Najpierw 2008 rok, później 2014 i 15, jeszcze później pandemia, teraz wojna. Wszystkie te okresy zachwiały podstawową zasadą ekonomii kapitalizmu, mówimy o wolnej grze na rynku gospodarczym. Ktoś wygrywa, ktoś przegrywa, jeden zostaje milionerem, drugi wpada w długi, firma plajtuje, druga powstaje na jej gruzach. Są jasne zasady, może bezwzględne, całkowicie antysocjalistyczne, ale wszyscy ekonomiści, nawet ci z lewej strony wiedzą, że odejście od nich doprowadzi do katastrofy. I właśnie tę katastrofę widzimy na własne oczy.

Prawa przyrody są bezwzględne, nie możemy lwom zakazać zabijania tych biednych antylop, bo umrą z głodu, nie możemy zakazać świerkom wymierania w Polsce, bo się klimat zmienia. Tzn. możemy, ale to zawsze kończy się katastrofą.

Rok 2008 pokazał, że państwa mogą uratować banki przed bankructwem, gdyby nie ta pomoc zbankrutowałyby. Tłumaczenie było z gruntu socjalistyczne, ludzie tam mają pieniądze, to będzie dramat dla tysięcy. Jak to zwykle – tak wielka maszyneria jak gospodarka Zachodu to połknęła bez większych skutków. Ale państwa się rozbuchały. Epidemia zaczęła zagrażać tysiącom firm i wszędzie powstały tarcze pomocowe, aby je ratować. A skąd wzięte zostały pieniądze? Zostały dodrukowane. Zasady emisji pieniądza są jasne i niedyskusyjne, dodruk pustego pieniądza grozi inflacją. Przez kilka tysiącleci w takich warunkach firmy plajtowały i na ich gruzach powstawały nowe. Cały ten proces został zaburzony, lwy oddzielono od antylop. Nie będę zanudzał swoich Czytelników teoriami ekonomicznymi, bo jako człowiek po finansach wpadłbym w za duże szczegóły, ale w dużym uproszczeniu wartość rzeczy do kupienia musi być równa pieniądzowi na rynku. Ten proces wyrównywania się obu wskaźników jest naturalny. Sztuczne podwyższenie jednej strony powoduje automatyczne podwyższenie drugiej.

Cały Zachód walczy z inflacją (łącznie z USA), który sam spowodował kolejnymi tarczami antykryzysowymi, ale w Polsce zastanawiają się, dlaczego u nas inflacja jest wyższa o 5 punktów. A tutaj zaglądamy do ogródka PiS-u. Nie dość, że dodrukowano pieniądze w ramach tarcz, czego nie wolno było robić (to jest te pierwsze 8% inflacji), ale ze względów politycznych dodrukowano różne 500+, trzynaste i czternaste emerytury, dopłaty i różne takie – i to jest te dodatkowe 5%. I znowu – te pierwsze 500+ gospodarka polska łyknęła bez większych skutków ubocznych, i to rozbestwiło rządzących.

Uwagi ostatnie, ale istotne. Najlepszą walką z inflacją jest szybki rozwój gospodarczy, żeby nie zabierać ludziom już przyznanych świadczeń. I teraz oczekuję obsztorcowania przez zwolenników ekonomii socjalistycznej, że ja nie myślę o przeciętnym człowieku. Ludzi znających się na finansach proszę, aby się nie czepiali mojej wersji przyczyn inflacji – świadomie niesłychanie to uprościłem.

W tych latach lwy zostały oddzielone od antylop, a świerki zostały otoczone specjalną bańką, aby klimat na nie nie oddziaływał. To musi się skończyć katastrofą.

Napisane przez: torlin | 22/06/2022

Człowiek nieistniejący

To, o czym Wam opowiem, w mniejszym stopniu dotyczy tej konkretnej sytuacji, a bardziej reperkusji ogólnych. Powiem szczerze, zaniepokoiłem się.

Na Fb byłem członkiem grupy „Dawna Warszawa na fotografiach” (czy „stara W-wa” – nie pamiętam) omawiającej zdjęcia naszej stolicy, gdzie były ulice, jak się nazywały, dawne, już nieistniejące budynki. Dostałem nawet tytuł lidera za częste wpisy. I raptem wchodzę na Fb, a tej strony nie ma. Nie ma żadnych nowych zdjęć (ani starych), moich wpisów, dyskusji, nie ma niczego. Jak zobaczyłem właściciela omawiającego „Nową Warszawę na fotografiach” spytałem się go, czy to tylko u mnie zginęło, czy w ogóle to zlikwidował. Dostałem odpowiedź, że zostałem zbanowany, bo pewnie narozrabiałem, ale on mnie przywróci, tylko żebym uważał na przyszłość. To ja z kolei napisałem do niego, że nikogo nie obrażałem, moje komentarze były tylko związane z fotografiami i chciałbym wiedzieć, dlaczego zostałem zbanowany. Po 15 minutach nie było już tej korespondencji na Fb, i nie miałem dostępu i do „Nowej Warszawy”. Mój syn powiedział; „olej to”, i chcę powiedzieć jasno, że mi żal, bo lubiłem te stronę, ale nie to, żebym znowu to strasznie przeżywał, bo znam swoją wartość. Ale ta łatwość w zlikwidowaniu osoby w Internecie wywołała moje przerażenie.

Jeżeli dotyczy to Fb, to ja to rzeczywiście „olewam” – nie chcą mnie – to nie. Ale jeżeli całą tę sprawę przeniesiemy na całe państwo? A co będzie, jak komuś przyjdzie do głowy zlikwidować człowieka przy pomocy jednego naciśnięcia klawisza? Na Fb nie ma się gdzie i do kogo odwołać i spytać o przyczyny, a w życiu realnym? Jednym przyciśnięciem klawisza człowiek może być pozbawiony dowodu osobistego, prawa jazdy, konta bankowego, przestanie istnieć. Narzekamy cały czas, że wszystko o nas wiedzą, sam, jak zaglądam do e-obywatela, jestem przerażony, jak do wszystkiego mają dostęp. A jak to pójdzie w przeciwnym kierunku? I ktoś dojdzie do wniosku, że trzeba mnie zlikwidować jako obywatela? Sąd?

A sąd powie, że przecież pana nie ma, nie ma pana w żadnych rejestrach, spisach, dokumentach, nigdy nie płacił pan żadnych podatków, i nic pan nie posiada. Ja wiem, że to brzmi surrealistycznie, ale mróz mi po plecach chodzi.

Napisane przez: torlin | 19/06/2022

Kościół w Koziegłówkach czyli czarny sen ateisty

Kościół – nie powiem – bardzo ładny, zarówno zewnątrz, jak i wewnątrz, odremontowany z otoczeniem za pieniądze unijne, o czym stanowi odpowiednia tablica. Wiki podaje, że wieś ma prawie 900 mieszkańców, ale niektóre przysiółki są dość daleko. Ścisła wieś to domy około Rynku i sąsiednia okólna ulica, a na środku, i do tego na górce wielki kościół.

Byłem na corocznym spotkaniu blogerów „Watrowisko” właśnie we wsi Koziegłówki te 4 dni od Bożego Ciała do niedzieli (właśnie wróciłem) i dochodzę do wniosku, że mieszkańcy zostaną świętymi. Od 6 rano do 22 wieczorem bije dzwon co 15 minut na całą wieś, a głośne megafony przekazują na zewnątrz wszystkie msze. Cała wieś budzi się o 6, następnie wysłuchuje – czy chce czy nie chce – wszystkich mszy porannych, a także okolicznościowych. W sobotę były 3 pogrzeby i dwa śluby i uczestniczyłem we wszystkich. Proboszczowi nie wystarczało, że mieszkańcy usłyszą mszę za zmarłego, orkiestra musi przejść dookoła Rynku i grać na pełnych obrotach. I tak dzień w dzień.

Część ludzi wyniosła się w obrębie wsi, aby jak najdalej od kościoła, ale nie wszyscy tak mogą. Na prośby mieszkańców o wyłączenie głośników zewnętrznych, lub ich ściszenie – proboszcz jest głuchy jak pień, czuje poparcie jednego z największych radykałów radiomaryjnych – arcybiskupa metropolity częstochowskiego Wacława Depy (Wacław Depo).

Mieszkańcy mówią, że już nie słyszą kościoła, jak ja lądujących samolotów. Coś przerażającego.

Napisane przez: torlin | 11/06/2022

Chagall w Muzeum Narodowym w Warszawie

Informuję jedynie, że byłem dzisiaj na wystawie obrazów Chagalla w naszym Muzeum Narodowym. Obrazów jest 14, Gliński kupił je na jakiejś aukcji. Z 14 trzy mi się podobały, a najbardziej powyższy, noszący tytuł „„Moje życie” między Witebskiem a Paryżem”. Wszystkie właściwie obrazy pochodzą z powojennej działalności Mistrza, tymczasem ja najbardziej lubię prace z wcześniejszego okresu. Zawsze podziwiałem tych Luftmenszów, latających rabinów, króla Dawida z lirą w powietrzu, czy jego żonę Bellę. I jego ukochany Witebsk, do którego nie udało mu się wrócić.

Mimo wszystko jestem bardzo zadowolony, że byłem. Jak się nie trudno domyśleć Luftmensz pochodzi z jidysz, a pierwotnie z niemieckiego Luftmensch, połączenie powietrza i człowieka. Jest to metafora żydowskiego ubóstwa, a dokładniej oznaczało nędzarza, drobnego handlarza.

Napisane przez: torlin | 08/06/2022

Wszystkie znaki na niebie, ziemi i na jeziorach

Lubie takie ciekawostki.

SS Edmund Fitzgerald

64 lata temu, w dn. 7 czerwca 1958 roku został zwodowany największy masowiec, jaki ówcześnie pływał po Wielkich jeziorach, SS Edmund Fitzgerald. Ludzkość dzieli się na dwie części, pierwsza część wierzy w znaki dawane przez los, sygnały przekazywane nam przez otoczenie, druga część uważa to za idiotyzm.

Już przy wodowaniu los pokazywał, że ze statkiem jest coś nie tak. Najpierw matka chrzestna dopiero za trzecim razem rozbiła butelkę, później jeziorowiec nie chciał zsunąć się z pochylni, a jak już to w końcu zrobił, to zsunął się tak szybko, że spowodował wielką falę, która zalała publiczność, a jeden mężczyzna dostał ataku serca i zmarł kilka dni później. Sam statek po zwodowaniu uderzył z impetem o nabrzeże.

Dobra passa skończyła się w dn. 9 listopada 1975 roku, SS Edmund Fitzgerald wypłynął jak zwykle z ładunkiem, mając koło siebie drugi masowiec – Arthur M. Anderson. Po drodze obydwa statki napotkały olbrzymią burzę, kapitan Andersona opowiadał, że fale miały po 10 metrów wysokości, a niektóre dochodziły do 14. Fitzgerald zawiadomił Andersona, że będzie płynął wolniej, bo nabiera wody i statki się rozdzieliły. Kolos więcej nie dał znaku życia.

Przez cale lata nie można było stwierdzić, co się stało ze statkiem, wrak znaleziono w dwóch częściach dosyć znacznie oddalonych od siebie. Koncepcje latały jak ptaki na niebie, a to że zatonął pod wpływem olbrzymiej fali (Anderson również doznał olbrzymich uszkodzeń), a to, że luki były niezamknięte, a to że zahaczył o mieliznę. Dopiero w dzisiejszych czasach specjaliści zabrali się za katastrofę, wprzęgając w to komputery.

Statek był po prostu źle zbudowany. Pierwszym najważniejszym czynnikiem była proporcja długości do szerokości, armator z jednej strony chciał, aby masowiec zmieścił się w najważniejszej śluzie Soo Locks, a z drugiej, aby zabierał jak najwięcej towarów. Wywiady z ludźmi pływającymi wcześniej na SS Edmund Fitzgerald przerażają: statek na falach wyginał się i był wiecznie przeładowany. Specjaliści wykluczyli absolutnie, aby statek przepołowił się uderzeniem o dno, więc przypuszczalnie pękł na powierzchni jeziora.

Ale… nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Po tragedii Fitzgeralda wzmocniono nadzór kontrolny nad stanem technicznym statków, unowocześniono ratownictwo wodne, ale przede wszystkim wprowadzono regulacje uniemożliwiające wysyłanie statków z towarem wbrew logice, gdyż firmy żeglugowe naciskały na kapitanów, aby dostarczali ładunek tak szybko i tanio, jak to możliwe, bez względu na złą pogodę.

Należałoby się zastanowić, czy los dawał znaki, że statek zatonie, czy że jest źle zbudowany.

Napisane przez: torlin | 05/06/2022

Wpływ poprzez nieistnienie

Lubię te dni przedzielone datą 5 czerwca, obydwie są miłe mojemu sercu. 4 czerwca z okazji spraw krajowych, a 6 czerwca to D-Day. Trochę analogicznie jest w maju – 1 i 3 Maja.

Ale dzisiaj moje myśli pobiegły w kierunku Pattona. Muszę powiedzieć, że zawsze z wypiekami na twarzy czytałem i oglądałem wszystko, co dotyczyło Generała. A co dopiero mówić o filmie Schaffnera. Tutaj mam kłopot decyzyjny, bo albo nic nie napiszę o historii Generała, bo większość Moich Komentatorów świetnie ją zna, albo muszę ją opisać dokładniej, bo jest również mnóstwo Czytelników nic niewiedzących na ten temat. W wielkim skrócie – Patton jako dowódca amerykańskiego II Korpusu i 7 armii wsławił się w walkach w Afryce Północnej i na Sycylii, Rommel uważał go wręcz za najbardziej niebezpiecznego przeciwnika. Jakby było Pattonowi było mało przeciwników z Osi, to zrobił sobie dodatkowego – Montgomery’ego, którego upokorzył w Messynie.

Już wtedy Alianci wykorzystywali Pattona do dezinformowania (i denerwowania) przeciwnika, a to trzymali go na północnym brzegu Sycylii sugerując, że atak pójdzie na południową Francję, a to wysyłali do Egiptu, że atak pójdzie na Grecję. Ale szczyt osiągnięty został w dniach poprzedzających D-Day. Patton odsunięty od stanowisk za spoliczkowanie żołnierza zostaje dowódcą amerykańskiej I grupy armii, tylko to, że ona … nie istnieje. Dziesiątki gumowych czołgów, samolotów, barek desantowych, transporty, łączność, wszystko miało sprawiać, że Alianci wylądują w Pas-de-Calais. Ale wisienką na torcie było powierzenie Pattonowi dowództwa, Niemcy uwierzyli i do końca trzymali swoją 15 armię w miejscu, w którym nie miało być inwazji. Nawet już po wylądowaniu wiadomość o mianowaniu Pattona na dowódcę 3 armii była blokowana do ostatniej chwili, Generał napisał do swojej żony Beatrice: „mój awans jest dla wroga tajemnicą. (…) W tej chwili nie pozostaje nic innego, jak być tajną bronią”.

A dlaczego 5 czerwca? Bo wtedy Generał zaczął przemawiać przed żołnierzami w swoim stylu – czy może być coś piękniejszego? „

„Pamiętajcie, nie wiecie, że tu jestem. Żadnych wzmianek o mnie w listach. Świat ma nie wiedzieć, co do cholery zdarzyło się ze mną. Nie dowodzę tą armią. Nie jestem nawet w Anglii. Niech pierwszymi skurwielami, którzy się o tym dowiedzą, będą cholerni ci Niemcy. Chcę zobaczyć, jak podrywają się na równe nogi, sikają ze strachu i skowyczą: „Jezu Chryste! To znowu ta cholerna 3. Armia i ten skurwysyn Patton” .
Rozpętamy tu piekło. Im szybciej uporamy się z tym kurewskim bajzlem, tym szybciej uda nam się także dokonać małego wypadu na Japońców i rozprawić się z tymi zasrańcami w ich jaskini. Zanim cała zasługa przypadnie w udziale chłopcom z piechoty morskiej.
Oczywiście, chcemy wrócić do domu. Pragniemy końca tej wojny. Najszybszym na to sposobem jest dorwanie tych drani, którzy ją rozpoczęli. Im szybciej im dokopiemy, tym szybciej wrócimy do kraju. Najprostsza doń droga wiedzie przez Berlin i Tokio. A gdy tylko zajmiemy Berlin, osobiście zastrzelę tego skurwysyna, tapeciarza, Hitlera. Tak jak zabija się żmiję”.

Napisane przez: torlin | 02/06/2022

Jeden przeciw gigantowi

Z radością oglądam rozwój niepozornego niby blogera, który zwycięża potwora (przepraszam – giganta). Sam wobec wielkiej mocy. Radek Radziszewski, przedstawiający się na YT jako Radek prowadzi tam wideoblog tematyczny „Autostrady Polskie”. Jako fascynata tą tematyką drażniło go złe planowanie dróg, fatalne projektowanie węzłów, złe oznakowanie, błędne określanie odległości. Na początku pisał do GDDKiA, ale ci nie zwracali na jego listy nawet najmniejszej uwagi. Z rozpaczy zaczął prowadzić program na YT, i ku swojemu zaskoczeniu stale go ogląda kilkadziesiąt tysięcy ludzi, a niektóre filmiki mają po 700 tys. odsłon.

To pozwoliło Radkowi rozwinąć skrzydła, wynajmuje firmę z profesjonalnym dronem, zamawia analizy i przedstawia filmiki ukazujące przyszły potok pojazdów. Wszystko zaczęło się od źle zaprojektowanego węzła Poznań Krzesiny, gdzie większość pojazdów musiała raptem zmieścić się na 1 pasie. GDDKiA nie zareagowała, mimo że Radek proponował konkretne rozwiązania. Szaleństwo zaczęło się przy projektowaniu węzła Kraków – Mistrzejowice. Radek pisze:

Mowa o węźle zespolonym Kraków – Mistrzejowice łączącym S7 – wschodnią obwodnicę Krakowa – z S52, północną obwodnicą Krakowa. Osobie, która siedzi w temacie, rzut oka na projekt wystarczy, żeby stwierdzić, że będzie dramat i korki od pierwszego dnia po oddaniu węzła do użytkowania. W filmie na YT wraz z kolegami omówiliśmy wszystkie sześć błędów popełnionych przy projektowaniu tego węzła i podaliśmy rozwiązania. Dodatkowo nasze spostrzeżenia potwierdziła Politechnika Krakowska w opinii, którą zamówiła po naszej interwencji GDDKiA.

Węzeł Lubelska

Teraz na tapetę wziął węzeł Lubelska czyli skrzyżowanie S2 (Południowa Obwodnica Warszawy (POW) z S17 w kierunku Lublina. S17 ma 2 pasy, autostrada w kierunku Siedlec ma też 2 pasy, tymczasem skręt z autostrady na Lublin ma 1 pas. Tak jakby nie można było przewidzieć, że większość kierowców jadących od strony tunelu (Warszawy) będzie skręcać w prawo, a nie będą jechać na wprost w kierunku Białej Podlaskiej. Trzeba tu również zaznaczyć, że S17, a później S19 jest najlepszym rozwiązaniem dla Warszawiaków jadących do Rzeszowa.

I tu następuje najśmieszniejszy fragment naszej rzeczywistości. GDDKiA postanowiła przeprojektować węzeł Kraków – Mistrzejowice zgodnie z sugestiami Radka, i wysłała do niego pismo z pretensją, że przed krytyką węzła Lubelska nie zwrócił uwagi, że oni już planują rozwiązanie problemu zgodnie z jego sugestiami.

A to Polska właśnie…

Napisane przez: torlin | 30/05/2022

Powolutku zaczyna mi to przeszkadzać

Ten wpis należy do serii notek, przy których znam reakcję Moich Blogowiczów. Usłyszę: „taki jest współczesny świat, musisz się przyzwyczaić, młodszy nie będziesz”. Wiem o tym. Ale co mi szkodzi ponarzekać. I nawet nie chodzi mi o zautomatyzowanie biletów, wejściówek, dobrze że są papierowe rozkłady jazdy na dworcach. Ja – o dziwo – nie o tym.

W „Sporcie” Gazety Wyborczej są właściwie trzy wiadomości obrabiane ostatnio na okrągło: wszystko o Idze i Hubercie, transferze Lewandowskiego i o dobijaniu Pudziana. Koniec. Nawet wielkie sukcesy są albo na marginesie, albo w ogóle o nich nie ma nawet jednego słowa. Przyzwyczajony do dawnych działów sportowych, w których podawana była nawet III liga, jestem przerażony, jak to jest dopasowywane do statystycznie określonego czytelnika Gazety. Jak muzyka w Radiu Zet albo w RMF FM, zawsze muzyka środka, bo taką najbardziej ceni słuchacz tych rozgłośni. Miałem teraz doskonały przykład, przejrzałem działy sportowe prenumerowanych przeze mnie pism i nie znalazłem ani jednego słowa o Alicji Rosolskiej. Ona też będzie się biła teraz o ćwierćfinał na RG, tylko w deblu pań. Trzeba właściwie napisać kobieta, a nie dziewczyna, ma 36 lat, śliczna jest w dalszym ciągu i w grudniu 2020 roku urodziła synka. I teraz jest dokładnie w tym samym miejscu na RG jak Iga i Hubert. Powie ktoś – możesz sobie to znaleźć na profesjonalnych stronach. Tak, ale muszę wiedzieć o tym, że ten fakt zaistniał. A jak nie wiem? To był tylko przykład sportowy, a przecież poważnych stron jest więcej.

YT zaczyna być dla mnie przekleństwem, mimo że bardzo dużo go oglądam, bo są tam fenomenalne filmiki. Ale tylko nie daj Boże obejrzę kilka podobnych naraz, to jestem przytłoczony następnymi przykładami, jakby poza tym świat nie istniał. Oglądam sobie w komórce, może to dlatego. Ostatnio z nostalgii obejrzałem kilka czarno-białych filmików koncertów Bitelsów, to już później nie miałem niczego innego.

Netflix też się kręci w kółko, na okrągło proponuje mi filmy, które już obejrzałem. Nie można się wyrwać z tego kręgu. Ostatnio na stronach GW ukazał się artykuł na temat tajnych kodów Netflixa umożliwiających wyrwanie się z tej pętli. Jeszcze nie próbowałem.

Napisane przez: torlin | 27/05/2022

Hierarchia znaczenia WP w II W.Św. wg Torlina

Można tę klasyfikację potraktować dwutorowo, jak napisał PAK: „największy realny wpływ Polaków na zwycięstwo w II Wojnie Światowej”, lub: „największy realny wpływ Polaków na przebieg II Wojny Światowej”. Różnica jest właściwie tylko w pierwszym punkcie, przy wpływie na zwycięstwo po prostu go nie będzie.

  1. Wojna obronna 1939 r. – jedyny punkt powszechnie znany całemu światu, że w tym uczestniczyło Wojsko Polskie. Jedyna kampania (z całą otoczką polityczną) mająca nieprawdopodobny wprost wpływ na politykę wielu mocarstw.
  2. II Korpus Andersa wychodzący ze Związku Radzieckiego i polityczno-wojskowe skutki tej decyzji.
  3. I Armia Wojska Polskiego, a szczególnie za przełamanie Wału Pomorskiego.
  4. II Armia W.P. za Operację Praską.
  5. II korpus Andersa, słynny za Monte Cassino, ale z punktu widzenia wpływu na wojnę kluczowe było przełamanie przez niego frontu pod Bolonią i zdobycie miasta.
  6. Polscy lotnicy w Bitwie o Anglię, jakby nie było 4 dywizjony i 145 pilotów.
  7. Maczek, ale nie za Bredę, ale za „korek” w Bitwie pod Falaise.
  8. Sosabowski.

Warto by dodać do tej listy partyzantkę, której działania miały wpływ na wojnę. Trzeba jednakże jedną rzecz bardzo wyraźnie podkreślić – nie można polskiego udziału w operacjach wojskowych porównywać z takimi krajami niepodległymi, jak Kanada, Indie czy Australia. Nie można porównywać jej również z Francją, która po pierwsze nie była cała okupowana, a po drugie większość jej wojsk składała się z żołnierzy kolonialnych, jak Maroko, Algieria, Czad.

Rzecz oczywiście do dyskusji.

Ps. „Niepodległe Indie” to skrót myślowy.

Napisane przez: torlin | 24/05/2022

Odnaleziona dziewczyna z Bredy

Mieszkańcy Bredy dziękują żołnierzowi polskiej 1 Dywizji Pancernej za wyzwolenie ich miasta, 30 października 1944 roku.

Obiecałem Wam drugi szczęśliwy owoc intelektualny (no – przesada) mojego pobytu w Holandii. Jak wszyscy wiecie 1 dywizja pancerna gen. Maczka wchodząca w skład 2 Korpusu Kanadyjskiego 1 Armii Kanadyjskiej 21 Grupy Armii marszałka Montgomery’ego wyzwoliła 29 października 1944 roku Bredę. Mimo że miasto było obsadzone przez 3 dywizje niemieckie Maczek postanowił ocalić miasto i bez przygotowania artyleryjskiego otoczył Bredę, zostawiając jednak furtkę dla Niemców. W muzeum słuchałem opowieści ludzi, którzy wyszli z domu i zobaczyli polskie czołgi, bez żadnej walki w mieście.

Są dwie fotografie związane z tym wydarzeniem, jedna słynniejsza (u góry), pokazywana na wszystkich stronach poświęconych temu wydarzeniu, o drugiej zaraz wspomnę. We wszystkich podpisach była mowa, że nieznajoma dziewczyna z radości wskoczyła na motocykl polskiego żołnierza. Podkreślmy słowo „nieznajoma”. Nawet w zachodnich opisach czytamy: „Kampania Armii Polskiej w Europie Północno-Zachodniej 1944-1945. Polski kierowca dyspozytorski z szczęśliwą dziewczyną jako pasażerem, zatrzymując się w swojej podróży przez holenderskie miasto Breda, aby oddać pozdrowienia rozradowanym mieszczanom, uwolnionym przez Polaków spod niemieckiej okupacji 30 października 1944 r. Zwróć uwagę na odznakę pułkową 1 Polskiej Dywizji Pancernej na zbiorniku paliwa motocykla BSA M20” (tłum. Googla).

I raptem w muzeum zobaczyłem to zdjęcie wraz z opisem. Otóż nieznajoma miała na imię Jeanne. Po latach wreszcie wiem.

Druga fotografia jest poniżej, ale

w tym przypadku obydwie dziewczyny są znane, nazywały się Ria Vermeulen i Inek van Wick i obydwie w 2019 roku jeszcze żyły.

Older Posts »

Kategorie