Napisane przez: torlin | 11/09/2018

10 banalnych punktów

W ostatnim przeze mnie przeczytanym numerze „Newsweeka” prof Paweł Machcewicz, pierwszy szef Muzeum II Wojny Światowej, umieścił artykuł pod fascynującym tytułem „10 wydarzeń, które zmieniły losy wojny” (chodzi o II W.Ś.). Ponieważ ja w przeciwieństwie do Pawła uwielbiam wszelkie zestawienia, punkty, quizy, z pasją oglądam „11 rzeczy, których nie powinni robić mężczyźni 65+”, „10 metod robienia jajecznicy” lub”7 najnowszych inspiracji w kuchni”, to na to zestawienie rzuciłem się jak zgłodniała lwica na małą zebrę, która odeszła od stada.

  1. 1 września 1939,
  2. 3 września 1939,
  3. 17 września 1939,
  4. lato 1940 (niemiecka oferta pokojowa wobec Brytyjczyków),
  5. 22 czerwca 1941,
  6. początek Holokaustu między lipcem 1941 a styczniem 1942,
  7. 5 grudnia 1941 – zatrzymanie Niemców na przedpolu Moskwy,
  8. 7 grudnia 1941,
  9. Teheran,
  10. Jałta.

Podałem to oczywiście skrótowo, autor tłumaczy się z braku Stalingradu, że bitwa o odsunięcie Niemców spod Moskwy była ważniejsza. Ale zastanawiam się nad sensem tego artykułu, zebra okazała się być ciężkostrawna. Te 10 punktów wymieni chłopak ze szkoły podstawowej interesujący się historią, ze wskazaniem na II Wojnę Światową. Banał tych punktów jest porażający, zastanawiam się tylko, czy można to było inaczej napisać. Mówiąc na odwyrtkę, czy były daty mające tak samo istotny wpływ na II W.Ś., a które nie są tak oczywiste.  Bo przecież można napisać nowe 10 punktów i zdobyć honorarium:

  1. Anschluß Austrii 12 marca 1938,
  2. Niemiecka ofensywa na Zachodzie 10 maja 1940,
  3. Bitwa o Anglię, 10 lipca – 31 października 1940,
  4. Bitwa Stalingradzka, od 23 sierpnia 1942 do 2 lutego 1943 roku,
  5. Operacja Husky 10 lipca 1943,
  6. Bitwa pod Kurskiem  5 lipca – 23 sierpnia 1943,
  7. D-day 6 czerwca 1944,
  8. Bezwarunkowa kapitulacja Wehrmachtu 8 maja 1945,
  9. Hiroshima 6 sierpnia 1945,
  10. Wypowiedzenie wojny Japonii przez ZSRR, 9 sierpnia 1945.

Ale dla mnie naprawdę fascynujące byłoby ułożenie takich 10 faktów/dat/okresów z II Wojny Światowej, które same (jako same) nie były istotne na zasadzie wielkiego oddziaływania na losy wojny, ale miały wielki wpływ na umysły ludzi:

  1. Nalot na Guernikę 26 kwietnia 1937,
  2. Zatopienie „HMS Glorious” przez Scharnhorsta” i „Gneisenau” 8 czerwca 1940,
  3. Odnalezienie grobów katyńskich 1941-2,
  4. Walki na Krecie maj 1941,
  5. Informacje Sorgego – jesień 1941,
  6. Bitwa o Midway  4–7 czerwca1942,
  7. Rajd na Dieppe  19 sierpnia 1942 r.
  8. Bombardowanie Drezna 13-14 lutego 1945,
  9. Zdobycie Berlina 2 maja 2945,
  10. Zdobycie Okinawy od 3 kwietnia do 16 czerwca 1945.

Taka sobie zabawa.

 

Napisane przez: torlin | 08/09/2018

Pociągi w Lombardii

Notka jest z jednej strony ukłonem wobec Szymona, z drugiej można zauważyć zmiany w kolejnictwie właściwie ogólnoświatowe. Pierwszą zauważalną zmianą wobec dawnych zwyczajów jest brak kas biletowych w tym tradycyjnym znaczeniu. I nie chodzi mi o automatyzację zakupu, ludzie w dalszym ciągu kupują u żywego człowieka, ale o to, że kasy są w najbardziej nieprzewidywalnych miejscach. W Tbilisi bilety kupuje się na trzecim piętrze domu towarowego, w Lombardii w barach, trafikach. Najlepiej widać to było w Bergamo, gdzie bilety można było kupić w trzech miejscach, w normalnej kasie kolejowej, w trafice sprzedającej papierosy (jakby kto nie wiedział, co to jest trafika) i w biletomacie. Automat miał od czasu do czasu klienta, jak i trafika, tymczasem tradycyjna kasa miała 20-osobową kolejkę, w tym mnóstwo skośnookich, którzy raczej – należałoby przewidywać – powinni skłaniać się raczej w stronę komputeryzacji. Bardzo podobnie jest w Tirano, gdzie na małym placyku są dwa dworce kolejowe, jeden Berniny Expressu czyli Kolei Retyckich (fronton na zdjęciu u góry), szwajcarska normalność, dwie kasy biletowe najnormalniejsze w świecie + biletomat. Drugi dworzec jest od normalnych kolei i bilety kupuje się w barze.

Kiedy przejechaliśmy autobusem numero uno w Bergamo z lotniska na dworzec kolejowy Łukasz zaczął mi przypominać o obietnicy danej Szymonowi, ale ja naprawdę nie miałem co fotografować. Fronton dworca nijaki, a pociąg z Bergamo do Lecco przypominał najgorsze pociągi z lat 70. ubiegłego wieku do Sochaczewa lub Kobyłki. Całe wymazane graffiti, śmierdzące brudem, z zasyfionymi ubikacjami, niedomykającymi się oknami, to już w Polsce chyba nie ma takich pociągów. W Lecco mieliśmy przesiadkę na ekspres (lub pośpieszny) Mediolan – Tirano, i to był już fajny pociąg, chociaż Łukasz zarzekał się, że jest to komfort naszych Kolei Mazowieckich.

Przepiękny jest fragment Tirano, w którym pociąg przejeżdża przez główny plac Madonna di Tirano, dawniej odrębnego miasteczka, teraz dzielnicy Tirano. Czekaliśmy na placyku, aby przejechał pociąg, ale się nie doczekaliśmy. Zdjęcie jest zrobione właśnie z pociągu Bernina Express i każdemu radzę chociaż raz w życiu przejechać czymś tak cudownym. Kolej Retycka jeździ na trasie St. Moritz – Tirano, właściwie cały czas po stronie szwajcarskiej, ze wszystkich przystanków jedynie Tirano jest we Włoszech. Startuje z 400 metrów, a najwyższy punkt to przełęcz Bernina powyżej 2.200 m. Niezapomniane przeżycie.

Tunele, wiadukty, takie przepaście, że pytałem się żartobliwie Łukasza, czy przy awarii zostanie z nas chociaż materiał genetyczny. Niedaleko Tirano jest zakręt 360-stopniowy, którego nie widział Szymon. Aby obejrzeć lepiej Kolej Retycką zajrzyjcie TU, z pociągu trudno jest zrobić dobre zdjęcia.


Aneks dla Stokrotki

Wprawdzie nie bardzo rozumiem, dlaczego muszę dawać zdjęcia swojej osoby, ale niech będzie.

Temat zdjęć jest niezręczny dla mnie i z powodów osobistych nie chcę się uszczegóławiać. Mam tylko te dwa zdjęcia, tylko na drugim jestem w pełnym oprzyrządowaniu.

Napisane przez: torlin | 05/09/2018

Wróciłem

Wróciłem szczęśliwie, miałem wspaniałe wakacje. Najpierw odpowiem na pytanie Juli – nigdy na wakacjach nie używam nowoczesnych form w telefonie, odpoczywam. Nie mam nawet Internetu. Włączam go jedynie w sytuacjach awaryjnych, kiedy jestem do tego zmuszony okolicznościami.

Wyprawa była wspaniała, sześć dni w w Alpach, jeden w Kolei Retyckiej, jeden w Bergamo i dwa dni transportowe. Musiałem bardzo rano wstać, więc jestem z lekka nieprzytomny – tak że teraz tylko kilka anegdot z wyjazdu.

  1.  Logistyka pierwszego dnia okazała się być bardziej skomplikowana, niż pierwotnie przewidywałem. Z sześciu punktów zrobiło się siedem, gdyż nie jeździ pociąg na trasie Bergamo – Sondrio, i musiałem ten punkt rozbić na dwa etapy: Bergamo – Lecco i Lecco – Sondrio. Inną sprawą jest informacja autobusowa we Włoszech. Tak jak pociągi opisane są prawidłowo, tak rozkłady autobusowe wołają o pomstę do nieba. Do Włoch przylecieliśmy w niedzielę, już w Warszawie sprawdziłem, że autobusów z Sondrio do Chiesa jest mnóstwo, takie same godziny odjazdów jak w Internecie znajdowały się na tablicy informacyjnej. Tylko że na ww. tablicy nie ma informacji, że w niedzielę one … nie jeżdżą. Pierwszy nie przyjechał, drugi też, siedzimy cztery godziny i w końcu kierowca przypadkowego busa zlitował się nad nami, zadzwonił na bazę, kiedy będą autobusy i wszystko skończyło się dobrze.
  2. Alpy są drogie, przeciętny koszt noclegu + śniadanie i obiadokolacja to 50 kilka euro.
  3. Anegdota nieprawdopodobna z szóstego dnia, gdybym o czymś takim przeczytał w książce, albo zobaczył w filmie, tobym się zaśmiał: „ale autor za biurkiem wymyślił beznadziejne rozwiązanie akcji”. To był jeden dzień ciężkiego deszczu, resztę pobytu mieliśmy w pięknym słońcu. Od schroniska Palu do schroniska Musella prowadzą dwie drogi, trudna, ale krótsza, i druga o wiele dłuższa, ale łatwiejsza. Od początku stawiałem na drugą, ale za namową kierownika schroniska poszliśmy tą pierwszą przez przełęcz Bocchel de Torno. Byliśmy już 50 metrów od przełęczy, zmoczeni, zmęczeni ciężkimi plecakami, gdy zobaczyliśmy rzekę spływającą z gór szerokości ok. 5 metrów, i do tego spadającą w dół kaskadami, przez którą teoretycznie powinniśmy przejść. Trzygodzinny powrót do schroniska, mokrzy, zmęczeni wchodzimy do środka, a tam za stołem siedzi mój nowy znajomy, z którym poprzedniego dnia piłem piwo i rozmawiałem po niemiecku (niestety to rzadkość), który na nasz widok się roześmiał i powiedział: „Jacek, wsiadaj do samochodu, to was zawiozę do Muselli”. Więc wsiedliśmy do nowej Toyoty Land Cruiser i po pewnym czasie wysiedliśmy na godzinę marszu do schroniska.
  4. W  poniedziałek pojechaliśmy pociągiem Bernina Express z Tirano do przełęczy Bernina, jedna z najpiękniejszych tras kolejowych w Europie, pod opieką UNESCO. Zaczyna się w Tirano we Włoszech 420 m (albo w St. Moritz – zależy jak się na to patrzy) i przejeżdża przez Przełęcz Bernina 2.256 m.
  5. Od dawna zakochany jestem we włoskim jedzeniu, straciłem na żarcie fortunę, ale w schroniskach dostawaliśmy lokalne produkty, wszystko było tak pyszne, że nie do opowiedzenia. W schronisku Palu szef zaserwował nam pastę nero, z czarnym makaronem, okazało się, że taką robi się tylko w tej dolinie.
  6. Wochy zrobiły na mnie doskonałe wrażenie, ludzie są uśmiechnięci, pomagający, jest czyściutko. Nawet przekonałem się do dworca kolejowego w Bergamo, gdzie w 2000 roku widziałem mnóstwo ludzi o innym kolorze skóry, żebrzących, hałaśliwych, biednych, teraz ilość ich się nie zmieniła, ale wszyscy uśmiechnięci, dobrze ubrani, zupełnie, jakby zmienił się ich status.
  7. Powolutku chyba będę musiał zmienić styl chodzenia po górach, 7-godzinne chodzenie z 10-kilogramowym plecakiem przy różnicach poziomów sięgających kilometra zaczyna być dla mnie za ciężkie. Przypuszczalnie wybiorę sobie schronisko, doniosę do niego podstawowy plecak i będę łaził po najróżniejszych szlakach, ale już bez niego.
  8. Tanie linie powodują, że Bergamo jest pełne Polaków.
Napisane przez: torlin | 19/08/2018

Ukochana moja logistyka turystyczna

Kocham to. Najbardziej niewiarygodne połączenia, przejazdy, oczekiwania, z braku ławki siedzenie na plecaku. Czyli logistyka turystyczna. Przez całe właściwie życie wiecznie na zorganizowanych samodzielnie wakacjach, z plecakiem, jako młody człowiek na autostopie, później siedzący na zapyziałych stacyjkach, przystankach autobusowych, na których diabeł mówi dobranoc.

Jak byłem w zeszłym roku w „Iskrze” w Beskidzie Sądeckim, to postanowiłem pojechać zobaczyć Zamek w Lubowli, potrzebowałem do tego czterech środków transportu (a więc miałem trzy przesiadki), ale najciekawsze było to, że trzeci w kolejności był to autobus jeżdżący raz na cztery godziny. Nie tylko pojechałem, zwiedziłem zamek, byłem na lodach, wysłałem kartkę z poczty do M., która nie doszła, i tego samego dnia wróciłem.

Już niedługo, w nocy z soboty na niedzielę, lecimy z Łukaszem do Bergamo, aby przejść trasę Alta Via Valmalenco. Pierwotnie chcieliśmy przejść całą trasę jak Bóg przykazał, 8 dni 110 kilometrów, ale się trochę przestraszyliśmy i będziemy zdobywać ją gniazdowo (w jednym schronisku po 2-3 dni).

I aby tam dotrzeć, muszę pokazać swoje umiejętności logistyczne, specjalnie dodaję taksówkę, aby wyszło więcej połączeń dla żartu:

  1. taksówką na lotnisko,
  2. samolotem do Bergamo,
  3. autobusem nr 1 z lotniska na dworzec kolejowy,
  4. pociągiem relacji Mediolan- Tirano z Bergamo do Sondrio,
  5. z dworca autobusem z Sondrio do Chiesa,
  6. z Chiesa autobusem do Chiareggio,

I będziemy jeszcze musieli jakieś dwie godziny przejść piechotą do schroniska. Ale w tych momentach swoją potęgę pokazuje Internet, w Piwnicznej miałem dokładnie rozpisany rozkład Mniszek-Lubowla, i nie przejmowałem się, że jest raz na cztery godziny. To samo tu, mam dokładne rozkłady jazdy, obejrzałem już stacje, miejsca, autobusem nr 1 już raz w życiu jechałem w Bergamo, z dworca na Starówkę.

Moja synowa powiedziała do mnie: „to nie lepiej wynająć samochód i oddać go w Chiareggio”. W sumie ma rację, ale ja kocham te wszystkie przystanki, przesiadki, pociągi, autobusy. Nie znoszę tylko dworców kolejowych na Zachodzie, bo wszyscy bezrobotni o innym kolorze skóry uwielbiają dworce, i naprawdę, tam łatwo zostać rasistą. A dworzec w Bergamo jest pod tym względem przerażający.

Za tydzień urlop. Na zdjęciu schronisko Krystyna. Co ciekawe, będziemy po drugiej stronie gór, niż St. Moritz, w którym byłem z Adasiem i Marcinem w 2000 roku. Jakby powrót do tych samych gór co w Gryzonii.

Napisane przez: torlin | 16/08/2018

Czy tamta Unia to ta Unia?

Przeczytałem bardzo ciekawy artykuł prof. zw. Marka Pietrasia, kierownika Zakładu Stosunków Międzynarodowych na Wydziale Politologii UMCS w Lublinie na temat podobieństw Unii polsko-litewskiej i Unii Europejskiej. Pięć punktów ciekawych, interesujących, jak zawsze w takich przypadkach z często lekko naciąganymi argumentami (ale lekko). Dla mnie niepotrzebna jest cała pierwsza część artykułu, w którym powstanie UE – zdaniem Pietrasia – jest skutkiem idei odkrytej przez Ludwika Krzywickiego – wędrówki idei w czasie i przestrzeni. Ale to tylko tak na marginesie.

  1. Podobny proces integracji. Wspólne pozostawały: władca, władza ustawodawcza, polityka zagraniczna i obronna, bicie monety oraz systemy prawne. Do tego należałoby dodać możliwość nabywania dóbr i swobodnego osiedlania się. Trzeba to przyznać Pietrasiowi, że punkt jest celny, to naprawdę próba zrzeszenia w jednym organizmie różnych niezależnych narodów.
  2. Punkt drugi jest ustawiony vice versa w stosunku do pierwszego, udowadnia, że polska Unia była odwołaniem się do idei jedności w różnorodności, czyli sztandarowego hasła nowej Unii. Postanowiono pozostawić odrębne urzędy centralne i administrację, siły zbrojne (nie mylić z polityką obronną – ta była wspólna), budżet, prawo sądowe oraz języki urzędowe. Udowodnienie, że nasza Unia łączyła ze sobą elementy centralizacji i decentralizacji – znowu trafne (moim zdaniem).
  3. Polska była mocno schrystianizowana i połączona wieloma silnymi więzami z Zachodem, tymczasem Litwa była dwunarodowa, tak naprawdę pogańska i w sensie kulturowo-cywilizacyjnym dość daleko od cywilizacji łacińskiej.  I do tego na stosunkowo niskim poziomie rozwoju. Znowu odwołanie do idei jedności w różnorodności.
  4. Też mocny punkt. Unia polsko-litewska, niezależnie od złożonych relacji w procesach historycznych, była aktem dobrowolnym (nawiązanie do idei dobrowolności (wolnej woli państw) w przyłączeniu się do Unii). Nie była ona narzucona siłą, w trakcie podboju, była wyrazem suwerennie wyrażonej woli obu stron. Wiadomo świetnie, że przede wszystkim była to decyzja tronu i możnowładców, ale szlachta była również „za”, i to nawet bardziej litewska (zazdrościła polskiej szlachcie większej swobody i praw). Porównanie z działalnością ojców-założycieli Unii może trochę naciągane, ale moim zdaniem tylko trochę.
  5. Pietraś nazwał ten problem dylematem idei bezpieczeństwa. Państwa łączą się w unie nie tylko ze względów społeczno-ekonomicznych, ale również bezpieczeństwa. Każde państwo z osobna patrzy z przerażeniem na silniejszego sąsiada, jak pisze autor: „jej istotę określa niepewność jednych państw w zdecentralizowanym środowisku bezpieczeństwa co do intencji innych państw”. Ówczesna Litwa i Polska bardzo obawiały się dawnego Zakonu Krzyżackiego, Rosji i Turcji, zmieniając realia geopolityczne stworzyła przeciwwagę dla zagrożeń.

I ważne jest ostatnie zdanie z artykułu: „Unia polsko-litewska przyczyniła się więc, podobnie jak Unia Europejska, do wzmacniania międzynarodowej pozycji obu organizmów państwowych i stabilizowania ich wzajemnych stosunków”. Można oczywiście dyskutować i być w kontrze w stosunku do przedstawionych tez, ale moim skromnym zdaniem jest coś na rzeczy.

Napisane przez: torlin | 13/08/2018

Nie, Panie Piotrze, co ma piernik do wiatraka!

Znacie mnie, czasami dostaję cholery po przeczytaniu dwóch słów, tym razem szlag mnie trafił po czterech. Ale najpierw kończący artykuł akapitowy cytat z Piotra Bratkowskiego (którego notabene bardzo lubię) o kontrowersyjnej biografii Ingmara Bergmana „Portret artysty jako potwora”, zamieszczony w Newsweeku nr 32:

„Może dobrze się stało, że tę biografię napisał ktoś taki jak Thomas Sjöberg – dziennikarz, którego zainteresowało raczej stworzenie bestsellera, a nie praca analityczna. Gdyby napisał ją ktoś z nabożnym stosunkiem do sztuki, pewnie by mu przy opisie rozmaitych krzywd uczynionych bliskim przez Bergmana parę razy mocniej zadrżała ręka. Bo przecież, pomyślałby, choćby ta jedna scena z „Siódmej pieczęci’, gdy bohater gra w szachy ze Śmiercią, warta jest wszelkich świństw.
Nie, nie jest warta”.

Co ma piernik do wiatraka – Panie Piotrze. Samej biografii nie czytałem (i nie wiem, czy mam na to ochotę), ale z opisu Bergman był to potwór. Kilkanaście skrzywdzonych kobiet, dziewięcioro odtrąconych dzieci, świadome pognębianie byłych partnerek, wręcz sadystyczny do nich stosunek.

Wszystko zgoda, tylko co to ma wspólnego z jego filmami? Mógł być potworem w życiu prywatnym, a genialnym reżyserem w życiu artystycznym. Ja akurat jestem wielkim zwolennikiem filmów Bergmana, szczególnie z jego pierwszego okresu twórczości. Przyznaję, bardzo dawno żadnego z nich nie oglądałem, może już dzisiaj nie mógłbym na nie patrzeć, tak się zestarzały. Ale nie zmienia to faktu, że scena ze Śmiercią miała olbrzymi wpływ na moje życie, i przez kilkadziesiąt lat uważałem ten film za najlepszy na świecie. Uwielbiałem wprost „Wakacje z Moniką”, „Wieczór kuglarzy”, „Tam, gdzie rosną poziomki” i bardzo smutne „Źródło”. Od „Milczenia” i „Persony” Bergmana nie trawiłem (podobny proces u mnie dotknął Wajdę i Polańskiego).

Inna rzecz, że stwierdzenie, że dziennikarza „zainteresowało raczej stworzenie bestsellera” świadczy bardziej o „brukowcowatości” 😉 .Dlaczego taki temat nie ma być poprowadzony jak praca analityczna?

Przez całe życie protestowałem przeciwko wrzucaniu do dyskusji oczywistości, ale niezwiązanych z tematem. Jak się pisze o autostradach Hitlera niekoniecznie trzeba pisać o obozach koncentracyjnych i Holokauście. Tadeusz Łomnicki był nieprawdopodobnym komuchem, ale był genialnym aktorem. Z tym związana jest również sprawa pozbawienie ulicy Kruczkowskiego, jego „Niemców” pamiętam do dziś. I ten sposób rozumowania zagościł również w głowie kierownika działu kulturalnego „Newsweeka”.

Ps. Minęło już tyle lat od oglądanych moich miłości filmowych, że zaczynają mi się mylić. Wymieniając ulubione filmy Bergmana na początku zamiast „Wakacji z Moniką” wpisałem „Przygodę”, która przecież była Antonioniego. Jak ja kochałem wtedy filmy właśnie Antonioniego, Pasoliniego, Felliniego, Viscontiego, Bertolucciego, i podobnych z innych krajów: Bergmana, Wajdy, Kurosawy i Francuzów: Godarda i Truffauta.

Napisane przez: torlin | 10/08/2018

Reinkarnacja mojej ruszczyzny

Wczorajszy dzień z różnych powodów musiałem spędzić w domu. Jak zwykle z braku laku zacząłem przeglądać korespondencję e-mailową, natrafiłem w niej na nowy filmik na Youtubie z Pauliną Mikułą, której programy  prenumeruję (polszczyzna), a obok w podpowiedziach był film Ukrainki: „dlaczego Polska tak bardzo mi się podoba?” Od dłuższego czasu subskrybuję dwa podobne filmiki obcokrajowców mieszkających w Polsce: „Gruziński po polsku”, o dwóch dziewczynach Mai i Mimi, które po czterech latach mówią lepiej po polsku niż niejeden Polak; i „Helen Mazanova w Polsce”, a to ze względu na urodę prowadzącej.
Obejrzałem jeden, drugi, piąty, a później natrafiłem na filmiki Mazanowej po rosyjsku i zacząłem tego słuchać. Na początku nie wszystko rozumiałem, ale później zacząłem wyłapywać filmy po rosyjsku z radami dla Rosjan, Białorusinów i Ukraińców (Rosjanek, Białorusinek i Ukrainek), co zrobić, żeby w Polsce osiągnąć sukces. Im dalej w las więcej rozumiałem, a po obejrzeniu n-tego odcinka różnych youtuberów swobodnie słuchałem ich wypowiedzi.
Mój problem polega na tym, że nie używałem rosyjskiego od 23 lat. Kiedyś sprawnie posługiwałem się tym językiem, mówiłem płynnie i komplementowano mnie, że godom z niezłym akcentem. Od tego czasu tylko wyjątkowo rosyjskie słowa wychodziły z moich ust, czy to w Gruzji, czy do Rumuna – kierowcy autokaru campingu w Mirze podwożącego mnie do Wenecji, od czasu do czasu w pracy.

„Gruziński po polsku” – cudowne dziewczyny, jak mówią same o sobie – spolszczone Gruzinki.
Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jaką odczuwałem satysfakcję, że prawie wszystko rozumiałem. Niektóre słowa bardzo mnie denerwowały, bo wiedziałem, że kiedyś znałem ich tłumaczenie, a teraz ni cholerę nie wiem, co dany wyraz oznacza. Obłożyłem się słownikami i tak spędziłem całe popołudnie. Wszystko zależy oczywiście od szybkości mówienia, są ludzie dla mnie za szybko mówiący. Zdaję sobie sprawę, że powinienem raczej uczyć się teraz angielskiego, a nie wracać do rosyjskiego, ale satysfakcję miałem olbrzymią. I dużo się dowiedziałem, co Ukraińcy sądzą o Polakach (bo to co mówią po polsku może być nieobiektywne).

Napisane przez: torlin | 07/08/2018

Chwila zastanowienia, wejść na pięterko?

Jak wiecie doskonale o tym dział „Chwile” mówi o momentach w historii ludzkości, w których chciałbym uczestniczyć. Być w danym momencie, w konkretnym miejscu.

W 1943 roku w Chicago wydarzyła się dla mnie bardzo ciekawa historia. Moja najbardziej ulubiona wokalistka jazzowa Dinah Washington grała w tym czasie w klubie jazzowym Three Deuces, kiedy przyjaciel zabrał ją, by posłuchać Billie Holiday w barze Garrick Stage. Właściciel klubu, Joe Sherman, był pod takim wrażeniem jej śpiewu „Rozumiem” („I understand”), wspieranego przez „Cats and the Fiddle”, którzy pojawili się w pokoju na górnym piętrze Baru Garrick, że ją zatrudnił. Podczas swojego roku w Garrick Stage Washington śpiewała na górze, podczas gdy Holiday występowała w pokoju na dole.

Billie Holiday śpiewa w Garrick Stage Bar.

Cóż to musiała być za mieszanka, te artystki dzieliło wszystko z wyjątkiem uwielbienia muzyki jazzowej i bluesa. Począwszy od sposobu śpiewania, Holiday była raczej zwolenniczką tzw. miękkiej odmiany wokalistyki jazzowej, „miejskiego” swingu, śpiewała delikatnie, widać było, że nie wyrosła z gospel. Washington tymczasem była świetną wokalistką w kościołach baptystów. Holiday walczyła przez całe życie z uzależnieniami (narkotyki), można powiedzieć, że Washington też walczyła z uzależnieniem, ale od środków odchudzających – żarła, a nie jadła, tyła i zażywała tonami środki na odchudzanie. I obydwa uzależnienia artystki zabiło. Billie Holiday  żyła jak „ofiara” życia, mieszkała w biednych hotelikach, zewsząd wyrzucana, tymczasem Washington prowadziła luksusowe życie, będąc jednocześnie piętnowana przez krytyków za komercję i zły smak.

™™™

Ważny też był kolor skóry, Washington była najprawdziwszą Murzynką, dobrze się czującą „w sobie”, tymczasem Holiday była na rozdrożu. Była córką Murzynów, ale miała tak jasną skórę (patrz zdjęcie), że można było się pomylić. Gdy w 1938 roku Billie śpiewała z orkiestrą Artie Shawa, złożoną z samych białych muzyków, to miesiącami wchodziła jako jedyna z zespołu drzwiami do służby, wyrzucano ją z hoteli, w których zatrzymywał się zespół, i z restauracji. Mając w końcu tego dosyć nawiązała współpracę z jednym z najbardziej ukochanych moich zespołów jazzowych lat 40., czyli Orkiestrą Count Basie’ego, i teraz z kolei wszyscy ją traktowali jako białą wokalistkę, gdyż Orkiestra Basie’ego składała się z samych … czarnych muzyków. A ponieważ znowu było źle, to Billie używała ciemnej szminki.

No i jestem w 1943 roku w Garrick Stage Bar w Chicago (na zdjęciu mnie nie ma, jestem akurat przy barze 😉 ). I muszę sobie odpowiedzieć sam na pytanie, idę do Dinah na pięterko, czy zostaję na dole u Billie?

Ps. jeszcze jednym się różniły, Washington miała siedmiu mężów, a Billie tylko trzech.

Ps 2 – mam konkurs dla ludzi znających doskonale język angielski – co oznacza po polsku nazwa klubu „Three Deuces”. Słownik angielsko-polski podaje tyle możliwości, że się pogubiłem. Nagrodą będzie uściśnięcie dłoni Torlina 😉

Zdaję sobie sprawę z prawniczej (nowo)mowy, żargonu, tekstów czasami tak skomplikowanych, że без пол-литра не разберёшься. Rozumiem, że muszą być dawane formułki prawnicze, dziwne i skomplikowane. Moje dzieci co rusz przychodzą do mnie z pismami z Urzędu Dzielnicy dotyczącymi naszych działek, w których organ wstrzymuje decyzję podjętą na odwołanie odwołania (mimo że nie jestem prawnikiem, umiem czytać tego rodzaju teksty).

Raptem mój Tata wyciął mi ogłoszenie sądowe z Gazety Wyborczej, przedstawione na powyższym zdjęciu. Pomijając wszystkie inne osoby, ale na czele jest małżeństwo Berty i Gustawa Cucmanów (Cocman, Zozmann), których sąd wzywa, „aby w terminie 3 miesięcy od ukazania się ogłoszenia zgłosili się do Sądu Rejonowego dla Łodzi Widzewa w Łodzi przy ul. Kopcińskiego 56, gdyż w przeciwnym razie mogą zostać uznani za zmarłych”.

Cały dowcip polega na tym, że Gustaw urodził się w 1876 roku, a Berta 1883 czyli mieliby dzisiaj odpowiednio 142 i 135 lat. Z Wiki: „Najdłużej żyjącym człowiekiem, którego metryka została jednoznacznie potwierdzona, była Francuzka Jeanne Calment (1875–1997), która przeżyła 122 lata i 164 dni. Najstarszym mężczyzną był Japończyk Jiroemon Kimura (1897–2013), który żył 116 lat i 54 dni” (nawiasem mówiąc mój Tata ma 98 i dobrze się czuje).

Naprawdę zastanawiam się, co jest ważniejsze, formułka prawnicza, czy sens zdroworozsądkowy. Przecież można było to ubrać w inne słowa: „ktokolwiek wie o okolicznościach śmierci Berty i Gustawa Cucmanów”, „ktokolwiek wie o losach rodziny Berty i Gustawa Cucmanów”. Wzywanie Gustawa Cucmana do sądu, Żyda z Łodzi, jest surrealizmem godnym Ionesco.

Sąd wzywa Mikołaja Kopernika, syna Mikołaja i Barbary z domu Watzenrode, aby w terminie 3 miesięcy od daty ukazania się niniejszego ogłoszenia zgłosił się do Sądu Rejonowego w Toruniu, Fosa Staromiejska 12/14, gdyż w przeciwnym razie może zostać uznany za zmarłego. Wiem, że śmierć Kopernika jest potwierdzona, a nie chciało mi się szukać osoby z historii Polski, której zwłok nikt nie widział. Może jakieś propozycje. Nawet fajny test mi się zrobił – jaką postać proponujecie na miejsce Kopernika, aby miało to ręce i nogi? 😀

Napisane przez: torlin | 01/08/2018

Zapoznani kolonizatorzy

Fort Dansborg w Tarangambadi, za czasów duńskich miasto to nazywało się Tranquebar i mieściło się w Indiach „naprzeciwko” Cejlonu. Ale Hindusi fajnie postępują, w 2004 roku odnowili wszystkie zabytki.

Bedzie znowu kłótnia z Pawłem i Telemachem, że narody nie mają czegoś takiego jak pamięć. A ja twierdzę w dalszym ciągu, że nie tylko narody mają wybiórczą pamięć, ale i prowadzą politykę edukacyjną, aby jeszcze większa amnezja opanowała społeczeństwo. Porozmawiajcie z Austriakami na temat współpracy z Hitlerem, Amerykanami na temat Alamo, Polakami o koloniach polskich na Wschodzie, Rosjanami o paradzie w Brześciu. Mamy tak demokratyczny i liberalny kraj, jak Dania, która wyparła z narodowej świadomości swoją historię kolonialną. Sprytnie to zrobili, w odpowiednim czasie sprzedali swoje kolonie, nic nie wspominali na ten temat, w szkołach na temat kolonialnej przeszłości cicho sza,  w periodykach nic nie ma, bo inni byli „więksi” (mieli więcej za uszami). Duńskie Imperium Kolonialne.

Kto dzisiaj wie o tym, że Duńczycy mieli swoją Duńską Kompanię Wschodnioindyjską, obsługującą Daleki Wschód,mającą właśnie siedzibę w Tranquebar oraz Duńską Kompanię Zachodnioindyjską zarządzającą Duńskimi Indiami Zachodnimi, a więc wyspami na terenie Morza Karaibskiego. My nie wiemy, ale Duńczycy? Wspaniały artykuł autorstwa Magdy Działoszyńskiej zamieściła GW pt. „Niewolnik zamieciony pod dywan. Jak Duńczycy wypierają kolonialną przeszłość”, boję się, że jest on zakodowany, a przez to niedostępny. Oto najwspanialsze fragmenty: „Ponad dekadę temu La Vaughn poznała duńskiego kuratora sztuki. – Powiedział, że jest z Danii, a ja na to: o rany, a ja z Wysp Dziewiczych! Zupełnie nie wiedział, o co mi chodzi. No wiesz, z duńskich Indii Zachodnich, mówię mu, a on wciąż nic. Opowiedziałam mu, że u nas, na St. Croix, wszędzie są ślady po duńskiej obecności w nazwach własnych, architekturze, czyli ruinach budynków z charakterystycznej żółtej cegły, w sposobie zagospodarowania przestrzeni, kiedyś podzielonej na 150 plantacji.

Rok później kurator przyjechał na St. Croix, by zobaczyć, o czym mówiła. A ona dzięki jego pomocy dostała stypendium duńskiego rządu i spędziła dwa miesiące w Kopenhadze. Wędrówki po mieście zaprowadziły ją do wielkiego sklepu Royal Copenhagen – producenta ikonicznej dla Duńczyków porcelany. Na trzecim piętrze wystawiono jej stare wzory, nawet z XVII wieku. Tam po raz pierwszy La Vaughn obejrzała całość, której kawałki znajduje wokół swojego domu”. (…)

„Ale o ile na Karaibach każde dziecko wie, skąd się tam wzięło – La Vaughn pokazuje podręcznik do nauk społecznych, z którego jej córki już w szkole podstawowej uczą się o niewolniczej historii wyspy – w Danii wstydliwe karty z przeszłości są skrzętnie ukryte. – Niby wiedziałam, bo w duńskiej szkole uczyłam się o historii kolonizacji i niewolnictwie. Ale nie do końca uświadamiałam sobie, że Dania w niej uczestniczyła, bo mówiło się głównie o wielkich imperiach kolonialnych, winny zawsze był ktoś inny. W naszej narodowej narracji funkcjonuje motyw pięknych wysp, raju utraconego… Nic poza tym – mówi”.

Tak mógłbym ciągnąć cytaty, może napisalibyście mi, czy macie dostęp do artykułu, bo jak nie, a Was ciekawi, to zerżnę jeszcze trochę. W Dużym Formacie czytałem też na temat drętwienia rdzennych mieszkańców Grenlandii na dźwięk słowa Duńczyk. Trzeba przyznać, że Duńczycy zrobili to perfekcyjnie, przy słowach „obrzydliwi kolonizatorzy” Ziemianie mają przed oczami Anglików, Francuzów, Hiszpanów, Portugalczyków, Holendrów, Belgów, Włochów czy Niemców, ale nigdy Duńczyków. Tymczasem w Ghanie „na jej wybrzeżu stoi fort Prinzenstein, a raczej to, co z niego zostało – białe kiedyś mury dziś są szarobure, zrujnowane przez upływ czasu i napór fal. Na nich napis: „Zbudowany przez Duńczyków w 1784 roku”. A w lochach inny: „Witajcie na drodze ponownego, duchowego spotkania z przodkami, brutalnie wyrwanymi ze swojego miejsca na ziemi”. Fort Prinzenstein był od połowy XVII przez następne dwa stulecia jednym z kolonialnych przyczółków Królestwa Danii i Norwegii na tzw. Złotym Wybrzeżu. – Przewodnik w Ghanie powiedział nam, że w lokalnym języku wciąż występują duńskie słowa, np. „trappe”, oznaczające schody.

Schodami w dół, do podziemi owych twierdz, prowadzono niewolników, którzy potem trafiali potem z zachodniego wybrzeża Afryki do Nowego Świata. W szczytowym momencie w duńskich Indiach Zachodnich dla 1,5-2 tysięcy białych kolonizatorów pracowało na plantacjach 18-20 tysięcy czarnych niewolników. Owoce ich pracy – cukier, rum czy kawa – trafiały z powrotem na statki płynące na Stary Kontynent. A budynki, w których je magazynowano, do dziś stoją na kopenhaskim nabrzeżu”.

Na koniec ciekawostka – w XVII wieku  wraz ze Szwedzką Kompanią Wschodnioindyjską importowała do Europy więcej herbaty niż Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska i przemycała 90% do Anglii, gdzie ją sprzedawała z dużym zyskiem.

« Newer Posts - Older Posts »

Kategorie