Napisane przez: torlin | 22/11/2017

Tylko nie śmiejcie się

 

 

Festiwal Cywilizacji i Sztuki Mediów Mediatravel wraca pięciu latach. Odbywająca się w Łodzi czterodniowa impreza dedykowana jest m.in. podróżnikom. Mediatravel to: panele dyskusyjne, spotkania z odkrywcami, pokazy filmów i koncerty, a gościem specjalnym festiwalu został amerykański naukowiec Manuel Rosa.

Dla Polaków jest fajnym facetem, otóż twierdzi on, że Władysław Warneńczyk nie zginął z rąk Turków, tylko wylądował na Maderze i jako Henryk Niemiec miał dwoje dzieci: Barbarę i Zygmunta (czyli Krzysztofa Kolumba). Muszę przyznać, że Rosa ma wiele niezłych – pośrednich bo pośrednich – ale argumentów, nie bardzo chcę przytaczać wszystkie, bo to nie ma być dokładna rozprawka historyczna. M.in. pisma wielu osób, że widziały króla na Maderze, rozpoznały go po 6 palcach u stóp. Wg Rosy Warneńczyk uciekł z pola bitwy i był tak przygnębiony swoim czynem i wielkością strat wojsk polsko-węgierskich, że się postanowił ukryć.

Do mnie dociera zawsze takie ogólne zastanawianie się, więc zadaję pytania za Rosą – podstawowe – w jaki sposób syn tkacza i kupca żeni się z księżniczką? I z takim człowiekiem rozmawiają potęgi królewskie Portugalii i Hiszpanii? W jaki sposób człowiek urodzony i spędzający dzieciństwo we Włoszech nie zna ani słowa po włosku? Dlaczego nie znaleziono ciała Warneńczyka? Turcy mogli go zabić, obciąć mu głowę, ale pochowaliby go z szacunkiem lub oddali ciało rodzinie. Dlaczego głowa jest tak niepodobna do Warneńczyka? Czy jakiejś dowolnej osobie, która zapragnęła osiąść na Maderze, król Alfons V Aragoński wyznaczałby żonę?

Trzeba pamiętać, że plotki o uratowaniu się Warneńczyka rozpoczęły się już … na polu bitwy. Wynika to z tego powodu, że wszyscy towarzysze królewscy zginęli w ataku, i nie ma ani jednego świadka śmierci Władysława. Już Kazimierz Jagiellończyk używał tego argumentu w walce z Oleśnickim, aby przedłużyć okres interregnum. Przez pół tysiąca lat historycy spierają się co do tej śmierci, tworzone są fałszywe dokumenty i zeznania, i właściwie to samo można powiedzieć o  miejscu pochowania Kolumba. Dzisiaj historykom chociaż może pomóc nauka, szczególnie badanie DNA. Jak zapewne wszyscy wiedzą jest kłótnia, gdzie jest pochowany Kolumb, w Santo Domingo, czy w Sewilli, w tym momencie zaczynają przeważać zwolennicy opcji hiszpańskiej, gdyż zespół sądowy pod kierownictwem hiszpańskiego genetyka Jose Antonio Lorente porównał DNA z fragmentów kości, które według Hiszpanii pochodzą od odkrywcy, i został pochowany w katedrze w Sewilli, z DNA z resztek, o których wiadomo, że pochodzą od brata Kolumba, Diego, pochowanego również w tym południowym mieście hiszpańskim . „Istnieje całkowite dopasowanie DNA mitochondrialnego, którego badaliśmy od brata Kolumba i Krzysztofa Kolumba”. Szczególnie, że niewiadomo dlaczego Dominikanie odmawiają międzynarodowego badania DNA szczątków (tzn. Republika Dominikańska już kilka razy przeprowadzała badania DNA szczątków, jednak jak dotąd nie udało się nic ustalić, ale ja ich rozumiem, jest to biedny kraj z małą ilością atrakcji historycznych, a tutaj wybudowali potwornie brzydki i nieatrakcyjny Kościół Faro a Colón czyli Latarnię morską Kolumba, ogromny – 240 metrów długości, 34 metry szerokości i 46 m wysokości – budynek zbudowany w kształcie krzyża. Faro było symbolem 500 rocznicy odkrycia Ameryki i gotowe zostało na 6 dni przed obchodami rocznicy w 1992 roku. I do tego wyrzucili z tego miejsca 5.000 rodzin. Nie mogą oddać Kolumba).

Bawi mnie zainteresowanie ruchu monarchistycznego tematem potomków Kolumba, uważają że książę de Veragua powinien stanąć na czele władz w Polsce. To ciekawe, bo jak ja wiem, nie ma już bezpośrednich potomków odkrywcy i żeglarza.

A wracając do podstawowego tematu, i starając się uniknąć tym razem dziesiątków dygresji i odejść od tematu podstawowego, w czym specjalizuje się – niestety – Torlin, ku rozpaczy ludzi rozumnych, muszę podać dla mnie najważniejsze zdanie z wywiadu z Manuelem Rosą, jaką przeprowadził Błażej Torański (przyrodni brat Teresy): „W maju przyszłego roku Uniwersytet w Granadzie przeprowadzi badania DNA Krzysztofa Kolumba. Chcę doprowadzić do porównania ich z DNA Kazimierza Jagiellończyka. Jeśli pokryją się, to będzie niepodważalny dowód, że przez ponad 500 lat świat był okłamywany”.

A tytuł skąd – spytacie? Ano stąd, że co powie świat, gdy raptem okaże się, że DNA Kazimierza Jagiellończyka i Krzysztofa Kolumba są podobne? A co powiedzą fascynaci Prawdziwej Polski, gdy powiem, że Władysław Warneńczyk był synem Litwina Jogaiły i Rusinki Sonieczki? I co Włosi zrobią z Columbus Day? Pasjonujące.

Reklamy
Napisane przez: torlin | 19/11/2017

Hoi An i Kwiatkowski

Przez Wietnam przeszedł tajfun Damrey, i okazało się, że najbardziej ucierpiało miasto Hoi An w środkowym Wietnamie. A mnie natychmiast przypomniała się sylwetka Kazimierza Kwiatkowskiego. Nie bardzo nadaje się on wprawdzie do cyklu „prawdziwi Polacy”, bo to był Polak właściwie formalnie oddelegowany z Polski do Wietnamu, ale należy mu się pamięć i szacunek.

Kazimierz Kwiatkowski był Polakiem urodzonym w 1944 roku w miejscowości Pachole w powiecie parczewskim na Lubelszczyźnie. W 19719 roku został pracownikiem Przedsiębiorstwa Państwowego Pracownie Konserwacji Zabytków (PP PKZ) (dzisiaj to są Polskie Pracownie Konserwacji Zabytków S.A), a już w 1979 roku wyjechał do Wietnamu w celu ratowania bramińskich zespołów świątynnych My Son. Renowacja została przeprowadzona tak wspaniale, że My Son został wpisany na  Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, a Kwiatkowskiemu Wietnamczycy wbudowali tablicę pośmiertną.

Ale pewnego razu Kwiatkowski pojechał prywatnie do Hoi An popływać. Ponieważ miał chwilę czasu, to zaczął chodzić po starym mieście i szkicować stare budynki. I podczas tego spaceru dowiedział się, że rząd czy władze miasta mają chęć zburzyć stare budynki i na to miejsce postawić nowoczesne. Tak długo przekonywał władze, że te domy mogą być wielką atrakcją turystyczną, i że to miasto może być wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO tak jak My Son, że w końcu ustąpiły. A Kazik miał już pozycję w Wietnamie za My Son. Pomógł w tym również wygląd Kazimierza Kwiatkowskiego, który był wielki i brodaty, a akurat wtedy leciał „Znachor”, który to film Wietnamczycy bardzo lubili.

To właśnie dzięki niemu Hoi An jest jednym z najczęściej odwiedzanym miastem Wietnamu przez turystów, i jest uważane za jedno z najbardziej urokliwych. Wietnamczycy do dzisiaj uważają Kazika, jak go nazywano, za zbawcę i twórcę sukcesu miasta, jemu przypisuje się główną zasługę wpisania miasta do rejestru UNESCO. W 2007 r. w Hoi An postawiono Kwiatkowskiemu pomnik.

.

Napisane przez: torlin | 16/11/2017

„Ike” z art. 5 na 82 km² łąk

Dzisiaj nie będzie zdjęcia, bo facet przy pięknej fotografii grzmi o prawach autorskich, to go ominę dalekim łukiem z tymi jego prawami, i dam link do jego strony, a to mi wolno. Tak wygląda granica kosowska i czarnogórska, jak łatwo się domyślić, ta cywilizowana jest po stronie Czarnogórców.

I pomyśleć, że jak powstawało Kosowo, to obydwie strony mówiły, że są bliźniakami, że nie ma pomiędzy nimi żadnych konfliktów, że stosunki pomiędzy tymi dwom państwami można uznać za wzorcowe.

Czarnogóra mająca 1800 żołnierzy, dwa kutry patrolowe, żaglowiec szkolny i cztery śmigłowce, została 7 czerwca członkiem NATO. Ławrow i amerykańscy dziennikarze zastanawiają się, dlaczego przyjmuje się takie lilipucie, miniaturowe państewka, którym nikt nie zagraża. Stop, stop, stop – zagraża, i to bardzo. I więcej powiem, kraj ten stoi na krawędzi wojny właśnie z Kosowem. A wszystko poszło o 82.000 ha pastwisk. Członkostwo Czarnogóry w NATO nie ma zatem prawie żadnej wartości wojskowej, lecz jest przede wszystkim deklaracją propagandową i polityczną, potwierdza bowiem politykę otwartych drzwi prowadzoną przez Sojusz Atlantycki oraz pokazuje atrakcyjność NATO dla nowych państw. Jestem pewien, że wpłynie to na zwiększenie stabilności w regionie, w którym wciąż wrze. U dziennikarzy czarnogórskich raptem pojawiły się głosy, że członkostwo w NATO oznacza dla Czarnogóry większe bezpieczeństwo granic.

Do uregulowania granicy czarnogórsko-kosowskiej obydwa państwa przyłożyły się należycie, już od 2009 roku odbywały się dwustronne konsultacje, a trzy lata później obie strony powołały specjalne komisje, które zajęły się jej wyznaczeniem. Wszystkie prace prowadzono w porozumieniu z konsultantami z unijnymi i natowskimi, i zgodnie z  natowskimi mapami. Efektem było wykreślenie linii granicznej, którą akceptowali członkowie komisji obu stron. Formalnym zakończeniem tego etapu prac było podpisanie 26 sierpnia 2015 roku międzyrządowego porozumienia, ale do jego wejścia w życie była potrzebna ratyfikacja przez parlamenty obydwu zainteresowanych państw. O ile Czarnogóra przegłosowała przyjęcie umowy od razu w grudniu 2015 roku, o tyle Kosowo, mimo wyznaczania kolejnych terminów głosowania, nie zrobił tego do dzisiaj. Partia Vetëvendosje, mająca na 120 miejsc parlamencie 17 posłów postanowiła upiec na tym konflikcie własną pieczeń, i nie przebiera w środkach. Rozpylanie świec dymnych w parlamencie, ostrzelanie tego budynku z granatnika, powoduje ciągle przesuwanie głosowania. GW pisze: „Mentorowi Shali, dyrektorowi generalnemu Radia i Telewizji w Republice Kosowa (RTK), w sierpniu zeszłego roku podłożono pod domem ładunek wybuchowy. Tydzień wcześniej przed siedzibą RTK eksplodował granat; do ataku przyznała się grupa radykałów Rugovasit, którym nie podobało się, jak stacja relacjonuje spór graniczny między Kosowem a Czarnogórą.

A o co idzie? Przejrzałem mnóstwo stron, i wyłania się z tego obraz niejednoznaczny, ludzie znający temat mówią o dwóch błędach popełnionych przez komisje, po pierwsze w terenie górskim nie należało przeprowadzać granicy doliną, tylko górami, po drugie nie wzięto pod uwagę mobilności mieszkańców, a tylko ich zamieszkanie. Sporne ziemie leżą w pobliżu miejscowości Čakor i wyglądają przypuszczalnie tak jak na zdjęciu. „Polska Zbrojna” pisze: „Sama granica między Kosowem a Czarnogórą nie jest długa, liczy bowiem zaledwie 79 km. Problem polega na tym, że przebiega ona w terenie trudnym: górzystym i lesistym. Przedmiotem sporu nie jest też cała granica, lecz zwłaszcza jeden jej odcinek, w okolicach miejscowości Čakor. Zdaniem przeciwników umowy z Czarnogórą, obszar ten powinien znaleźć się po stronie kosowskiej, ponieważ mają się tam znajdować lasy i pastwiska mieszkańców przygranicznych kosowskich wiosek. Ratyfikacja porozumienia oznaczałaby – według członków Samostanowienia – że rząd Kosowa daje Czarnogórcom w prezencie prawie 8200 ha ziemi”.

No i co będzie z art. 5, gdy Kosowo zbrojnie zajmie sporny kawałek Czarnogóry? Póki co przestawia jedynie słupy graniczne, a przecież „ strony zgadzają się, że zbrojna napaść na jedną lub więcej z nich w Europie lub Ameryce Północnej będzie uznana za napaść przeciwko nim wszystkim i dlatego zgadzają się, że jeżeli taka zbrojna napaść nastąpi, to każda z nich, w ramach wykonywania prawa do indywidualnej lub zbiorowej samoobrony, uznanego na mocy artykułu 51 Karty Narodów Zjednoczonych, udzieli pomocy Stronie lub Stronom napadniętym, podejmując niezwłocznie, samodzielnie jak i w porozumieniu z innymi Stronami, działania, jakie uzna za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej, w celu przywrócenia i utrzymania bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego”.

I co? „USS Eisenhower” ma wpłynąć do Baru?

Napisane przez: torlin | 13/11/2017

Qazaqstan i Sharapova

Jakby było nam mało zawirowań na naszym własnym podwórko, to Kazachowie robią reszcie świata krzywdę, zmieniając alfabet. Kazachstan co pewien czas zmienia go jak przechodzone rękawiczki, początki piśmiennictwa w języku kazachskim sięgają czasów pisma orchońskiego (runy), zawierającego 24 litery. Od tego czasu w swojej historii język ten zapisywano alfabetem arabskim (do 1929 r.), łacińskim (1929–1940) i cyrylicą (od 1940 r.). Teraz prezydent Nazarbajew chce przejść z powrotem na wersję łacińską, i trzeba przyznać, że ma argumenty nie do odparcia:

  1. oderwanie się od Rosji, szczególnie że północ tego kraju jest dość mocno zrusyfikowana, ale w przeciwieństwie do rosyjskojęzycznych mieszkańców Ukrainy, Łotwy, Mołdawii czy  Estonii mniejszość ta z chęcią uczy się kazachskiego i są generalnie „za”,
  2. kolejnym usprawiedliwieniem nowego alfabetu jest łatwość użycia z urządzeniami cyfrowymi: 42 znaki dla cyrylicy mogą być trudne do naciśnięcia na klawiaturze zaprojektowanej z myślą o alfabecie łacińskim.  Ogólnie rzecz biorąc, skrypty inne niż łacińskie miały trudności z Internetem,
  3. Kazachowie nie przyjmują alfabetu łacińskiego w czystej postaci, „ściągną” zapewne od Turków, używających alfabetu tureckiego (czyli zmodyfikowanego alfabetu łacińskiego, dopasowanego do głosek tureckich – tak nawiasem mówiąc można mówić o alfabecie polskim, niemieckim czy duńskim, wszędzie są znaki diakrytyczne – przypominam, że w Polsce są nimi: ą, ć, ę, ł, ń, ó, ś, ź, ż, czy duńskie æ). Kazachstan w takim razie przestanie nosić nazwę Қазақстан, a będzie nazywać się Qazaqstan,
  4. alfabet już zmieniły kraje w podobnej sytuacji jak Kazachstan, czyli Uzbekistan i Turkmenia, przy cyrylicy pozostają Kirgizja i Tadżykistan, ale Kirgizi mocno zastanawiają się nad zmianą.

Z tym związane jest moje zastanawianie się nad nazwiskami Ukraińców. To, że w paszportach mają angielską wersję, potrafię sobie wytłumaczyć, ale dlaczego w polskich dowodach osobistych, i w gazetach – jeżeli dotyczy to osób słynnych – są te przedziwne konstrukcje. Ile razy widzę: gola strzelił niezawodny Andriy Shevchenko lub Maria Sharapova znowu pokonała Woźniacką (przepraszam – Wozniacka). Zjawiła się u mnie kiedyś klientka mając nazwisko Бишек, po polsku mogłoby to być Biszek albo Byszek, a w dowodzie osobistym Rzeczpospolitej Polskiej jak wół stało Byshyek.

Napisane przez: torlin | 10/11/2017

O nich się nie mówi

Minął 1 listopada, wszyscy wspominają Wodeckiego, Brzezińskiego, Michnikowskiego. Chciałem tą notką wspomnieć ludzi, którzy zasługują na naszą pamięć, którzy w ciągu mojego życia dali mi cząstkę swojej wiedzy, sławy, dostałem od nich możliwość odczuwania optymizmu, racjonalnego zastanowienia się nad realiami życia, a także mnóstwo radości i szczęścia. Myślę, że zasługują na to. Oto ci, co odeszli:

Aktorzy:  Danuta Szaflarska, Wiesław Michnikowski, Gustaw Lutkiewicz, Lech Ordon, Krystyna Sienkiewicz, Witold Pyrkosz – ich wszystkich nie muszę Wam przedstawiać; Jeanne Moreau (aktorka takich moich ukochanych gigantów kina, jak Truffaut, Welles, Antonioni, Losey, Buñuel, Brook, Richardson, Fassbinder czy Wenders, jej chyba najbardziej popularny film to „Viva Maria”, gdzie grała jako Maria II przy Brigitte Bardot – Marii I), Janusz Kłosiński, znakomity sierżant Czernousow w „Czterech pancernych i psie” i dyrektor Wincenty Wardowski w „Czterdziestolatku” (jednak pełnię talentu pokazał w filmie Stanisława Barei „Niespotykanie spokojny człowiek„); Roger Moore (kto pamięta go jeszcze jako „Świętego”? A ja uwielbiałem go w roli lorda Sinclaira w „Partnerach„, dystyngowanego arystokraty, prowadzącego śledztwa przy boku innej mojej ukochanej znakomitości – Tony Curtisa, który z kolei grał nuworysza z Nowego Jorku. Ciekawe jest to, że ja nigdy nie znałem tytułu tego filmu, jak był nadawany w telewizji, to w programie było napisane: „serial telewizyjny”);  Mieczysław Kalenik (głównie znany jako Zbyszko), Władysław Kowalski (dla mnie przede wszystkim Jerzy w „Kolumbach”), Jerzy Cnota, i Mieczysław Gajda (dla większości z Was osoba właściwie nieznana, dla mnie jest to Szot z pierwszej ekranizacji „Awantury o Basię” Kaniewskiej).

Sportowcy: Adam Wójcik (w czasach, gdy koszykówka to było wariactwo młodzieży, był niezaprzeczalnym liderem), Jan Szczepański, Józef Grudzień (artyści boksu), Ryszard Parulski (znakomity szermierz), Andrzej Biegalski (mistrz Europy w boksie w wadze ciężkiej), Raymond „Kopa” Kopaczewski (słynny piłkarz francuski, z pochodzenia Polak, znający doskonale język polski, uznany za najlepszego piłkarza na świecie w 1958 roku)

Muzycy: Zbigniew Wodecki, Anna Szałapak, Al Jarreau (jazzman, mam mnóstwo jego płyt), Leonard Cohen, George Michael (za tymi dwoma akurat nie przepadam), Chuck Berry (rock&roll), Grek Lake (jeden z tria Emerson, Lake & Palmer, zespołu, który zaważył chyba najwięcej na mojej miłości do muzyki poważnej, trudnej), Piotr Puławski (Czerwono-Czarni i Polanie),

Ludzie nauki: prof. Lech Trzeciakowski (znakomity historyk XIX i początku XX wieku), Wiktor Osiatyński

Politycy: Helmut Kohl, Zbigniew Brzeziński,

Artyści:  Wojciech Młynarski, Stefan Sutkowski (twórca Warszawskiej Orkiestry Kameralnej), Jerzy Kossela (niezapomniany twórca Niebiesko-Czarnych i Czerwonych Gitar, zwany piątym z Czerwonych Gitar), Stanisław Wielanek (Kapela Czerniakowska), Bohdan Smoleń (na zawsze będzie mi się kojarzyć z „Tyłu sklepu”) , Magdalena Abakanowicz (jej dzieł akurat nie lubię, dałem jej nazwisko tutaj z szacunku), Andrzej Zakrzewski (kabareciarz z Trójki, znałem go przed laty w Rozgłośni Harcerskiej),

Pisarze: Janusz Głowacki, Wanda Chotomska (autorka „Jacka i Agatki”, bijącej rekordy popularności pierwszej dobranocki dla dzieci pokazywanej w Telewizji Polskiej od 1962 roku przez dziesięć lat, mojej ukochanej dobranocki),

Reżyserzy: Tadeusz Chmielewski ( twórca takich potęg jak „Ewa chce spać”, „Dwaj panowie N” (niedoceniany film kryminalny, obydwa z Mikulskim), „Gdzie jest generał”, „Pieczone gołąbki”, „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”, „Nie lubię poniedziałku” i „Wiosna panie sierżancie”) i Grzegorz Królikiewicz (ale szczerze mówiąc nie znosiłem jego filmów).

Dziennikarze: Grzegorz Miecugow, Piotr Bikont (kulinarny odpowiednik i przyjaciel Makłowicza), Zdzisław Pietrasik (krytyk filmowy tygodnika „Polityka” – bardzo go ceniłem), Robert Sankowski (dziennikarz muzyczny „Gazety Wyborczej), Bohdan Tuszyński (niezapomniany dziennikarz radiowy, sprawozdawca sportowy).

Cześć ich pamięci.

Napisane przez: torlin | 07/11/2017

Pieczara nad rzeką Alle

Rozmawialiśmy ostatnio o języku, i muszę powiedzieć, że dla mnie jest to fascynująca rzecz. A z tej fascynującej rzeczy jest rzecz jeszcze bardziej fascynująca, to jest historia wyrazów, ich pochodzenie. A crême de la crême to jest historia nazw geograficznych na całym świecie. Coś wspaniałego. Z tym że od razu mówię, przy pisaniu tej notki nie korzystam (i nie sprawdzam) z Internetu, w tym w Wikipedii, korzystam ze swoich zbiorów. Dla przykładu etymologia nazwy Olsztyn, tego znad Łyny, w Wikipedii opisana jest błędnie. Tak zresztą, jak i Berno.
Na początku – skała na zdjęciu pochodzi z ruin zamku w Olsztynie. I ktoś w najśmielszych snach mógłby pomyśleć, że Olsztyn w województwie śląskim, i główny Olsztyn nad Łyną mają całkowicie różne nazwy, brzmiące jedynie identycznie. Nazwa Olsztyna na południu pochodzi z niemieckiego die Höhle – jaskinia i der Stein, ale jako „skalna twierdza” (w Polsce der Stein zamienił się w „sztyn”: Frlsztyn, Rabsztyn) – Hohlstein, u Długosza Holsthyn. Tymczasem Olsztyn na północy to jest ta sama twierdza der Stein, ale nad rzeką Alle (czyli po polsku Łyną), czyli Allenstein, co Polacy nazwali Olsztynem.

A historia nazwy Berno nie ma nic wspólnego z niedźwiedziem, ale jest nieprawdopodobnie ciekawa, i związana z … Weroną. Otóż musimy się cofnąć aż do roku 489, kiedy to Werona została zdobyta przez Ostrogotów Teodoryka Wielkiego. Werona stała się jego ukochanym miastem, więc nazwał ją Bern. Miasto miało jeszcze dwie nazwy: Welsch Bern i Dietrichsbern na pamiątkę Dietricha z Berna, zwanego po polsku Dytrykiem z Berna (czyli z Werony). A Berno (po niemiecku Bern) nazwane zostało przez założyciela miasta od dawnej posiadłości domu książęcego w Weronie.

A taki Neapol to po grecku po prostu „Nowe Miasto” (Neapolis).

Nazwa Kalisz pochodzi od … kału, kał w Słowiańszczyźnie to teren mokry, bagnisty, brudny, wilgotny (kalać swoje gniazdo, w staropolszczyźnie: brudzić, tarzać się w błocie, patrz również niepokalana, skalać, pokalać).

A Niemcy (a dokładniej mówiąc Kawalerowie Mieczowi) założyli sobie miasto Memel nad rzeką Memel, i kto by pomyślał, że jest Kłajpeda nad Niemnem. A miasto tak nazwał Witold na złość Krzyżakom.

A tuż obok mamy Inflanty miło brzmiące polskiemu sercu, nazwa pochodzi z niemieckiego Livland, kraj Liwów, jednego z małych plemion ugrofińskich na Łotwie, bo to oni są pierwotnymi mieszkańcami tych krain, ludy bałtyckie zalały Liwów, a do nich m.in. należeli Łatgalowie, i stąd Łatgalia, czyli Inflanty Polskie.

A może coś z Polski. Serock przed laty nazywał się „Szyroczec”, gdyż w tym miejscu:

  1. Bug wpada do Narwi,
  2. Narew wpada do Bugu,
  3. Obydwie rzeki tworzą Bugonarew.

Ja wiem, jaka jest oficjalna wersja, ale żyję tyle lat, że przeżyłem oficjalnie wszystkie trzy wersje. A „szyro” zmieniło się „syro-sero” pod wpływem mazurzenia.

i tak mógłbym ciągnąć, dla mnie to jest fascynujące, kupuję książki, szukam w dokumentach, przeglądam prace w innych językach (dawniej ze słownikami w rękach, teraz jest łatwiej). Zanudziłem pewnie.

Napisane przez: torlin | 04/11/2017

Ucieczka z Charbinu

Stacja w Harbinie (wygląd z 1940 r.) W tytule jest Charbin, a nie Harbin, bo Polacy tam pracujący namiętnie tak nazywali to miasto.

Kiedyś, przed laty, napisałem wspomnienia o swoim przyszywanym wuju, Gabrielu Herburt Heybowiczu, miał wprost niesamowite życie, ale przede wszystkim studiował w Petersburskim w Instytucie Korpusu Inżynierów Komunikacji, jednej z najlepszych uczelni technicznych Europy. I w tym tekście napisałem zdanie: „budował kolej wzdłuż Bajkału, a później wzdłuż granicy chińskiej”, tymczasem wuj wyraźnie mi mówił, że budował w Chinach, i z tych Chin musiał uciekać. Nie bardzo rozumiałem, o co chodzi, i do dzisiaj bym nie wiedział, gdyby nie cudowny artykuł w Rzepie, Piotra Milewskiego „Chińska kolej, polski wkład„.

Najprościej wytłumaczy Wam wszystko powyższa mapa, okazało się, że magistralę transsyberyjską lepiej jest przeprowadzić przez Chiny, nie tylko, że jest krócej do Władywostoku i Portu Artura (teraz jest to miasto Dalian, widoczne na mapie nad Morzem Żółtym), ale też nie trzeba przedzierać się przez góry. Chińczycy na początku nie chcieli, ale w końcu dali się przekonać i 3 lipca 1896 roku Rosja i Chiny podpisały w Moskwie tajne porozumienie przeciwko Japonii. Zapewniało ono Rosji prawo dzierżawy 560-kilometrowego korytarza, w którym miała zostać zbudowana trasa. Oficjalnie przeprowadzono to w ten sposób, że założono Bank Rosyjsko-Chiński, dokapitalizowany w przeważającej części kapitałem francuskim, a z kolei bank ten powołał do życia spółkę akcyjną pod nazwą „Kolej Wschodniochińska”.

Pracowało tam bardzo wielu Polaków, wiceprezesem spółki odpowiedzialnej za prace budowlane mianowany został Stanisław Kierbedź młodszy, bratanek słynnego budowniczego mostów, a główne miasto na trasie założył też Polak,  inż. Adam Szydłowski (Wiki angielska: „Polski inżynier Adam Szydłowski sporządził plany miasta po wybudowaniu chińskiej kolei wschodniej, którą sfinansowało imperium rosyjskie”).

Prezent dla Szymona – Chinese Eastern Railway locomotive Kh672 with an express train at Harbin.

Teraz zrozumiałem wuja Gabriela, jak mówił, że on nie uciekał do Chin, bo w nich był. Musicie pamiętać, że jak umarł, ja miałem 19 lat, gdybym wtedy miał taką głowę jak teraz, tobym zadręczał go pytaniami. A teraz żałuję. Rzepa tak pisze: „gdy latem 1900 roku gotowe było 1300 kilometrów torów, wybuchło powstanie skierowane przeciwko „zamorskim diabłom”, zwane również powstaniem bokserów. Opanowali oni prawie całą linię. Na niewiele zdała się bohaterska obrona kolejarzy. Spalono większość budynków, splądrowano magazyny i szopy z narzędziami, zrabowano węgiel i zapasy, zrujnowano kopalnie, unieruchomiono telegraf i zniszczono znaczną część taboru. Miejscowych robotników, którzy nie przyłączyli się do rewolty, przegnano”.

A Harbin okazał się bardzo rosyjskim miastem, i polskim również. Pod tym zdjęciem jest napis: „Русский город Харбин” (dla Gszczepy – rosyjskie miasto Harbin). Teraz to już nie ma tam i Rosjan, i Polaków, pozostała ciekawa historia. I piękne zdjęcia.

Budowa trasy

Reklama

Dla mnie przełom XIX i XX wieku był fascynujący, i w kulturze, i w ciekawostkach świata, i w polonikach.

 

Dzisiaj zrobimy sobie pewnego rodzaju Hyde Park, nazbierało się tego trochę. Telemach ma rację, że nie można wierzyć we wszystko Wikipedii. No cóż Telemachu, trochę inaczej zachowuję się przy swojej poważnej pisaninie, weryfikuję wszystko jak tylko mogę, sprawdzam w dziesiątkach (jeżeli tyle jest :D) źródeł, trochę inaczej zachowuję się w blogu. Wybacz, ale nie sprawdzam prawdziwości herbu Walezjuszy (mam nadzieję, że się nie gniewasz za te słowa).

Oto duet danych z Wikipedii, z notek, które w ostatnich dwóch dniach były mi potrzebne:

  1.  Powiat bieszczadzki  (tako rzecze Wikipedia): „jest najmniejszym (…) powiatem w Polsce”, ma 1138,17 km². Tymczasem wystarczy wejść na byle jakie województwo, np. wielkopolskie, gdzie powiatów poniżej 1 tys km² jest większość.
  2. Maria Kunegunda Wettyn, nazwisko nieobojętne chyba każdemu Polakowi, najmłodsza córka Augusta III i Marii Józefy Habsburżanki (miał tych dzieci aż 14, i co najciekawsze 11 dożyło do prawie mocno zaawansowanego wieku) – ale nie o tym mówimy. W Wikipedii pod hasłem Maria Kunegunda Wettyn czytamy: „Maria Kunegunda była 15. (najmłodszym) dzieckiem elektora saskiego i króla Polski Augusta III i jego żony Marii Józefy, jedynym dzieckiem tej pary, które przyszło na świat na terenie Polski (pozostałe rodziły się w Saksonii)”. W porządku, zaglądamy do tych innych dzieci i sprawdzamy (jak kiedyś Giertych niszczący Kurskiego): „Maria Elżbieta Wettyn. Urodziła się w Wilanowie jako jedenaste spośród czternaściorga dzieci pary królewskiej”. ” Maria Krystyna Wettyn. Urodziła się w Wilanowie jako dziesiąte spośród czternaściorga dzieci pary królewskiej”. Starczy?

Mam prośbę do Pań, przede wszystkim do Stokrotki, Marii i Juli. Trochę boję się opublikować notkę, którą napisałem. Kiedyś dałem kontrowersyjną notkę w Kamiennej Wiosce o kobietach, i od tego czasu więcej nie ujrzałem Dory z „Polityki” i acapelli. Jeżeli mi pozwolicie i nie odejdziecie z blogu, to ją – za Waszą zgodą – opublikuję. Inaczej nie.


Dzisiaj jest pierwszy listopada, Dzień Wszystkich Świętych. Ja, jak wiecie, jestem niewierzący, ale niektórych świętych bardzo lubię. Takim moim ulubionym jest Św. Nepomucen, patron zachowania tajemnicy, „przeciwpowodziowy” i podróżników i żeglarzy. Zbudowany jestem

dziejami powyższej figurki, pracowałem w tych latach na Łuku Siekierkowskim. Na rogu Augustówki i Wiertniczej stała w szczerym polu figurka Świętego, i kiedy TVN zaczął budować swoją drugą siedzibę, figurka zniknęła. I raptem na końcu odnowiona znalazła się na swoim miejscu, a TVN dorobiła Świętemu nową funkcję – jako że zginął nie wyjawiwszy tajemnicy spowiedzi, jest też uważany za patrona zachowania tajemnicy i dobrego imienia. Lubię Św. Franciszka za rozmowy ze zwierzętami i Św. Jacka za imię.


Mamy Dzień Zmarłych i znowu odeszło kilku artystów, których kochaliśmy: Sienkiewicz, Michnikowski, Młynarski, Pyrkosz (Pyrkosz, pyrkosz, i nie jedziesz), Ordon, Wodecki, Szaflarska. Odszedł cudowny reżyser Tadeusz Chmielewski, twórca takich potęg po dzień dzisiejszy jak: „Ewa chce spać”, „Dwaj panowie N” (niedoceniany film kryminalny, obydwa z Mikulskim), „Gdzie jest generał”, „Pieczone gołąbki”, „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”, „Nie lubię poniedziałku” i „Wiosna panie sierżancie”.

Strasznie mi żal, że odchodzą ludzie dawnych kabaretów, już prawie nikogo nie ma, z „młodszych” został Fronczewski, Barbara Wrzesińska, Marek Kondrat, Wojciech Pokora, Janusz Gajos. Jan Kobuszewski. Ale ci pierwsi? Krafftówna, Michnikowski, Dziewoński, Marian Kociniak (chociaż Jan też występował), Andrzej Zaorski, a teraz Sienkiewicz i Michnikowski. Pani Krystyna zawsze będzie mi się kojarzyć obok kabaretów z „Lekarstwem na miłość” i „Rzeczpospolitą babską”. Żal mi tych dawnych kabarecików rodem z Gałczyńskiego, późniejsze ze Śleszyńską, Wonsem, Siudymem i Tyńcem – to już nie było to.


Ksawery położył pomnik przyrody w Lesie Kabackim.


Kiedy przestanie padać?


Mam olbrzymi problem, może nie egzystencjalny, nie przesadzajmy. Nie mam z kim wyjeżdżać, dotychczasowi partnerzy i partnerki wykruszyli się, a ja nie mogę znaleźć chętnego (chętną) na powłóczenie się z plecakiem np. w przyszłym roku na przełomie sierpnia i września po Kirgizji. Może sami bylibyście zainteresowani, a może znacie kogoś?


Vandermerwe, stęskniłem się za Twoimi komentarzami. Uhuhu!!!! Pozdrowienia

Już dawno nie rozprawiałem się z różnego rodzaju mitami, gdy niegdyś było to moje ulubione działanie. Zachwyciło mnie zdanie powtarzane później po wielokroć przez wielu światłych Polaków, a przypisywane Zygmuntowi I, jakoby się chwalił, że: „mógł położyć bezpiecznie głowę na łonie każdego poddanego swego”. Wg mnie po raz pierwszy użył tego zwrotu arcybiskup lwowski Jan Zamoyski w odpowiedzi na list wojewody krakowskiego Gabriela Tęczyńskiego do senatorów. Całość brzmiała tak: „Zygmunt Pierwszy się chwalił, że mógł położyć bezpiecznie głowę na łonie każdego poddanego swego. Nie pochwalił się Trzeci”. Działo się to na zjeździe rokoszowym w Stężycy w 1606 roku.

Do czasów Zygmunta Starego wracano myślami w XVII wieku jako do raju, Edenu, Krainy Szczęśliwości Wszelakiej, ten król czuł się bezpieczny wśród narodu (czytaj szlachty), włos mu z głowy nie spadłby, mógł chodzić spokojnie bez straży przybocznej. Później nastał Walezy, a skutki jego panowania – Pamiętacie?:

Gdzie się Wieprza kręte fale wiodą,
Płynąc w Wisłę, gdzie wygnańca strzecha,
Poderwana i podmyta wodą,
Sterczy stara siedziba Sieciecha,

Tam oszukan lud polskiej krainy
Przez ucieczkę Walezego zdradną,
Na płaszczyźnie szerokiej równiny
Zbiegł się wszystek na wiece obradną; (…)

Gdy więc Niebo taki los przyniosło,
Niech się Polsce do praw wrócić godzi,
I rzucone przez Henryka wiosło
Dać innemu, by kierował z łodzi!

Lecz Polacy! gdy wieca zebrana,
Kadźcież dobrze, do obrad zasiadłszy!
Tego sobie wybierzcie na pana,
Kto poczciwszy, nie zaś kto bogatszy.

I co trzykroć i czterykroć mówię:
Niech was kłótnie nie zawodzą płoche;
Zniżcie rogi na wyniosłej głowie,
Butny umysł pohamujcie trochę.

Bo gdy żaden ulegać nie zechce,
Rzecz publiczna już będzie zatruta;
Na cóż wolność rzekoma nas łechce?
Na co zda się układać statuta?

Tak, to Kochanowski, też w Stężycy, ale pierwszej, na zjeździe stężyckim w 1575 roku, kiedy to decydowano się na ogłoszenie bezkrólewia. Interregnum powstało w wyniku złożenia z urzędu dotychczasowego władcy Henryka Walezego, a zgodnie ze zwyczajem interrexem (zwanym dawniej międzykrólem) został prymas, arcybiskup gnieźnieński. A na króla wybrano Batorego. Zastanawiam się, czy z tym Walezym to nie jest mit. Uciekł, nie mogę zaprzeczyć, nie chciał wrócić do Polski, ale do końca życia posługiwał się tym herbem,

czytałem gdzieś, że proponował Polakom podwójne rządy, on we Francji jako podwójny król, Polski i Francji, a Anna rządząca w Polsce jako jego reprezentant.

Jeżeli mówimy o tym spokojnym złożeniu głowy na łonie narodu, to od razu kojarzy nam się Gąsawa. Podoba mi się fragment „Królewskich snów”, w których Witold narzeka, że strażnik zabrał mu nóż przed wejściem do łaźni, w której przebywał Jagiełło. „Zabrali mi mój nóż”.  „Popatrz, rządzą się czorty jak chcą. Ale wybacz mi mój miły, ale Polacy pamiętają, że łaźnie potrafią być groźne dla polskich książąt”. „Dlatego łaźni unikają” – odpowiada dowcipnie Witold. I przez wiele lat ten syndrom nie był w ogóle rozpowszechniony, a przecież zabójstw królów w ogóle u nas nie było.

I raptem zaczyna to być podkreślane podczas Rokoszu Zebrzydowskiego, że Zygmunt III nie mógłby tego powiedzieć. Inna sprawa, że Stężyca i Lublin, a później Guzów są to miejscowości-świadectwa dwóch olbrzymich w skutki świadectw historycznych:

  • po raz pierwszy od wielu lat Polska pękła na połowę w przekonaniach politycznych (dla przykładu 14 posłów wielkopolskich, o których wiadomo, że posłowali wielokrotnie, 6 opowiedziało się po stronie królewskiej, 8 stanęło w szeregach rokoszowych),
  • po raz pierwszy po Unii tak wyraźnie został zaprezentowany sojusz szlachty Polski i Litwy, że ujawnione zostało poczucie wspólnoty, a zarazem, uczyniony krok do jej umocnienia.

I gdyby nie Narutowicz, to moglibyśmy powtarzać znowu, że każdy polski władca może spokojnie położyć głowę na łonie każdego poddanego swego. Ale niestety straciliśmy dziewictwo, a dziewictwo się traci tylko raz ( o operacjach plastycznych słyszałem 😉 ).

Napisane przez: torlin | 26/10/2017

Agonia wiedzy eksperckiej? Trzeba umieć się bronić.

Jestem prenumeratorem dwóch dla mnie bardzo ważnych pism: „Gazety Wyborczej” i internetowego pisma (jeżeli ten portal można tak nazwać) „Wszystko Co Najważniejsze„. Następują dwie olbrzymie tendencje, natłok fake news i agonia wiedzy eksperckiej. Idzie nowe, XXI-wieczne, i nie mamy co się obrażać na rzeczywistość. Z jednej strony musimy zdiagnozować problem i starać się wymyślić antidotum na kłopoty, z drugiej nie możemy drętwieć z przerażenia i mówić: „cokolwiek byśmy nie zrobili, to i tak wszystko upadnie”. Róbmy swoje – jak mawiał Młynarski.

Pierwsze zdanie u góry nie jest takim sobie „się chwaleniem”, to jest świadome działanie. „Gazeta Wyborcza” ma już 110 tys. płatnych prenumeratorów, daleko jej oczywiście do New York Times-a, ale z każdym miesiącem liczba osób chcących zapłacić za wiadomości rosła w miarę szybko. A przecież jeszcze niedawno, bo w 2013 tego rodzaju wiadomości były wręcz sensacyjne: „Na początku nie zapowiadało się na sukces. Gdy „New York Times” wprowadził opłaty za dostęp do internetowego wydania (internauci mogą za darmo przeczytać 20 artykułów miesięcznie), firma badawcza Experian Hitwise porównała liczbę wizyt na stronach NYTimes.com na 12 dni przed wprowadzeniem i 12 dni po wprowadzeniu nowego modelu biznesowego. Uruchomienie „paywalla” przyniosło gazetowemu serwisowi spadek ogólnej liczby wizyt o 5–15 procent. Wprowadzenie opłat miało też negatywny wpływ na liczbę odsłon stron – amerykański serwis odnotował spadek od 11 do 30 procent. Równocześnie jednak pojawił się efekt, którego Janet Robinson, ówczesna szefowa „Timesa”, długo nie upubliczniała. Trzy tygodnie od wprowadzenia opłat za dostęp do internetowego wydania gazeta „New York Times” sprzedała ponad 100 tys. cyfrowych subskrypcji. W skali roku przyniosło to spółce dodatkowy przychód rzędu 20 mln dolarów, który systematycznie rósł wraz z sukcesywnym wprowadzaniem opłat w aplikacjach na smartfony i tablety, gdzie darmowa pozostała tylko sekcja Top News. Zamykanie treści w połączeniu z malejącą sprzedażą wydań papierowych wywołało w NYTC spadek przychodów z reklam o 96 mln dolarów (z 994 mln w 2010 roku do 898 mln w 2012 roku). Ale w tym samym czasie aż o 101 mln dolarów wzrosły przychody ze sprzedaży detalicznej wszystkich wydań medialnej grupy (z 851 mln w 2010 do 952 mln w 2012 r.). Z tego lwią część stanowiła dystrybucja wydań cyfrowych. Dlatego NYTC jest dziś w zupełnie innym miejscu niż większość jego amerykańskich i globalnych konkurentów”. To było w 2013 roku.

A później nastąpił Trump, dostał nawet swoją nazwę, już nie fake news, ale Trump Bump. Jak pisze Rzepa: „Od czasu ubiegłorocznej kampanii prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych, zakończonej zwycięstwem przebywającego z wizytą w Warszawie Donalda Trumpa, eksperci mówią o tzw. efekcie Trumpa („Trump bump”). Ma on związek z przybierającym na sile zjawiskiem rozpowszechnianych w internecie kłamstw, czyli tzw. fake newsów. Już 16 proc. Amerykanów wsparło ulubione media, przelewając im pieniądze albo płacąc w jakiejś formie za newsy w sieci. (…) Zyskują przede wszystkim prestiżowe media. W ciągu sześciu miesięcy od wyborów w USA „The New York Times” zdobył 500 tys. cyfrowych subskrybentów, a „The Wall Street Journal” – ok. 200 tys. Jak mówi „Rz” Maciej Hoffman, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy, fake newsy, jakie zalały internet, odrzucają czytelników i także w Polsce rośnie liczba e-subskrypcji gazet.

Ludzie od tysiącleci dzielą się na podatnych na jakąkolwiek głupotę, i tych z bólem serca liczę na jakieś 80% ludności każdego państwa, i na te pozostałe 20 (wygląda na to, że jestem optymistą – dawniej mówiłem o 5), które myśli, weryfikuje, zmienia!!! poglądy, gdy spostrzeże się, że nie ma (miał) racji. Ci ludzie nie wiedząc, gdzie jest ukryta prawda, ruszyli do dawnych ostoi inteligencji.  Fakty są święte, opinie wolne – jak głosi hasło „Guardiana”. Ja osobiście szukam prawdziwych informacji, i mimo że jest bezpłatna gazeta.pl doszedłem do wniosku, że szacunek dla GW wymaga, abym za tę Gazetę płacił.

Zapisany jestem również do Wszystko Co Najważniejsze, jest to bezpłatny portal (póki co) z bardzo wieloma mądrymi artykułami. Przykuł moją uwagę jeden z nich, autorstwa Toma Nicholsa „Agonia wiedzy. Koniec ekspertów. Śmierć elit.”, i mimo że autora świetnie rozumiem, nie mogę się z nim zgodzić. Bo on przybiera pozę „rozdzierania szat”, tak jak w 2013 roku wydawcy gazet. To jest koniec i nic nas nie uratuje. „Obawiam się, że jesteśmy świadkami „agonii wiedzy”. Otóż Google, Wikipedia, blogi – wszystko to sprzyja zanikowi jakiejkolwiek granicy między profesjonalistami a laikami, uczniami a nauczycielami, znawcami a poszukującymi, czyli innymi słowy między tymi, którzy coś osiągnęli na danym polu, a tymi, którzy tego nie dokonali. Nie mam na myśli agonii wiedzy jako takiej, znajomości konkretnych rzeczy, która odróżnia jednych ludzi od drugich w poszczególnych dziedzinach. Zawsze będą lekarze, prawnicy, inżynierowie i inni specjaliści w różnych dyscyplinach. Obawiam się raczej tego, że wiedza straciła swój autorytet jako coś, co powinno kształtować nasze myśli lub zmieniać sposób życia”.

„Odrzucanie pojęcia wiedzy i głoszenie z moralizatorską emfazą, że każdy ma prawo do własnego zdania, jest niemądre. Gorzej, to jest niebezpieczne. Agonia wiedzy jest nie tylko odrzuceniem jej samej, ale także sposobów, jakimi ją zdobywamy i jakimi uczymy się różnych rzeczy. Generalnie jest to odrzucenie nauki i racjonalizmu, które stanowią fundament cywilizacji Zachodu. (…) Nie chodzi tylko o politykę, choć i wtedy byłoby już wystarczająco źle. Jest jeszcze gorsza rzecz: agonia wiedzy ma ten przewrotny skutek, że w braku rzeczywistych ekspertów każdy czuje się ekspertem we wszystkim. Oto szokujący przykład: żyjemy dziś w wysoko rozwiniętym postindustrialnym kraju, który walczy z odradzającą się epidemią krztuśca – choroby wyeliminowanej sto lat temu. A to dlatego, że skądinąd inteligentni ludzie kwestionują decyzje lekarzy i odmawiają szczepienia swoich dzieci po przeczytaniu bzdur napisanych przez ludzi, którzy nie mają pojęcia o medycynie (tak, mam na myśli ludzi takich jak Jenny McCarthy) [amerykańska aktorka i modelka zaangażowana w ruch społeczny wymierzony przeciw szczepionkom, które mają rzekomo powodować autyzm – przyp. tłum.]. W polityce problem również osiągnął niewiarygodne proporcje. Uczestnicy debaty publicznej nie odróżniają już frazy „mylisz się” od „jesteś głupi”. Mieć odmienne zdanie to dopuścić się zniewagi. Sprostować kogoś to być nienawistnym. A odmawiać uznania alternatywnych poglądów, jak nierealne czy bezsensowne by one były, to mieć ciasny umysł. Krytycy mogą wszystko to negować, mówiąc, że każdy ma prawo uczestniczyć w sferze publicznej. To prawda. Każda dyskusja musi być jednak prowadzona w pewnych granicach i powyżej pewnego poziomu kompetencji. A kompetencji w życiu publicznym w sposób widoczny brakuje. Ludzie, którzy nawołują do wojny w innych częściach świata, z trudem potrafią wskazać na mapie swój własny kraj; ludzie, którzy chcą ukarać Kongres za tą czy inną ustawę, nie umieją nawet wymienić nazwiska kongresmena ze swojego okręgu. Żaden z tych przejawów ignorancji nie przeszkadza ludziom toczyć sporów, jakby byli naukowcami. Skonfrontuj laika ze złożonym problemem politycznym, a otrzymasz obcesowe żądanie, aby przedstawiać coraz to większe ilości „dowodów” na poparcie swojej tezy, choć w takich debatach zwyczajny rozmówca nie jest w stanie rozstrzygnąć, co stanowi „dowód””.

No i co z tego? Tak było zawsze, i trzeba z tym walczyć, a nie załamywać rąk. Ci „eksperci” to są ci sami ludzie, którzy wierzą w Trump Bump i fake newsy. I trzeba organizować takie miejsca dla inteligencji, jak powyższe WcN, czy np. portal Forsal.pl. I będzie dobrze.

Older Posts »

Kategorie