Napisane przez: torlin | 15/06/2019

Na nosorożce’by

Tytuł jest nawiązaniem do mojej ulubionej piosenki Starszych Panów „Na ryby”:
„na lwy’by – na gorący czarny ląd
na lwy’by – gdyby, gdyby nieco bliżej stąd”.

To może na nosorożce’by?

Fascynują mnie tematy, o których w życiu nie słyszałem, cieszę się z nowości. Takim zdziwieniem zareagowałem na wiadomość, że Rzymianie doszli do dzisiejszej Republiki Środkowoafrykańskiej. I to nie drogą Nilu, na logikę najprostszą, tylko od dzisiejszej Libii na południe.

Wszystko zaczęło się od wojen Rzymian z Garamantami, ludem zamieszkującym południe dzisiejszej Libii. Nie mogli sobie z nimi dać rady, co im odpuścili, to ci wyprawiali się na swoich czterokonnych rydwanach aż na wybrzeże Mora Śródziemnego. Rzymianie dwa razy zdobywali ich stolicę Germę, zwaną Garamą, ale w końcu dali sobie spokój z przodkami dzisiejszych Tuaregów i postanowili pójść z nimi na współpracę. Berberowie kusili Rzymian wyprawami na południe, czarnymi niewolnikami, pięknymi rzekami, zwierzyną łowną, wielkim jeziorem mającym połączeniem z Nilem. I Rzymianie dali się skusić.

Pierwszy wyprawił się na południe Septymiusz Flaccus w latach 77–81 n.e. Według Ptolemeusza dotarł on z pomocą króla Garamantów do kraju Agisymba, który zdaniem Greka był Sudanem, a dzisiaj mówilibyśmy o Czadzie. Nie zwracając na dzisiejsze uwarunkowania polityczne Czad dawniej był częścią Sudanu. W każdym razie znaleźli się w okolicach jeziora Czad, które w tych wiekach było olbrzymim zbiornikiem wodnym. Według Ptolemeusza dotarli oni do krainy Ethiopes, zwanej inaczej krainą czarnych mężczyzn. Tak naprawdę to Cesarstwo Rzymskie mogło być zainteresowane cłami z handlu saharyjskiego.

I co najciekawsze, korzystając z pozytywnych relacji garamancko-rzymskich, wtrącił się w to wszystko Juliusz Maternus, który korzystając z łaskawości króla Garamantów postanowił zrobić handlową wyprawę na południe w latach 82-85. Dotarł on jeszcze dalej, bo do rzek: Bahr Salamat i Bahr Aouk, będącą graniczną rzeką pomiędzy Czadem a Republiką Środkowoafrykańską. Maternus wrócił do Rzymu z nosorożcem z dwoma rogami, którego następnie pokazywał w Koloseum. Byłem na Saharze jakieś 600 kilometrów od wybrzeża, na skraju Wielkiego Ergu, na przełomie października i listopada, i było 29 stopni w cieniu. Jeżeli wyprawy były nie w miesiącach letnich, prowadzone były przez niezwykle doświadczonych ówczesnych Tuaregów, to Rzymianie mogli przejść pustynię. Chociaż jest wielu naukowców twierdzących, że wtedy cały ten teren był bardziej półsawanną, niż pustynią. Rzymianie byli dalej na południu, w Somalii, ale w tym momencie mówimy tylko o wyprawach lądowych.

Tak całkowicie na marginesie – postanowiłem sprawdzić, jak to było w przypadku floty Rzymu i jego wpłynięciem na Bałtyk. Po przeczytaniu kilkunastu tekstów doszedłem do wniosku, że jest to li tylko pobożne życzenie Polaków. Z wyjątkiem jakichś na pewno pojedynczych okrętów, z których załoga albo zabłądziła, albo została pchnięta ciekawością, nie ma żadnych śladów pisanych. Są twarde dane o dopłynięciu floty do ujścia Łaby, do Helgolandu, ale to jest zdaje się kraniec wpływów floty rzymskiej w kierunku wschodnim. W Wikipedii przy haśle „Flota rzymska” jest umieszczone zdanie: „Pliniusz opisuje [potrzebny przypis], jak rzymskie statki przepływały obok Helgolandu i wypłynęły w morze do północno-wschodniego wybrzeża Danii” i słusznie strażnik prawdziwości i prawdopodobieństwa Wiki napisał: „potrzebny przypis”, gdyż nigdzie nie  znalazłem potwierdzenia tego faktu.

 

Napisane przez: torlin | 12/06/2019

Kłamstwo powszechne. I obsesja.

Znany analityk polityczny Michał Fedorowicz mówi w swoim wywiadzie słusznie: „Kto kłamie? – Wszyscy kłamią. -Wszyscy? – W Internecie – wszyscy. Kłamią blogerki, bo podrasowują zdjęcia, kłamią firmy, że ich produkty są najlepsze, kłamią wszystkie instytucje, że realizują potrzeby obywateli, kłamią organizacje społeczno-polityczne, pokazując, że są bardzo popularne, bo mają dużą liczbę lajków. Tak, wszyscy kłamią”.

Drugą cechą współczesnej rzeczywistości jest niechęć do jakiejś osoby, grupy, wręcz grupy społecznej. Irrealna, niezrozumiała, opierająca się na trudno definiowalnych bodźcach. Mamy to zarówno w życiu codziennym, w którym jakaś osoba nie znosi drugiej, gdzie na logikę ona nic takiego nie zrobiła, jak i dotycząca wielokrotnie wyimaginowanych przeciwników, których obmawia się o najstraszniejsze rzeczy, nic niemające wspólnego z prawdą.

W 1650 roku znany hiszpański malarz Diego Velázquez postanowił namalować portret papieża Innocentego X. Obraz ten uważany jako jeden z najznakomitszych przykładów prawidłowego malowania portretów, ze szkoły Rafaela, Tycjana i El Greco, bez żadnych oszustw, ozdobień, poprawek urody. Czysta rzeczywistość.

Papież Innocenty X, ani dobry papież, ani niedobry, był w sumie na tronie Piotrowym trochę ponad 10 lat, nic wielkiego nie zdziałał, a jego kompromitacje mieszczą się w standardach epoki. I raptem, nie wiadomo dlaczego, wielki angielski malarz Francis Bacon zaczął przejawiać nienawiść do sylwetki papieża na obrazie Velázqueza. Do końca nie wiadomo – dlaczego. Nie tylko, że nie chciał zobaczyć płótna Velázqueza na własne oczy, i malował z reprodukcji, ale namalował papieża Innocentego na kilkunastu obrazach, z których najsłynniejszy jest pokazany przeze mnie na samej górze. Chociaż Bacon czcił portret Velázqueza, nie próbował go odtworzyć. W wywiadach powiedział, że dostrzegł błędy w pracy Velázqueza i że postrzegał strukturę społeczną i porządek przedstawioną na obrazie jako: „przestarzałą i zepsutą”. Jego fascynacja była pochłaniająca, obsesyjnie odtwarzał kolejne warianty przez prawie dwie dekady – egzamin i hołd opisany został jako „bez równorzędnego w historii sztuki”.

Bacon jest aktualnie jednym z najdroższych malarzy świata, jego obrazy biją rekordy płatności. Nazywany jest malarzem „grozy, strachu i krzyku”, umieszcza figury w klaustrofobicznych wnętrzach, w sposób przypominający tortury, zarówno w sensie psychologicznym, jak i fizycznym, bardzo często w klatkach. Egzystencjalny  klimat sztuk Bacona  jest przepełniony ekspresją  przerażającej samotności i cierpienia.

Wszystko zgoda, tylko co Baconowi zrobił ten nieszczęsny papież Innocenty X?

Napisane przez: torlin | 09/06/2019

Bez słów czyli brudne dzieci to szczęśliwe dzieci

Napisane przez: torlin | 06/06/2019

Uschnięty symbol

Wielokrotnie pisałem o Joannie Rajkowskiej. Szokuje mnie wielokrotnie, ale jej instalacje trafiają do mnie, czuję, co chce przez to powiedzieć. Słynna jest z ciekawych rozwiązań miejskich, dla Warszawy stworzyła Pozdrowienia z Alei jerozolimskich, czyli Palmę na Rondzie de Gaulle’a oraz Dotleniacz na Placu Grzybowskim. Nie da się ukryć, że jej propozycje są czasami niesłychanie kontrowersyjne, jak słynna wystawa „Satysfakcja gwarantowana”, czyli kosmetyki wyprodukowane z jej ciała. Pozostałe instalacje w Warszawie i okolicach nie mają sensu, bo biskup zatopiony w wodzie czy wir udający wir w Wiśle jest dla przeciętnego człowieka niezrozumiały.

Ale nie zmienia to faktu, że jej dwie podstawowe warszawskie instalacje są niesłychanie popularne. Palma stała się wprost symbolem Warszawy na Zachodzie, ma swoje strony internetowe, fotografowana jest na wszystkie strony przez turystów zagranicznych. Ostatnio Warszawiacy zaczęli zastanawiać się, dlaczego sztuczna palma uschła. „Za mało ją podlewali, ot co” – mówił do mnie przechodzień, starszy pan, mijając mnie, jak ja wpatrywałem się w palmę jak sroka w gnat. No, uschła – mówię. Coś takiego.

Okazało się jednak, że jest to kolejna inscenizacja Rajkowskiej, suche liście palmy mają zwrócić uwagę na zmiany klimatyczne i globalne ocieplenie.

Napisane przez: torlin | 03/06/2019

Dzień Wielkiej Zmiany

Piszę teraz tylko o Warszawie, i być może o szeregu większych miast Polski, tak powyżej 100 tys., może 50. tysięcy mieszkańców. Nie wiem, jak to jest w naszym interiorze, dawno nie byłem. Jak my się zmieniamy. Ciągle przed oczami widzę 89 rok, później przystąpienie do NATO i do Unii. A teraz na naszych oczach przebiega kolejna rewolucja.

Dzisiaj jest Dzień Roweru, pomysłodawcą tego Dnia był nasz rodak, Leszek Sibilski, a na forum ONZ oficjalnie zgłosił go Turkmenistan. Światowy Dzień Roweru ustanowiony został przez ONZ w dn. 12 kwietnia 2018 roku, a na ten Dzień wybrano właśnie 3 czerwca.

Tego gremialnego przesiadania się na rowery są oczywiście plusy i minusy, zady i walety. Może najpierw o minusach, a z tym jest związana nieprawdopodobne wręcz chamstwo rowerzystów wobec pieszych. Myślałem, że to jest tylko w Polsce, ale mieszkałem w Belgii, w Antwerpii, i było dokładnie to samo. Wieczne wymuszanie uwagi, dzwonienie na każdego pieszego, który śmiał wejść na ścieżkę i miał zamiar przejść po pasach na drugą stronę. Oni są królami swoich ścieżek (i nie tylko) i wszyscy inni mają albo zniknąć, albo zminimalizować swoje żądania. W Warszawie przepuszczanie starszej pani przez ścieżkę rowerową nic nie daje, bo wszyscy inni jadą po trawnikach, bokiem, byle tylko się nie zatrzymać. Większość kolizji z samochodami polega właśnie na tym, że rowerzyści pełnym pędem wjeżdżają na skrzyżowania („bo przecież widzi ten głąb (kierowca samochodu) czerwony pas na jezdni dla rowerzystów”), a kierowca może czasami nie dość daleko spojrzeć, może nie zauważyć.

Plusy są powszechnie znane. Dwa podstawowe to oczywiście zdrowie, ruch, a po drugie – mniejsza emisja spalin, czyli zalety ekologiczne. U mnie na Puławskiej wybudowano w końcu dwie ścieżki rowerowe do granic miasta, po wschodniej i zachodniej stronie Puławskiej. Jak te ścieżki były potrzebne widać teraz, nowe ciągi komunikacyjne zaroiły się od rowerzystów.

Okoliczne szkoły promują ekologiczne przychodzenie do szkoły. To znowu jest związane z dwiema przyczynami, pierwsza to oczywiście jest ruch fizyczny młodzieży, ale druga jest specyficzna dla Zielonego Ursynowa (być może również gdzieś indziej). Otóż cała zachodnia część Puławskiej ma sieć ulic dostosowaną do ruchu z lat 50. i 60. ubiegłego wieku. Samochody nie mają gdzie stanąć, a jak staną, to śmieciarki nie mogą przejechać. I przy takich to uliczkach stoją dwie podstawowe szkoły na tym terenie: na Sarabandy i na Tanecznej (teraz powstała nowa podstawówka na Kajakowej). Każda z tych szkół ma od 500 do 800 uczniów, gdyż kolejne młode  osoby z dziećmi budują swoje domy na skraju miasta. Jeszcze niedawno tuż przed ósmą przed tymi szkołami usiłowało zaparkować, lub stanąć na chwilę, z co najmniej 100 samochodów. Korki były tak potężne, że szkoły wprowadziły premiowanie przyjazdu do szkoły „nabyleczym”, byleby nie samochodem. Dzieciaki przyjeżdżają przede wszystkim na czterech „środkach transportu” ;D : na rowerach, hulajnogach, deskach i rolkach. Miałem wielką dyskusję z Panią Dyrektorką, dlaczego do tego spisu nie zalicza się przyjścia pieszo, ale nic nie wywalczyłem.

Ze specyfiką tego regionu Warszawy jest związany również warunek szkół, że ekologiczne przyjazdy do szkoły są uważane za ważne, gdy dziecko tak przejedzie ostatnie 200 metrów przed szkołą. Ojciec stawia samochód, dziecko zakłada rolki i jedzie do szkoły, a rodzic, jak jest dziecko np. w czwartej klasie, to jedzie do domu, a jak młodsze, to zasuwa per pedes, aby zgłosić fakt przyprowadzenia dziecka. A to wszystko jest związane z wielkimi odległościami pomiędzy poszczególnymi domami a szkołą. To nawet może być kilka kilometrów, domy są rozrzucone na dużej przestrzeni. Ścieżki rowerowe są tylko przy głównej ulicy, po bocznych samochody jeżdżą często szybko i agresywnie, i rodzice boją się puszczać dzieci na rolkach albo na rowerze. Stąd te przyjazdy 200 metrów do szkoły i „przesiadanie się”. Moja starsza dwójka ma 200 metrów do szkoły po chodniku i jeździ sama, moja trzeci wnuczka ma koło kilometra, ale z tego 700 metrów ścieżką wzdłuż Puławskiej, najmłodsza do zerówki do przedszkola ma koło dwóch kilometrów, ale z 1.700 metrów znowu ścieżką wzdłuż Puławskiej. Tak że wszystkie jadą z domu.

Coraz popularniejsze są w Warszawie hulajnogi elektryczne. Ale jak to zwykle bywa w naszym rozpędzonym świecie przepisy nie nadążają za życiem. Podstawowy problem, czy na hulajnodze, na desce i na rolkach można jeździć ścieżkami rowerowymi. Przepisy mówią, że nie, a życie mówi swoje – wszyscy jeżdżą. Powtarzam, nie wiem, jak jest gdzieś indziej, ostatnio rzadko wyjeżdżam, ale w Warszawie to jest prawdziwa rewolucja. I dobrze.

 

Napisane przez: torlin | 30/05/2019

Geostrategia

Natrafiłem na tego Pana jakieś miesiąc temu w wydawnictwie Klubu Jagiellońskiego. Zacząłem Go słuchać w większej ilości i nie mogę się nadziwić, że jest słuchany tylko po prawej stronie. Jacek Bartosiak jest byłym koordynatorem spraw naszego lotniska w Baranowie, ale przede wszystkim zajmuje się geostrategią. prowadzi mnóstwo wykładów w YouTubie, jest do znalezienia bez trudu, z tym że za dużo go słuchać nie można, bo się powtarza. Na końcu dam trzy linki dla niedługich wykładów Doktora, a teraz w punktach spróbuję streścić poglądy naszego bohatera. Ale powtórzę, nie mogę zrozumieć, że tylko media czysto prawicowe go publikują. Tak z zewnątrz popatrzywszy – prawicowe media uważają go za genialnego stratega, a do tego był prezesem CPK z ramienia PiS-u – to musi to być nic nie warte. Tymczasem jego analizy mają ręce i nogi i są – moim zdaniem – apolityczne. Zdaniem Jacka Bartosiaka:

  1. wali się dotychczasowy układ świata oparty na jednym hegemonie, kontrolującym łańcuchy dostaw. Póki co Amerykanie wszystko kontrolują, ale już muszą się odwoływać do szantażów, np. z Iranem.
  2. Podoba mi się ta zasada łańcucha dostaw i węzłów. To nie chodzi tylko o towary, ale również cywilizację, myśli, pieniądz, bankowość, wojsko, idee. Rządzi światem ten, kto opanuje węzły łańcucha. Ponieważ dotychczas świat oparty jest na połączeniach oceanicznych, rządzi ten, kto rządzi morzami. Po Kolumbie światem zaczęła rządzić Anglia, Hiszpania i Portugalia.
  3. Poszczególne państwa europejskie, nie mogąc przełamać blokady morskiej hegemonów, rozpoczynały wojny. Niemcy z tego powodu zrobili to dwukrotnie w XX wieku.
  4. Polska była mocarstwem w czasach I Rzeczpospolitej, stąd panowanie nad przesmykiem smoleńskim i utrzymywanie węzłów łączących nas z Azją.

Nie chcę się rozpisywać, bo on robi to o wiele lepiej ode mnie. Może trochę za bardzo dużo pesymizmu bije z jego wypowiedzi, ale uważam, że przede wszystkim pesymizm się bardziej opłaca niż nadmierny optymizm. Świat się zmienia na naszych oczach i warto na ten temat podyskutować.

Kto woli czytać, to zapraszam TU ( w życiu nie pomyślałbym, że kiedykolwiek zaproszę Moich czytelników do Frondy ;D ).

Kto woli słuchać, to zapraszam TU.

O strategicznych przepływach i konfliktach światowych – TU.

Dla mnie fascynujące.

Napisane przez: torlin | 27/05/2019

No i dostaliśmy w tyłek

No i dostaliśmy w tyłek w głosowaniu do Parlamentu Europejskiego. Kaczyński się cieszy, bo i ma z czego. Można to zwycięstwo tłumaczyć na różne sposoby, ale najgorsze jest to, że nie widzę rozwiązania tej całej sytuacji na korzyść sił prodemokratycznych.

1. Takie są przerażające tendencje w Europie. Zwycięstwa sił proeuropejskich w Holandii i w Niemczech zanadto mnie uspokoiły. Le Pen wygrywa we Francji. Francuzi mają chyba gorszego kaca niż Polacy. Partia brexitowców zdecydowanie wygrywa w Wielkiej Brytanii. Fidesz Orbana rozniósł konkurencję, zdobył ponad 50% głosów, a inne partie po 10.

2. Kaczyński jest dobrym taktykiem, wybory europejskie pod względem emocjonalnym przeniósł na grunt krajowy. Kolejne pieniądze dawane ludowi utwierdzi go w słusznej decyzji głosowania na PiS.

3. Koalicja zdała  egzamin jako taktyka wyciągania maksymalnej ilości posłów, ale nie sprawdziła się jako metoda przyciągania nowych głosów. Wielu ludzi nie chciało głosować na KE chociażby z powodu Czarzastego czy Millera.

4. Koalicja ma przebrzmiałe nazwiska, nie ma świeżej krwi. Schetyna wprawdzie podniósł partię, ale jest on wyłącznie frontmanem partyjnym, niemającym w ogóle charyzmy lidera wiecowego.

5. Zawiodła metoda prowadzenia kampanii tylko w stylu anty-PiS. Zwolenników KE i tak nie musieli przekonywać, po przeciwnikach zarzuty wobec PiS spływały jak woda po kaczce czy gęsi. W najgorszym razie tłumaczyli sobie, że jest to kolejne knowanie tych złodziei z PO. Koalicja musi zacząć działać programami. A jak? Ja  sam nie wiem.

6. Ale powiem szczerze, że najbardziej zmartwiła mnie inna informacja, prawie cała młodzież nieuczestnicząca w głosowaniu jest skrajnie prawicowa, a wśród głosującej młodzieży w przedziale wiekowym 18-29 PiS osiągnął lepszy wynik niż w całej populacji.

Co można zrobić? Można pójść na wewnętrzną emigrację. Można też próbować coś robić. Moim zdaniem Młynarski w swojej piosence ma rację: „Róbmy swoje”. Kaczyński też przegrywał kilka, jeżeli nie kilkadziesiąt razy, i też nikt nie wierzył, żeby PO mogło oddać władzę, rządzili wszędzie, łącznie z województwem podkarpackim. Wszystkie tendencje się odwracają, potrzeba tylko czasu.

Napisane przez: torlin | 24/05/2019

Bracia

UNESCO od 1992 roku prowadzi bardzo ciekawą akcję, godną przyklaśnięcia, otóż stworzyło ono międzynarodowy projekt pod nazwą „Pamięć świata„, w celu zachowania, ratowania i udostępniania dokumentów: rękopisów, druków, inskrypcji, dokumentów audiowizualnych (nagrań i filmów), itp. o światowym znaczeniu historycznym lub cywilizacyjnym. Czyli inaczej mówiąc wszelkie dokumenty mające wpływ na historię świata.  Tak nawiasem mówiąc – Vandermerwe – jak Cię interesuje, to zajrzyj pod niniejszy link, są 4 dokumenty z RPA (polskich jest 15).

I moja notka właśnie dotyczy tych 15, a raczej nie tylko tych, które są, ale także tych, których nie ma. Ponieważ będę mówił o XVI-XVII wieku, to tylko  dokumenty z tego okresu będą mnie interesowały. Najważniejszy z nich jest, Akt Konfederacji Warszawskiej, zawarty w 1573 roku. Pamiętacie TO wspaniałe: „A iż w Rzeczypospolitej naszej jest różnorodność niemała z strony wiary krześcijańskiej, zabiegając temu, aby się z tej przyczyny miedzy ludźmi rozruchy jakie szkodliwe nie wszczęły, które po inszych królestwach jaśnie widziemy, obiecujemy to sobie spólnie za nas i za potomki nasze na wieczne czasy pod obowiązkiem przysięgi, pod wiarą, czcią i sumnieniem naszym, iż którzy jestechmy różni w wierze, pokój miedzy sobą zachować, a dla różnej wiary i odmiany w Kościelech krwie nie przelewać ani się penować odsądzeniem majętności, poczciwością, więzieniem i wywołaniem i zwierzchności żadnej ani urzędowi do takowego progressu żadnym sposobem nie pomagać. I owszem, gdzie by ją kto przelewać chciał, z tej przyczyny zastawiać się o to wszyscy będziem powinni, choćby też za pretekstem dekretu albo za postępkiem jakim sądowym kto to czynić chciał”.

Trzeba trafu, że w Archiwum Państwowym w Poznaniu, Bibliotece Raczyńskich w Poznaniu i w Bibliotece Kórnickiej przechowywane są akta i biblioteka Braci Czeskich. Jak pisze Archiwum Państwowe w Poznaniu przechowywane archiwalia od XVI do XIX wieku „stanowią wyjątkowe na skalę światową źródła historyczne ukazujące aktywność polityczno-gospodarczą oraz intelektualną i twórczą ruchu społeczno-religijnego Braci Czeskich, którzy jako odłam husytyzmu w XVI wieku znaleźli azyl w Polsce i odegrali istotną rolę w historii protestantyzmu i czasów nowożytnych”. Są to „2 652 jednostki archiwalne (14 metrów bieżących akt). Zbiór tychże jednostek datuje się na lata 1507-1961, a wśród nich poza dokumentacją aktową są także dokumenty pergaminowe i papierowe. Zespół 892 zawiera m.in.: księgi rachunkowe (zeszyty-składki, kroniki, kopiariusze, diariusze, tzw. dutki), metryki, protokolarne rady, ekstrakty z ksiąg sądowych i akta luźne (liczną korespondencje)”. Na wniosek Poznania Polski Komitet Programu „Pamięć Świata” UNESCO zaproponował obok „Księgi Henrykowskiej” wpisanie właśnie akt i biblioteki Braci Czeskich na listę Memory of the World International Register. I chwała im za to.

Trzeba trafu, że Bracia się rozminęli. Po klęsce w bitwie na Białej Górze Bracia Czescy zaczęli być prześladowani i udali się na emigrację. W tymże XVI wieku przybyli do Polski, najpierw w 1555 roku zjednoczyli się z Kościołem Kalwińskim, w 1570 byli sygnatariuszami Zgody Sandomierskiej, a w 1645 na zjeździe w Lesznie Bracia Czescy przyłączyli się do Kościoła Reformowanego. Tymczasem nasi bracia, Bracia Polscy, dokładnie w tym samym okresie, zaczęli z Polski uciekać. W pierwszym okresie Bracia Polscy wyłonili się ze szlachty ewangelicko-reformowanej z powodu represji stosowanej wobec niej przez Kalwina. Jedną z pięknych spuścizn z tego okresu są listy Jana Kalwina skierowane do Braci Polskich, surowo je upominające.

List Jana Kalwina do zboru kalwińskiego w Wilnie zawierający potępienie Braci Polskich (1561).

Tak o Braciach Polskich pisał w „Polsce Jagiellonów” Paweł Jasienica: „Żyło w tej sekcie piękno szczerego dążenia ku prawdzie. Ich skrajność łączyła się z wyrozumiałością wobec innych ludzi, a polegała na stawianiu ogromnych wymagań samemu sobie”. Ruch miał charakter bardzo elitarny, skupiał wielu ludzi pióra i naukowców, a w myśli filozoficznej i religijnej Braci Polskich można znaleźć prapoczątki idei praw człowieka i tolerancji religijnej, rozumianej jako wolność wyboru religii i prawo do jej krytyki. Z radykalizmem dogmatycznym łączyli radykalizm społeczny: uchylali się od państwa, wojny, urzędów, prawa karnego, sądów i kary śmierci, potępiali zbytek, niewolę ludu i przywileje stanowe. Czescy Bracia uciekli do Polski, a Polscy Bracia musieli z tej Polski uciekać. Bracia Czescy zdradzili Polskę i pomogli Karolowi zatopić Polskę, a w tym samym momencie król Jan Kazimierz postanowił wygnać Braci Polskich za sprzyjanie Szwedom (trzeba pamiętać, że wiernopoddańcze spotkania ze Szwedami przeżyło mnóstwo znamienitych rodów, z Janem Sobieskim na czele).

I jaka niesprawiedliwość, dokumenty Braci Czeskich są w pamięci Świata, a Braci Polskich nie. Tymczasem to właśnie oni stworzyli dzieło będące najpopularniejszą polską książką w Europie – „Katechizm Rakowski”. To właśnie „Katechizm Rakowski” wydany w 1604 w Rakowie, będący wyznaniem wiary Braci Polskich, głoszący  zasadę racjonalizmu i tolerancji religijnej jako jedno z pierwszych dzieł w historii Europy. Katechizm, głoszący konieczność racjonalizmu i tolerancji religijnej, wywarł znaczny wpływ na Europę Zachodnią, a Thomas Jefferson powoływał się na tekst Katechizmu jako jedno ze źródeł Konstytucji USA. W XVII wieku ukazują się wydania niemieckie, angielskie, francuskie i holenderskie. W Anglii zainteresowanie książką jest tak duże, że parlament brytyjski musiał się nią zajmować kilkukrotnie. Kto o tym wie:

  • Izba Gmin w dn. 10 lutego 1652 r. powołała specjalny Komitet Czterdziestu z Oliverem Cromwell’em w składzie, aby zbadać, czy „Katechizm Rakowski” nie podpada pod Rozporządzenie o karaniu bluźnierstw i herezji.
  • Cromwell dowiaduje się, że tę książkę wydał John Milton (ówcześnie sekretarz Rady Stanu).
  • 2 kwietnia 1652 – specjalna debata w Izbie Gmin. Wyrok – uchwała o spaleniu publicznie w Londynie wszystkich egzemplarzy książki.
  • Płoną stosy w Londynie 6 i 8 kwietnia 1652 r.
  • Lipiec 1652, wychodzi po angielsku, wydane w Amsterdamie, nowe tłumaczenie „Katechizmu Rakowskiego”.
  • sierpień 1652 – nowa akcja parlamentu brytyjskiego.
  • „Katechizm Rakowski” był książką cieszącą się w owych czasach olbrzymią popularnością. Niemal każda angielska prywatna biblioteka posiadała w swoich zbiorach jakiś egzemplarz tej książki, a najbardziej znanymi jej posiadaczami byli: Izaak Newton, Hugo Grocjusz, Spinoza i John Locke (że nie wspomnę o Miltonie, a podejrzewam, że Cromwell miał ją również).

I wszędzie jest napisane, że UNESCO uważa „Katechizm” za jedno z najważniejszych dzieł ludzkości. Ale jakoś na listę „Pamięci Świata” jej nie wpisuje. Mnie interesuje jedno, i nigdzie nie mogę znaleźć odpowiedzi, czy zachował się oryginał albo rękopisu, albo pierwszego wydania „Katechizmu” i gdzie on jest. Na stronie Wiki, jak pewnie zauważyliście, jest podpis o Pińczowie. „Encyklopedia Staropolska” Aleksandra Brücknera z 1937 roku podaje, że wydanie z 1619 roku było w „Muzeum XX. Czartoryskich”.

Ps. mam „Encyklopedię Staropolską” ale niestety reprint z 1990 roku PWN-u.

 

 

Napisane przez: torlin | 21/05/2019

Moim zdaniem przebudować

Nie byłem w Paryżu, dlatego ciężko mi mówić, ale sądząc po zdjęciach, to Katedra Notre Dame jest brzydka architektonicznie, a śliczna nostalgicznie: „Dlaczego Notre Dame wzbudza w nas zachwyt i miłość? (…) Dlatego, panowie, że Notre Dame wielką katedrą jest! ” parafrazując „Ferdydurke”. Jak można było postawić szklaną piramidę, to można zmienić również wygląd katedry. Możemy dyskutować, czy to będzie drobna zmiana uwspółcześniająca, czy też ingerencja głębsza.

Miysis Studio z Belgii zaprezentowało swój pomysł na odbudowę katedry Notre Dame w Paryżu. Szklany dach z ogrodem i zrekonstruowana iglica. Jest to stosunkowo nieduża ingerencja, a może się bardzo spodobać. Spoglądając na wariactwo na punkcie wędrowania po dachu Duomo w Mediolanie może to być kuszące. Pokazuję dwie wizualizacje za Bryłą, wspaniałym portalem architektonicznym. Większy tekst z dużą ilością „zdjęć” możecie znaleźć TU.

Ale ja mam natychmiast skojarzenia z warszawską Katedrą. Ludzie niechętni Warszawie oczywiście natychmiast stwierdzą, że w ogóle nic nie należało odbudowywać, skoro wszystkie zabytki zostały zrównane z ziemią. Podjęto jednak decyzję o odbudowie, i nasz Zachwatowicz postanowił postawić „na nogi” Katedrę zupełnie w innym stylu niż była ona w czasach przedwojennych. Wikipedia w tym linku pisze kretynizm: „Chociaż Zachwatowicz podpisał Kartę Wenecką sprzeciwiającą się rekonstrukcjom zabytków, był autorem koncepcji odbudowy Starego Miasta w Warszawie”, jakby była to niekonsekwencja wcześniejszego podpisania Karty. Tymczasem Katedra została odbudowana w latach 1948–1956, a Karta Wenecka została podpisana w 1964 roku. Powody odbudowy Starego Miasta w Warszawie wspaniale zostały przedstawione w linku do prof. Jana Zachwatowicza.

Karta Wenecka w swojej podstawowej myśli zauważa, że nie powinno się odbudowywać zniszczonych całkowicie zabytków, a w restaurowanych nie wolno wprowadzać żadnych zmian. Karta sobie, a życie sobie, i takim najlepszym przykładem jest właśnie Bazylika archikatedralna św. Jana Chrzciciela w Warszawie. Gdybyśmy żywcem odbudowywali to, co było na samym końcu, nie mielibyśmy w ogóle sztuki gotyckiej w Polsce. Przy wszelkich remontach odkrywa się wspaniale fragmenty romańskie i gotyckie, oblepione wręcz XVII-XIX nakładkami. Jedną z naszych najcenniejszych świątyń – Katedrę Gnieźnieńską – w latach 1641–1652 prymas Maciej Łubieński przebudował na styl barokowy. Mieliśmy tak zostawić? Nie zostały żadne rysunki wyglądu dawnej Katedry Warszawskiej, wtedy jednej z najważniejszych świątyń w państwie. Na obrazie Canaletta z daleka można dostrzec jedynie dachy świątyni (to ten trójkątny wielki dach).

Tak wyglądała Katedra na początku XIX wieku, postanowiono więc ją odremontować.

Zajął się tym Adam Idźkowski w latach 30. i 40. XIX wieku, ale odbudował ją w stylu neogotyku angielskiego, niespotykanego w Polsce, i za bardzo niecenionego. Jan Zachwatowicz stanął przed dylematem, jak odbudować Katedrę, w jakim stylu. Wszyscy wiedzieli, że pierwotnie była w stylu czysto gotyckim (w końcu to był 1390 rok), ale nie zachowały się nawet ryciny, jak wyglądała. Jan Zachwatowicz postanowił ją odbudować w stylu zupełnie innym, nowym, popularnie nazywanym gotykiem nadwiślańskim (Jan Sas Zubrzycki wprowadzając ten termin chyba żartował, świątynie we Wrocławiu wyglądają identycznie, mimo że Wrocław jak wiem nie leży nad Wisłą). Zdjęcie trzecie od góry.

Wystarczy spojrzeć na Kościół św. św. Doroty, Stanisława i Wacława we Wrocławiu, i już wiadomo, z czego ściągnął Zachwatowicz. Ale mimo wszystko podstawowa myśl pozostaje niezmienna, jak należy odbudowywać i dokonywać renowacji zabytkowych budynków. Pilnować, jak było ostatnio? Sięgać do dawnych stylów? W Katedrze Gnieźnieńskiej wystarczyło stuknąć młotkiem, cały barok Lubieńskiego odpadł, i ukazał się przecudowny gotyk. Katedra Warszawska może zewnątrz Zachwatowiczowi niezbyt się udała, ale wnętrze jest gotyckie do szpiku kości. Robi wrażenie.


Aneks dla Pawła – Pałac Staszica w Warszawie

Pałac Staszica1

Wybudowany w latach 20. XIX wieku – tak wyglądał

Palac Staszica2

Później Ruscy w latach 90. XIX wieku go przebudowali, i wyglądał tak

Pałac Staszica3

Polacy po odzyskaniu niepodległości wściekli się i budynek w 1926 roku wyglądał tak. naprawdę mieli nie ruszać go, i zostawić w wersji moskiewskiej?

 

 

 

Napisane przez: torlin | 18/05/2019

To była dla mnie bajka

Jak wiecie, lubię muzykę poważną. Nie jest ze mnie żaden specjalista, a już szczególnie „wybitny specjalista”, ale dobrej muzyki lubię posłuchać. I ku mojemu wielkiemu zdziwieniu trafiłem na doskonałą kompozycję Stanisława Moniuszki, i do tego na dzieło instrumentalne. Nasz kompozytor nie miał szczęścia do światowej sławy, urodził się 9 lat po Szopenie, ale w przeciwieństwie do niego pojechał na wschód, do Rosji, i został właściwie twórcą lokalnym, mało znanym. Jakby spytać człowieka wykształconego, co zna Moniuszki, to oczywiście powie o „Halce” i „Strasznym dworze”, może znać jeszcze „Flisa”, a na pewno „Prząśniczki” (przeurocza wykonawczyni w YouTubie). Nie wytrzymam, i napiszę kilka słów na temat Katarzyny Sądej, bo to ona śpiewa. Czeka ją wielka przyszłość, występowała już na wielu scenach w USA, nasz mezzo-sopran jest też wielką ambasadorką polskiej muzyki na świecie, gdzie może, to wykonuje utwory Moniuszki, Karłowicza, Szymanowskiego czy Paderewskiego.

Trudno jest rozpropagować Moniuszkę, pozostaje lokalnym kompozytorem. Ale ma w Polsce wielbicieli, jeden z nich, dr Grzegorz Zieziula z Instytutu Sztuki PAN, dokonał niesamowitego odkrycia w Archiwum Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego. Otóż znalazł operę Moniuszki, niemieckojęzyczną, z dialogami (operę komiczną) „Die Schweizerhütte” („Szwajcarska chata”), której prapremiera odbyła się w Warszawskiej Operze Kameralnej w dn. 16 listopada 2018 r. Jest to dawny singspiel (śpiewogra) samego Johanna Wolfganga Goethego. A Moniuszko miał 18 lat, jak ją napisał w Berlinie. Rozumiem znaleźć jakiś utwór w zapomnianych przez Boga monastyrach, ale żeby Warszawskie Towarzystwo Muzyczne nie wiedziało, co ma we własnych archiwach?

Ale jest to jedynie wielki wtręt do mojej opowieści. Słuchając „Prząśniczek” w wykonaniu Pani Kasi YouTube w sposób automatyczny przeszedł do następnego utworu, oczarowany słuchałem przez dłuższą chwilę. Była to „Bajka”, uwertura fantastyczna z podtytułem w języku francuskim – Conte d’hiver (Opowieść zimowa). Ten wspaniały utwór powstał w latach 1847-48, jednak nie odnosił się on w sposób bezpośredni do konkretnego utworu literackiego. Po prawykonaniu „Bajki” krytycy starali się odczytywać nastroje i sugestie kompozytora, widząc w narracyjnym toku utworu opowieść o spacerach zimową porą.
Pierwsze skojarzenie miałem ze „STEPEM” Zygmunta Noskowskiego, i tu następne moje zdziwienie. Noskowski ze swoim „Stepem” figuruje jako pierwszy polski twórca „poematu symfonicznego”, ale na Boga, on skomponował go w 1896 roku, tymczasem Moniuszko „Bajkę” skomponował w 1848 roku. „Step” był bardziej znany, bo traktowany jako uwertura do niepowstałej w końcu opery „Ogniem i mieczem”, a trzeba podkreślić, że Noskowski był uczniem Moniuszki.

Posłuchajcie sobie „BAJKI„, rzecz nie jest bardzo skomplikowana, ale dla mnie przepiękna. Wiem, że dla większości z Was nie ma głupszej rzeczy i bardziej archaicznej niż opera, ale co ja zrobię, kiedy lubię tego słuchać. A szczególnie takich kawałków, a tutaj mamy tylko uwerturę, czyli rzecz krótką. I nie mogę się nadziwić, że ja o niej w życiu nie słyszałem.

Older Posts »

Kategorie