, Dąbrowska, Pankiewicz, Dunikowski, Rydel, Dmowski, Korfanty, Dulęba, Askenazy, Adwentowicz, Zimińska, Norblin, Baudouin de Courtenay.

Spośród uzdrowisk na Huculszczyźnie  największą legendą obrósł właśnie Kosów, miał klimat podobny do Davos (tylko był tańszy). Tak w nawiasie Kosów był słynny jako miejsce wielkich huculskich jarmarków, pulsujących zadziwiającą, niespotykaną na Ukrainie egzotyką, można tam było np. kupić jaja ptaków drapieżnych: orłów, krogulców czy kobuzów, uważane za afrodyzjaki, a w klatkach na sprzedaż można było znaleźć drozdy, kraski, dudki, kruki czy sowy. Co ciekawe jajka myszołowów i kań czarnych nie cieszyły się popularnością.

Mapka ściągnięta od mojego dawnego dobrego kumpla Wojtka z Roztoki, szerzej znanego jako Kartka z Podróży.

Notka druga – prowadził tam swój  Zakład Pan Apolinary w kilku willach dla kilkuset ludzi, a był człowiekiem bardzo dbającym o zdrowie ludzi. Jego metody, może brutalne, niesłychanie wzmacniały organizm. Był wielkim zwolennikiem pracy organicznej, jego zasadą było nie przejadać się, chodzić lekko ubranym. Reżim Tarnawskiego był słynny: wstawanie o świcie, chodzenie boso po rosie, gimnastyka zbiorowa na stoku, praca w ogrodzie i ostra jarska dieta. Na bramie prowadzącej do Zakładu, na belce umieszczony był napis: „Władaj sobą”. Jego idée fixe była walka „z tłuszczem i otyłością”, gdyż zdaniem Tarnawskiego były one głównymi przyczynami zawałów serca. „Władaj sobą” czyli kontroluj swój organizm, kąp się na zmianę w gorącej i zimnej wodzie, nie przejadaj się, kończ posiłek w lekkim niedosycie, pij dużo wody i co pewien czas stosuj głodówkę. I to wszystko w czasach, gdy królowały na naszych stołach tłuste rosoły, a mięso tonęło  w roztopionym smalcu*. Jak czytam – to widzę siebie (może z wyjątkiem tej rosy 😉 ). Jedyne słuszne stwierdzenie padło z ust pisarza Wacława Filowskiego, że „na Sądzie Ostatecznym będzie trzeba rozstrzelać dr Tarnawskiego, bo inaczej jest gotów żyć wiecznie”.

Notka trzecia – ale były też czarne chmury Kosowa, bo nawet najszczytniejsze idee wprowadzane na siłę zaczynają być podobne do faszyzmu. Tarnawski wszystkim zwracał uwagę, na dworcach, w pociągach, na ulicy, potrafił wyrwać kanapkę z rąk współtowarzysza podróży i wyrzucić ją przez okno, w stołówce biskupowi powiedzieć: „Hamuj się ekscelencjo”, a kobiecie karmiącej swoje dzieci mięsem: „Pani zabija swoje dzieci”. Wielkim przeciwnikiem Tarnawskiego była Dąbrowska, gdyż jej mąż umarł właśnie w Kosowie. W Zakładzie równolegle do spraw zdrowotnych rozwijała się myśl żywiołu narodowo-demokratycznego, tam rozwijała się i wzmacniała organizacja Eleusis, mającą na celu odnowę narodu. Ich podstawową ideą była walka z czterema podstawowymi plagami dotykającymi Polaków: alkohol, palenie, hazard i rozpusta. Ale jak się poczyta fragmenty „Statutu pierwotnego Towarzystwa Eleusis”, to jednak dreszcz przechodzi po plecach:

Eleusis to ruch religijny, katolicki. Nie ma w nim miejsca dla manowierców** czy niekatolików. Eleusis to ruch narodowy – bo taka jednolitość ducha zwiększa siły tych, co służą jednej sprawie. Hasło poczwórnej wstrzemięźliwości ma służyć nadto, by zjednoczyć elitę narodu w zwarte szeregi, a z ludzi wstrzemięźliwych wybierać tych, co ważniejsze funkcje wychowawcze pełnić winni. Jedyny sposób utrudnienia przystępu lichym charakterom, jest żądanie zobowiązania od razu i na całe życie, i nadanie temu zobowiązaniu formy uroczystej przysięgi publicznej. To ludzi niezdecydowanych i niepowołanych odstraszy – a ludzi pewnych i czujących powołanie do służby narodowej przyciągnie.
Eleusis jest także zakonem, nie zaś zwykłym jakimś towarzystwem. Bo cechą zakonu są dożywotnie śluby. Els składa ślub wstrzymania się przez całe życie od czterech nałogów, które dziś panują w ludzkości i narody całe o upadek przyprawiają. Aby wytrwać w takiej wstrzemięźliwości, trzeba powołania”.

Czysty faszyzm.

Przemówienie duchownego greckokatolickiego do ochotników dywizji SS-Galizien we Lwowie w dn. 18 lipca 1943 r.

Notka czwarta – i przychodzi OUN-UPA i rozwala część Polaków, reszta ucieka. Ale najciekawsze jest to, kiedy to się stało – na przełomie 1944 i 45 roku. To są udokumentowane zbrodnie.

* Co mówimy o czasach przed I Wojną, czy też przed II, ja w młodości nie mogłem jeść obiadów rodzinnych, bo wszystko tonęło w tłuszczu. Najgorszy był duszony schab, bo gospodynie dodawały do niego jeszcze smalcu (za moich młodych lat nazywany szmalcem).

** Nigdzie, ani w Internecie, ani w swoich dostępnych mi dokumentach nie znalazłem wytłumaczenia słowa „manowierca”.

Reklamy
Napisane przez: torlin | 16/04/2018

Królowie plagiatują aniołów

I mamy niezmiernie ciekawy konflikt intelektualny. Jest on szczególnie ciekawy, gdyż porusza się na styku literatury, prawa, przyzwoitości i indywidualnych odczuć ludzi. Od razu mówię, rzecz jest nie do rozstrzygnięcia, wszystkie wnioski wyciągane przez Moich Wspaniałych Komentatorów są li tylko ich wnioskami i nic ponadto.

Baza konfliktu – osoba pierwsza – Szczepan Twardoch, rocznik 1979, autor znakomitej książki, prawdziwego przeboju pt. „Król”, pisanej od kwietnia 2015 do czerwca 2016 i wydanej przez Wydawnictwo Literackie w 2016 r. Osoba druga – Yasmina Khadra (właś. Mohammed Moulessehoul), Algierczyk rocznik 1955, autor książki; „Les anges meurent de nos blessures” („Aniołowie umierają od naszych ran”), wydanej przez Editions Juliard w 2013 roku, wydanie polskie Wydawnictwo Sonia Draga w 2015 roku.

Osoby dramatu – bokserzy wagi ciężkiej, gangsterzy, Żyd w Warszawie i Berber w Algierze, w obu wypadkach niechętni chrześcijanom, w obu książkach kluczowy jest rok 1937. Ludzie, którzy czytali obie powieści twierdzą, że są bardzo podobne do siebie w atmosferze, postaciach, problemach.

Olbrzymim przeciwnikiem Twardocha jest Jerzy Haszczyński – polski dziennikarz, reporter, od 2000 szef działu zagranicznego „Rzeczpospolitej”. Napisał on olbrzymi artykuł o wszystkomówiącym* tytule „Król Twardocha? Gdzieś to już czytałem” zamieszczony w Rzepie „Plus Minus”.

Podstawa prawna sporu: najważniejsza dla nas ustawa o prawie autorskim i prawach pośrednich już na samym początku stwierdza  w art. 1 pkt 2: „Ochroną objęty może być wyłącznie sposób wyrażenia; nie są objęte ochroną odkrycia, idee, procedury, metody i zasady działania oraz koncepcje matematyczne”. Tłumaczenie Sądu Najwyższego: „Jednakże takie uregulowanie idei w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych ma swój wyższy cel. Wyłączenie spod ochrony autorskoprawnej pomysłów miało zapobiec monopolizacji myśli człowieka, które powinny stanowić dobro publiczne, przynajmniej z punktu widzenia prawa autorskiego. Przy przyjęciu przeciwnego założenia można by się domagać ochrony każdej praktycznie formy aktywności ludzkiej, z powołaniem się na rzeczywiste czy też urojone pierwszeństwo”.

Dla mnie plagiat książki jest to jej przepisanie dosłowne, znane są trzy rodzaje plagiatu, plagiat całkowity, plagiat częściowy, i najtrudniejszy do odkrycia – plagiat ukryty, polegający na przepisywaniu tekstu, ale równocześnie na zmianie prawie wszystkich słów na synonimy – jak tak nigdy żaden piszący/czytający ten blog nie robił przy poszczególnych zdaniach czy akapitach cudzego autorstwa, niech teraz rzuci we mnie kamieniem 😀 ).

Ostatnia większa afera była z Pakosińską i jej „Georgialikami”, książka jest żywcem przepisana z Wikipedii i z podróżniczego blogu po Gruzji „Oblicza Gruzji” i stała się kompromitacją tej wspaniałej dziewczyny. Przyznała się, przeprosiła, ale smrodek pozostał. Wróćmy jednak do naszych baranów – czy Twardoch popełnił plagiat? Z punktu widzenia prawa na pewno nie. Z punktu widzenia „polaków” jest to jeden wielki plagiator wszystkiego. Postarałem się przeczytać jak najdokładniejszy opis powieści Francuza, i doszedłem do wniosku, że bardzo się między sobą różnią, tylko tematyka jest podobna.

„Króla” przeczytałem na jednym wdechu. Ale zastanawiam się, czy tego rodzaju literaturę chciałbym powtórzyć.

* napisałem „wszystkomówiącym” razem, choć Word podkreślał mi na czerwono, żebym napisał „wszystko mówiącym”. Ale dlaczego to się pisze osobno, skoro jest „wszystkowidzącym”, „wszystkorobiącym” i „wszystkomogącym”?

Z wpisu Juli postanowiłem zrobić osobną notkę, i dziękuję Ci Moja Droga Komentatorko. Jula pisze:

Hiszpański dziennik „Publico” zaprezentował mapę krajów, które w przeszłości najechały ziemię polskie. Było ich w sumie tylko, czy aż 😉 13 !..
Krótki tekst rozpoczyna się stwierdzeniem Woody’ego Allena, który twierdzi, że za każdym razem, gdy słucha Wagnera, ma ochotę najechać na Polskę. 😂
Wśród krajów, które (jeszcze)  nie zaatakowały Polski, jest Wielka Brytania.
Kraj, który w przeszłości był okupantem wielu terytoriów.
Synowie Wielkiej Brytanii najechali w przeszłości 90% spośród wszystkich państw świata.
Kraje, których wojska chociaż raz wkroczyły na terytorium Polski to: Niemcy, Rosja, Francja, Szwecja, Austria, Litwa, Węgry, Słowacja , Czechy, Ukraina, Mołdawia, Turcja a nawet Włochy. Co do tych ostatnich , to podobno Imperium państwa Rzymskiego wkroczyli, gdy nie było jeszcze Polski.
No tak, a ja myślałam, że to związku z tym słynnym Chrztem Polski. 😊


Jeszcze raz bardzo dziękuję. A to mój komentarz, a rzecz może być wspaniała jako dyskusja.

Polemizowałbym.
1. Francuskie wojska raz weszły do Polski, ale jako sojusznicy, więc nie można w stosunku do nich użyć sformułowania: „najechały ziemię polskie”.
2. Jeżeli mówimy o wejściu Rzymian, to wtedy:
2a. nie było Polski,
2b. nie było wtedy Włoch,
3. Jeżeli bierzemy pod uwagę Rzymian, to trzeba brać pod uwagę np. Hunów pochodzących z Kaukazu.
4. Jeżeli bierzemy pod uwagę nieistniejących Rzymian, to gdzie Siedmiogrodzianie, Prusowie, Wieleci.
5. Musiałby się wypowiedzieć jakiś historyk znakomicie rozeznany w temacie, ale wydaje mi się, że Mołdawianie w życiu nie weszli na terytorium Polski.
6. Brakuje Mongołów.
7. Brakuje Duńczyków.
8. Ze śmiechem i z humorem należy dodać Norwegów. Dziwicie się? A pamiętacie Fortynbrasa?
9. zastanawiałem się, czy „Publico” nie jest przypadkiem dziennikiem portugalskim, a nie hiszpańskim. Biję się z myślami, bo tekst chyba jest w języku hiszpańskim, tymczasem „Publico” jest słynnym dziennikiem portugalskim. Może niejednemu psu Burek?

Napisane przez: torlin | 10/04/2018

Barbarzyńcy w Zamościu i w Bamianie

W Zamościu na polecenie Instytutu Pamięci Narodowej z kamienicy przy ul. Staszica 37 skuto tablicę upamiętniającą miejsce urodzin wybitnej działaczki ruchu robotniczego Róży Luksemburg. Dla mnie to jest wyjątkowe barbarzyństwo, i nie mówię tu o ocenie postaci, Róża nie była moją idolką. Zupełnie czymś innym jest stawianie monumentalnych budowli, pomników czy łuków triumfalnych, a czymś innym jest skromna tablica na domu, w którym się ona urodziła. Jest to próba wykreślenia z historii całych dziesięcioleci ze względów ideologicznych.

Jest jeszcze kwestia – nazwałbym ją – praktyczno-turystyczna. Jest mnóstwo ludzi jeżdżących po świecie w poszukiwaniu najdziwniejszych rzeczy: byłych gułagów (nawet na kilka dni potrafią się w nich zamknąć, aby poczuć), więzień, jeżdżą trabantami w Nowej Hucie, chodzą dzisiaj do restauracji wyszykowanych na komunistyczne, są też tacy, których takie osoby interesują, często ze względów emocjonalnych, ale także historycznych lub – tak jak często ja – aby wiedzieć.

Dokładnie tymi samymi przesłankami co IPN kierowali się talibowie wysadzający w powietrze posągi Buddy w Bamianie w Afganistanie, bo „obrażają islam”. Zdjęcie „przed” i „po” można zobaczyć w Wikipedii.

Powiem Wam szczerze, że pod względem politycznym nie mogę się otrząsnąć z szoku „powęgierskiego”. Wyższa frekwencja miała pomóc opozycji, tymczasem głosowało pewnie z 70% Węgrów i prawie wszyscy głosujący (ponad 2/3) byli za Orbanem, a jedyna „opozycją” była jeszcze bardziej na prawo czyli Jobbik. Licząc nawet byle jak (matematyka) X x 0,7 x 2/3 to jest mniej więcej połowa, czyli ponad połowa dorosłych Węgrów jest za dyktaturą, likwidacją samorządów, organizacji pozarządowych, opozycyjnych gazet, oligarchami spośród przyjaciół Orbana. Dodajmy do tego wyborców Jobbika. Niech mi ktoś wytłumaczy na spokojnie, bo ja tego nie mogę zrozumieć. W Polsce przeżyliśmy dokładnie to samo w latach 30. ubiegłego wieku. Co się dzieje?


Julu!

Odpowiadam Ci tutaj na spokojnie. Nie będę z Tobą rozmawiał na tematy przez Ciebie poruszone, bo Twoje stanowiska są dla mnie ekstremalne, a z takimi dyskutował nie będę. Nie gniewaj się, ale czy zauważyłaś, że jesteś PiS à rebours? Twój atak z kolei na szlachtę, pełen uogólnień, zafałszowań, nie daje w ogóle możliwości użycia kontrargumentacji. Jest to zresztą kolejne Twoje uogólnienie, życie naprawdę nie jest biało-czarne, tylko pełne kolorów.

Notka poświęcona Stokrotce, bo przypadkiem przypomniała mi bardzo fajny temat. Otóż treścią wpisu Stokrotki jest Krzemieniec jako miasto, a mnie w odpowiedzi przypomniał się Prawdziwy Polak Willibald Besser. Poczytać sobie możecie jak zwykle w Wikipedii, był Tyrolczykiem z Innsbrucku, studiował we Lwowie i w Krakowie, badał roślinność całej Małopolski, Podola i Wołynia, a w Wiedniu wydał dwutomowe dzieło opisujące rośliny Galicji, w którym ukazały się informacje o 24 roślinach przez niego odkrytych.

Czacki ściągnął go do Krzemieńca, do nowo założonego liceum, wykładał tam botanikę i współtworzył krzemieniecki ogród botaniczny. Willibald Besser był wielkim uczonym o europejskim znaczeniu, honorowano go tytułem „polski Linneusz”. Wyobraźcie sobie, że ogród botaniczny Bessera był jednym z najważniejszych i najciekawszych tego typu placówek w Europie, w 1824 roku liczył 8350 egzotycznych roślin różnych gatunków i odmian, 797 drzew i krzewów oraz 3500 roślin krajowych. Zielnik Bessera liczył 6 tysięcy zasuszonych roślin – sklasyfikowanych i naukowo opisanych.

O Liceum Krzemienieckim na pewno wszyscy słyszeli, zwane było „Atenami Wołyńskimi” lub „Oksfordem nad Ikwą”, szkoła promieniująca polską kulturą na wszystkie ziemie Wołynia i Podola (i typowe rozterki administracyjne, dlaczego my – Krzemieniec – jako Wołyń należymy do obwodu tarnopolskiego, który jest Podolem). W 1831 roku car zlikwidował Liceum jako forma zemsty za Powstanie Styczniowe, wszyscy profesorowie razem z biblioteką, zbiorami muzealnymi, gabinetami pomocy naukowych, znakomitą kolekcją starożytnych numizmatów oraz świetnymi rysunkami zostali przeniesieni do nowo założonego Uniwersytetu Św. Włodzimierza w Kijowie. W 1836 roku car dokonał rzeczy strasznej, wywiózł cały park botaniczny z Krzemieńca do Kijowa. Eseista Włodzimierz Paźniewski tak opisuje tę chwilę w swojej „Deportacji ogrodu”:

„Transport wykopanych drzew, krzewów i roślin odbył się według wojskowych przepisów, które po upadku powstania regulowały wędrówkę katorżników na Sybir. Obowiązujące prawo nic nie mówiło, jak postępować z drzewami przeznaczonymi do wywózki i oficer kierujący deportacją musiał polegać na własnym doświadczeniu. Doskonale wiedział, że w takich okolicznościach najważniejsze jest utrzymanie porządku. Pisarz pułkowy dokładnie kaligrafował łacińskie nazwiska i imiona wywożonych drzew i krzewów. Po wielu dniach żmudnej pracy żołnierze piechoty załadowali ogród na długi sznur furmanek, oficer na koniu z obnażonym pałaszem wyznaczył postoje i etapy, następnie podniósł do góry rękę, woźnice zacięli konie i kawalkada wolno ruszyła w drogę.

Na czele, jak przewidywał regulamin, jechała kibitka, ostro pobrzękując dzwonkami, zaś obok furmanek szli żołnierze ze sztykami na karabinach. Milczący przechodnie przystawali na ulicach. Tylko od zabudowań licealnych biegł za konwojem pewien starszy mężczyzna w tużurku, z długim rozwianym włosem, który coś do siebie wołał. To oszalały z rozpaczy profesor botaniki, Willibald Besser, odprowadzał swój ogród daleko za miasto. Wywiezienie ogrodu botanicznego do Kijowa miało w rosyjskich zamiarach stanowić definitywny kres intelektualnego Krzemieńca”.

Być może tak było, być może nie, mnie się wydaje, że Obywatel Paźniewski urodzony w 1942 roku, tyle wie na ten temat, co i ja. Jedno mi się nie zgadza jednak całkowicie, Willibald Besser został przeniesiony przez cara do Kijowa w 1834 roku i prowadził wykłady do 1838 roku, to nie wiem, czy rzeczywiście wyrywał sobie włosy z głowy przy „deportacji” ogrodu w 1936. Ale tak kochał Krzemieniec, że wrócił do niego na rok przed śmiercią.

Ciekawym przyczynkiem do historii Willibalda Bessera był fakt przyjaźni z Wawrzyńcem Czekanowskim, honorowym pomocnikiem przy gabinecie zoologicznym w liceum. W 1833 roku urodził się Wawrzyńcowi syn Aleksander i na prośbę ojca Willibald Besser został jego ojcem chrzestnym, a ponieważ Czekanowscy już rok później przenieśli się do Kijowa, i Aleksander w tym właśnie mieście chodził do liceum, Willibald Besser zdołał zaszczepić w młodym chłopaku zainteresowania przyrodnicze. A o wielkim „polskim Polaku” – Aleksandrze Czekanowskim – to chyba wszyscy słyszeli.

Napisane przez: torlin | 03/04/2018

Bezradny jak Torlin w epoce żelaza

Byk poruszający walce miażdżące trzcinę cukrową celem wydobycia soku.

Oglądałem film dokumentalny poświęcony Kostaryce i autor pokazał w nim również prymitywne urządzenie służące do ekstrakcji soku z trzciny cukrowej. Akurat ten fragment oglądała moja wnuczka i spytała się; „Dziadku, ty potrafiłbyś coś takiego skonstruować?”

Szczerze mówiąc głęboko się zastanowiłem. Już nie mówiąc o mnie, humaniście i – nazwijmy to – intelektualiście pozbawionym jakichkolwiek umiejętności technicznych, ale weźmy najnormalniejszego mężczyznę z jakimiś tam przeciętnymi uzdolnieniami. I przenieśmy go w Średniowiecze. Więcej powiem – w epokę żelaza. Przecież my nic nie umiemy, nawet rozpalić ogniska przy pomocy hubki i krzesiwa. Potrafilibyście stworzyć będąc na początku Średniowiecza młyn wodny nawadniający lub poruszający żarna młynu? Ja bym nawet dymarki nie wymyślił, a cóż dopiero mówiąc o budowie katedry. Jestem pełen podziwu dla dawnych mistrzów, malarstwo, architektura, organizacja, coś niesamowitego.

Napisane przez: torlin | 30/03/2018

Kochajmy się – Kochani – Wszystkiego Najlepszego

Wszystkim swoim Przyjaciołom Blogowym, Znajomym, Czytelnikom, Ludziom, którzy tu Wpadli przez Przypadek (ostatnio uśmiechnąłem się na wiadomość znalezioną w swojej administracji blogowej , że był u mnie ktoś z Vanuatu) składam życzenia Wszystkiego Najlepszego, zdrowia, szczęścia, uśmiechu, realizacji planów, samych plusów dodatnich i przegranej PiS-u w wyborach samorządowych.

Jednocześnie informuję, że podjąłem wiekopomną decyzję i kupuję samochód. Po 13 latach nieprowadzenia. Aktualnie jestem na etapie zastanawiania się nad marką. Samochód ma być nieduży, max 1,4, za jakieś 6-8 tys. zł. Najbardziej podoba mi się Polo, Fabia jest strasznie droga, ale skupiałbym się raczej na niemcach i japończykach. Ostatnio wynalazłem Hondę Jazz, która mnie zachwyciła, ale mało na jej temat wiem. Jestem dziwnym mężczyzną, samochód dla mnie to jest sprzęt AGD mający mnie przewieźć z punktu A do punktu B. Nie czuję nic do samochodu tak jak do żelazka. A może macie  dla mnie jakąś fajną propozycję?

Napisane przez: torlin | 27/03/2018

Leżący kulturysta z genem PPARD

PPARD to jest receptor aktywowany przez proliferatory peroksysomów Delta (Peroxisome Proliferator-Activated Receptor Delta). Mówi Pani/Panu to coś? A tymczasem naukowcy zaczynają odkrywać rzeczy, które z jednej strony zbawią świat. A z drugiej, czy on nie będzie uboższy?

Gen PPARD zmusza mięśnie do spalania tłuszczu, a nie węglowodanów. Zespół dr. Evansa opracował substancję, którą nazwali GW1516 zastępującą trening. Możesz leżeć na kanapie, nic nie robić, a mieć wytrzymałość kulturysty. Myszom zaaplikowano 8 tygodni całkowitego urlopu, spały, jadły i nic nie robiły. Po tych 8 tygodniach połowa dostała tę substancję, a druga połowa nie, i wszystkie puszczono na kołowrotki. Te z pierwszej grupy biegały bez przerwy cztery i pół godziny, podanie substancji zmieniło pracę prawie tysiąca genów, a przede wszystkim niesłychanie zaktywizowały geny odpowiadające za spalanie tłuszczu, a uśpione zostały te zajmujące się spalaniem węglowodanów. Druga grupa myszy nie przekroczyła dwóch godzin i czterdziestu minut kręcenia.

Przez całe mocno dorosłe życie bronię się przed powiedzeniami: „dawniej to było lepiej”, „to jest dla leniuchów” (bo sił w ręcach nie mieli” – pamiętacie Kowalskiego?) Pralka zastąpiła rzekę lub tarę, lodówka rzekę czy piwnicę, samochód konia. Coraz to nowe wynalazki powodują, że człowiek mniej się męczy – kto pamięta XIX-wieczne przygotowania do prania w mieszczańskich domach? Mężczyźni byli na cały dzień wyrzucani z domostw, brano dodatkowe osoby do pomocy, a pranie trwało cały dzień. A zmywania w restauracjach? „Zaklęte rewiry”.

Więc dlatego boję się napisać, że ten wynalazek jest niesprawiedliwy. Niesprawiedliwy dla tych wszystkich, którzy dbają o swoje zdrowie, kondycję, wyżywienie. Teraz? Na śniadanie GW1516, pastylka z zapachem Lasu Kabackiego i jeszcze jedna tabletka z kompletem witamin i tych wszystkich innych substancji niezbędnych naszemu organizmowi. Pastylka zindywidualizowana, wszystko spersonalizowane pod naszym kątem. Tylko … że … żal.

Napisane przez: torlin | 24/03/2018

Młode pokolenie nastolatek (prześliczny pleonazm)

Z wielką zadumą i refleksją czytam na temat bardzo młodego pokolenia. Jak ono jest inne niż pokolenia wcześniejsze. Mają do czynienia z potworem, czyli portalami społecznościowymi, kłopoty z relacjami z rówieśnikami. My, starsi, możemy się śmiać z problemów szczególnie młodych dziewcząt, ale momentami są one przerażające. Bardzo interesuję się tematem, bo mam cztery wnuczki, z których najstarsza niedługo będzie miała 11 lat. I już się zaczyna.

I nie mówimy o normalnych kłopotach międzypokoleniowych na zasadzie: „rodzice mnie nie rozumieją”, „nie mam wolności”, „nikt mnie nie lubi”. Dzisiejsze czasy moim zdaniem są koszmarnym dzieckiem, powiedziałbym raczej bękartem, triady: współczesna technika informatyczna – liberalizm obyczajowy – liberalizm wychowawczy, zarówno rodzinny, jak i szkolny. I co najgorsze, zaszło to już tak daleko, że właściwie nie ma odwrotu, gdyż kolejne pokolenia młodych nie pozwolą sobie założyć kagańca.

Już nie piszę na temat narkotyków, przemocy, prześladowania inaczej wyglądających lub zachowujących się, jak najwcześniejszego seksu, bo to jest truizm. Teraz są nowe, potężne problemy nastolatek, których nie znało pokolenie sprzed 15 lat:

  1. brak dostatecznej ilości polubień na Instagramie lub Fejsie. Przypomina mi to jeden z filmów „Czarnego Lustra”.
  2. 12-latka – „rodzice nie pozwalają mi się malować”. Tapeciara to dla wielu z nich wzór.
  3. jeden z największych problemów współczesnego świata młodzieżowego – seksting. Jest to zjawisko polegające na przesyłaniu za pośrednictwem sieci lub publikowaniu online osobistych materiałów erotycznych lub pornograficznych. Jest to dramat bardzo wielu młodych dziewcząt, które zakochane ulegają prośbom swojego chłopaka, aby wysłała mu swoje nagie zdjęcie, a następnego dnia znajduje je w sieci, albo rozesłane komórką do wszystkich chłopaków z klasy. Nastolatki nie zdają sobie sprawy z niebezpieczeństwa, jakie niesie sieć.
  4. „jestem za gruba” – to jest tragedia rozprzestrzeniająca się jak tsunami, nas uratowało to, że z trzech wielkich przyjaciółek moja Ola jest najszczuplejsza, więc jakoś dało się jej wytłumaczyć, ale ciągle ogląda się w lustrze patrząc z niesmakiem na jakieś iluzoryczne wałki tłuszczu (a chuda jest jak szczapa).
  5. słyszeli państwo o nowej modzie i nowym uzależnieniu? Nazywa się ono alkoreksja, polega ona na piciu wódki do oporu i natychmiastowym wymiotowaniu.
  6. „nie pozwalacie mi dbać o mój wizerunek w szkole” – pod tymi skromnymi słowami kryje się drenaż portfela ojca na nowe ciuchy, kosmetyki, komórki. Zanika zupełnie zdolność łączenia wydawania pieniędzy z trudnością ich zdobycia. I wina rodziców, że uspokajają w ten sposób swoje sumienie niezajmowania się dzieckiem.
  7. o cięciu się i przypalaniu słyszałem, ale mojej wnuczce nic nie jest wiadomo, żeby coś takiego istniało w jej szkole.

A ja ciągle mówię, i powtarzam – najważniejszy jest kontakt z dzieckiem. Nie zadawać kretyńskich pytań: „Co tam w szkole?” – „w porządku” – „a to dobrze”. Rozmowa, interesowanie się hobby dziecka, obserwowanie wyglądu dziecka. Jak się czyta pretensje szczególnie nastolatek, stale powtarza się ten sam tekst: „Wy po prostu nie chcecie nic o nas wiedzieć”. Ja wiem, że to są trudne decyzje, gdy matka 15-letniej dziewczyny dowiedziała się, że córka sama poszła do ginekologa po tabletki i dała jej w twarz. Nawet nie wiem, jakby to brzmiało fałszywie, ale ta dziewczyna miała rację. Jak wiedziała, że i tak będzie seks.

I wyobraźcie sobie, że to wszystko przyszło mi do głowy, kiedy przez przypadek zobaczyłem w YouTubie światowy konkurs ujeżdżania konia na kiju.  W Finlandii jest to wprost nazywane „Hobbyhorse Revolution” wśród nastolatek, są ich tysiące! Trenują, rywalizują, zdobywają mistrzowskie tytuły. Wybrana przez nie dyscyplina – jazda konna „na niby” – może wywoływać uśmiech na twarzy, lecz hobbyhorse to dla tych dziewczyn coś więcej niż sport – pokazuje, jak ważna dla nastolatek może być ich pasja. Często zagubione i nierozumiane w szkole, nawiązują przyjaźnie i – mimo obaw – angażują się w sport, który bardzo łatwo wyśmiać.

I to co powiem jest przerażające. Raptem dziewczęcą zabawę już zagarnia jak potwór cywilizacja – kapitalizm, nawet wygłup musi przekształcić w maszynkę do zarabiania pieniędzy. Coraz bardziej mam dosyć życia na tej planecie, polecę sobie na jakąś inną.

Napisane przez: torlin | 21/03/2018

Filmowe refleksje

Gabrielle Anwar

Dzisiaj chciałbym zająć się być może drobiażdżkami, ale czyż z nich nie składa się całe nasze życie? Jak wiecie nie mam telewizji, to znaczy mam telewizor, ale nie mam żadnej stacji. Oglądam najczęściej różne filmy na YouTubie, przede wszystkim dokumentalne, ale normalnymi filmami nie pogardzam. I oglądając ostatnio dwa filmy dostępne w Internecie nasunęły mi się dwa tematy do rozważań blogowych, obydwa moim zdaniem ciekawe, i poruszające mnie pod względem filmowym do głębi.

Pierwszy temat to sprawa postsynchronów. Film Patryka Vegi „Pitbull-nowe porządki” jest momentami nie do oglądania. Nic nie rozumiem, co mówią bohaterowie. Takim najdramatyczniejszym przykładem jest dla mnie „Girl guide” Machulskiego, w którym nie słychać w całych sekwencjach, co mówią bohaterowie. Zawsze wydawało mi się, że jest to współczesna tendencja do realizmu, nie nagrywamy postsynchronów, bo są one sztuczne, ważny jest realizm, to nieważne, że we wszystkich filmach wyprodukowanych za komuny nigdy nikt nie miał kłopotów ze zrozumieniem. Aż tu nagle mój syn podesłał mi e-mailem ARTYKUŁ, który mną wstrząsnął. Okazało się, że oni robią postsynchrony, tylko źle. Przy dzisiejszej technice? Panie Boże, Ty to widzisz, i nie grzmisz!!!

Drugi moim zdaniem jest jeszcze ciekawszy. Przez przypadek znalazłem film „The Manor”, wygląda jak produkcja telewizji brytyjskiej, tymczasem jest to film czeski. Po prostu znakomity, jest to cudowna, czarna, purnonsensowa komedia kryminalna, w założeniu przypominająca Rashōmon czyli wydarzenia relacjonowane są przez wszystkie  osoby tak, że dotarcie do prawdy okazuje się niemożliwe, ponieważ każda z nich przedstawia je zupełnie inaczej. Ubawiłem się po pachy, śmiałem się bez przerwy, i nic mnie nie interesowało, kto zabił. Ale z tym filmem związane są trzy kwestie, które chciałbym poruszyć w swoim blogu (znowu przeczytam, że niepotrzebnie!), przy czym punkt pierwszy jest najważniejszy:

  1. Tytuł filmu – oryginalny brzmi: „The Manor„. W Filmwebie jest to „Rezydencja„. Na stronie Gabrielle Anwar w Wikipedii jest to „Dwór„. A ja oglądałem go w YouTubie pod nazwą „Posiadłość„.
  2. Strasznie mi się podobała w tym filmie Gabrielle Anwar. Wiem o tym, że film jest z 1999 roku, to teraz ta aktorka ma prawie 50 lat, ale wtedy była śliczna.
  3. Aktorka jest prawie w ogóle nieznana, występuje raczej w serialach i filmach telewizyjnych, w związku z tym zupełnie jej nie skojarzyłem z filmem, a raczej ze sceną – jednej z największych i najważniejszych scen filmowych w historii światowej kinematografii. Nie napiszę której, zajrzyjcie sobie, a co? Trzeba trochę popracować 😉 Jak chcesz wiedzieć, naciśnij sobie TU.

 

« Newer Posts - Older Posts »

Kategorie