Napisane przez: torlin | 14/12/2019

Torlinowe wątpliwości fotograficzne

Najpierw dokumentacja fotograficzna. The Architectural Photography Awards jest jednym z najsłynniejszych konkursów fotograficznych dotyczących architektury na świecie. W 2019 roku wybrano zwycięzców w sześciu kategoriach, pokazuję zwycięskie zdjęcia w czterech kategoriach. W dwóch: schronienie (nie wiem, czy dobrze tłumaczę słowo: „shelter”) i „Poczucie miejsca” – nie przedstawiam, powód wyjaśnię później, każdy może sobie zobaczyć zwycięskie prace w linku. U góry najlepsza praca nie tylko w kategorii: „zewnętrzne”, ale również uznana za najlepszą pracę w ogóle – „The Twist Museum, Kistefos Sculpture Park, Jevnaker, Norwegia”.

Zwycięzca w kategorii „domy socjalne” i portfolio – Bordeaux we Francji

Zwycięzca w kategorii: „wnętrze” – fabryka drewna w Chinach.

Najlepsza fotografia w kategorii: „Budynki użyteczności publicznej” – Plac Skanderbeg w Tiranie w Albanii.

Mam dwie wątpliwości, obydwie jednakowej miary, więc kolejność moich zarzutów jest dowolna. Pierwsza w takim razie jest taka, że taki konkurs jest dla mnie bez sensu. Gdyby to chodziło o piękno samych obiektów architektonicznych, to jeszcze bym rozumiał. A tak? Zdjęcie Muzeum Rzeźby w Norwegii, uznane za najlepsze w ogóle, zrobi każdy człowiek stojący w tym miejscu podczas pochmurnej pogody. W tym zdjęciu nie ma nic nadzwyczajnego, piękny jest tylko budynek. A pozostałe to wręcz banał doprowadzający mnie do kryzysu, to są najzwyczajniejsze fotografie, trzaskane w milionach sztuk przez ludzi zwiedzających świat. Co w nich jest nadzwyczajnego?

Drugą wątpliwością jest fakt, że autorem trzech prac (z wyjątkiem fabryki drewna”) jest ten sam człowiek – Laurian Ghinitoiu. Rumun, którego nie ma nawet w rumuńskiej Wiki. To akurat najmniejszy zarzut, zastanawiam się tylko po co nagradzać jednego człowieka w trzech kategoriach na sześć. Żeby te prace były rzeczywiście nadzwyczajne!

Napisane przez: torlin | 10/12/2019

Bielefeld nie istnieje

Napis w McDonaldzie w Bielefeld.

Uwielbiam takie zabawy, kocham wręcz. Czy wiecie, że miasto Bielefeld naprawdę nie istnieje? Wydawałoby się dość duże miasto, ponad 300-tysięczne, i nie w byle jakim kraju związkowym, bo w Nadrenii Północnej-Westfalii. Jest, ale to jest złudzenie, matrix, dzieło wykwalifikowanych służb, komputerów i zbiorowej halucynacji.

Rząd zaczyna przyznawać się do nieistnienia Bielefeldu i likwidują zjazdy do tego miasta z autostrad.

Mam u siebie „dwójkę” niemiecką, Anabell i Telemacha, nie wiem, czy oni to zauważyli, ale jak się zmienili młodzi Niemcy. Przecież tego rodzaju plotka powtarzana ze śmiechem bardziej pasuje do nas, my się w ten sposób wygłupiamy, ale Niemcy? Surowi, poważni, przepisowi, bez uśmiechu?

Informatyk Achim Held opublikował w 1994 roku w Usenecie satyryczny post zatytułowany „Spisek Bielefeld”, w którym wątpił w istnienie miasta Bielefeld i opisał pozory jego istnienia jako spisek. W Internecie ten żart trwa do dziś: „Bielefeld nie istnieje” („Bielefeld gibt es nicht“). 800. rocznicę powstania miasta w 2014 r. Bielefeld obchodziło pod hasłem: „800 lat Bielefeld – ono nie istnieje!” („800 Jahre Bielefeld – Das gibt’s doch gar nicht!“). Z okazji 25-lecia spisku w Bielefeld miasto to ogłosiło konkurs na dostarczenie niepodważalnego dowodu na nieistnienia Bielefeld, nagroda pieniężna wynosiła 1 milion euro. 17 września tego roku konkurs został rozstrzygnięty, żaden uczestnik nie mógł udowodnić nieistnienia miasta i dlatego pieniądze pozostały nietknięte. Miasto uważa zatem swoje istnienie za rozstrzygnięte i spisek dobiegł końca.

Instalacja kamienia pamiątkowego w mieście, na zdjęciu wynalazca spisku Bielefeld, Achim Held (z prawej), obecni także: burmistrz Bielefeld Pit Clausen oraz szef marketingu miasta, Martin Knabenreich (po lewej). Twórca spisku w Bielefeld był także pod wrażeniem miejskiej kampanii marketingowej. „Kiedy w 1994 roku opublikowałem satyrę na temat spisku Bielefeld w Internecie, chciałem ogólnie wyśmiewać się z teorii spiskowych” – powiedział Held. W ogóle nie myślałem konkretnie o Bielefeld. Ponieważ z biegiem lat dowcip stał się coraz bardziej znany, to trzeba przyznać, że miasto udzieliło idealnej odpowiedzi na powiedzenie, że nie ma Bielefeld. Satyra stała się stałym świętem. Nawet McDonald ogłasza własną kampanię reklamową na temat mitów dotyczących tej firmy: „Bielefeld gibt’s gar nicht. Glaub nicht alles, was man dir erzählt” („„Bielefeld w ogóle nie istnieje. Nie wierz we wszystko, co ci się mówi”.

Napisane przez: torlin | 07/12/2019

Mapa „The Blue Motherland”

Znowu będzie króciutka notka, ale już kole wtorku, środy powinienem być wolniejszy. Tyle rozmawialiśmy na tematy polityczne, a ja Wam ciągle, z natarczywością neofity powtarzałem, że boję się współczesnych państw i jedyny ratunek jest w Stanach Zjednoczonych, nawet z Trumpem.

Powyżej prezentuję mapę turecką o nazwie „The Blue Motherland”, będącą pokłosiem umowy pomiędzy Libią a Turcją, której celem było rozgraniczenie wyłącznych stref ekonomicznych tych państw. Na pytanie: „A gdzie strefy Cypru i Krety” Ankara odpowiedziała: „wyspy leżące po obu stronach mediany nie mają prawa do jurysdykcji nad wodami poza wodami terytorialnymi’. Jak nie wiadomo, o co chodzi, to na pewno chodzi o pieniądze.

A dokładniej mówiąc o bogate złoża ropy i gazu występujące we wschodniej części Morza Śródziemnego. Całość chce zagarnąć Turcja i wywalić konkurentów przy pomocy faktów dokonanych. Powyżej zdjęcie fregaty tureckiej marynarki wojennej „TCG Gemlik” eskortującej turecki statek wiertniczy „Yavuz” u wybrzeży Cypru w dn. 6 sierpnia 2019 r. Mnie osobiście najbardziej rozbawiło (gorzko), że tego typu agresywne i autokratyczne rządy nie liczą się z logiką, toż Chiny na odwrót, budują sztuczne wyspy i żądają stref dookoła.

Ale Turcja może lekceważyć Grecję i Cypr, ale z nimi są o wiele ważniejsze państwa. Do Forum Gazowego Wschodniego Morza Śródziemnego obok powyższych państw i Jordanii należą takie kolosy jak Włochy, Egipt i Izrael z Palestyną (tak, dobrze widzicie na oczy, Izrael dał radę porozumieć się z Palestyńczykami, a nie dał rady z Turkami). No i kto rozsądzi? Lotniskowiec US Navy „Abraham Lincoln” już wpłynął na Morze Śródziemne 😀 😀 😀

Napisane przez: torlin | 04/12/2019

Przerażająca fotografia

W międzyczasie jedna z wnuczek spytała się mnie, czym się różni żubr od bizona, więc wszedłem na stronę www.zubry.com, aby sobie poczytać. Było tam o zagładzie bizonów w latach 80. XIX wieku, Ja o tym wszystkim wiedziałem, ale ta fotografia normalnie mną wstrząsnęła – stos czaszek zabitych bizonów. Wybito właściwie wszystkie 40 milionów sztuk, pozostało 541.

Napisane przez: torlin | 02/12/2019

Przepraszam

Wiem, że powinienem coś napisać. Ale niestety może życie teraz nie jest usłane różami, mam sporo kłopotów rodzinnych, osobistych, wziąłem na barki za duże ciężary i nie daję rady. Wiem, większość powie: „Torlin, ty nic nie musisz”, ale mój blog to jest jakby zobowiązanie wobec czytelników. Mnie to minie, ale w tym momencie nie mam nic w głowie i nawet nie próbuję czegoś interesującego w niej znaleźć. Tak że – sorki, ale taki mamy klimat.

Napisane przez: torlin | 28/11/2019

Moja nowa słowacka miłość

Lubię przeglądać YouTuba, można tam znaleźć naprawdę wartościowe perełki. A już nadzwyczaj zachwycony jestem młodzieżą wprowadzającą swoje filmiki do YT. Pisałem o Andrei Motis, katalońskiej piosenkarce jazzowej i samby, której kibicuję od kilku lat, a teraz zachwycony jestem Patricią Janeckovą, młodą sopranową pieśniarką operową. Nie daję bezpośrednich linków do YT, bo oni po pewnym czasie likwidują łącza i to dziwnie wygląda w moim blogu.

PIERWSZY utwór do odsłuchania: słynna aria „Pa-Pa-Pa-Pa-Pa-Papagena” z opery (a raczej śpiewogry, bo tak raczej należałoby tłumaczyć Singspiel) Mozarta „Czarodziejski Flet„.

Jestem wielkim zwolennikiem zdolnej młodzieży, a jednocześnie pracy organicznej, u podstaw. Nie jestem w najmniejszej mierze ortodoksą, uważam, że rzeczy trudne należy upraszczać dla mniej wyrobionej widowni, choć na pewno nie trywializować. I oto mam klasyczne „dwa w jednym”, Patricia Janeckova ma 21 lat, urodziła się ku mojemu zdziwieniu w Niemczech, jest młodziutką sopranistką o bardzo ciekawym głosie, a jednocześnie wybiera repertuar mogący zwabić do sal koncertowych ludzi kulturalnych, ale omijających ten przybytek uważając go za trudny. Pamiętam, jak za moich młodych lat w filharmonii wygłupiał się Jak Kobuszewski, wchodził, przeszkadzał, usiłował zadawać pytania dyrygentowi w trakcie koncertu, zabierał skrzypce jednej z koncertujących muzyczek, a w końcu odsuwał dyrygenta i sam dyrygował. To samo robi Malicki ze swoją „Filharmonią Dowcipu”. Może uszczegółowię, to nie wszystkie koncerty mają tak wyglądać, 99,9% ma być na poważnie, ale nie lubię opowiadania ortodoksów, ze wszelkie wygłupy w salach koncertowych przy muzyce poważnej są niedopuszczalne. A figę.

A oto DRUGI przykład nie tylko śpiewu naszej Patrycji, ale i jej swobodnego stosunku do muzyki mającej w nazwie słowo „poważna”. Jest to aria Olimpii (zwana również arią lalki) „Opowieści Hoffmana” Jacquesa Offenbacha, i trzeba przyznać, że jest to jedna z najtrudniejszych arii do zaśpiewania.

 

 

Napisane przez: torlin | 25/11/2019

Nieśmiertelne kompleksy polskie

To się nie mieści w głowie. Już pewnie wiecie, że bandyci napadli na „Grünes Gewölbe” („Zielone Sklepienie”) w Dreźnie, skradziono trzy kolekcje: kolekcję diamentów składającą się z ok. 20 części; brylantów, złożoną z ok. 40 części, i biżuterię wysadzaną diamentami – również składającą się z ok. 40 części. A mówi się, że galeria ta ma najbogatsze zbiory jubilerskie na świecie. I co? Dwóch cwaniaczków (ciekawe, którego z pomocników wziął sobie Egon) wysadziło lokalną stację transformatorową, weszli do galerii pozbawionej alarmu, ukradli precjoza warte miliard euro i wyszli.

Dyrektor placówki Pani Marion Ackermann wyjaśniła na konferencji prasowej (jak ja to uwielbiam), że:

  • wartość biżuterii trudno w tej chwili oszacować,
  • zwrócił jednak uwagę na fakt, że skradziono komplety ozdób,
  • wyjaśnił też, że kamery monitoringu uchwyciły dwóch złodziei.
  • poinformował, że do włamania doszło pomimo obecności ochrony.

Do poziomu dyrektorki galerii sztuki „Zielone Sklepienie” w Dreźnie postanowili dorównać nasi wspaniali politycy i urzędnicy. Naprawdę nie wiem, który tekst bardziej zasługuje na wyśmianie: tłumaczenie dyrektorki Ackermann „na okoliczność kradzieży”, czy też polskie podnoszenie nóżek, gdy kują konie:

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego poinformowało na konferencji prasowej, że „z niepokojem przyjęliśmy informację o rabunku dokonanym w skarbcu Augusta Mocnego w Dreźnie, tym bardziej, że gromadzi on również muzealia istotne z perspektywy polskiego doświadczenia historycznego, a mianowicie z czasów tzw. unii polsko-saskiej (XVIII w.)”.

Czy tym pseudopatriotom już zupełnie odbiło? August Mocny stał się kochany? Żeby była jasność, ja wiem, że w „Zielonym sklepieniu” znajdowały się oryginalne regalia Augusta II Mocnego (w Rüstkammer („Zbrojownia”) przechowywano kopie regaliów*), insygnia Augusta III i Marii Józefy znajdują się w Muzeum Narodowym w Warszawie, a miecz koronacyjny Augusta III Wettina w Skarbcu Katedralnym na Wawelu. Ale przy takiej stracie mówić, że polskie regalia były w niebezpieczeństwie jest dla mnie co najmniej dziwne.

Po drugie – jak to „tzw. unia polsko-saska”? Historycy od siedmiu boleści, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, którego związek z kulturą i dziedzictwem jest poprzez słowo w nazwie, pisze „tzw. unia”. A ona była naprawdę, personalna, bo personalna, ale była. Faktycznie i rzeczywiście, a nie „tzw. (druga – przypominam – była po Konstytucji 3 Maja, – patrz okres Księstwa Warszawskiego). Bo ci prawdziwi patrioci nie mogą się zdecydować, czy jakby ukradli precjoza Augusta II, to byłoby dobrze, czy źle. Bo jak źle, to dlaczego piszą „tzw.”?

* August II przyjeżdżając do Polski nie miał dostępu do oryginalnych regaliów podczas swojej koronacji, więc postanowił zrobić kopie. W Polsce jednak jego zwolennicy włamali się do Skarbca Koronnego na Wawelu i wykradli insygnia dla Sasa. Ten nie mając co zrobić z kopiami wspaniałomyślnie przekazał je drezdeńskiej „Zbrojowni”.

Piszą, że zatopienie HMAS „Sydney” było procentowo najtragiczniejszą stratą morską w czasie II Wojny Światowej, nikt z 645-osoboej załogi nie ocalał. Gdyby nie potworne skutki bitwy nazwałbym to kretyńską zabawą amatorów w wojnę.

Najpierw HMAS „Sydney”, lekki krążownik operujący 8 miesięcy na Morzu Śródziemnym, uważany za szczęśliwy okręt, jeden członek załogi został tylko skaleczony. W drodze powrotnej miał różne cele (bombardowanie Mogadiszu), pilnowanie okrętów transportowych, ale po przybyciu do Sydney cała załoga wraz z kapitanem zostali wymienieni. Niestety na nowicjuszy. A przecież od grudnia 1940 roku było wiadomo o rajdach niemieckich rajderów. Niemieckie ataki na Nauru w Mikronezji, subregionie Oceanii, na środkowym Pacyfiku zostały przeprowadzone przez krążowniki pomocnicze między 6 a 8 grudnia oraz 27 grudnia 1940 roku. Najeźdźcy zatopili pięć alianckich statków handlowych i wyrządzili poważne szkody ekonomicznie ważnym obiektom do załadunku fosforanów Nauru. Pomimo znaczenia wyspy dla gospodarek Australii i Nowej Zelandii, Nauru nie był broniony, a siły niemieckie nie poniosły żadnych strat. Na Oceanie Indyjskim grasowało kilka rajderów niemieckich, a flota brytyjska i australijska bezskutecznie się za nimi uganiała.

HSK „Kormoran” to niemiecki krążownik pomocniczy, znowu przedziwny. Jak napiszę, jakie miał uzbrojenie, to czapki z głów: 6 dział 150 mm, 2 działka przeciwpancerne 37 mm, 5 działek przeciwlotniczych 20 mm, 2 podwójne wyrzutnie torpedowe 533 mm poniżej linii wodnej i dwie pojedyncze wyrzutnie powyżej linii wodnej; 360 min morskich oraz wyposażenie lotnicze – 2 wodnosamoloty Arado Ar 196. A jak napiszę, że okręt był budowany, aby przypominał statek handlowy: brak opancerzenia, systemów kierowania ogniem i niska prędkość, to też się zdziwicie. Ale za to miał olbrzymią możliwość kamuflażu, wszystkie wyrzutnie były zamaskowane, „Kormoran” miał specjalne osłony, aby przypominał holenderski drobnicowiec „Straat Malakka” (istniejący w rzeczywistości).

Cała bitwa dokładnie jest opisana TU.

I raptem obydwa okręty w dn. 19 listopada 1941 roku wpadają na siebie na zachód od Zatoki Rekina i gdyby nie tragiczne konsekwencje pęklibyśmy ze śmiechu. Jedna bardzo ważna uwaga, całą „rozmowę” znamy tylko ze strony niemieckiej, gdyż uratowano 317 z 397 członków załogi „Kormorana”, tymczasem wszyscy Australijczycy z „Sydney” zginęli. Niemcy udawali statek holenderski, „Sydney” nie mógł się z nimi porozumieć, więc podpływał coraz bliżej.

    • australijski krążownik poprosił Kormorana o identyfikację,
    • próba nawiązania łączności za pomocą lampki sygnalizacyjnej, aby wielokrotnie wysłać „NNJ” („Powinieneś napisać litery sygnalizacyjne”),
    • krążownik użył flag, aby wysłać bardziej powszechny sygnał „VH” („Powinieneś podnieść litery sygnałowe”),
    • „Kormoran” podniósł „PKQI” – znak wywoławczy holenderskiego statku handlowego „Straat Malakka”, chorągiew holenderskiego kupca,
    • „Sydney” sygnalizuje: „pokaż swoje listy sygnałowe”, (sam tłumaczę, mogę coś mylić – nie gniewajcie się)
    • „Sydney” pyta Kormorana „Where bound?”, na co najeźdźca odpowiedział „Batavia” (nie potrafię logicznie przetłumaczyć pytania australijskiego krążownika),
    • Australijczycy wysyłają sygnały z prośbą o port pochodzenia i ładunku, Niemcy odpowiadają odpowiednio „Fremantle” (port przy Perth) i tekstylia,
    • na to Australijczycy wywieszają tajny znak, aby prawdziwy „Straat Malakka” mógł pokazać swój,
    • ponieważ tajnego znaku Niemcy nie wywieszają Australijczycy sygnalizują światłem: „Pokaż swój tajny znak”.

Słuchajcie, to trwało półtorej godziny, od 16 do 17.30. Czy nie przypomina Wam to jednej z najśmieszniejszych scen w polskim filmie? Po zażądaniu tajnego znaku przez Australijczyków kapitan niemiecki  doszedł do wniosku, że ma kłopoty, w związku z tym Niemcy zdarli osłonę statku handlowego i wielokrotnie oddali salwy w „Sydney”, które właściwie wszystkie trafiły. Australijczycy wprawdzie w tym samym momencie oddali salwę, ale okręty były za blisko siebie i „Sydney” przenosiło. Paradoksalnie korzyść przyniosło przechylenie się okrętu pod wpływem uderzenia torpedy i marynarze „Sydney” mogli wykonać wyrok na Niemcu.

Słuchajcie, Australijczycy nie wiedzieli przez 4 dni, że zgubili okręt. Dopiero 23 listopada, jak znaleźli rozbitków niemieckich, to im Niemcy powiedzieli, że zatopili „Sydney”. I się zaczęło, jak z naszym TU-154:

  • Wiele kontrowersji wokół bitwy wynikało z niedowierzania, że ​​zmodyfikowany statek handlowy może całkowicie pokonać nowoczesny krążownik,
  • Detmers podpłynął z białą flagą poddania, aby nakłonić Burnetta do rozluźnienia uwagi, lub użył fałszywych flag sygnałowych wskazujących na dramatyczną sytuację medyczną lub inżynierską,
  • „Sydney” zatopione zostało przez japońską łódź podwodną współpracująca z Niemcami, jako dowód przedstawiano butelki z wodą z japońskimi napisami, jakie znaleziono w niemieckich łodziach ratunkowych. Niemcy tłumaczyli potem, że dostali zaopatrzenie z Japonii. Okazało się, że rząd australijski pisze to specjalnie, aby wciągnąć Stany Zjednoczone do wojny. Po wojnie pasjonaci znalezienia nie tylko wraków, ale i rozwiązania tej tajemniczej bitwy sprawdzili położenie wszystkich okrętów podwodnych Japonii tego dnia i ani jeden nie był w pobliżu,
  • „Sydney” nie było wyposażone w sprzęt do transmisji głosu, więc nie mógł wysłać żadnego z sygnałów głosowych. Gdyby krążownik próbował wysłać sygnały Morse’a, zostałyby zablokowane przez operatorów bezprzewodowych Kormorana,
  • no i spiskowa teoria wewnątrz-australijska –  że władze były świadome ataku na „Sydney” w czasie bitwy lub wkrótce po niej, ale celowo opóźniały organizowanie poszukiwań osób, które przeżyły.

Szukano obydwu okrętów bardzo długo, znaleziono je dopiero w dn. 16 marca 2008 roku. Spiskowa teoria padła, gdy eksperci sprawdzili dokładnie wraki obydwu okrętów i potwierdzili wersję kapitana „Kormorana” Theodora Detmersa.

 

Napisane przez: torlin | 18/11/2019

Walka z moim mitem

Notka po notce rozprawiam się z mitami, ten różni się od innych tym, że zwalczam mit pozostający w mojej głowie. Jestem dumny z siebie, że to sam przeprowadzam.

Przez bardzo długi okres uważałem, że Chińczycy wykańczają Tybet. Nie dość, że zaanektowali kraj, narzucają im swoją kulturę, ale osiedlają Chińczyków na terenie tego państwa, niszczą zabytki, zabraniają kultywowania zwyczajów i religii. I raptem jeden artykuł zmienił moją optykę. Od razu mówię, jest to jeden artykulik wręcz, nie umiałem znaleźć potwierdzenia zawartych w nim informacji, ale napisał go nie byle kto, ale Bogusław Chrabota, redaktor naczelny dziennika „Rzeczpospolita”. W dalszym ciągu sądzę, że tak cudownie nie jest, może tekst jest zbytnio hagiograficzny, ale mimo wszystko uważam, że moim obowiązkiem jest go przedstawić, bo coś musi być na rzeczy.

Po „rewolucji kulturalnej” w 1966 r. zniszczono większość klasztorów, mnóstwo ludzi uwięziono, dokonywano egzekucji mnichów, Tybet stał się wręcz obozem zagłady. Teraz Bogusław Chrabota pisze w artykule „Odrodzona duchowość Lhasy”: „A jednak Tybet przetrwał. Po ukróceniu szaleństwa „rewolucji kulturalnej” chińskie władze udzieliły zgody na przywrócenie kultu, oddały część świątyń w ręce mnichów i stały się łaskawsze dla samego kultu. Jak wygląda Tybet dzisiaj? Pałac Potala (na samej górze – dopisek Torlina) aż lśni metafizycznym światłem pośrodku pełnego pielgrzymów miasta.  Uruchomiono szkoły buddyjskie w klasztorach Drepung i Ganden. W klasztorze Sera odnowiono obyczaj publicznych debat mnichów. Ogrody i pałace Norbulingka kuszą zapachem egzotycznych roślin i powabem odnowionych pałaców. A miejsce najświętsze, świątynia Dżokhang z cudownym, podobno poświęconym osobiście przez Buddę posążkiem Jowo, aż kipi od tłumów pątników. To zresztą najważniejsze we współczesnym Tybecie, jeśli historycznie największą jego siłą była niezwykle intensywna duchowość, to ulice Lhasy są najlepszym dowodem jej zmartwychwstania. Dziedzictwo Buddy bezapelacyjnie wygrywa z dziedzictwem Mao i Lenina. Pielgrzymi są wszędzie. Modlą się na tysiące sposobów, kłębią w korytarzach Dżokhang, padają na twarz przed samymi jego ścianami.

Pełna chińskich sklepów i obsadzona gęsto wojskiem i policją Lhasa znów jest bijącym sercem tybetańskiej duchowości. Naród nie został pokonany. Przetrwał w sercu rozkochanych w naukach Buddy nomadów, którzy zjeżdżają do swojej duchowej stolicy z całej gigantycznej wyżyny „dachu świata”. Tak wielkiej wiary jak u nich dawno nie widziałem. A skądinąd wiem, jaką moc ma wiara. To dobry znak dla tej krainy, której przyszłość publicznie pogrzebano. Tybet znów żyje”.

Pozostawmy na boku siłę wiary, cały czas uważałem, że Tybetu już właściwie nie ma, że pozostała tylko kraina geograficzna. Na podstawie pojedynczego tekstu nie mogę przesądzić, że to wszystko co Chrabota pisze jest prawdą, ale patrząc na zdjęcia chyba ma rację. Szkoda, że poniszczono tyle zabytków, że tak straszne rzeczy się działy, ale dobrze, że tak nie jest dalej. Jest to dla mnie promyk nadziei.

Napisane przez: torlin | 15/11/2019

Polska historia ich nie lubi

Aristide Briand and Gustav Stresemann

Ich – czyli Traktatu w Locarno i kilku innych. Dla szybkiego przypomnienia – w Traktacie tym zapisane zostały gwarancje nienaruszalności granic zachodnich Niemiec, tymczasem wschodnie granice, m.in. z Polską i Czechosłowacją ominięte zostały milczeniem. Traktaty lokarneńskie były to międzynarodowe porozumienia parafowane w dn. 16 X 1925 na konferencji w Locarno z udziałem Belgii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii i Włoch (Czechosłowacja i Polska jedynie asystowały obradom), a podpisane  w dn. 1 XII 1925 w Londynie.

Traktaty obejmowały
  1. tzw. pakt reński — traktat wzajemnej gwarancji między Belgią, Francją, Wielką Brytanią, Włochami i Niemcami;
  2. umowy arbitrażowe (belgijsko-niemieckie, francusko-niemieckie, polsko-niemieckie i czechosłowacko-niemieckie);
  3. traktaty wzajemnej gwarancji francusko-polskie i francusko-czechosłowackie.

Dotąd to są suche dane charakterystyczne dla Wikipedii, ale później wszystkie opracowania charakteryzują się szczególną narracją polską – cytat z Encyklopedii PWN: „traktaty lokarneńskie zróżnicowały granice niemieckie: zachodnie otrzymały gwarancje brytyjsko-włoskie, natomiast granice wschodnie (z Polską i Czechosłowacją) — nie; polityka traktatów lokarneńskich kierowała ekspansję niemiecką na wschód, inspirowała stworzenie antyradzieckiego bloku (z udziałem Niemiec), zapoczątkowała okres ustępstw mocarstw zachodnich w stosunku do poczynań Niemiec i ułatwiła im przystąpienie 1926 do Ligi Narodów; 1936 Niemcy wypowiedziały jednostronnie pakt reński”.

Pomijając fakt, że to wszystko i tak nie uratowało Francji spójrzmy na te traktaty chłodnym okiem, przede wszystkim ze strony Francji. Są dwa podstawowe powody, dla których zaangażowanie Francji było tak wielkie. Pierwszy i najważniejszy, stosunkowo rzadko w ten sposób prezentowany, to była chęć wmontowania Niemiec w europejski powersalski system bezpieczeństwa, a więc umów, porozumień, traktatów, Lig. Trochę naiwnie, ale można to nazwać prehistorią Unii Europejskiej, której podwaliny miały dokładnie ten sam cel. Trzeba pamiętać, że dla Francji najważniejsza była demilitaryzacja Nadrenii i to udało jej się osiągnąć.

Francja w stosunku do Polski stanęła w niewygodnym dla siebie miejscu, jednocześnie rozumiejąc siłę sojuszu polsko-francuskiego w niepokojem patrzyła na politykę zagraniczną swojego partnera (czyli naszą). Z materiałów francuskich – „Dla Polski „rzeczywistością rzeczy” jest sytuacja między dwoma niepokojącymi krajami, Niemcami i Rosją, od których nie oddziela żadna naturalna granica. Jego polityka zagraniczna jest więc podporządkowana przede wszystkim geografii. Polska obawia się ekspansji swoich sąsiadów i obawia się, że stanie się znowu polem bitwy. Żegluje, aby uniknąć pułapek, a jej elastyczność, czasami rozczarowująca sojuszników, jest tylko koniecznością w jej sytuacji. Od czasu zmartwychwstania Polska podpisała traktat sojuszu z Francją w 1921 r., częściowo w celu przeciwdziałania niebezpieczeństwu niemieckiemu. Co więcej, nie była łatwym sojusznikiem dla Francji. Ten naród, który kilka miesięcy po podpisaniu pokoju był już w stanie wojny z Rosją, opanował Wilno siłą i osłabił stosunki francuskie. Ale z kwestiami terytorialnymi, kwestią mniejszości i polskim korytarzem nowe granice były pełne pułapek. Ale nie ma dwustronnej konwencji, która oferowałaby tylko korzyści jednej ze stron. Zalety sojuszu w neutralizacji Niemiec przeważały nad wadami, zarówno dla Francji, jak i dla Polski. Pomiędzy Niemcami a Rosją Polska organizowała swoje granice w niepewności spowodowanej problemami Śląska, mniejszości gdańskich, a zwłaszcza polskiego korytarza. Do 1925 r. Jej sytuacja pozostawała niepewna, chociaż podpisała z Niemcami w 1922 r. I pod egidą Ligi Narodów traktat o ochronie mniejszości niemieckiej i polskiej na Górnym Śląsku, a także że Francja pomogła jej się uspokoić. Ale cała Europa cierpiała z powodu złego samopoczucia wojennego i traktatów pokojowych”.

Właściwie Rapallo tylko pobija Locarno w niechęci polskich historyków. Zdrada Zachodu, napuścili na nas Niemcy, że o Rosjanach nie wspomnę. No to przenieśmy ówczesną sytuację na dzień dzisiejszy, mamy 2019 rok i trwa konferencja w Locarno. Polska odzyskała niepodległość w 2008, w 2010 nastąpił bunt Żeligowskiego, czyli z punktu widzenia Francji absolutnie nielegalne zajęcie stolicy Litwy, wybuchają powstania: wielkopolskie i śląskie, ostatnie w 2011. Minęło od tych wydarzeń 8 lat i Francja ma już gwarantować granice? Na tak niespokojnym obszarze? Byliby głupcami. Francuzi mieli z Polską jeszcze jeden kłopot, to ochłodzenie ze strony polskiej wzajemnych stosunków. Nakładały się na to stosunki polsko-rosyjskie, to były czasy, gdy Rosja bała się okrążenia przez Francję, Polskę, Rumunię i kraje bałtyckie, stąd Rapallo. Francja usiłowała gasić pożar chociażby przy pomocy oddania floty Wrangla z Bizerty Rosjanom. Ale to tylko wtręt.

Znowu przenieśmy to w nasze czasy, następuje pokój na wschodzie Ukrainy, trwa od 8 lat i Polska podpisuje gwarancje stabilności zachodniej granicy Ukrainy, a nie chce podpisać tego samego w stosunku do wschodniej granicy tego państwa. Ukraina uważa to za zdradę – „Polska zostawia nas na pastwę Rosji”.

Reasumując – Francja bardzo ładnie postąpiła wobec Polski w Locarno, i tak naprawdę nie mogła nic więcej zrobić.

 

Older Posts »

Kategorie