Napisane przez: torlin | 14/12/2018

Mój ukochany kawał z brodą

Źródło: „Angora” nr 50/2018, str. 12, rys. Piotr Rajczyk

Napisane przez: torlin | 11/12/2018

Prus kontra Puszkin i Chałubiński

Czytam (to jest za dużo powiedziane – o tym niżej) Wydawnictwa Episteme Towarzystwa Literackiego im. Adama Mickiewicza w Lublinie pierwszy tom z serii: Korespondencja zawierająca Listy Bolesława Prusa w opracowaniu Jacka Nowaka. Właściwie przekartkowałem. Tak nieciekawej korespondencji nie czytałem w życiu, a to jest 760 stron, zresztą pięknie wydanej, z przypisami. I nie można nawet mieć pretensji do Prusa, Nowaka czy Episteme, oni mieli naprawdę dobre chęci. To po prostu sam Prus im uniemożliwił stworzenia czegoś ciekawego. Ten człowiek nigdzie nie wyjeżdżał*, a jeżeli już, to tylko do Nałęczowa, nie miał w Polsce znajomych, uwielbiał wszystko załatwiać w cztery oczy. Pisał, jeżeli już musiał. Mnóstwo listów jest w  formie: „informuję Pana uprzejmie, że fakt ten zaistniał w 1884 roku, a nie w 1885. Al. Głowacki”.

Taka jest prawda, że właściwie książkę przekartkowałem, a nie przeczytałem, ale wynalazłem dwa smaczki. Pierwszy dotyczy postaci Puszkina, i tu – ze względu na to, że nie wszyscy wiedzą o co chodzi – musimy się cofnąć o co najmniej pół wieku. Ten wielki romantyk rosyjski miał duszę rozdartą pomiędzy caratem a Rosją, nienawidził caratu, a kochał Rosję. Dla Polaków nienawidzących jednakowo obie części składowe imperium było po drodze z Puszkinem z jego przyjaźnią z Adamem Mickiewiczem, ale nie po drodze z jego antypolskimi wierszami. Liryki „U świętego grobu”, „Oszczercom Rosji” i „Rocznica Borodina”, krytykujące Powstanie Listopadowe, zyskały miano antypolskiej trylogii. Adam Mickiewicz odpowiedział wówczas Puszkinowi wierszem „Do przyjaciół Moskali”. Jeżeli ktoś zna troszeczkę głębiej problem, to wie, że były to wiersze pozornie antypolskie, poecie bardziej chodziło o uniemożliwienie agresji na Rosję ze strony państw zachodnich. Dla niego Powstanie Listopadowe miałoby być pretekstem do agresji na Rosję. Trzeba pamiętać, że jest to okres rewolucjonizowania się Europy: Francja, Belgia, Niemcy, Szwajcaria, Włochy, na początku 1831 roku polski Sejm zdetronizował Mikołaja I, wojska rosyjskie wkroczyły do Królestwa i rozpoczęła się wojna. Na wieść o tym w zrewoltowanej Europie nasiliły się nastroje antyrosyjskie. Puszkin wpadł w przerażenie, że powtórzy się 1812 rok. Fragment „Oszczercom Rosji” (całość TU)

„Po co huczycie narodowi oratorzy?
Po cóż grozicie Rosji anatemą?
Czyż was wzburzyło Litwy poruszenie?
Zostawcie, to spór jest Słowian między sobą,
Domowy stary spór, zrządzeniem losu zawieszony,
Pytanie, na które nie dacie odpowiedzi”.

I teraz płynnym ruchem konika szachowego przechodzimy do Krakowa lat 80. XIX wieku. Trzeba przyznać, że ówczesny Kraków specjalizował się w puszkinologii, poeta był rozpracowywany na uczelniach na wszystkie sposoby. I nadszedł 1899 rok, czyli stulecie urodzin rosyjskiego romantyka, Polacy postanowili zorganizować obchody właśnie w Krakowie, nad całością czuwali ludzie o takich nazwiskach jak Kazimierz Morawski, Jan Baudouin de Courtenay, Karol Potkański, Stanisław Wyspiański, Jacek Malczewski i Władysław Żeleński. Do uczestnictwa zaproszeni zostali również ludzie z Kongresówki, jak właśnie Prus czy Eliza Orzeszkowa. I teraz zrozumiały jest list naszego bohatera do Jana Baudouin de Courtenay (wyłączyłem małe rzeczy nieistotne):

„Do Jana Baudouin de Courtenay – Warszawa 28 maja 1899 roku
Szanowny Profesorze!
(…) Na uroczystość Puszkina nie przyjadę do Krakowa, przede wszystkim dlatego, że nie lubię się, jak powiadają, „szastać się”. Ale – winszuję Wam pomysłu i moralny udział w uroczystości przyjmuję z następujących powodów:

  1. Dusza ludzka i społeczna szlachetnieje, lepiej rozwija się podczas zebrań, na których się mówi o ludziach genialnych i ich pracach, aniżeli podczas zebrań, na których tworzą się lub rozpowszechniają plotki i oszczerstwa zwane „rozmowami towarzyskimi”. Pod tym względem zebrania w imię: Niutonów, Koperników, Schillerów, Szekspirów, Homerów, Mickiewiczów, Puszkinów i im podobnych mają cywilizacyjną doniosłość.
  2. Głęboko odczuwam i jestem głęboko przekonany o potrzebie zbliżenia się i porozumienia się wszystkich uczciwych, rozumnych, energicznych i utalentowanych Polaków i Rosjan. Istnieje bowiem mnóstwo spraw, nad którymi moglibyśmy wspólnie pracować. Jedną zaś z tych spraw byłoby: zmniejszenie czy ograniczenie wzajemnych przesądów, nienawiści i wynikającego z nich szkodnictwa. (…)
  3. Dla pożytku zaś tych, którzy nie podzielaliby poglądów wyrażonych w § 1 i 2 dodam – ponieważ Ruscy literaci uczcili pamięć Mickiewicza, więc ludzie dobrze wychowani muszą wywzajemnić się uczczeniem Puszkina. (…)

Pana ściskam serdecznie, przyjaciel i sługa Al. Głowacki”.

Uroczystości puszkinowskie budziły wówczas wielkie emocje, mnóstwo ludzi było im przeciwnych, padały nawet słowa o zdradzie, ugodowości, współpracy z caratem (nie da się ukryć, że w Kongresówce narastała w tym czasie rusyfikacja). Nawet po II Wojnie Światowej Puszkin nie był lubiany jako postać, na zdjęciu powyżej pomnik Puszkina i Mickiewicza postawiony w Polnicy Zdroju – gospodarze miasta świadomie doprowadzili do rozpadnięcia się pomnika zbudowanego ze złych materiałów, nikt go nie chciał ratować.


W 1900 roku zawiązał się w Zakopanem Komitet Budowy Pomnika Tytusa Chałubińskiego, składki były zbierane przez różne osoby nie tylko na terenie trzech zaborów, ale również za granicą. Prus należał do tzw. „Komitetu Obszernego” zobowiązującego się do zbierania datków. Dlatego tak zainteresował mnie list Al. Głowackiego do Komitetu Wykonawczego Budowy Pomnika Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem (prezesem wówczas był Zygmunt Gnatowski, rozmiłowany w góralszczyźnie kolekcjoner i ziemianin z Jakimówki na Ukrainie, dla którego Witkiewicz zaprojektował willę „Kolibę”):

„Warszawa, 7 grudnia 1901 roku – Wielmożny Panie!
Czy byłem wzywany o zbieranie składek na pomnik śp. Tytusa Chałubińskiego? Tego rzeczywiście nie pamiętam. Natomiast doskonale pamiętam wezwanie, ażebym składek nie zbierał. Do tego się zastosowałem, i żadnych pieniędzy na pomnik nie posiadam.
Proszę przyjąć zapewnienie wysokiego szacunku.
Sługa – Al. Głowacki”.

Nie tylko ja, ale i badacze listów Prusa zastanawiamy się wspólnie, kto wydal takie wezwanie Al. Głowackiemu. Jest to nieprawdopodobnie ciekawa sprawa. Tak nawiasem mówiąc Prus jest odnotowany na łamach „Przeglądu Zakopiańskiego” ze swoją wpłatą na fundusz Komitetu w wysokości 2 rubli (cena letnich butów czy koszuli, pokój w Hotelu Europejskim kosztował 3 ruble).

* Prus miał straszną agorafobię, jak górale prowadzili go na Halę Gąsienicową, to szedł z zawiązanymi oczami.

 

Napisane przez: torlin | 08/12/2018

Biodro przełomowe

Niestety, tak pięknego biodra nie mam, ale ponieważ jestem estetą, to dałem zdjęcie biodra młodej dziewczyny a nie biodro starca stojącego nad trumną. Jestem na potwornym rozdrożu, zmartwiony tym jestem fundamentalnie, wszystko mnie w związku z tym denerwuje, nawet to, że powyższe zdjęcie jest przez Pixabay (darmowe zdjęcia) zakodowane dla tylko 18+.

Głupia szafeczka. Córka mówi, weźmiesz ją jedną ręką, ja nie mogę dźwigać. Pod pachę nie dało rady, zacząłem ją nieść przed sobą, i już wiedziałem, że dzieje się coś złego. Nie mam pretensji do córki, bo jak nie u niej, toby się to stało w dowolnym innym momencie. Ale jestem niesprawnym inwalidą.

Pozytywną sprawą jest to, że to mnie nie boli, mnie jedynie jakby mięśnie ściągały. Ale nie mogę usiąść, wstać bez pomocy rąk, przyśpieszyć, schylić się. Najpierw wydałem fortunę na rezonans magnetyczny całego kręgosłupa (950 zł, ale i tak planowałem to zrobić (czyli remanent emerytalny)), później poszedłem do znajomego fizykoterapeuty (a mam ich trzech, do wyboru, do koloru). Rezonans, jak w tym dowcipie, wypadł dobrze, acz nie beznadziejnie, Janusz tymczasem rzekł zdanie, którego mogłem się domyślić. „Sam to wszystko robisz, jak poprzednio. Masz tak napięte mięśnie całego organizmu, że to cię boli”. W każdym razie walczę ze sobą, jeszcze pójdę do znajomego lekarza, póki co nie jest dobrze.

Ta niesprawność powoduje moje rozdrażnienie, brakuje mi siłowni, roweru, biegania (chodzić mogę bez większego trudu). Denerwują mnie instytucje, dam dwa przykłady. Brakowało w magazynie IKEI trzech nadstawek, w związku z tym facet zaproponował mi dowóz za 15 zł, ja – żeby nie ciągnąć syna – oczywiście się zgodziłem. Dostawa miała być 4 grudnia pomiędzy 11 i 16, poprzedniego dnia dostałem potwierdzenie od firmy spedycyjnej. Siedzę, i nic. Po 16 zaglądam do historii przesyłki, i tak jest jak wół napisane: „9.11. Uzgodniono z odbiorcą inny termu dostawy”. Z jakim odbiorcą, bo chyba nie ze mną? Usiłuję się dodzwonić, ale „ze względu na dużą ilość telefonów oczekiwanie może być dłuższe niż 15 minut”. Nie dziwię się.

Takie drobiazgi mnie wnerwiają. Należę do Alior Banku, i generalnie jestem zadowolony. Wczoraj dostałem SMS-a, żebym nie zapomniał zapłacić kolejnej raty pożyczki. Tylko po kiego licha oni mi to wysyłają, jak jest umowa, że bank sam pobiera z mojego konta ratę? Zaśmiecają mi skrzynkę.

Poczułem się stary, nieruchawy. I tak szczerze mówiąc, nie bardzo wiem, kto miałby mi pomóc. Janusz tak wygniótł mi to biodro, że przez dwa dni był spokój, powróciło to jednak z większą siłą.

Napisane przez: torlin | 01/12/2018

1 grudnia 1918 r., 100 lat smutku i barbari ante portas

Dla Węgrów podstawową tragedią był Traktat w Trianon (nawiasem mówiąc USA i Polska go nie podpisały), ale zaczęło się to wszystko od  Karlsburga (jak po polsku brzmi nazwa Alby Iulii). W dn. 1 grudnia 1918 roku, dokładnie 100 lat temu, Rumuni obwieścili światu przyłączenie Siedmiogrodu do Rumunii (zdjęcie u góry). Dla Węgrów był to straszny cios.

Trzeba przyznać, że Rumuni wspaniale wykorzystali korzystną atmosferę, Węgrzy nie bardzo mogli się bronić, atakowani ze wszystkich stron. Armia rumuńska była w ciągłym ataku: 7 grudnia 1918 – wkracza do Braşova , 12 grudnia 1918 r. – do Sibiu, 24 grudnia 1918 r. – do Klużu, 14 stycznia 1919 – do Baia Mare, 18 stycznia 1919 r. – do Sighetu Marmatiei , 19 kwietnia do Satu Mare, 20 kwietnia 1919 r. – do Oradei, a 1 maja 1919 r. – oddziały rumuńskie docierają do rzeki Tisy . W tym czasie dwukrotnie samowolnie przekraczała granice linii demarkacyjnych, nic sobie nie robiąc z kolejnych ustaleń, przede wszystkim francuskich i serbskich.

Popatrzmy na Porozumienie z Alba Iulii, brzmi przecudownie, jak wszystkie tego rodzaju dokumenty, zacytujmy co smaczniejsze fragmenty, a serce Wam się otworzy na łaskawość zwycięzców, zapewnili oni: „pełną wolność narodową dla wszystkich narodów współzamieszkujących; każdy naród będzie miał nauczanie, administrację i sądownictwo we własnym języku, sprawowane przez osoby doń należące oraz każdy naród uzyska prawo do reprezentacji w instytucjach sądowniczych i zarządzaniu krajem w proporcji zgodnej z liczbą swych członków”.

Jak myślicie, czym to się skończyło? Kolejnymi prześladowaniami, likwidacją szkolnictwa, a już zupełnym absurdum był zakaz używania ojczystego języka przez Węgrów z grupy etnicznej Csango. W dn. 6 sierpnia do Budapesztu wkroczyły wojska rumuńskie (w ten sposób zrewanżowali się Węgrom za zdobycie Bukaresztu w 1916 r.), wcześniej jednak interwencja rumuńska cechowała się strasznym okrucieństwem wobec węgierskiej ludności cywilnej, żołnierze rumuńscy pustoszyli miasta i wsie. Dopiero w dn.15 listopada wojska rumuńskie opuściły Budapeszt, panoszenie się i  rekwizycje dokonywane przez Rumunów w czasie kilkumiesięcznej okupacji rumuńskiej było dużym upokorzeniem dla Węgrów.

Kawaleria rumuńska na ulicach Budapesztu

Zdziwieni jesteście zapewne moim atakiem antyrumuńskim, nie zapominam, że wcześniej Rumuni byli nieprawdopodobnie madziaryzowani i prześladowani, przez cały okres blogu starałem się rozumieć problemy rumuńskie. Mam jednak ciągłe, podświadome współczucie dla wszystkich nacji, które są rugowane ze swoich ojcowizn tylko dlatego, że ten drugi naród jest bardziej płodny. Tak jest w Kosowie z Albańczykami, współczuję Serbom stratę najważniejszych historycznie ziem, teraz to dotyka Macedończyków, tak było z Rumunami w Siedmiogrodzie. Pod względem ludnościowym zdecydowaną przewagę mieli Rumuni, było ich więcej zdecydowanie, ale przecież Erdély to była ziemia węgierska. Tego rodzaju najazdy mamy nawet teraz w Europie, jakiejś nacji jest za dużo w danym mieście, prowincji czy kraju, jak Polaków w Brytanii. Nic nie mówię na temat Ukraińców w Polsce, bo oni są tak podobni do Polaków, że z wyjątkiem języka trudno ich odróżnić.

Anabell, wpisująca się u mnie (za co dziękuję), oburzeniem wybuchła  we wpisie w swoim blogu na kelnerkę, że nie potrafiła powiedzieć, jaka jest zawartości glutenu w potrawie. Boję się, że mnóstwo ludzi ma podobne poglądy. Ich czołowym argumentem jest Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady nr 1169/2011 z dnia 25 października 2011 r., w sprawie przekazywania konsumentom informacji na temat żywności właścicieli wszystkich lokali gastronomicznych, zobowiązujące od 13 grudnia 2014 r., a mające obowiązek informowania klientów o składzie potraw, a przede wszystkim o alergenach, jakie mogą w nich występować. W rozporządzenia ustalono 14 składników, które najczęściej wywołują alergię i nietolerancję i to o nich muszą być poinformowani goście w restauracji:

  1. ziarna zbóż zawierające gluten, tzn. pszenica, żyto, jęczmień, owies, orkisz, jak również produkty przygotowane na ich bazie,
  2. skorupiaki i produkty pochodne,
  3. jaja i produkty pochodne,
  4. ryby i produkty pochodne,
  5. orzeszki ziemne (arachidowe) i produkty pochodne,
  6. soja i produkty pochodne,
  7. mleko i produkty pochodne (łącznie z laktozą),
  8. orzechy, tj. migdały,orzechy laskowe, orzechy włoskie, orzechy nerkowca, orzeszki pekan, orzechy brazylijskie, pistacje/orzechy pistacjowe, orzechy makadamia, a także produkty pochodne,
  9. seler i produkty pochodne,
  10. gorczyca i produkty pochodne,
  11. nasiona sezamu i produkty pochodne,
  12. dwutlenek siarki i siarczyny,
  13. łubin i produkty pochodne,
  14. mięczaki i produkty pochodne.

Twierdzę, że to jest niemożliwe do przeprowadzenia, chyba żeby wszystkie firmy na całym świecie podporządkowały się temu, i jeszcze do tego mówiły prawdę. Dla mnie osobiście jest to niestety kolejna produkcja unijna, mająca piękne chęci, i na tych pragnieniach niestety się skończy. W praktyce jest to niemożliwe do przeprowadzenia, składników w poszczególnych potrawach jest często za dużo. Wierzę w restauracje bezglutenowe, konkretne potrawy specjalnie wyprodukowane na tę okoliczność, ale nie w przypadku wszystkich potraw. Istnieją również tzw. śladowe ilości, często są pozostałości na nożu czy desce.

Druga sprawa, to jest wielkość karty menu przy podawaniu wszystkich potraw i ich możliwym oddziaływaniu na alergie i uczulenia. Toż to będą książki telefoniczne, szczególnie gdy restauracja czy bar zmienia często swoje menu. A tu wg Rozporządzenia (artykuł 9) należy podać:

1. Zgodnie z art. 10–35 i z zastrzeżeniem określonych w niniejszym rozdziale wyjątków obowiązkowe jest podanie następujących danych szczegółowych:
a) nazwa żywności,
b) wykaz składników,
c) wszelkie składniki lub substancje pomocnicze w przetwórstwie wymienione w załączniku II lub uzyskane z substancji lub produktów wymienionych w załączniku II, powodujące alergie lub reakcje nietolerancji, użyte przy wytworzeniu lub przygotowywaniu żywności i nadal obecne w produkcie gotowym, nawet jeżeli ich forma uległa zmianie;
d) ilość określonych składników lub kategorii składników,
e) ilość netto żywności,
f) data minimalnej trwałości lub termin przydatności do spożycia,
g) wszelkie specjalne warunki przechowywania lub warunki użycia,
h) nazwa lub firma i adres podmiotu działającego na rynku spożywczym, o którym mowa w art. 8 ust. 1,
i) kraj lub miejsce pochodzenia w przypadku przewidzianym w art. 26,
j) instrukcja użycia, w przypadku gdy w razie braku takiej instrukcji odpowiednie użycie danego środka spożywczego byłoby utrudnione,
k) w odniesieniu do napojów o zawartości alkoholu większej niż 1,2 % objętościowo, rzeczywista zawartość objętościowa alkoholu,
l) informacja o wartości odżywczej.
2. Dane szczegółowe, o których mowa w ust. 1, są określane słownie i liczbowo. Bez uszczerbku dla art. 35 dane te można dodatkowo wyrazić za pomocą piktogramów lub symboli.

A co z tajnymi recepturami? Albo ze specjalistami, którzy przy produkcji swoich specjałów wypraszają wszystkich z kuchni? Rozwiązaniem są – powtarzam – specjalne restauracje dla takich ludzi, względnie tworzenie specjalnych potraw.

Ale z tym związana jest ogólniejsza sugestia. Od lat jestem przeciwnikiem wprowadzania przepisów, które są tak głupie, że nikt ich nie przestrzega. To tworzy bardzo niedobry precedens, bo później na jakiekolwiek przepisy dany człowiek odpowie, że „przepisy są głupie”. Przykładów mamy dziesiątki w Polsce, 50 km/h na Puławskiej, wszyscy jadą osiemdziesiątką, chodzenie po pasach pod kątem prostym do krawężnika, zakaz szczekania psów w Łodzi po 22 (na szczęście już uchylony), ja też popełniam przestępstwo – każda strona internetowa aktualizowana częściej niż raz w roku powinna być zarejestrowana w sądzie, w Lesie Kabackim ni z gruszki ni z pietruszki niektóre ścieżki zostały wyłączone z ruchu rowerowego, oczywiście jednoślady jeżdżą tam gdzie chcą. Ciekaw jestem, kto z wyjeżdżających do pracy do Anglii czy Niemiec lub chce powłóczyć się po świecie przez 7 miesięcy respektuje polskie prawo mówiące (art. 36. Ustawy z dnia 24 września 2010 r. o ewidencji ludności):

1. Obywatel polski, który wyjeżdża z kraju z zamiarem stałego pobytu poza granicami Rzeczypospolitej Polskiej, jest obowiązany zgłosić swój wyjazd. Zgłoszenie wyjazdu poza granice Rzeczypospolitej Polskiej skutkuje wymeldowaniem z miejsca pobytu stałego i czasowego.
2. Obywatel polski, który wyjeżdża poza granice Rzeczypospolitej Polskiej, bez zamiaru stałego pobytu, na okres dłuższy niż 6 miesięcy, jest obowiązany zgłosić swój wyjazd oraz powrót.
A w Polsce po ponad trzymiesięcznym pobycie w innym miejscu niż zameldowanie. Sami potraficie pewnie wymienić jeszcze kilka. Ale to powoduje podmywanie prawa, a ono winno być surowo przestrzegane.
Napisane przez: torlin | 25/11/2018

Turbolechita w Dolinie Tollense

Przerażenie. To tylko mi zostało. Nie wiem, ale coś z tym trzeba zrobić. Ale kompletnie nie wiem co. Ale ad rem.

Jak wiecie, bardzo dużo czytam. Bardzo się ucieszyłem, gdy przeczytałem, że została wydana w 2018 roku nowa książka o genetyce Słowian (Bogusław Andrzej Dębek „Słowiańskie dzieje” Wydawnictwo Bellona 2018), starałem się ją jak najszybciej zdobyć. Tak na wszelki wypadek wlazłem na ulubioną stronę lubimyczytać.pl, na której przeczytałem o wartości tej książki, a zacytuję pierwsze i ostatnie zdanie komentarza: „Słowiańskie dzieje to kompendium wiedzy o dawnych dziejach Słowiańszczyzny oraz ludów z nią spokrewnionych” i „Słowiańskie dzieje to książka, która wprowadzając w skomplikowaną i fascynującą historię naszych przodków, wywołuje również refleksję nad naszym pochodzeniem”.

Niepokój mój narastał od 20 stronicy, ale gdy na stronicy 35 przeczytałem, że języki germańskie wywodzą się z języków słowiańskich, postanowiłem zajrzeć do Pawła M. z „Se czytam„, który jest psem na tego rodzaju publikacje. No i znowu przeczytałem – „kolejny pierd Bellony”. Ale słuchajcie, tak nie może być, recenzje są znakomite, pisane pewnikiem albo przez autora, albo wypisane z notek wydawnictwa, każdy się na to da nabrać, przecież ja też zacząłem czytać. Zdaję sobie sprawę, że genetyka pokazuje nowe oblicze tej ziemi, mamy okazuje się dużo wspólnego z ludźmi tu mieszkającymi przed najazdem Słowian, ale nie można na tej podstawie wyciągać ostatecznych wniosków. Pawel M. takich ludzi nazywa „turbolechitami”.

Takim cudownym przykładem jest Bitwa nad rzeką Tollense (po polsku Dołęża), jedna z najbardziej tajemniczych bitew europejskich. Walczyło w tej niemieckiej dziś dolinie mnóstwo wojowników (od tysiąca do 4.000) jak na lata bitwy (1.300-1.250 p.n.e.). Kto walczył, z kim, o co chodziło – nie wiadomo. Wzięli się za to genetycy i doszli do wniosku, że wojownicy mają geny z całej Europy, z Polakami włącznie!!! 1.300 lat p.n.e.!!! Ale nie można na tej podstawie wysuwać wniosków, że Polacy byli na tej ziemi ponad 2 tysiące lat przed Piastami. To samo z językami, naukowcy zaczynają dostrzegać coraz większe znaczenie języków uralskich na języki europejskie, ale nie można z tego wyciągać żadnych ostatecznych wniosków.

Nauka robi rewolucję w historii, ale jak się bronić przed nawiedzonymi, którzy swój bełkot obwijają w najlepsze opakowanie.

Napisane przez: torlin | 22/11/2018

Komendanta lwowskie dylematy

W dodatku GW „Ale historia” ukazał się artykuł Piotra Nehringa pt. „Czy Piłsudski zwlekał z odsieczą?„, w którym autor oczywiście nie atakuje Komendanta, ale daje do zrozumienia. Bardzo charakterystyczny jest znany powszechnie cytat z „„Dzienników 1914-1925” t. 1. Marii Dąbrowskiej: „Organizacja wojska i odsiecz dla Lwowa dziwnie opie­szale idą. Lwów nie pasuje do socjalistycznego programu premiera”, jak się ktoś zło­śliwie wyraził. Endecja porozumiała się z zaborem pruskim i razem wszczęli wielkie larum przeciw Daszyńskiemu”. Nasza znana pisarka nie była wielbicielką Piłsudskiego, w tych samych pamiętnikach zanotowała: „Piłsudski rozczarował mnie. Witany przez tłum, powiedział z balkonu, że jest chory na gardło. Cóż to w takiej chwili, w takiej chwili może kogo obchodzić. (A teraz mi się to właśnie podoba. Dopisek z maja 1943)”.

Jest to bardzo ciekawy temat do rozmyślań, czy Piłsudski rzeczywiście tego nie chciał, czy nie mógł. Spójrzmy na daty: 10 listopada Komendant przybywa do Warszawy, 11. wieczorem przejmuje z rąk Rady Regencyjnej władzę naczelną nad wojskiem, 14. rozwiązuje się Rada Regencyjna. Jeszcze jeden niezmiernie ważny datownik: w dn. 11 listopada rozwiązuje się rząd Ignacego Daszyńskiego, a nowy, rząd Jędrzeja Moraczewskiego, powołany został w dn. 17 listopada.

Tymczasem walki we Lwowie trwają od początku miesiąca, sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie, Ukraińcy byli jednak w większej liczbie i byli lepiej uzbrojeni. Pomogła interwencja Michała Tokarzewskiego-Karaszewicza, zorganizował on pomoc 19 listopada, a następnego dnia usunął wojska ukraińskie ze Lwowa. I znowu wątpliwość, czy działał on samodzielnie, czy na polecenie Piłsudskiego.

To będą moje własne wywody, mogę nie mieć racji. Otóż Piłsudski był na rozdrożu. Z jednej strony 11 listopada to wojska niemieckie na ulicach, moc bezrobotnych, brak armii, rozgrabianie magazynów (cyt z Piłsudskiego „niezwykle «patriotyczna» i podniecona ludność starannie to rozkradała. Miałem, proszę państwa, koszary, które trzy razy w ciągu wojny poprawiałem i które trzy razy do ostatniego mebla przez ludność okoliczną były rozkradane”), kłopoty z granicami, niebezpieczeństwo komunistycznego ataku z Rosji, ale również tarcia wewnętrzne w Polsce, z jednej strony rząd Daszyńskiego, z drugiej bardzo, ale to bardzo silna prawica. Piłsudski miał bardzo oryginalny pogląd na temat ziem ukraińskich (nazywał je ziemiami ruskimi), otóż nie kwestionując polskości Lwowa uważał, że szczególnie Galicja Wschodnia powinna mieć autonomię. Tych ‚rozdroży” było więcej, gdyż walki we Lwowie nie były też na rękę przywódcom ukraińskim. Całkowicie słusznie pisze red. Nehring: „Powściągliwie zachowywali się również przywódcy Ukraińskiej Republiki Ludowej – dla nich główne niebezpieczeństwo stanowili bolszewicy, a Polskę uważali za potencjalnego sprzymierzeńca i choć wsparli galicyjskich rodaków, to jednak w okresie walk w Galicji Wschodniej nie zerwali z Warszawą”.

Piłsudski uważał, że wobec ogromu kłopotów w całej Polsce sprawa Lwowa nie jest najważniejsza (może to brzydko zabrzmi, ale bardziej kochał Wilno), za to strasznie krytykowała go szczególnie prawica: Maciej Rataj w „Pamiętnikach” pisze: „zaprzeczyć trudno, iż Piłsudski i jego otoczenie z końcem 1918 i z początkiem 1919 r. skłonni byli raczej zrezygnować, z punktu widzenia doktryny politycznej, jeśli nie ze Lwowa, to w każdym razie z części Małopolski Wschodniej”. Jednak charakterystyczna jest reakcja Piłsudskiego na wieści ze Lwowa: „razu pewnego w Belwederze, gdy z codziennym raportem wchodził do mnie adiutant, by mnie zameldować o audiencjach powszechnych, znalazł mnie w niebywałej dotąd postawie. Przy boku leżał pistolet i powiedziałem adiutantowi, patrząc mu prosto w oczy i grożąc, słowa: Lwów, a strzelam! Adiutant przerażony wyszedł i skreślił wszystkie audiencje w sprawie Lwowa”.

Obszerne wieści w dn. 12 listopada dostarczył przyjęty na audiencji pilot Stefan Stec, dzielny lotnik, który przebił się przez opanowane przez Ukraińców rejony Lwowa, aby dostać się na lotnisko na Lewandówce , kontrolowane przez siły polskie.  Stec przyleciał z okupowanego Lwowa samolotem przejętym od Austriaków (lwowscy mechanicy powykręcali wcześniej z samolotów części, aby Austriacy nie mogli tych maszyn ewakuować), a austriacki znak na aeroplanie zastąpiono namalowaną prowizorycznie przez lwowiaków biało-czerwoną szachownicą (zdjęcie).

Oddajmy w takim razie głos samemu zainteresowanemu: „Przyjechałem do Warszawy 11-go listopada, tzn. w związku z wypadkami lwowskimi w dziesięć dni po rozpoczęciu we Lwowie starć czy bojów. Historia zatem tych dziesięciu dni wraz z wszystkimi perypetiami nie należy w żadnym wypadku do mnie i w żadnym związku ze mną nie była. Jeżeli piękne lwowianki i równie zacni lwowianie przypuszczają, że w Warszawie, gdym tam przyjechał, słowo padło kiedykolwiek o Lwowie, to grubo się mylą. Ja przeprowadziłem w pierwszych kilku dniach co najmniej tysiąc rozmów z ludźmi z najrozmaitszych stronnictw, z ludźmi najrozmaitszych autoramentów i nie przypominam sobie jednak ani jednej rozmowy, w której mówionoby mi o Lwowie. Mówiono o najrozmaitszych rzeczach, podawano mi tyle recept na zbawienie Polski, z ilu ludźmi rozmawiałem, lecz o Lwowie — nie mówiono”. (…)

„Około 20-go listopada (ściśle daty ustalić nie mogę) przyleciał wreszcie lotnik Stec, który mi w imieniu tegoż Łapińskiego zdał sprawę z tego, jak jest we Lwowie. Powtarzam prawie dosłownie jego raport: „Mniejsza część miasta jest w rękach polskich, a większa część w rękach ruskich. Boje nie są ciężkie, ogromna część społeczeństwa polskiego (wymienił mi różne nazwiska) pertraktują z Rusinami o coś w rodzaju condominium nad Lwowem, nie wierząc w możliwą obronę i posiadanie miasta w całości. Obrona polega na niewielkiej garstce legionistów, na większej znacznie ilości młodzieży, bardzo nieraz młodej, z trudem wytrzymującej ciężary. Obok niej jest prawie to samo, co w Warszawie, — tłum ludzi, chodzących i krzyczących, rozprawiających i zmieniających co chwila zdanie, plotkujących o najrozmaitszych rzeczach, a co niechybnie na siłę obronną nie wpływało korzystnie. Wreszcie powiedział mi, że teraz leci z powrotem do Lwowa, lecz osobiście jest tak mało przekonany o możliwości obrony, że nie jest pewny, czy będzie mógł już wylądować we Lwowie i nie wie, czy lotnisko, z którego wyleciał, będzie jeszcze w posiadaniu polskim, czy też już w ruskim. Stan opisał mi dość rozpaczliwie. Rozpatrzyłem te dane i razem zresztą z Łapińskim, który mi przez niego przesłał swoje dane, przyszedłem do przekonania jedynie rozsądnego, że bez dania z zewnątrz pomocy sprawa dla Lwowa jest przegrana. Zastanowiwszy się nad moim własnym stanem, powiedziałem, że ja tej pomocy dać nie mogę, że gdybym nie wiem co robił, to ze siebie tej pomocy nie wydobędę i żadnego terminu postawić nie jestem w stanie, że jest zatem jako wynik jedyny — czas. Wytrzymacie dłużej — prawdopodobnie zdążę, nie wytrzymacie dłużej — nie będę w stanie tego zrobić”.

Powiedziałem Stecowi: „może Kraków będzie mógł dać jakąś pomoc. Ja w czasie nieokreślonym, bo nie mam możności określić czasu, przystępuję do organizacji wojska i ruszam — lecz kiedy, nie potrafię tego powiedzieć». Czy piękne lwowianki i zacni lwowianie za grzech to będą mi poczytywać, czy dzieci nawet moje własne w sądzie swoim za grzech i za błąd mój będą mi to poczytywały, nie wiem. Stwierdzam fakty tak, jak one były. (…) No, powiedziałem mu — ja tam nie dowodzę, nie potrafię tego zarządzić, jedźcie, zatrzymajcie się w Krakowie i powtórzcie mój rozkaz Roji, aby iść na pomoc. Proszę panów, z wielką ulgą dowiedziałem się względnie prędko, że 5-ty pułk Legionów, stojący w Przemyślu, na wieść o tym, że Lwów jest bardzo zagrożony i że traci nadzieję utrzymania się, bez rozkazu gen. Roji pod dowództwem ppłk. Tokarzewskiego ruszył naprzód na ratunek.

Dziełem więc 5-go pułku było to, że Lwów pozostał w rękach polskich. Zrobił to 5-ty pułk Legionów, ppłk. Tokarzewski wbrew zdaniu swych przełożonych, gdyż i Przemyśl był również niepewny, również w Przemyślu drżano o utratę tego miasta — i wszelkimi siłami starano się mieć go koło siebie. Decyzja ppłk. Tokarzewskiego, który poszedł wbrew swym przełożonym dla was, Lwowa, fakt ten, powtarzam, oswobodził mnie od wielu trosk”.

Napisane przez: torlin | 15/11/2018

15 listopada 1951 i orzecznictwo lat 50.

I tak większość z Was wie, że dzisiaj obchodzę 67 urodziny. Z góry dziękuję za życzenia. Pierwszym moim pomysłem było spisanie ciekawostek, które wydarzyły się tego dnia. Pierwsza strona Wujaszka Google’a pokazała mi jedynie katastrofę lotniczą ukrytą przed społeczeństwem, w której zginął ojciec Buczkowskiego, a na drugim pozornie nieciekawą informację, że w tym dniu ukazało się orzeczenie Sądu Najwyższego dot. przesłanek uznania winy za rozkład pożycia małżeńskiego. Okazało się cudowną lekturą, ach te lata 50.

    • „Bezczynny tryb życia żony-lalki może w zasadzie wywołać rozkład pożycia. Przy ocenie jednak tego związku przyczynowego należy mieć na uwadze całokształt stosunków materialnych i psychicznych małżonków (…). Należało rozważyć, czy „sybarycki” tryb życia pozwanej nie był zgodny z wolą powoda, w takim przypadku bowiem należałoby uznać za wadliwy wniosek, że postępowanie pozwanej zgodnie z wolą męża mogło wywołać rozkład pożycia. W szczególności wymaga ustalenia, czy powód wymagał od żony, by zmieniła dotychczasowy tryb życia, by zaniechała zabaw i przyjęć, a zajęła pracą zarobkową oraz czy i w jaki sposób starał się wpłynąć na pozwaną w tym kierunku, jedynie bowiem ustalenie, że postępowanie pozwanej, jej bezczynne życie spotkało się z wyraźną dezaprobatą powoda, mogłoby prowadzić do wniosku, że stan ten był ważnym powodem rozkładu.”
    •  „Jednostronne zerwanie przez małżonka związku małżeńskiego należy uznać za czyn zawiniony także w przypadku, gdy powodem tego zerwania było głębokie uczucie miłości względem osoby trzeciej.”
    • „Fakt ciężkiego pobicia powoda przez pozwaną uznany być musi za ważny powód rozkładu pożycia małżeńskiego stron zawiniony przez pozwaną.”
    • „Uzależnienie pożycia z mężem od „przepisania” mieszkania na imię żony i darowania jej mebli – może być uznane za współwinę żony w pogłębieniu powstałego już rozkładu wskutek nieusprawiedliwionego opuszczenia żony przez męża.”
    • „Wzajemne denuncjowanie się małżonków przed władzami okupacyjnymi świadczy o ich wzajemnej głębokiej nienawiści i jest objawem zawinionego przez obie strony zupełnego i trwałego rozkładu pożycia małżeńskiego.”
    • „Złożenie zeznań przed organami wymiaru sprawiedliwości w sprawie przeciwko mężowi, chociaż przepis prawa zezwala na ich odmowę, nie stanowi ważnej przyczyny rozkładu.”
    • „Istotą małżeństwa są, między innymi, stosunki płciowe między małżonkami, z wyłączeniem takich stosunków z osobami trzecimi; zatem małżonek postępujący z własnej woli wbrew tej zasadzie małżeństwa popełnia umyślnie czyn z punktu widzenia przyjętych zasad współżycia niedozwolony, a tym samym musi być uznany za winnego rozkładu małżeństwa, jeśli czyn jego do rozkładu się przyczynił (…). Niejednokrotnie konflikt pomiędzy uczuciem a więzami małżeństwa jest tak silny, że prowadzi do zjawisk społecznie niepożądanych. Uznanie jednak w takim przypadku braku winy małżonka zrywającego więzy małżeństwa, żeby iść za uczuciem, oznaczałoby faktycznie zezwolenie na jednostronne odstąpienie od związku małżeńskiego w przypadku miłości do osoby trzeciej, która z reguły jest uczuciem silnym; w konsekwencji stanowiłoby to wyrażenie zasady, że małżeństwo jako stosunek prawny jest usprawiedliwione tylko tak długo, póki obie strony się kochają”.

Perełeczki STĄD


Francisco de Paula van Halen, „Bitwa pod Las Navas de Tolosa”, Prado 1864

Człowiek uczy się całe życie. Czytam aktualnie „Historię Arabów – 14 wieków cywilizacji, której nie znamy” i pi razy oko o większości rzeczy z grubsza wiedziałem. Interesowało mnie mnóstwo szczegółów, szczególnie walki wewnątrzarabskie. Ale w życiu nie pomyślałbym, że przeczytam rzecz, która wywróci moje poglądy na pewną kwestię. A mówimy o Andaluzji, raju utraconym.

Dla nas wszystkich, którzy liznęli trochę historii Arabów i Hiszpanii okres al-Andalus był wielowiekowym okresem szczęśliwości dla Arabów, żyli sobie w Hiszpanii otoczeni swobodą religijną, pięknymi przedmiotami i miastami z cudowną architekturą meczetów i pałaców, rozwijała się literatura, w tym poezja, matematyka, astronomia, medycyna, sztuka jubilerska. Raj na Ziemi.

Tymczasem utrata Andaluzji (rozumianej jako całość ziem pod panowaniem arabskim na półwyspie Iberyjskim) była przewidziana przez nich samych wiele wieków wcześniej. Arabowie przedostali się na drugą stronę cieśniny Gibraltarskiej w 711 roku i po zwycięskiej bitwie nad rzeką Guadalete, w której pokonali okupujących wtedy Hiszpanię Wizygotów, zajęli właściwie cały półwysep Iberyjski. Okazało się, że w najstarszych dokumentach arabskich obraz muzułmańskiej Hiszpanii wcale nie jest przedstawiany tak różowo, władcy obawiali się utrzymywania garnizonów tak daleko od Damaszku, gdyż zależność al-Andalus od kalifa Damaszku była właściwie nominalna. Po drugie – nakłada się na to wszystko ciągły i permanentny konflikt Arabów z Berberami.

W związku z tym z lubością opiszę co pikantniejsze (pod względem intelektualnym) fragmenty „Historii Arabów”: Umar I (zm. 642 r.) kilkakrotnie nie wyrażał zgody na przepływanie Morza Śródziemnego do Hiszpanii, Umar II pragnął wyprowadzić muzułmanów z al-Andalus z powodu znacznej odległości dzielącej ich od wspólnoty, a kronikarz z XI wieku pisze: „I szkoda, że Bóg nie przedłużył dni kalifa, by ów mógł spełnić swe zamierzenie, bo muzułmanów czekają tu jedynie nieszczęścia i niedola, jeśli nie ulituje się nad nimi Wszechmocny Bóg”.

Andaluzja pojawia się w kronikach jako ziemia na granicy ludzkiego poznania, pełna dziwów i niebezpieczeństw, na żywe i strzelające posągi, pojemniki z dżinami, niezdobyte miasta pozbawione bram, w pobliżu których arabscy wojownicy tracą zmysły i giną. „Al-Andalus jest także ziemią, gdzie rozpocznie się epoka ostateczna, prowadząca do końca świata”. Jeden z dowódców Musa idąc na Kordobę natknął się na posąg noszący arabskojęzyczną inskrypcję: „O synowie Isma’ila! Jeśli dotarliście aż tutaj, to zawracajcie!”. Przerażony Musa zawrócił wojska.

To jest oczywiście VII-VIII wiek, dwa wieki później Andaluzja jest już traktowana jak raj na Ziemi. Musimy jednak pamiętać, że jedyne ziemie utracone po ekspansji to tylko Hiszpania. Na pozostałych terenach Islam trzyma się od 14 wieków mocno. Nigdy nie pomyślałbym, że Andaluzja była tak postrzegana przez Arabów. Była to wielka niespodzianka dla mnie.

 

Napisane przez: torlin | 09/11/2018

Czuję beznadzieję (ale to pewnie chwilowe)

Staram się rzadko dawać aktualne notki, ale tym razem muszę, bo mi się ulało. Raptem zacząłem być przerażony tym, w jakim kierunku zmierza świat. Moim zdaniem – albo w kierunku terroru, albo wojny i zagłady. Takie to straszne myśli chodzą mi ostatnio po głowie. Złożyło się na to wiele przyczyn, podam je w jakiejś tam przypadkowej kolejności.

Pierwszym, może nie najważniejszym, ale dokuczliwym jak komar w nocy, jest pomnik Kaczyńskiego w Warszawie. Warszawa go nie chce, PiS najpierw  zmilitaryzował Plac Zwycięstwa, postawił Pomnik Smoleński, brzydki jak sto diabłów, ale z boku, i o nienagannej wysokości. „Zbudujemy pomnik Lecha takiej samej wysokości jak Piłsudskiego” – i co?” Kaczyński ma 6 metrów wzrostu i jest znacznie większy od Parkingowego (tak potocznie Warszawiacy nazywają pomnik Dziadka, bo Piłsudski ma pomnik na parkingu). Ale największa zabawa jest z guzikami, długością rękawów i innymi drobiazgami. Mówią: „Marylka powinna odpiąć dolny guzik swojemu mężowi”, i „dlaczego PiS robi z byłego prezydenta ciemniaka, na zdjęciach Kaczyński miał zawsze wystające rękawy koszuli ze spinkami”. Ten pomnik jest żenujący, ale najgorsze jest to, że całość przeprowadzona została wbrew samorządowi, bez pytania o zdanie Warszawiaków, z łamaniem przyrzeczeń.

Druga sprawa to Brazylia. Kolejne państwo ładujące się w te same koleiny co Polska, Stany Zjednoczone czy Turcja. Doły społeczne Brazylii już nie wiedzą, na kogo głosować, miotają się pomiędzy skrajną lewicą, a skrajną prawicą, ale „cóś” mi się zdaje, że tym razem wpadną w taki terror, że przykłady dawnej Argentyny i Chile będą jak wspomnienia po wywczasach.

Wielkie pieniądze, to, co się dzieje, zaczyna zakrawać na kanibalizm, one pożerają ludzi. Szef FIFA postanowił zrobić nowe ogólnoświatowe rozgrywki piłkarskie, UEFA chce wyjęcia najlepszych zespołów  europejskich i zrobienie z nich niezależnej ligi, a wszystko po to, aby – jak pisze  Rafał Stec w GW – spełnić ich (działaczy) marzenia: „piłkarze niech kopią osiem dni w tygodniu, klienci konsumują transmisje 26 godzin na dobę, sponsorzy obłapiają nas nawet dłużej, publice należy przy tym wmówić, że zazna wyłącznie wydarzeń megahitowych, nie do przeoczenia”. Takim tropem poszła już FIVB, będą mistrzostwa Europy (13-29 września), a zaledwie dwa dni po zakończeniu tej imprezy rozpocznie się w Japonii Puchar Świata (1-15 października), impreza komercyjna, w której uczestnictwo jest „dobrowolne” 😉 (dla ludzi słabo znających siatkówkę, udział jest dobrowolny, ale władze międzynarodowej organizacji siatkarskiej pozostawiają sobie takie mnóstwo „dzikich kart”, które następnie rozdzielają „po uważaniu”, że głowa mała). To, że zawodnicy będą grali cztery razy w tygodniu – to się nie liczy. Szmal, szmal, szmal, i nie piszę o bramkarzu reprezentacji. Optymiści mówią, że nie ma tego złego…, trzeba stworzyć jeszcze jedną reprezentację Polski i jeździć równolegle na turnieje. „Mamy przecież mistrzów świata juniorów”.
Potentaci z branży technologicznej: Facebook, Apple, Google i Amazon, zaczynają się skupiać na wpływach politycznych zamiast na rozwoju i innowacji. „The Wall Street Journal” nas jednak uspokaja: „W powszechnej opinii Google jest liderem wśród wyszukiwarek internetowych, ale przecież planowanie zakupów często zaczyna się od wyszukiwarki Amazona. Z kolei większość treści najbardziej angażujących Amerykanów pochodzi z Facebooka, Twittera i innych mediów społecznościowych niedostępnych za pośrednictwem Google’a. Z pewnością algorytmy Facebooka mają wpływ na to, które posty swoich znajomych zobaczysz, ale przecież wciąż jest wiele innych sposobów kontaktu ze znajomymi. Facebook i Google zdominowały reklamę w internecie. Ale to wciąż jedynie ułamek całego rynku reklam o rocznej wartości 540 mld dol. Mówi się, że Amazon jest liderem w branży e-handlu z udziałami na poziomie 44 proc. Ale udziały firmy w handlu detalicznym w całych Stanach Zjednoczonych to zaledwie 4 proc., a w globalnej sprzedaży detalicznej – mniej niż 0,5 proc. Co więcej, firmy, które dominują dziś, w ciągu dekady lub dwóch stracą swoją pozycję. Tego uczy nas historia. Dzisiejsi liderzy będą bronić swoich obecnych udziałów, dopóki nie wejdą w nową, nieistniejącą dziś jeszcze być może dziedzinę internetu. I nie będzie w tym niczego dziwnego – Apple, Google i Facebook wcale nie są w mediach społecznościowych tak silne, jak mogłoby się wydawać (Holman W. Jenkins jr., „Facebook, Apple, Google i Amazon – firmy, które dominują dziś, wkrótce stracą swoją pozycję. Tego uczy nas historia” – The Wall Street Journal w GW).

I ostatnią sprawą są stosunki polityczne pomiędzy państwami – gigantami, jak mówi przysłowie kenijskiego ludu Kikuju: „Gdzie dwa słonie walczą, cierpi na tym trawa”. To co powiedzieć, jeżeli tych słoni jest kilka sztuk? Napięć na linii Chiny – Stany Zjednoczone – Rosja jest coraz więcej, i wraz ze wzrostem potęgi chińskiej będą coraz większe.

Wszystko to nie nastraja optymistycznie.

 

Older Posts »

Kategorie