Napisane przez: torlin | 19/10/2018

Ips typographus ante portas

Kornik drukarz robi „porządek”, to co się dzieje, to jest coś przerażającego. Rozumiem teraz zwolenników Puszczy „Białowieszczańskiej”. To jest zdjęcie z mojej działki, wszystkie te świerki są suche od czubka po korzenie. Pozostało jeszcze koło 20 dużych świerków, ale wszystkie już mają fragmenty suche, tak że i te pójdą po topór. I pomyśleć, że działka była pełna drzew. Na sąsiedniej działce pod piłę poszedł modrzew, któremu brakowało 5 cm, aby – jakby był zdrowy – zostać pomnikiem przyrody.

Niestety, kornik drukarz jest czyścicielem przyrody, atakuje drzewa słabe, nieodpowiednie dla tego terenu. Dąbrówka, jak sama nazwa wskazuje, jest ziemią dębów, rosną wspaniale, świetnie też czują się tu buki (Las Kabacki ma całe aleje bukowe), ale nowoPolacy nie lubią tych drzew, bo są liściaste i trzeba grabić liście, i nie wygląda ogród tak przepięknie. Mamy w tym momencie u siebie 5 dębów, ale najwyższy ma dopiero ok. 2,5 metra wysokości.

Trochę dziwnie się czuję, mieszkałem na działce w centrum przyrody, a teraz będę na gołym placu.

A w Księdze Rodzaju (6.4) stoi napisane: „A w owych czasach byli na ziemi giganci”. Fundamentaliści, wierzący w każde słowo Biblii, i dyskusje z nimi na spotkaniach Metodystów tak zdenerwowały George’a Hulla, właściciela sklepu tytoniowego w Nowym Jorku, że postanowił zakpić z jednego z adwersarzy. Zatrudnił ludzi do wydobycia 10-metrowego bloku gipsu w Fort Dodge w stanie Iowa, oszukując, że jest przeznaczony na pomnik Abrahama Lincolna w Nowym Jorku. Wysłał ten blok do Chicago, gdzie niemiecki kamieniarz Edward Burghardt wyrzeźbił kolosa na podobieństwo człowieka. Włożył również sporo wysiłku, aby olbrzym wyglądał na stary i zwietrzały, nawet powierzchnia olbrzyma została pobita stalowymi drutami tkwiącymi w desce w celu zasymulowania porów. W listopadzie 1868 roku Hull przetransportował olbrzyma koleją do gospodarstwa jego kuzyna, Williama Newella. Do tego czasu wydał 2 600 USD na oszustwo (prawie równowartość 48 000 USD w 2017 r.,).

W dn. 16 października 1869 roku czyli dokładnie 149 lat temu, gigant został „znaleziony” podczas kopania studni. Newell ustawił namiot nad olbrzymem i naliczał 25 centów od ludzi, którzy chcieli go zobaczyć, a dwa dni później podniósł cenę do 50 centów. Widzowie ustawiali się w kolejce. Tymczasem ludzie zdrowo myślący mieli ubaw po pachy, archeolodzy od razu powiedzieli, że to fałszywka, geolodzy stwierdzili, że tylko głupiec w tym miejscu kopałby studnię, a niektórzy teolodzy i kaznodzieje bronili jednak jego autentyczności.

Ostatecznie Hull sprzedał swój udział w wysokości 23 000 USD (równowartość 445 000 USD w 2017 r.) spółce pięciu mężczyzn kierowanych przez Davida Hannuma. Ci przenieśli go na wystawę w Syracuse w Nowym Jorku, a gigant przyciągnął takie tłumy, że showman P. T. Barnum zaoferował Hannumowi 50 000 $ za jego odsprzedanie. Ponieważ ten odmówił, wynajął mężczyznę, by stworzył replikę gipsową, a następnie pokazał swojego olbrzyma w Nowym Jorku, twierdząc, że to ten jest prawdziwym olbrzymem, a gigant z Cardiff oszustem. Fałszywa kopia Barnuma przyciągnęły większy tłum niż oryginalny falsyfikat, gdy obaj wystawiali swoje olbrzymy zaledwie kilka przecznic od siebie w Nowym Jorku.

Hannum pozwał Barnuma do sądu za to, że ten nazwał jego giganta fałszywym, ale wszystko zmieniło się w dn. 10 grudnia 1869 r., gdy Hull wyznał wszystko prasie, a 2 lutego 1870 r. sąd miał nieprawdopodobną radochę orzekając, że Barnum nie może zostać pozwany o uznanie fałszywego giganta za fałszywego.

Ale niestety musimy przy tym wesołym temacie postawić kilka pytań, czy przeciętny człowiek ma prawo spojrzeć na dowody i decydować, co jest prawdą? Jaki jest autorytet nauki? Czy Biblię należy rozumieć dosłownie? Humbugi były formą rozrywki w II połowie XIX wieku – aby „spektakularnie przedstawić zasadę niepewności wiedzy”, czyżby dziś była to forma polityki? I ile oni wszyscy na tym gigancie zarobili? Wszyscy dorobili się fortun. Najciekawsze jest to, że jest on w dalszym ciągu wystawiany współcześnie na Wystawie Rolniczej w Cooperstown, NY. Zanim zacznę krytykować oglądających przypomnę sobie, że sam jeździłem do Werony zobaczyć m.in. dom Julii i dom Romea. A tak nawiasem mówiąc, do dzisiaj są wątpliwości, czy na Wystawie Rolniczej jest Gigant  Hannuma czy Barnuma? Ciekawe 😉

Napisane przez: torlin | 13/10/2018

Futuryści, mieliście odrobinę racji

Ulica wchodzi do domu” Umberto Boccioniego, przedstawia wprawdzie Mediolan, a nie Wenecję, ale nikt nie jest doskonały. Ciągle powtarzam sobie powiedzenie Hoko, że „Torlin, nie można wszystkiego uwielbiać”, ale ja kocham futurystów.
8 lipca 1910 roku z wieży zegarowej w Wenecji pofrunęło 800 tysięcy ulotek manifestu futurystycznego (zapewne podana ilość jest bardzo daleka od rzeczywistości), zrzucił je Marinetti, twórca i przywódca ruchu futurystycznego. Jak był niewygodny dla władz miasta ten manifest świadczy fakt, że tamtejsze gazety nie zamieściły o tym wydarzeniu najmniejszej nawet wzmianki.

„Odrzucamy starą Wenecję, wycieńczoną i osłabioną przez trwające przez stulecia lubieżności, chociaż my też kiedyś kochaliśmy ją i ubóstwialiśmy w naszych tęsknych marzeniach. Odrzucamy tę Wenecję turystów, ten rynek fałszywych antyków, ten magnes snobizmu i głupoty z całego świata, to łóżko, w którym leżały karawany kochanków, tę ozdobioną szlachetnymi kamieniami nasiadówkę dla kosmopolitycznych kurtyzan, te cloaca maxima paseizmu. Chcemy to zgniłe miasto uzdrowić, doprowadzić do zabliźnienia te wspaniałe rany przeszłości. Chcemy ożywić na nowo i uszlachetnić lud Wenecji, która utraciła swą wielkość, którą zatruwa wzbudzające wstręt tchórzostwo i poniża zgiełk jej małych, zezujących handlarzy. Chcemy przygotować narodziny Wenecji przemysłowej i militarnej, która może opanować Adriatyk, to wielkie, śródziemne morze. Spieszmy więc, by małe, śmierdzące kanały zasypać gruzem ze starych, rozwalonych i wysadzonych pałaców.  Spalmy gondole, te fotele na biegunach dla idiotów, i wznieśmy aż do nieba potężną geometrię mostów z metalu i zwieńczone dymem fabryki zamiast falistych zarysów starych budowli. Nastąpi wreszcie królestwo boskiego elektrycznego światła, by uwolnić Wenecję od kupnego blasku księżyca w jej umeblowanych pokojach (…).

Gdy wołamy „śmierć światłu księżyca”, to myślimy o Tobie, ty stara, ociekająca romantyzmem Wenecjo!… Wenecjo, stara krupierko, która pod ciężką mantylą mozaik wciąż z uporem dostarczasz trawiących gorączką romantycznych nocy, żałosnych serenad i wywołujących przerażenie zasadzek. Wenecjanie! Wenecjanie! Dlaczego wciąż jeszcze chcecie pozostawać miernymi niewolnikami przeszłości, plugawymi dozorcami największego burdelu historii, pielęgniarzami najsmutniejszego szpitala świata, w którym dogorywają dusze śmiertelne przeżarte syfilisem sentymentalizmu?… „.

Futuryści byli anarchistami, walczyli ze wszystkimi tradycjami, które – ich zdaniem – zatruwają drogę ku świetlanej przyszłości. Wszyscy wiedzą, że były dwa podstawowe powody powstania ruchu futurystycznego we Włoszech, rewolucja przemysłowa na przełomie XIX i XX wieku oraz upadek kultury włoskiej w tym okresie. Ale czy czytając ten manifest nie wydaje się Wam, że oni mają sporo racji? Pomińmy te „zwieńczone dymem fabryki”, bo to jest 1910 rok, a nie 2018, ale czy przypadkiem Wenecja nie stała się naprawdę synonimem czegoś złego? Ona pierwsza zaprotestowała przeciwko takiej liczbie turystów, nie tylko werbalnie, ale i sami mieszkańcy poprzez gremialne wyprowadzanie się z miasta. Te romantyczne wyjazdy par do Miasta Kanałów, śmierdząca woda, motorówki falami rozbijające zgrzybiałe mury pałaców, ta cepeliada doprowadzająca do wyższego stanu mdłości. Nie mówię, że należy zasypywać kanały, ale naprawdę należy się zacząć zastanawiać, czy Disneyland jest konieczny w każdym europejskim mieście.

Napisane przez: torlin | 10/10/2018

Estetyka akt urzędowych

Jak już pisałem – nie mam tematów. Postanowiłem w takim razie pokazać rzecz, która mną wstrząsnęła. Czy tylko ja mam takie odczucie? Mam paszport z 2010 roku, jest właściwie ważny do 2020, ale na zdjęciu mam dłuższe włosy, brodę i wąsy, a teraz wyglądam, jakby mnie wypuścili z poprawczaka. Już do Gruzji mnie nie chcieli wpuścić. Ponieważ dochrapałem się zaszczytnej funkcji emeryta, płacę za nowy paszport tylko 70 złotych, a nie 140. To se zrobię nowy, stać mnie – pomyślałem. Mam zdjęcia z wyrabianego dowodu osobistego, myślę – sprawdzę, czy one się nadają. Wlazłem na stronę ul. Kruczej, odnalazłem „Wymagania do zdjęć paszportowych”, „Pliki do pobrania”, a tam była: „Instrukcja wykonywania zdjęć spełniających kryteria ICAO w zakresie biometrycznego wizerunku twarzy w paszportach i dokumentach podróży”, a także „Plakat informacyjny „Nowe zdjęcia do paszportu” dotyczący wyglądu zdjęć do paszportów biometrycznych”.
Zawartych jest tam szereg zdjęć, przyzwoitych pod względem estetycznym, tekst jest napisany poprawną polszczyzną, i raptem oczom oglądającego ukazują się dwa rysunki, nie wiadomo po co, bo zdjęcia pokazują dokładnie to samo. Rysunki – koszmarki, czy naprawdę w akcie urzędowym nie może być czegoś ładniejszego? Czy tylko ja jestem przewrażliwiony?

Ps. Wyrażam olbrzymią wdzięczność Szczurkowi, że mi pomógł, i do tego telefonicznie, abym skutecznie mógł zamieścić powyższy rysunek w blogu, w oryginale zawarty w PDF-ie.

Napisane przez: torlin | 08/10/2018

Cykl z dynią

To musiało kiedyś nastąpić, wszystko w świecie ma swoje cykle. Całe życie jest cyklem, jak to mówiono dawniej po wsiach, pogrzeb idzie razem z kołyską. Mój post nie jest jakimś wielkim nawiązaniem do spraw politycznych, gdzie cykliczność jest widziana gołym okiem we wszystkich demokracjach, ale do mojej pustki w głowie w sprawie nowej notki. Nie mam światu nic ciekawego do powiedzenia. Tak mówiąc szczerze chodzi za mną opowiadanie, mam je całe w głowie, ale że zacytuję bohatera z „Prosto w serce” – „to jest takie pracochłonne!”. Są dni, w których pamięć WordPressa jest pełna moich notek czekających na publikację, są chwile, w których każdy tekst wydaje mi się głupi. Mógłbym dawać notkę raz na dwa miesiące 😀 jak Szczurek, ale to jest Szef Krainy Loch Ness i do niego czytelnicy wracają, a do mnie mogą nie wrócić 😀 .

Oczywiście moich skromnych rozważań na temat cykliczności nie należy łączyć z Wiecznym Powrotem, bo jestem jeszcze i ciągle zdrowy na umyśle. Nikt i nic się nie powtarza, a nawet jeżeli tak, to jest to rzecz nie do udowodnienia. Kamienna Wioska wymarła, zapewne jej mieszkańcy udali się do sąsiedniej osady na jakiś festyn czy zabawę.

Napisane przez: torlin | 04/10/2018

Zdjęcia dla Szczurka

Pierwsza książka

Chciałem to zrobić pod podstawowym wpisem, ale nie umiałem.

I druga książka

Napisane przez: torlin | 03/10/2018

Jestem Polakiem, bo mi się tak podoba

Czytam teraz biografię Kazimierza Przerwy-Tetmajera pióra  Tadeusza Januszewskiego i zafascynowany jestem pierwszym fragmentem książki, walką o polskość, a raczej walką o bycie uznawanym jako Polacy rodziny Tetmajerów. Jeszcze ojciec Kazimierza (i Włodzimierza również – byli przyrodnimi braćmi) Adolf podawał wersję nazwiska – Tettmayer von Przerwa.

T. Januszewski podaje treść listu, jaki wysłał Kazimierz do Stanisława Ponikły (szkoda, że Stanisław Ponikło nie ma swojej strony w Wikipedii: lekarz żyjący na przełomie wieków XIX i XX, działacz społeczny, profesor UJ, dyrektor krajowego Szpitala św. Łazarza, b. Prezes Towarzystwa lekarskiego krakowskiego, członek komisyi sanitarnej m. Krakowa, członek kuratoryi „Schroniska XX. Lubomirskich” (schronisko dla ubogich w Krakowie), autor wspaniałego dzieła 😀 „Kilka słów o napojach wyskokowych, w szczególności o piwie pod względem higienicznym”, moim zdaniem jest to wina UJ):

„Wielmożny Panie Profesorze!
Korzystając z łaskawego upoważnienia, przedstawiam kwestię: ministerium sprawiedliwości w sprawie legitymacji mego syna par rescriptum principia (chyba powinno być per, rescriptum, po polsku reskrypt – w prawie rzymskim akt normatywny wychodzący z kancelarii cesarskiej), zażądało udowodnienia metrykami (…), że ja pochodzę od Stanislawa Tetmajera de Przerwa, który wraz z braćmi Wojciechem i Aleksandrem w X. 1794 r. do stanu szlacheckiego podniesiony został (jak twierdzi akt ministerialny, a jak podaje nasza rodzinna tradycja – za poręczeniem któregoś Czartoryskiego i któregoś Lubomirskiego otrzymał potwierdzenie szlachectwa). (…) Zatem: Stanisław, syn Karol, syn Adolf, syn Kazimierz i syn mój Kazimierz, na którego szlachectwo ma być po zadokumentowaniu przeniesione”.

Pogrzebałem trochę w swoich źródłach i w Internecie. Stanisław Tettmayer był sekretarzem Sądu Krajowego w Tarnowie i w „Poczcie szlachty galicyjskiéj i bukowińskiéj” rzeczywiście figuruje (Tettmayer Przerwa (de) Stanislaw, Wojciech i Alexander, z dodatkiem Stanislaw sekretarz c.k. Sądu szlacheckiego). Podany jest rok nadania szlacheckiego (1794) i że reskrypt wyszedł z kancelarii cesarza Franciszka II, ale ku mojemu zdziwieniu nie ma podanego herbu. U wszystkich postaci w górę i w dół herby są podane, a w przypadku Tettmayerów już nie.

Tetmajerowie byli Polakami nie tylko z racji udziału w walkach o wolność Polski, ale byli również zafascynowani  literaturą polska i polskim językiem. Stanisław Tettmayer (pradziad naszego Kazimierza, ten co dostał szlachectwo) tłumaczył dzieła z literatury klasycznej na polski. Januszewski pisze, że Tetmajerowie wbrew prawdzie udowadniali, że są Polakami, a ja sobie przypomniałem wtedy cudowny tekst Juliana Tuwima, kiedy mu któraś z kolei osoba przypominała o pochodzeniu żydowskim – patrz na tytuł notki. To tak w ramach mojego cyklu o prawdziwych Polakach.

Ps. Jednym ze źródeł znalazłem wiadomość, że w herbie Tetmajerów był połulew i połuorzeł. Ponieważ są to tak cudowne, rzadko spotykane wyrazy polskie, a obydwie połówki zwierząt należą do herbów Piastów, to na winietę dałem herb współczesnego województwa kujawsko-pomorskiego, nawiązującego do herbu Łokietka.

Napisane przez: torlin | 29/09/2018

Obiektywizm biografii

Czytam w tym momencie biografię Władysława Gomułki pióra Anity Prażmowskiej i mam z nią taki sam kłopot, jak z większością biografii – na ile jest ona szczera i prawdziwa. Rzeczą normalną jest, że autor(ka) „zaprzyjaźnia” się z bohaterem, rozumie jego postępowanie, nawet wręcz zaryzykowałbym twierdzenie, że wady umniejsza, a sukcesy i plusy dodatnie życia bohatera uwypukla.

W przypadku Towarzysza Wiesława te kłopoty nawarstwiają się i mieszają jak pokłady skalne po trzęsieniu ziemi. Dla mnie jest to jedna z najbardziej ciekawych osobowości epoki komunizmu, niejednoznaczna i w trakcie swojej epoki – wielka. Budząca olbrzymie kontrowersje, dla prawostronnych nawiedzonych krzykaczy dyktator ciemniaków, dla dzisiejszych komunistów człowiek prawy, myślący tylko o Polsce. Na pewno na biografii Gomułki cieniem kładzie się strzelanina na Wybrzeżu, tutaj rozumiem ludzi mówiących, że tym czynem przekreślił całą swoją przeszłość. Z bólem serca muszę się z tym zgodzić, bo jeżeli moim zdaniem Jaruzelski swoimi czynami odkupił mało piękną przeszłość, to ta zasada działa w obydwie strony.

Powiem szczerze, że najbardziej fascynujące fragmenty książki dotyczą 19 października 1956 roku, kiedy to przerwano rozpoczynające się VIII Plenum Komitetu Centralnego PZPR, aby spotkać się z delegacją sowiecką z Nikitą Chruszczowem na czele (+ Mikojan, Mołotow, Kaganowicz), która niezaproszona i niezapowiedziana przybyła do Warszawy, aby powstrzymać polityczne zmiany w Polsce (m.in. w składzie KC). Nikita pokazywał jawnie swoje niezadowolenie, przywitał się najpierw z Rokossowskim i rozmawiał z wojskowymi, a dopiero później z delegacją KC: Ochabem, Cyrankiewiczem, Gomułką i Zawadzkim. A później zarzucił polskim komunistom brak zaproszenia na Plenum KC PZPR dla delegacji radzieckiej. O odpowiedzi Gomułki kiedyś się dużo słyszało: ” W jaki sposób powinni ze sobą rozmawiać komuniści?” Dzisiaj trudno sobie to wyobrazić, ale Gomułka zażądał prawnego uregulowania pobytu wojsk radzieckim w naszym kraju, potwierdzenia przez towarzyszy radzieckich, że Polska była prześladowana w czasach stalinowskich, usunięcia z kraju Rokossowskiego i innych doradców radzieckich, uregulowania kontaktów gospodarczych ze Związkiem Radzieckim, a od Polaków – dopuszczenie klasy robotniczej do zarządzania krajem i wprowadzenie polskiej drogi gospodarczej do komunizmu. Zupełnie jak współczesny liberał gospodarczy Gomułka rozprawiał się kolejno z mitami wspaniałej kondycji spółdzielni rolniczych, wielkich osiągnięć planu sześcioletniego, olbrzymiego wydobycia węgla kamiennego, wyjątkowo niekorzystnych kredytów z ZSRR.

Dla ludzi żyjących w latach 50. ubiegłego wieku Gomułka jawił się (mówiąc z przesadą) jak Mazowiecki w 1989 roku, po strasznym okresie stalinowskim nastąpiła odwilż. Moim zdaniem, gdyby został usunięty w 1968 roku, jego biografia byłaby zupełnie inna. 1970 rok zawalił wszytko, co pozytywne.

 

 

Napisane przez: torlin | 26/09/2018

Moje wątpliwości

Dzisiaj mija 110 lat od pamiętnej akcji PPS na stacji Bezdany, tzw. akcji czterech premierów (Józef Piłsudski, Tomasz Arciszewski, Aleksander Prystor i Walery Sławek). Nie ma co opisywać całej akcji, w 2008 roku, w jej stulecie, byliśmy zasypani interpretacjami i opisami. Mnie najbardziej męczy sprawa moralna, czy w ogóle można coś takiego robić. Znam doskonale argumenty propiłsudczyków, walka z zaborcą, zabity został żandarm, a więc osoba wojskowa, osoby poboczne były bezpieczne, uspokajane, częstowane papierosami; potrzeby gotówkowe organizacji oraz na łapówki. Leninowi zarzucamy, że rewolucję zrobił za pieniądze niemieckie, to w tym wypadku Piłsudski na tę okoliczność został wyszkolony przez Austriaków.

Czy naprawdę wszystko można usprawiedliwić? Czy każde łajdactwo drugiej strony musi powodować zwierciadlane odbicie w ramach Kodeksu Hammurabiego:

  • § 196 Jeśli obywatel oko obywatelowi wybił, oko wybiją mu.
  • § 197 Jeżeli kość obywatel złamał, kość złamią mu.

 

Napisane przez: torlin | 22/09/2018

Kupmy sobie mieszkanko w Egipcie!

Przeczytałem ostatnio, że wzrasta ilość mieszkań w Egipcie sprzedawana Polakom. Dotyczy to przede wszystkim okolic Morza Czerwonego, a jeszcze szczegółowiej – Hurghady. Taka hossa była mniej więcej 10 lat temu, później sprawa się zawaliła z powodu „Egipskiej Wiosny”, teraz – słyszałem – wraca. Nic mi do czyichś pieniędzy, ludzie sami decydują, co zrobić z nadmiarem gotówki, inwestują w to, co ich zdaniem przyniesie im największy zysk. I do tego ceny są relatywnie niskie, bo ok. 2.000 zł za m2, czyli pokój hotelowy możemy sobie kupić za 50.000 zł.

Takie mieszkania kupują przede wszystkim ludzie młodzi, chcący spędzać jak najwięcej czasu w słońcu w czasie zimowej pory w Polsce, i jednocześnie na tym zarabiać. I jak to zwykle u młodych wszystko jest przeidealizowane, starcie z rzeczywistością jest szokujące. Jak się czyta, jakie niebezpieczeństwa czyhają na inwestorów na egipskim  rynku nieruchomości, to mnie byłoby żal 50 tys. zł.

  1. W Egipcie nie istnieje rynek wtórny, jest tylko pierwotny, w związku z tym jesteśmy uzależnieni od inwestora (dewelopera), czy po pierwsze w ogóle wybuduje, czy w czasie i czy wykonanie wnętrz będzie zgodne z zamówieniem. Z powodu odległości jest mała szansa na śledzenie postępów inwestycji.
  2. Jakiekolwiek spory kończą się w egipskim sądzie, w którym króluje język arabski. Na sali sądowej możemy oczywiście posługiwać się językiem angielskim, ale dokumenty, wyroki muszą być tłumaczone przez przysięgłych.
  3. W Egipcie nie funkcjonuje w pełni prawo własności jak w Europie czy w Stanach.
  4. Niebagatelnym kłopotem jest również brak lotów tanich linii, do Włoch czy Hiszpanii można tanio polecieć odwiedzić swoją inwestycję, do Egiptu albo z wycieczką, albo własnym odrzutowcem.
  5. Egipt jest trudnym państwem ze względu na swoje położenie, z każdego państwa Europy wrócisz alternatywnym środkiem komunikacji: autobusem, pociągiem, na osiołku, z Egiptu nie (ale np. z Tunezji również nie).
  6. I przed wszystkim niestabilna sytuacja społeczno-ekonomiczna.

Takie mam wrażenie, że ci młodzi ludzie lekceważą sobie wszystkie przestrogi na polskiej zasadzie „Ja z synowcem na czele…”. Dla mnie osobiście jest to bardzo podobne do rozumowania młodych kobiet  zakochanych w Arabie, Persie czy Turku. Wszystkie przestrogi, ostrzeżenia, przykłady trafiają w pustkę. Nie mówię, jest mnóstwo pozytywnych przykładów, sam znałem dziewczynę-Polkę mieszkającą w Sidi Bou Said, która do małżeństwa z Tunezyjczykiem wniosła nieślubną córkę, a z nim ma syna, pracuje jako opiekunka polskich grup i jest szczęśliwą kobietą.

Ale słyszałem również, że do odważnych świat należy. Z tym należałoby się zgodzić, bo gdyby nie szaleńcy, ogryzalibyśmy dzisiaj kości przy ognisku w jaskini.

Older Posts »

Kategorie