Napisane przez: torlin | 17/06/2021

Mieć szczęście

Napoleon przy podejmowaniu decyzji personalnych pytał się innych dowódców, czy ten człowiek, którego zamiarował zrobić dowódcą jakiegoś oddziału lub awansować – ma szczęście. Bo w życiu liczy się nie tylko fachowość, rozeznanie, znajomość tematu, ale trzeba mieć również po prostu szczęście. Jeden je ma, drugi nie.

Takim doskonałym przykładem jest Szczęsny, on po prostu nie ma szczęścia. Jest znakomitym bramkarzem, broni cudownie, słusznie zaliczany jest do najlepszych golkiperów na naszym kontynencie, a jednocześnie ma pecha. Zawsze piłka albo rykoszetuje od obrońcy, albo uderza nie w tę stronę słupka, albo jest zasłonięty.

Ale tak jest w ogóle w życiu, zarówno prywatnym, jak i zawodowym, i jest to najczęściej kompletnie niezależne od danej osoby. Jeden przegrywa konkurs na jakieś stanowisko i zostaje z niczym, drugi też przegrywa, ale kilka dni później jego zwycięski konkurent wycofuje swoją kandydaturę. Osobiście kiedyś trafiło mnie właśnie tego rodzaju szczęście. Zdawałem w 1969 roku na finanse na SGPiS i było ośmiu kandydatów na jedno miejsce – znalazłem się na trzecim miejscu pod kreską. Trudno. We wrześniu pojechałem pierwszy raz w życiu sam pod namiot z moim bratem ciotecznym i innymi nad Zalew Rożnowski i zgodnie z umową chodziłem od czasu do czasu na pocztę zobaczyć, czy nie ma dla mnie wiadomości na poste restante. Ku mojemu zdziwieniu dowiedziałem się od Ojca, że przyjęto mnie na uczelnię. Otóż rektor miał zawsze w zanadrzu 5 miejsc dla synów i córek prominentnych działaczy komunistycznych, a tego roku ani jeden się nie pojawił, to przekazał te 5 miejsc dla pierwszej piątki pod kreską.

Żeby było z uśmiechem, ta decyzja miała bardzo śmieszną kontynuację. Otóż było to tuż po Wydarzeniach Marcowych i władze, chcąc ukarać studentów za wystąpienia antyrządowe wprowadził obowiązkowe praktyki robotnicze. Każdy student miał obowiązek przepracować wakacyjny miesiąc w fabryce, na budowie czy w PGR-ze, i dotyczyło to również tzw. roku zerowego (czyli przed rozpoczęciem studiów). Ile ja się nie natłumaczyłem później, dlaczego wylegiwałem się koło Rożnowa, a nie miałem praktyk.

Szczęście się ma w sprawach wielkich (wypadek samochodowy bez konsekwencji), uczuciowych (trafienie na idealną dziewczynę) czy drobnych (kanapka upada na stronę nieposmarowaną).

Otóż Szczęsny tego szczęścia nie ma (ale ja od zawsze bardziej lubiłem Fabiańskiego).

Napisane przez: torlin | 14/06/2021

Jestem w domu

Miałem olbrzymie szczęście pogodowe, wyjeżdżając wiedziałem, że ładną pogodę będę miał tylko w poniedziałek i we wtorek, a w sobotę będzie załamanie pogody. Było na szczęście zupełnie inaczej, we wszystkie dni chodziłem w słońcu, a największe było w sobotę. Obydwie niedziele poświęciłem na przejazd z i do Warszawy, bo nie lubię Tirów. To w punktach.

  1. Wnętrze domu rzeczywiście XIX wiek, piękne schody, meble na korytarze powystawiane, ozdobne rzeźbione futryny drzwi. Można sobie wyobrazić przemysłowców i finansjerę epoki wilhelmińskiej, jak ze swoimi żonami schodzą do recepcji i wychodzą na główną ulicę kurortu. Ale to jest miejsce, gdzie w czasie deszczu nudzą się nie tylko dzieci. Nie ma nic. Kropka. Ale same pokoje ładne, z łazienką i prysznicem, i co mi się podobało – mnóstwo szafek, regałów, szuflad, wieszaków, mogłem wreszcie wyjąć wszystko z torby.
  2. Byłem w Czechach na wycieczce. Nie chciało mi się targać samochodu przez objazdy pepiczków, to sobie wykupiłem wycieczkę za 55 złotych. Zawieźli mnie na miejsce, przewodnika mieliśmy fajnego, mnóstwo nam naopowiadał, bardzo byłem zadowolony. Nikt mnie nie pytał o szczepienia, nikt nas nie zatrzymywał ani nie kontrolował na granicy, przejechaliśmy tak, jak kiedyś, w ogóle granicy nie zauważając. Tam otwarta restauracja, stanowiska z pamiątkami, piwiarnia, możliwa płatność w złotówkach.
  3. Szlaki są źle oznakowane w tym rejonie. Pierwszego dnia w poniedziałek rzuciłem się na olbrzymią trasę, postanowiłem przejść z Dusznik do Kudowy czerwonym szlakiem. Na wysokości Lewina Kłodzkiego nawet trudno powiedzieć, że zabłądziłem. Stałem w miejscu rozstaju dróg, miałem z tyłu znak czerwony na drzewie, ale do przodu obydwie drogi były błędne. Do dzisiaj nie wiem, którędy należało pójść. Na kilku innych wyprawach miałem też kłopoty ze znakami.
  4. Już teraz jest zatrzęsienie ludzi, a co będzie w lato? Usiłując uniknąć najpopularniejszych kierunków w rodzaju Strzelinca pojechałem na Białe Skały – tam – myślę – nikogo nie będzie. Ładna, okrężna dwuipółgodzinna trasa, ale już po przyjeździe na parking zdrętwiałem: autokar i piętnaście samochodów (a tam są dwa parkingi). O dziewiątej rano.
  5. W związku z tym starałem się wyszukiwać trasy w ogóle nieznane, ale wszędzie spotykałem ludzi.
  6. Bardzo ładna jest kolej z Kudowy, był czas, kiedy linię przestano eksploatować. Ale ładne nowoczesne pociągi powróciły i nawet byłem zdziwiony, że wsiadło ok. 30 osób (jechałem do Dusznik, aby przejść do Kudowy). Może przywrócą połączenie z czeskim Nachodem, byłaby to atrakcja turystyczna.
  7. Zrobiłem sobie frajdę i poszedłem na niedługą wycieczkę w Góry Bystrzyckie, a dokładniej mówiąc do Schroniska pod Muflonem. I też pustek nie było.
  8. Jestem z musu na diecie, i teraz dopiero zrozumiałem, co przeżywają ludzie na diecie, weganie, wegetarianie. Przejrzałem chyba wszystkie knajpy, wszędzie ciężkie mięsne dania, wszystko tonie w tłuszczu, jedynym wyjątkiem są pierogi, są wszędzie, ale oczywiście z przysmażaną cebulą. Ale ile czasu można jeść pierogi? „Nie, proszę pana, u nas czegoś takiego pan nie znajdzie, bo to nie idzie”. Raz znalazłem rosół – był tak tłusty…
  9. Ponieważ Białe Skały są pomiędzy Błędnymi Skałami i Strzelincem miałem możność jechania samochodem Drogą Stu Zakrętów. To jest chyba frajda dla każdego kierowcy.

Napisane przez: torlin | 05/06/2021

Wyjeżdżam na tydzień do Kudowy Zdroju

Wyjeżdżam w niedzielę na tydzień do Kudowy Zdroju pochodzić po górkach. Zamieszkam w wilii o cudownej dla mnie nazwie „Zuzanna”, bo tak ma na imię moja trzecia wg kolejności urodzenia wnuczka. Będę tam do następnej niedzieli, bo lubię jeździć samochodem w niedziele, mniejszy tłok, mało ciężarówek. Martwię się tylko, że cały czas prognozy na ten okres były rewelacyjne, teraz już zapowiadają sporo deszczu. Ale może nie będzie tak źle. Jak zwykle nie biorę laptopa, odpoczywam od elektroniki, filmów, blogów i polityki.

Kiedyś „Zuzanna” nazywała się „Hotel Graf Moltke” na cześć feldmarszałka pruskiego Helmutha von Moltke. Ten piękny budynek powstał w 1895 roku,w tamtych czasach był to najbardziej ekskluzywny hotel w uzdrowisku Bad Kudowa.

Do „przeczytania” w następny poniedziałek.

Napisane przez: torlin | 02/06/2021

zagadka matematyczna + uśmiech

Mam taką ilość Komentatorów ze ścisłym umysłem, że potrafią mi odpowiedzieć na postawione pytanie i rozstrzygnąć dyskusję z zięciem. Oto zagadka matematyczna. Bardzo Was proszę, żebyście mi nie odpowiadali, że obydwa rozwiązania są prawidłowe, bo ja o tym wiem, ale które jest słuszne przy tego typu zadaniach.

Paweł (mój zięć) pisze; „oczywiście że 18” – ja, „że oczywiście że 12”. Paweł: „a widzi tata gdzieś 4 nad trójką? Oczywiście tak podpowiada logika… ale bazując na tym co mamy dane, a nie obiecane…18”, a ja mu na to odpowiadam: „dla mnie – nie gniewaj się – to co jest na kartce, to nie jest matematyka, to jest tylko podpowiedź. Matma polega na tworzeniu równań, w tym wypadku zasada jest „mnożymy przez liczbę poprzednią”, matematycznie, a nie na kartce”.

Który z nas ma rację?


Wszystkie te cudowne dowcipy kopiuję z Jego strony, to tak na dodatek jeszcze jeden 😀

Napisane przez: torlin | 01/06/2021

Chwila radości bez słów

Napisane przez: torlin | 29/05/2021

Pokrewieństwo duchowe

Całe życie człowiek się uczy. Wracając do Wyspiańskiego – ni stąd ni zowąd przeczytałem, że Mistrz nie miał prawa ożenić się z z Teodorą Pytko, chociaż ona była panną, a on kawalerem. Przeszkodą było pokrewieństwo duchowe. Dla większości chyba z Was, jak i dla mnie, jest to terra incognita – co to za zwierz uniemożliwiający?

Teodora miała już jedno nieślubne dziecko, ale Wyspiański sprokurował jej drugie, na świat przyszła Helenka. Ponieważ Stanisław świetnie wiedział, że to jest jego dziecko postanowił zostać jej ojcem chrzestnym, a później chciał się ożenić z jej matką. Do dzisiaj nie wiadomo, czy skłamał przy wypełnianiu protokołu pytań przedślubnych – jedno z nich jest proste jak drut – czy byłem chrzestnym ojcem dzieci swojej narzeczonej przy chrzcie lub bierzmowaniu (jak widać nie chodzi nawet o to, że był ojcem dziecka), czy to zrobił z niewiedzy. Sam Wyspiański mówił: „nie przejmuję się zbytnio biurokratycznymi formalnościami”. Śliwińska dotarła do tego protokołu i przy tym pytaniu jest kreska, a nie słowo „nie” – czyli Wyspiański nie kłamał.

Ale cała rzecz w tym, że z punktu widzenia prawa kanonicznego małżeństwo zawarte pomiędzy nimi jest nieważne. Na przeszkodzie stoi właśnie pokrewieństwo duchowe. Przerażony sytuacją Mistrz zwraca się do proboszcza krakowskiej kolegiaty św. Floriana ( w której brał ślub), emerytowanego profesora i dziekana Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego Józefa Krukowskiego, a ten z kolei pisze pismo do biskupa krakowskiego Jana Puzyny z prośbą o udzielenie dyspensy od przeszkody kościelnej. W odpowiedzi biskup 3 dni później pisze: „na podstawie przedłożonego pisma, że Stanisław Wyspiański i Teodora Pytkówna, Twoi parafianie, którzy chociaż istnieje przeszkoda pokrewieństwa duchowego, po wygłoszonych zapowiedziach, przed obliczem Kościoła w dobrej wierze zawarli małżeństwo, bez wszelkich nagan, wyroków i kar kościelnych (…) dyspensujemy w ten sposób, że po odnowieniu związku małżeńskiego przed Tobą (…) w małżeństwie, które nieważnie zawarli (…) mogliby trwać”. W związku z tym Wyspiański po raz wtóry ożenił się z tą samą kobietą.

Pozostaje ten zwierz: „pokrewieństwo duchowe” – co to jest? Okazało się, że przez 1.500 lat było 12 przeszkód zawarcia małżeństwa, a tym 12. punktem było właśnie pokrewieństwo duchowe. Po raz pierwszy koncepcja pokrewieństwa duchowego jako przeszkody małżeńskiej pojawiła się w ustawodawstwie cywilnym Cesarza Justyniana – w konstytucji z 30.10.530 r. W pierwszym tysiącleciu chrześcijaństwa rzeczywiście żywe było przekonanie, że bliskość duchowa, mająca swoje źródło w chrzcie, jest znacznie głębsza i bardziej doniosła, niż pokrewieństwo krwi. W tym ostatnim przypadku chodzi bowiem o związek naturalny, w sakramencie chrztu działa zaś sam Bóg. To prawo powtórzone zostało nawet w prawie kanonicznym z 1917 roku i trwało aż do 1983 roku. Dopiero w nowym prawie został ten zakaz zlikwidowany (w kościele wschodnim w dalszym ciągu obowiązuje).

Czego to się człowiek nie dowiaduje na stare lata!!!

Napisane przez: torlin | 25/05/2021

Mam kłopot z Wyspiańskim

Ta notka tylko pozornie będzie o Wyspiańskim i o moich lekturach (zakupach). Po przeczytaniu książek Śliwińskiej o siostrach Pareńskich, a później o siostrach Mikołajczykównych rzuciłem się na jej trzecią książkę – biografię Wyspiańskiego. Rzecz dla mnie nie jest tak fascynująca jak te dwie pozostałe, ale jest inna rzecz, która mnie odstręcza przede wszystkim od bohatera książki – to jest jego postępowanie wobec innych ludzi. A dokładniej o jego cechy charakteru.

Ten wpis to będzie rodzaj mojego odsłonięcia się psychicznego, wytłumaczenie, dlaczego ta książka tak źle na mnie wpływa. Otóż mam nieszczęście wpadać w swoim życiu na mężczyzn (bo to są najczęściej mężczyźni) mających straszną cechę charakteru – ma być zawsze, tak jak oni chcą. To są ludzie, którzy nigdy w życiu – kiedykolwiek – komukolwiek – nie powiedzieli (nie potrafili powiedzieć) – przepraszam, nie miałem racji. Ma być tak, jak oni chcą, inaczej się obrażają, zrywają kontakty. Niestety, taki był mój Ojciec, taki jest szwagier, w bliskiej rodzinie jest jeszcze jeden ktoś, ale nie napiszę kto. Mój Tata był mistrzem w zmuszaniu mnie, abym zrobił tak, jak on chce. Mojemu dawnemu przyjacielowi, kiedy chodziliśmy po górach we Włoszech pół godziny mówiłem, że źle idziemy, upierał się, że dobrze, a kiedy okazało się, że musimy te pół godziny wracać, to więcej w życiu się do mnie normalnie nie odezwał, mimo że ja nie miałem pretensji, i nic nie gadałem.

Wyspiański taki był, jako młodego chłopaka zaadoptowała go siostra matki, jak dorósł wyjechał za granicę na 7 miesięcy nie tylko nic o tym jej nie mówiąc, ale nie wysłał nawet jednej kartki do niej. Stawiał wszystkie sprawy na ostrzu noża, albo będzie tak jak on chce, albo on rezygnuje ze wszystkiego. Dotyczyło to i witraży, i wystawiania sztuk teatralnych, i jego pisarstwa. Nigdy nie szedł na jakiekolwiek ustępstwa. Wiedząc, że się to ludziom nie podoba, bywał czasami przewrażliwiony. Śliwińska opisuje, że pewnego razu w jego pracowni znalazł się bogaty mieszczanin chcący otrzymać od Mistrza swój portret, i chciał zapłacić nawet dużą sumę pieniędzy. Zdarzyło się, że w izbie siedziała również żona Wyspiańskiego, i miała założone grube czerwone korale. Gość podszedł i dotknął tych korali, Wyspiański zaczął na niego wrzeszczeć i wyrzucił go z pracowni. Szkoda tylko, że był w ciągłych długach i na nic mu nie starczało.

Doszło do tego, że z coraz większą niechęcią czytam tę książkę, wcale nie chcąc się dowiedzieć, co będzie dalej.

Po kilku godzinach dodam jeszcze jeden przykład: Eliza Pareńska (matka) prowadziła znany w całym Krakowie salon, i od samego początku sprzyjała Wyspiańskiemu, broniła go, namawiała Matejkę na przyjęcie Stanisława, kupowała jego prace i namawiała znajomych, aby robili to samo. Przy pierwszym wystawieniu „Wesela” ludzie nie chcieli się zgodzić, aby w sztuce widniały ich prawdziwe imiona i nazwiska, Wyspiański pozmieniał je na różnych Gospodarzy, Poetów, Redaktorów, Nosów, ale nie chciał – mimo wielu próśb Elizy Pareńskiej, na zmianę imion jej córek. Skończyło się tym, że Eliza na własny koszt wyprodukowała plakaty ze zmienionymi imionami i ponaklejała je na tamte. Tak jej „podziękował”.


Przez przypadek zajrzałem na swoje strony administracyjne i okazało się, że dzisiejszy wpis jest tysiąc pięćsetną notką w Kamiennej Wiosce. Coś takiego!

Napisane przez: torlin | 20/05/2021

Czyżby zarozumiałość Albionu?

Wiadomość z ostatniej chwili – dzięki badaniom genetycznym zidentyfikowano czaszkę członka wyprawy admirała Johna Franklina z 1845 roku, który na czele dwóch doskonale wyposażonych statków HMS „Erebus” i HMS „Terror” i 133 ludzi miał za zadanie odnaleźć Przejście Północno-Zachodnie, czyli najkrótszą drogę morską z Atlantyku do Pacyfiku. Dotychczas wykorzystywany szlak handlowy przez Cieśninę Magellana był długi, kosztowny i niebezpieczny, gdyż należało opłynąć Amerykę Południową. Franklin zaginął wraz ze swoimi ludźmi.

Nie będę opisywał szczegółów, gdyż każdy może sobie to wyguglać, ale ta cała wyprawa jest zastanawiająca po wielokroć, i moim zdaniem trochę źle świadczy o Brytyjczykach, a dokładnie mówiąc o ich mentalności. Zaginionych wypraw lodowych było wiele, z najsłynniejszymi jak lot Nobilego czy biegun południowy Scotta. Przy szukaniu Nobilego zginęło więcej ludzi – ratowników (w tym Amundsen), niż samych uczestników wyprawy.

Statki Franklina wylądowały na południowym wybrzeżu wyspy King William, załogi przeżyły tam dwa lata, dlatego, że lato pośrednie było tak zimne, że nie rozmroziło lodów. Zrozpaczeni ludzie – ci, którzy nie umarli jak admirał Franklin zapakowali swoje rzeczy i powędrowali na południe w kierunku faktorii odleglej o 900 km. Najwytrwalsi przeszli 350 km.

Zaginięcie ekspedycji Franklina zapoczątkowało masowe poszukiwania w Arktyce między 1848 a 1866 rokiem, sama żona Franklina sfinansowała ich kilkanaście. Z Franklina zrobiono bohatera, pisano powieści, honorowano nazwami geograficznymi, stawiano pomniki. W pewnym momencie dziesięć brytyjskich i dwa amerykańskie okręty USS „Advance” i USS „Rescue” szukały rozbitków.

Tymczasem

Tymczasem już w 1854 roku szkocki odkrywca John Rae, badając półwysep Boothia dla firmy Hudson’s Bay Company (olbrzymia firma handlująca futrami) odkrył prawdziwy los grupy Franklin. Okazało się, że wyspa była zamieszkała przez Inuitów i Szkot miał okazję porozmawiać z myśliwymi Eskimosów. Powiedziano mu, że oba statki stały oblodzone, ludzie poddali się zimnu, niektórzy wręcz uciekli się do kanibalizmu. Raport Rae do Admiralicji przedostał się do prasy, co doprowadziło do powszechnego potępienia szkockiego podróżnika w społeczeństwie wiktoriańskim, rozwścieczyło wdowę po Franklinie i skazało Rae na hańbę. Wysiłki Lady Franklin, by wychwalać męża, przy wsparciu brytyjskiego establishmentu, doprowadziły do ​​dalszych 25 poszukiwań w ciągu następnych czterech dekad, z których żadna nie dodała żadnych ważnych informacji dotyczących Franklina i jego ludzi. Jedynym plusem wypraw ratowniczych było to, że przyczyniły się do dokładnego mapowania Arktyki. Ostatecznie więcej statków i ludzi zaginęło w poszukiwaniu Franklina niż w samej wyprawie.

Po odejściu Europejczyków myśliwi Eskimosów przybywający na letnie tereny łowieckie odkryli statek pływający w zatoce. Był to prawdopodobnie „Terror”, był bardzo schludny i uporządkowany. Eskimosi zeszli w ciemność kadłuba ze swoimi lampami olejowymi z fok, gdzie znaleźli wysokiego martwego mężczyznę w wewnętrznej kabinie. Tam właśnie znaleźli miedź, która była dla nich cenniejsza od złota, oraz narzędzia, w tym nożyce, z warsztatu okrętowego.

Ciekawostką jest również, że na tej samej wyspie wylądował Amundsen, ale ten w przeciwieństwie do Franklina zaprzyjaźnił się z Eskimosami, był u nich dwa lata i nauczył się żyć (przeżyć) w ostrych warunkach zimowych. Roald był wprawdzie na Wyspie Króla Wiliama 50 lat później, ale nie spodziewam się, żeby życie Eskimosów w tym czasie uległo radykalnym zmianom. Eskimosi powiedzieli Amundsenowi, że ich przodkowie opowiadali, że widzieli członków załogi Franklina, ale żaden do nich nie przyszedł. Zadziwiające, stąd moje pytanie w tytule notki.

Napisane przez: torlin | 16/05/2021

Nie zmarnowaliśmy okazji

Powiem szczerze, że nie czytałem od dawna tak ciekawego artykułu politycznego w „Gazecie Wyborczej”. Analiza Bartosza T. Wielińskiego pt. „Głos sfrustrowanego euroentuzjasty: Unia nic nie może? Raczej nie chce” zaskoczyła mnie całkowicie prawdziwością i prawidłowością tez. Ale cały ten proces myślenia kończy się smutną konstatacją, że historia bardzo często się powtarza, ale jako parodia.

Aby zrozumieć tytuł notki należy cofnąć się do 2003 roku, USA montują koalicję antyiracką, osiem państw widząc bezradność Europy, pisze list otwarty do głównych przywódców europejskich w sprawie poparcia polityki amerykańskiej. „List ośmiu” sygnowany przez przywódców Czech, Danii, Hiszpanii, Polski, Portugalii, Węgier, Wielkiej Brytanii i Włoch powoduje nerwową reakcję, szczególnie Francuzów. I wtedy ówczesny prezydent Francji, Jacques Chirac wypowiedział słynne zdanie, pamiętane przez Polaków do dzisiaj, „zmarnowali okazję, żeby siedzieć cicho”. Na pytanie, dlaczego inaczej traktuje państwa członkowskie, a inaczej kandydatów Chirac zgodnie z francuskim zarozumialstwem odpowiedział: „kiedy się jest w rodzinie, ma się więcej praw, niż kiedy się prosi o wejście do niej”. Po tych słowach dziesięciu przywódców takich państw jak Albania, Bułgaria, Chorwacja, Estonia, Litwa, Łotwa, Macedonia, Rumunia, Słowacja i Słowenia pisze tzw. „list wileński” wyrażający oburzenie na słowa Chiraca i popierające Stany Zjednoczone.

I do tego nawiązuje Bartosz Wieliński, ale smutne są wyciągane przez niego wnioski. Dałem na górze link, ale nigdy nie wiem, czy artykuł jest dla Was zakodowany, czy nie, to pozwalam sobie dać kilka cytatów:

  • Dlaczego Unia daje sobie tak dmuchać w kaszę? Jest na to pytanie cyniczna odpowiedź: bo pod rządami PiS Polska mocno skarlała. Stała się taka, jaka zdaniem wielu w UE powinna być.
  • Premier Mateusz Morawiecki na posiedzeniach Rady Europejskiej siedzi cicho. Nie wojuje, nie wali pięścią w stół, nie buduje szerokich koalicji. Polski ambasador przy Unii zapisał się jedynie własnoręcznym odkręceniem w swojej siedzibie tabliczki, na której widniało nazwisko Donalda Tuska.
  • Pamiętacie, jak Rzeczpospolita rozpychała się na europejskich salonach, gdy Rosja wydarła Ukrainie Krym i podpaliła Donbas? MSZ co chwila organizował międzynarodowe wizyty, obdzwaniał stolice krajów UE i NATO, ściągnął prezydenta USA Baracka Obamę do Warszawy. Polska była ważnym graczem, trzeba się było z nią liczyć, Francja pod orkiestrowaną z Warszawy presją musiała zerwać umowę na sprzedaż Rosji okrętów desantowych typu Mistral.
  • Wracają dawne stereotypy, Polska znowu jest zaściankowa, wschodnia, straszna. Wewnętrznie skłócona, nieracjonalna. I niewiele znaczy. Znowu.

Teraz urzędnicy Unii dogadują się z PiS-em w sprawie poparcia na poszczególne stanowiska, „wielkie powody” powstania Unii przez dawnych wybitnych polityków skarlały, stały się przyziemne. Zdaję sobie sprawę, że przez wiele lat waga Polski była za duża w stosunku do jej rzeczywistego poziomu politycznego i gospodarczego, ale tego rodzaju partie (czy państwa) zwornikowe nie są czymś obcym na firmamencie polityki. Najlepszym przykładem jest FDP, malutka partia niemiecka, a tymczasem obydwie dwie wielkie partie polityczne były całkowicie od niej zależne (z kim FDP poszła – ten rządził). Rzeczywiście Wieliński moim zdaniem ma rację, to całe pustosłowie o sprawiedliwości, TSUE, wolnych mediach na Węgrzech i w Polsce są tylko pokrzykiwaniami ołowianych żołnierzyków krzyczących „Naprzód”, „Do boju”. Ale tak naprawdę, to z ich punktu widzenia jest dobrze, jak jest. I tak niech pozostanie.

Ps. mam prośbę do Vandermerwe, aby nie zaczynał dyskusji o Iraku. Bardzo proszę, to nie jest tematem tej notki. Oczywiście jest to tylko prośba – zrobisz jak zechcesz.

Napisane przez: torlin | 13/05/2021

Anty…

Mój wpis będzie bardzo krótki. Otóż okazało się, że w mojej najbliższej, ale tak naprawdę najbliższej rodzinie są antyszczepionkowcy. Trochę pogadałem, trochę pomamrotałem, trochę postraszyłem dając przykład dwójki najbliższych sąsiadów, co ledwo uciekli spod łopaty, ale tak w gruncie rzeczy nie wiem, co mam zrobić. Ich życie, ich dzieci, ich decyzje. I jeszcze do tego te moje liberalne poglądy.

Older Posts »

Kategorie