Napisane przez: torlin | 23/02/2019

Etyczna strona sportu na przykładzie definicji kobiety

I znowu będzie o kobietach. O Caster Semenya wiedzą już wszyscy, a jeżeli ktoś nie wie, to niech sobie zajrzy TU. Nie będę się tutaj rozwodził na tematy czysto sportowe, badań kobiecości (patrz nasza Kłobukowska) czy dostępu Caster Semenya do zawodów. Bardziej interesuje mnie – napiszę to niezmiernie skomplikowanie – nieliberalna strona mojego liberalizmu.

Zgodnie z moimi zasadami, każdy może robić ze swoim ciałem co chce, mężczyzna może zostać kobietą i na odwrót, i nikomu nic do tego. Ale czy mężczyzna zostający kobietą jest nią w 100 procentach? We wszystkich aspektach swojego życia? Są rzeczy proste, nowy dowód osobisty, ubiór, uczesanie, pod wpływem hormonów rosną piersi, możliwość wyjścia za mąż. Ale czy naprawdę jest to kobieta w pełnym wymiarze? Czy są jednak takie dziedziny życia, w którym dany osobnik nie jest jednak kobietą?

I właśnie w sporcie mamy tego najlepszy przykład. Dyskusja na temat Caster Semenya rozgorzała na wielu płaszczyznach, zwolennicy zawodniczki dają przykłady, że zespoły piłkarskie z całego świata muszą grać w Quito na wysokości 2.800 metrów, albo w lecie w Dosze*. Do siatkówki czy koszykówki wybierani są nieprzeciętnie wysocy zawodnicy lub zawodniczki, a na dżokejów z kolei najmniejsze mikrusy. Narciarki norweskie biorą lek na astmę, Małysz jadł banany, a wszyscy żrą medykamenty że aż miło. A Oscar Pistorius?

Współczesny sport usiłuje za wszelką cenę doprowadzić do urawniłowki, najlepiej to widać w skokach narciarskich, władze narciarskie już decydują o strojach, nartach, kaskach, wpływie szybkości wiatru, ale najlepsze, że chcą schować skoki do hali, aby wszyscy mieli jednakowe szanse.

Napiszę teraz rzecz, z którą Wy w większości nie chcielibyście się zgodzić. Sport nie jest terenem wyrównanej walki, tak jak spotkanie Robin Hooda z Małym Johnem na kładce w walce na lagi. Zawsze Kenijczycy mieli znakomitych biegaczy, najpierw podejrzewano geny, później inne ułożenie stawu biodrowego (czy krzyżowo-biodrowego – nie pamiętam), po badaniach okazało się, że to jest „tylko” o 30% większe VO2max. Strona www.runners-world.pl pisze: „W artykule „How Genes Limit Our Physical Performance” („Jak geny ograniczają nasze fizyczne możliwości”), opublikowanym w piśmie „The Sport and Excersize Scientist”, dr Alun Williams ocenia, że w utalentowanych osobach łączą się trzy cechy: odpowiednie geny, stymulacja środowiska i połączenie informacji genetycznej, która pozwala wyzwolić ich potencjał. Jeden biegacz może łatwiej budować masę mięśniową niż inny, bo ma gen NR3C1. Może też wyróżniać się spośród reszty dzięki genowi ACE, który pozwoli mu osiągnąć większą wytrzymałość. Jeszcze lepiej, jeżeli połączymy go z genem BDKRB2 – powstanie sportowiec mający wielki potencjał. Nadczłowiek? Nie. Z algorytmu, który łączy 23 genotypy idealne do stworzenia perfekcyjnego sportowca, wynika, że tylko jedna na 200 tysięcy osób może charakteryzować się taką kombinacją. Jakby tego było mało, taka osoba musiałaby oprócz wrodzonych predyspozycji mieć sposobność rozwijać się sportowo w idealnych warunkach”. Ale czy ludzie nie zaczną z tym wszystkim kombinować? Gdzie jest ta granica? Zadam podstępne pytanie, co jest etyczne, a co nie?

* polską nazwą tego miasta jest Ad‑Dauha. Doha to jest angielska wersja, ale mnie się bardziej podoba, i lubię ją odmieniać: Dohy,  Dosze, Dohę, Dohą.

 

Napisane przez: torlin | 20/02/2019

Mitologia słowiańska – pustka i rozczarowanie

Obiecałem wszystkim, że jeszcze raz napiszę o mitologii słowiańskiej, specjalnie dla Juli, która napisała: ” Te nasze polskie dziady , zwidy i różne takie świtezianki, co żyły obok nas. Podobno te wampiry to właśnie na naszych ziemiach pierwszy raz ta nazwa była.
Też tą magia była ale ją zaniedbaliśmy niestety”.

Miałem napisać całą notkę, ale później przyszła refleksja, że ja już tyle razy pisałem na ten temat, ostatnio w 2017 roku. Z tym, że warto przeczytać komentarze pod tą notką, które ze mną polemizują (Jula, PAK, Wachmistrz i inni), ja zostaję przy swoim. Naprawdę, zajrzyjcie do tej notki, to nie ma sensu, żebym pisał to jeszcze raz. Niestety, prawdziwe jest zdanie Aleksandra Brücknera z „Mitologii słowiańskiej” – „Mity słowiańskie same do mitu raczej należą, skoroż pewne o nich wiadomości, to jest ani urojone, ani powtarzane tylko, na stronicy druku się zmieszczą.”, umieszczone przeze mnie na mojej liście pn. „Nowa lista przebojów Torlina pierwszych zdań książek” pod numerem 16.

Ale może należałoby się zastanowić, dlaczego tak jest. Dlaczego nie ma żadnych śladów. Te wszystkie znane nam cząstki mitologii słowiańskiej są albo z innych terenów, albo zostały zmyślone. Jula pisze o najpopularniejszych rusałkach czy wiłach, ale to jest mitologia wschodnia – Litwa, Białoruś, to samo ze Świętem Dziadów czy wampirem. Nie ma żadnych śladów, trochę pisze o dawnych wierzeniach niemiecka Kronika Thietmara (opis połabskiej świątyni w Radogoszczy), ruska „Powieść doroczna” czy czeska Kronika Czechów Kosmasa. Nasi – cisza, szczególnie Gall Anonim nawet nie zająknął się o podłożu religijnym buntu pogańskiego  XI wieku. Polska jest białą plamą.

To samo z wykopaliskami archeologicznymi, Światowid ze Zbrucza, jeżeli jest rzeczywiście autentykiem, jest pomnikiem wschodnim, wykopaliska na Rugii (Arkona) czy Radogoszcz z kolei zachodnim. A Polska nic. Urbańczyk napisał, że poszukiwanie polskiej mitologii słowiańskiej jest pasmem rozczarowań. A dodał do tego wszystkiego swoje Długosz, który nawymyślał bóstw słowiańskich, na ile mu kora mózgowa pozwalała.

Mnie się wydaje, że spowodowane jest to długością istnienia bałwochwalstwa. Litwa chrzest przyjęła dopiero w XIV-XV wieku, pamięć po wszystkich bogach i boginiach może być niesłychanie trwały. Z kolei zachodni Słowianie natrafili na Niemców, którzy potrafili to wszystko opisać. Tymczasem Polska „wpadła” w łapy Chrobrego, niszczącego wszystko co pogańskie, a jednocześnie nie było osoby, która mogłaby to opisać. Pamięć się zatarła, nie ma dokumentów pisanych, ani archeologicznych. Pustka i rozczarowanie.

Jedyne, co wydaje się prawdopodobne, że nie było wielkiej mitologii, że dawni Słowianie (nazwijmy ich Polakami) nie rozróżniali sacrum od profanum, wierzyli w bóstwa domowe, leśne, wodne, powietrza, sprowadzające zło i choroby, i dusze dobre, opiekuńcze. A tym nie stawia się pomników, ani nie pali się na ich cześć wielkich stosów.

Napisane przez: torlin | 17/02/2019

Triquetra Celta

Dzisiejszą notkę chciałbym poświęcić mojemu blogowemu Przyjacielowi Celtowi, który obchodzi 12-lecie swojego blogu. Tak jak strasznie różnimy się datą urodzenia, to w kwestii blogów jesteśmy prawie rówieśnikami, bo ja 12-lecie swojego blogu obchodziłem 7 stycznia.

Drogi Celcie, chcę, abyś wiedział, że Cię podziwiam. Postępujesz w życiu zgodnie z Zasadą Triquetry: „„Cokolwiek zrobisz, wróci to do ciebie z potrójną siłą”. Uwielbiam ludzi pozytywnie nakręconych, pełnych pasji, zauroczonych swoimi zainteresowaniami. Życie jest pełne ludzi nijakich, bez zainteresowań, nieciekawych, przemykających po życiu bez żadnych śladów. Szczególnie w Twoim przypadku Twoja chęć życia pogłębionego zasługuje na najwyższy szacunek. Masz we mnie życzliwego kibica.

Celt jest doskonałym przykładem człowieka, który swój blog prowadzi z pasją zarażającą innych. A ja jestem jeszcze doskonalszym przykładem człowieka, który – mimo kompletnie braku zainteresowania częścią tematyki podejmowanej przez Celta* – potrafi z zainteresowaniem czytać kolejne wpisy Autora. Celt jest doskonałym przykładem człowieka, który nie prowadzi swojego blogu opierając się na dwóch zasadach: „rano padał deszcz, a później zjadłem bułeczkę” lub kopiując notkę z Wikipedii i wklejając ją następnie do swojego blogu, które to zasady są przekleństwem blogów w Polsce. Ci ludzie nie mają nic ciekawego do powiedzenia.

Szczególnie tematyka celtycka jest bardzo mało znana w Polsce. Nawet nie mówię o tych 80% ludzi, którzy na pytanie: „kim byli Celtowie” odpowiadają albo „nie wiem”, albo „ta nazwa obiła mi się o uszy”, ale nawiązuję do inteligencji, która też nic nie wie na ten temat. Działasz Celcie na ugorze, na dziewiczej ziemi, i zainteresować ludzi taką tematyką – powtórzę – budzi mój podziw i szacunek.

Życzę Ci Celcie wielu lat prowadzenia blogu, chociaż przyznaję, że jest to formuła upadająca. Ale może będzie nam dane popróbować swoich sił w jakiejś nowej formule, jeszcze nieodkrytej. Wszystkiego najlepszego Celcie. Zdrowia życzę przede wszystkim.

* uwielbiam tematykę celtycką i irlandzką, nie interesuje mnie zaś monarchia brytyjska. Ale wybacz Celcie „well, nobody’s perfect!”

Napisane przez: torlin | 14/02/2019

Polityczna technologia 5G

Technologia 5G pozwoli na obsługę miliona urządzeń na kilometr kwadratowy, zapewni prędkości na poziomie 20 Gb/s i opóźnienia nie przekraczające 4 ms oraz zadziała prawidłowo nawet w pojazdach jadących z prędkością sięgającą 500 km/h. To wyraźnie pokazuje, że mówimy tu o rozwiązaniu, które rzeczywiście może przynieść rewolucję. …I to już niedługo, bo Unia Europejska chce, byśmy mogli skorzystać z 5G już w 2020 roku.

Mamy mimo wszystko dwie sprawy, jedną – polityczną – która będzie niestety kamyczkiem wrzuconym do ogródka Vandermerwe, druga związana z bezpieczeństwem.

Polityczna – każda strona boi się, że druga jednym przyciskiem wyłączy rutery drugiej strony. Dlatego USA, Chiny i Rosja – każde z tych państw buduje własny system 5G. Niebezpieczne są również tendencje Unii Europejskiej, aby na naszym kontynencie działało tylko kilku paneuropejskich operatorów, a mniejsi powinni zniknąć. Po prostu nie dadzą rady jednocześnie obniżać cen za usługi, a równolegle robić wielkie inwestycje w nową infrastrukturę. Tylko że w ten sposób nowopowstałe kolosy telekomunikacyjne będą kontrolować europejską cyberprzestrzeń, a więc i Polskę.

Kłopoty mamy również w Polsce, przyznane nam częstotliwości używa Armia Rosyjska. Druga sprawa – sieć 5G będzie gęstsza niż obecnie, jeżeli chodzi o maszty, a to z kolei wiąże się ze wzrostem promieniowania elektromagnetycznego (PEM). Można by budować mniej masztów, gdyby obniżono restrykcyjne normy polskie dot. promieniowania (relikt PRL-u), zamiast <do 0,1 W na 1 m²> spowodować, aby obowiązywały wytyczne Światowej Organizacji Zdrowia, czyli do poziomu <10 W na m²>.

Może to być największym wyzwaniem. Internet oszalał, jakby się wszyscy zmówili, że to jest tak groźne dla zdrowia, że właściwie już umieramy. Przy takim nastawieniu społeczeństwa nie ma mowy o zmianie norm. Co to się stało z tym polskim społeczeństwem? Jak wpiszecie 5G i język polski trzy podstawowe filmiki to: „Sieć 5G to ludobójstwo zaplanowane na Polakach”, „Technologia 5G nas zmasakruje? Jest wrakiem człowieka pracował ..wRealu24.pl” i „Śmiertelnie niebezpieczna sieć 5G testowana w Polsce”. Mieliśmy szczepionkowców, teraz mamy pewnie to samo towarzystwo, tylko w nowej odsłonie. Jak się przed nimi bronić?

Nikodem Bończa-Tomaszewski pisze, że „sposób, w jaki w całej Polsce i całej UE wdrożymy nową generację telefonii komórkowej, w dużym stopniu zdecyduje o naszej suwerenności”. Nie wiem, co sądzić na temat pana nazywającego się Nikodem Bończa-Tomaszewski, bo różne rzeczy o nim słyszałem, i nie wiem, czy ma on rację, ale nie zmienia to faktu, że nawiązując do poprzedniej naszej rozmowy wolałbym przyjąć warunki amerykańskie, a nie chińskie i rosyjskie.

Napisane przez: torlin | 10/02/2019

Rosja Europejska

Przeczytałem bardzo ciekawy artykuł w Rzepie „+-” na temat Kaliningradu, „Bursztynowy separatyzm” Marcina Łuniewskiego. O Kaliningradzie sporo czytałem, i słyszałem, bo przez dłuższy czas oglądałem wideoblog mieszkanki tego miasta. Jak to zwykle bywa awantura rozpoczęła się od drobiazgu, w maju 2018 roku stewardessa „Aerofłotu” powiadomiła pasażerów rejsu Moskwa – Kaliningrad, że dolatują do Kaliningradu, ale w wersji angielskiej użyła nazwy Königsberg. Akurat na pokładzie był ważny dziennikarz i on wszczął awanturę. Putin postanowił wykorzystać sytuację i zemścić się na opornym mieście i regionie. Nie bardzo rozumiem ataku na nazwę, bo przecież Leningrad zamieniono na Petersburg (rozumiem, że Peter to Piotr I, ale nazwa Königsberg w języku niemieckim oznacza „Królewską Górę”, na cześć czeskiego Króla Przemysława Ottokara II (1233-1278), który był sojusznikiem Krzyżaków i brał udział w krucjatach przeciwko pogańskim Prusom).

Ale sos się zwarzył i wykipiał. Rosjanie spostrzegli się, że Tusk (tego nie ma w artykule, to dodatek Torlina) wyhodował koło Polski Europejskich Rosjan, wpuszczając ich do Polski. Rosjanie – nazwijmy ich – Kontynentalni (Rosja K.) ku swojemu przerażeniu zorientowali się, że w ich ojczyźnie jest teren, nad którym Matuszka Rosja nie ma ani władzy umysłowej ani mentalnej. Spostrzegli się, że żyje całe pokolenie młodzieży, które było kilkanaście albo kilkadziesiąt razy w Gdańsku czy w Wilnie, ale nigdy nie było w Rosji Kontynentalnej. Wyobrażacie sobie szok w Rosji K., gdy w jednym z gimnazjów Obwodu na pytanie-prośbę o wymienienie głównych miast Rosji młodzież napisała Moskwa i Petersburg i nie umiała wymienić ani jednego więcej. W wyborach do rady rejonowej portowego miasta Bałtyjsk/Piława Jedna Rosja poniosła tak straszną klęskę, ponieważ jej członkowie nie dostali ani jednego mandatu, a przed lokalami wyborczymi ludzie wznosili okrzyki: „Jedna Rosja do Rosji, do domu”.

Wiadomo świetnie, że Putin to stłamsi i stłumi, co do tego nie ma żadnych wątpliwości, dla niego Okręg Kaliningradzki jest niezatapialnym lotniskowcem na Bałtyku. Ale równolegle wyrosła inna świadomość, którą już nie jest tak łatwo zniszczyć. „My jesteśmy inni”, „odróżniamy się od Rosjan K.”, „my jesteśmy Europejczykami”. I ku zdziwieniu wszystkich polityka Putina może przynieść odwrotny skutek. Kaliningradczycy biednieją na potęgę z powodu sankcji (Krym), jest im coraz gorzej. Tylko że 250 tys. mieszkańców na milion mieszkańców Obwodu ma wizę Schengen, a 600 tys. paszport. Bogatsi kaliningradczycy kupują mieszkania i domy w krajach Unii, i posyłają dzieci do tamtejszych szkół. Rosjan K. boli również to, że usiłując za wszelką cenę wzbudzić nienawiść mieszkańców Obwodu do zgniłej Europy strasząc ich faszyzmem, rusofobią i i opanowaniem życia publicznego przez potężne lobby LGBT, i nie udaje im się to. Kaliningradczycy bywają krajach Unii, i wiedzą, że to wszystko nieprawda (jakiś idiota zawsze się znajdzie). Sprzyjają im również hasła głoszone przez Putina w sprawie Donbasu, przechwytują je i wykorzystują.

Ale Rosja Putina jednak wpadła w panikę, zlikwidowała wizy 72-godzinne do Kaliningradu, W ostatnich tygodniach przestrzeń medialną w Rosji zapełnił problem plebiscytu na patronów lotnisk, który okazał się tylko kolejną symulacją demokracji i społecznego zaangażowania, a walka wokół Kanta odciągała uwagę opinii publicznej od bieżącej polityki państwa i odsuwała na dalszy plan realne problemy Rosji. Kant cały czas prowadził, przyjechał Cyryl z Putinem i kazali głosować na Elżbietę, córkę Piotra I. Kant spadł na trzecie miejsce, bo wyprzedził go Wasilewski, słynny marszałek z okresu II Wojny Światowej, który zdobył Królewiec. I całkowicie demokratycznie Kant przegrał, ponieważ admirał Floty Bałtyckiej, który jest jednocześnie komendantem Kaliningradzkiego Rejonu Obronnego, w skład którego wchodzą jednostki wszystkich rodzajów broni, stacjonujące w Obwodzie – wydał rozkaz głosowania na Wasilewskiego. A na wszelki wypadek „wandale” oblali czerwoną farbą grób i pomnik Kanta.

Kibicuję mieszkańcom Kaliningradu. Nie otrzymania niepodległości, bo to jest niemożliwe, ale cieszę się, że nawet takimi drobnymi sprawami jak tablice rejestracyjne dają świadectwo niezależnego myślenia. Jednocześnie przypominam swoją notkę na ten temat.


Ps. Po przeczytaniu swojej nocnej pisaniny doszedłem do wniosku, że wymagany jest mały komentarz „swoimi słowami”, bo znowu tekst będzie niezrozumiały. Otóż marzy mi się taka granica pomiędzy Polską i Obwodem Kaliningradzkim, jak np. granica polsko-litewska.

Napisane przez: torlin | 07/02/2019

Nuda egzystencjalna

Mamy najrozmaitszą nudę. Lepiej brzmiałoby: „mamy najrozmaitsze nudy”, ale SJP upiera się, że liczby mnogiej nie ma z wyjątkiem frazeologizmu „z nudów”, ja jednak spróbuję od czasu do czasu używać liczby mnogiej. Mamy nudę sytuacyjną, małżeńską, powtarzalności, przesytu, samotności. I ta najpiękniejsza, arystokratka wśród motłochu, godna najwspanialszych poetów XIX wieku – nuda egzystencjalna. W kontekście psychologii egzystencjalnej nuda jest stanem psychologicznym i postawą filozoficzną charakteryzującą się stagnacją, brakiem woli i zaangażowania.

Bo tak naprawdę mamy dwie nudy, pierwsza jest zwykłą nudą oznaczającą, że komuś dłuży się czas, ten człowiek źle odczuwa przedział czasu. Istnieje jednak jeszcze inny rodzaj nudy, o której mówi także Martin Heidegger, nazywając ją otchłanią egzystencjalną, podoba mi się to określenie, chociaż Heideggerowi chodziło o Boga – a mówimy o nudzie egzystencjalnej.  Może dlatego uwielbiam opowieści o niej, o bezsensie współczesnego, bezpiecznego życia. Nuda pochłania i zżera całe istnienia, niezależnie od tego, co robisz, dopóki nie nadasz swojemu życiu jakiegokolwiek sensu. W tym momencie odkrywa się przed nami podstawowy stan ludzkiego bytu, tj. absurdalna wolność. Możesz wszystko. I niczego nie chcesz. W pierwszym rzędzie jest to wyzwanie postawione człowiekowi przez absurd i absurdalnie absurdalne jego konsekwencje. Czy można żyć bez nadziei i nie rozpaczać?

Do XIX wieku, z wyjątkiem ludzi bardzo bogatych, reszta walczyła o przetrwanie, jak te ptaki całymi dniami szukające pożywienia – nie mieli czasu na nudę, a tym bardziej na nudę egzystencjalną. Ale opanowywała ona cudowne jednostki, Słowacki nudził się przepotwornie: Paryż – szkaradny, Wrocław – brzydki, Florencja – dżdżysta i usypiająca, spotkania i rauty – przyprawiające o mdłości, lato – nuda, za długi dzień, w zimie – za krótki dzień. Czy Krasiński był homo melancholicus? Poeta codziennie doznawał „wstrętu do życia wszechmoc­nego”,  nie znam osoby lepiej opisującej chorobę „na melancholię”, i nikt nie potrafił tak żarliwie o niej mówić, tak pięknie narzekać i smęcić jak on. I nic nie pomagało upuszczanie krwi, lodowate kąpiele, opium i eter. Nuda w tym czasie zarezerwowana była dla ludzi bogatych, w naszym przykładzie, gdyby Mickiewicz był tak bogaty jak Słowacki i Krasiński, też by się nudził. Ale nie miał na to czasu.

Czyż nie miał racji Kazimierz Przerwa-Tetmajer w wierszu „Nie wierzę w nic…”?

Nie wierzę w nic, nie pragnę niczego na świecie,
Wstręt mam do wszystkich czynów, drwię z wszelkich zapałów:
Posągi moich marzeń strącam z piedestałów
I zdruzgotane rzucam w niepamięci śmiecie…

A wprzód je depcę z żalu tak dzikim szaleństwem,
Jak rzeźbiarz, co chciał zakląć w marmur Afrodytę
Widząc trud swój daremnym, marmury rozbite
Depce, plącząc krzyk bólu z śmiechem i przekleństwem.

I jedna mi już tylko wiara pozostała
Że konieczność jest wszystkim, wola ludzka niczym —
I jedno mi już tylko zostało pragnienie.

Nirwany, w której istność pogrąża się cała
W bezwładności, w omdleniu sennym, tajemniczym
I, nie czując, przechodzi z wolna w nieistnienie.

Cudowny wiersz. A filmem najlepiej pokazującym nudę egzystencjalną jest „Między słowami” Sofii Coppoli. Takie sceny, jak Murray rozmawiający z żoną o wyborze koloru wykładziny, albo Scarlett Johansson pokazująca pustkę egzystencji podczas pobytu w świątyni buddyjskiej –  nie mają sobie równych.

Nie chcę nikogo obrazić, ale stan ten mogą odczuwać jedynie osoby inteligentne. O pozostałych zadbały wielkie firmy niedopuszczające do sekundy nudy, przed kilku laty specjaliści z firmy Motorola stworzyli nawet określenie „mikronuda” (microboredom) opisujące takie nagłe ataki znudzenia, które można odegnać za pomocą elektronicznych zabawek. Wszystkie gry na smartfonie są tak zaprojektowane, że opłaca się wejść chociaż na kilka sekund, mobizody – przygotowane specjalnie na potrzeby telefonów komórkowych skrócone wersje seriali telewizyjnych trwające nawet 30 sekund, tak działają lajki i komentarze na Fejsie.

Piszę trochę o sobie. Nie dlatego, że jestem jakoś wybitnie inteligentny, ale nudzi mnie wszystko. Moja praca pisana w domu, filmy, komputer, spotkania, muzyka, wszystko powtarzalne, bez sensu. Może to jest pierwszy objaw emerytury. Ale ja nie mam nudy w pierwszym znaczeniu, cały czas coś robię i nie mam wielkiej ilości wolnego czasu, a bardziej chodzi o nudę egzystencjalną. Nawet pójście do teatru mnie nie pociąga.

Ps. Jednym z najwspanialszych obrazów polskich jest „Melancholia” Malczewskiego, ale w tym przypadku melancholia nie ma nic wspólnego z naszym zrozumieniem tego wyrazu, a raczej chodzi o smutek niemożności, pragnienie.

Ps2. wyrażam podziękowanie Vulpianowi za zwrócenie mi uwagi, że to jest obraz Malczewskiego, a nie Wyspiańskiego, jak to poprzednio napisałem. Co najciekawsze, ja o tym świetnie wiem, ale gubi mnie rutyna. Bardzo Vulpianie dziękuję.

 

Napisane przez: torlin | 04/02/2019

Podziały utrwalone

Ostatnia, a zarazem najstarsza kurna chata pod miasteczkiem Porozów w powiecie wołkowyskim w guberni grodzieńskiej w 1907 roku; zdjęcie Zygmunta Glogera.

Wielu naukowców zastanawiało się nad tym tematem od dziesięcioleci., dlaczego zabory do dzisiejszego dnia odciskają takie piętno na polskiej świadomości. To było zastanawiające już w czasach komuny, teraz te różnice jakby nabrzmiały. A przecież z punktu widzenia historyka odmienność powinna zanikać, chociażby z tego powodu, że odpadły od nas ziemie wschodnie. Tymczasem nic się nie zmieniło.

Jestem pełen podziwu  dla architektów II Rzeczpospolitej, zamknąć w jedną całość trzy zabory, chociaż tak naprawdę ten puzzel miał o wiele więcej elementów. Zabór pruski był złożony z dwóch elementów, części podstawowej, Poznań z Bydgoszczą oraz Śląska; tak jak Galicja mająca dodatkowy element, który dość szybko utraciliśmy w wyniku agresji Czechosłowacji – wysoko uprzemysłowiony Śląsk Cieszyński. Na terenie zaboru rosyjskiego również były dwa różne obszary, teren dawnego Królestwa Polskiego, w którym obowiązywał Kodeks Napoleona, istniała hipoteka, Prokuratoria Królestwa Polskiego, czego nie było na ziemiach zabranych, oraz tereny na wschód  od Bugu. Jedyny kraj mający podobne problemy – to była Rumunia, ale ona chociaż miała własne państwo, i tylko Besarabię (od Rosji) oraz  Bukowinę od Austrii i Siedmiogród od Węgier (skrót myślowy) musiała inkorporować. Polska miała na swoim obszarze różne systemy prawne, administracyjne, podatkowe czy pocztowe, różne waluty i rozstaw szyn w kolei żelaznej.

Ale oprócz tego Polska była zróżnicowana urbanistycznie, w zaborze pruskim poziom urbanizacji wynosił 35%, w dawnym Królestwie Polskim 30%, w Galicji 20%, a na wschód od Bugu 12%. Ale co najważniejsze ludzie zamieszkujący wszystkie te tereny różnili się co do  poziomu wykształcenia, kultury, mentalności, jakości życia, zamożności obywateli. Mieszkańcy zaborów i regionów różnili się biorąc pod uwagę posiadany kapitał społeczny, zaangażowanie w działalności obywatelskiej, stopień organizacji społecznej i aktywności kulturalnej. W poszczególnych zaborach i regionach ceniono i szanowano inne wartości. W Wilnie było 50% analfabetów, nawet Kościół był zadowolony z takiego obrotu sprawy, bo niepiśmiennym chłopem łatwiej było rządzić.

Wszystko to był przydługi wstęp. Niech mi ktoś powie, dlaczego te schematy są aktualne po 100 latach. Na pewno wszyscy oglądali mapki np. w „Polityce” (nie mogę teraz ich znaleźć) pokazujące, że dzisiaj biorąc pod uwagę różne schematy mapki nakładają się na rozbiory. Chyba najbardziej to widać w głosowaniach politycznych i w schematach linii kolejowych. I co mnie najbardziej dziwi, przecież nawet po II Wojnie Światowej Ziemie Zachodnie i Północne zostały zaludnione ludźmi wyjeżdżającymi z terenów wschodnich, którzy po raz pierwszy widzieli łazienkę z ubikacją. I sam pobyt na terenach poniemieckich spowodował, że stali się ludźmi cywilizowanymi (świetnie to widać po Kargulu i Pawlaku).

Ciągle jesteśmy w wielu aspektach podobni do Stanów Zjednoczonych, u nich podział na Północ i Południe istnieje właściwie w dalszym ciągu. Mentalność ludzi nie zmieniła się od pokoleń. W Niemczech niechęć Bawarczyków i Szwabów do Prusaków (czytaj Berlina) i i vice versa – jest nieśmiertelna. „Nie znosimy Gdańska, zabiera nam wszystko, a daje tylko ochłapy” – mówił przedwojenny prezydent Elbląga. „I tak jest od 150 lat”. A teraz jest inaczej? Radom, jak był w zaborze rosyjskim, to był stolicą guberni i gnębił Kielce, jak powstała Polska po 1918 roku, to Kielce zostały województwem i gnębiły Radom. Przyszli Niemcy i zrobili dystrykt radomski, przyszli Polacy, zrobili województwo kieleckie. Niechęć Bydgoszczy i Torunia, czy Gorzowa I Zielonej Góry jest nieśmiertelna. I takie anse potrafią trwać setkami lat niezależnie od przynależności politycznej. Moja Babcia płakała, że musi umierać w Galicji.


Aneks dla PAK-a

znalazłem dwie mapki, nie mam czasu szukać więcej, kolej w 1958 roku i

głosujący na Dudę i Komorowskiego. Pamiętam, były jeszcze mapy zagęszczenia miast i poziom wykształcenia, ale nie mogę znaleźć w sieci (i nie bardzo mam na to czas)

Napisane przez: torlin | 01/02/2019

#Metoo: zasada Pence’a katastrofą dla kobiet

Od lat formułuję zasadę, można ją nazwać Zasadą Torlina, że każdy pomysł na ulepszenie czegoś zawsze kończy się wynaturzeniem, patologią. Dawałem kiedyś przykład, gdyby wprowadzono – z powodu dużej ilości wypadków – zasadę , że w każdym budynku gospodarczym mają być automatyczne wyłączniki świateł, to inspektorzy będą wyszukiwać zapomniane od dziesięcioleci stodółki i karać ich właścicieli. Teraz to stało się w Stanach Zjednoczonych po akcji #metoo, która zmiotła setki ważnych dyrektorów, biznesmenów i artystów. Każda kobieta powie: „A co złego, że walczymy z gwałtem, niechcianym dotykiem, słownym molestowaniem, lub wymuszaniem randek i seksu z jednoczesną obietnicą podwyżki albo awansu”? Otóż dziewczyny – nic złego. Całym sercem jestem za Wami, kibicuję Wam od samego początku. Tylko… Właśnie, tylko… Zgodnie z Zasadą Torlina każda prawidłowa akcja musi się skończyć jej wynaturzeniem.

Otóż Mike Pence, wiceprezydent Stanów Zjednoczonych, sformułował zasadę: „nigdy nie będę sam na sam z kobietą, która nie jest moją żoną”. Przyłączyło się do tego ruchu tysiące mężczyzn, biznesmenów, twierdząc, że nie mogą i nie zostaną oskarżeni o nic, jeśli nigdy nie będą samotni z kobietą. Mężczyźni decydują, że nigdy nie spotkają się z pracownicą w pomieszczeniach bez okna, trzymają  dystans w windach, albo w ogóle do nich nie wchodzą, jak kobieta jest samotna; niektórzy odmawiają siedzenia obok koleżanek w samolotach i pociągach.

Ale to unikanie kobiet za wszelką cenę z obawy przed oskarżeniem o molestowanie seksualne ma nieprawdopodobnie szkodliwy wpływ na kariery kobiet, których unikają. Podstawowe pytanie brzmi, w jaki sposób odpowiedź na #MeToo może w rzeczywistości zaszkodzić postępom kobiet, biorąc pod uwagę dominację mężczyzn na najwyższych stanowiskach np. Wall Street. Jedną z najbardziej palących konsekwencji dla kobiet jest utrata męskich mentorów mogących pomóc im wspiąć się po drabinie awansu i sukcesu. Jedna z wysoko postawionych kobiet w USA powiedziała: „”Nie ma wystarczającej liczby kobiet na wysokich stanowiskach, by same mogły  sfinansować kolejne pokolenie. Awans zazwyczaj wymaga, aby ktoś na wyższym poziomie znał twoją pracę, dawał ci szanse i był gotowy do doprowadzenia cię do mistrzostwa w twojej firmie. Trudno jest nawiązać takie relacje, jeśli osoba starsza nie chce spędzać czasu z młodszą”.

Nie da się uciec przed pytaniem: „Jak wpłynęłoby to na kobiety, gdyby wszyscy mężczyźni  w swoim życiu zawodowym wprowadziliby w życie Zasadę Pence’a, by nigdy nie pozostawać sam na sam z kobietami?” I z tym ciekawym pytaniem zostawiam Moich Ukochanych Interlokutorów.

Ps. 1 Cudowny bonus, znowu mężczyzna rozjuszył kobiety. Jeden z kongresmenów amerykańskich ogłosił własną zasadę że nigdy nie będzie sam na sam z kobietą poniżej 35 roku życia.

Napisane przez: torlin | 29/01/2019

Antycypacja homo sapiens

Antycypacja – teoretyczne przewidywanie czegoś, co jeszcze nie jest dane w doświadczeniu . Antycypować – przewidywać, przypuszczać z góry, uprzedzać, przedwcześnie wykonywać (Słownik Wyrazów Obcych PWN)

Od najmłodszych lat antycypować możemy przy pomocy trzech filarów: doświadczeń rodziców przekazywanych swoim dzieciom, doświadczeń przodków i własnego rozumu. Dlatego antycypacja jest charakterystyczna dla rodzaju ludzkiego, chociaż pewne jej fragmenty można znaleźć w zachowaniach zwierząt. Zainteresowało mnie to niesłychanie, kiedy przeczytałem wiadomość, że  po 11 marca 2011 roku, kiedy to trzęsienie ziemi o magnitudzie 9.0 wywołało olbrzymią falę tsunami w Japonii i zginęło wtedy 15 tys. osób, znaleziono podczas odgruzowywania liczne „głazy ostrzegające przed tsunami” z napisami „nie budujcie domów poniżej tego punktu”. Funkcję antycypacyjną psycholodzy uważają za wyjątkową dla człowieka, za kluczowy element ludzkiej tożsamości. Mam z tym problem, bo wydaje mi się, że zwierzęta również mają w sobie tego rodzaju funkcję, charakterystyczne jest to dla wszystkich matek, zarówno ludzkich, jak i zwierzęcych. Słonice chowające małe słoniątka wewnątrz stada, kaczki zagarniające swoje pociechy w kupę, one wszystkie ostrzegają przed niebezpieczeństwem. Identycznie zachowują się matki ludzkie: „nie chodź po lodzie na drodze, bo się poślizgniesz i przewrócisz”, „nie wychodź zza autobusu” czy „nie wchodź na lód na stawie, bo się zarwie i utoniesz”. Rzeczą charakterystyczną dla wszelkiej dzieciarni jest lekceważenie wszelkiego rodzaju przestróg: „nie kąp się w wyrobisku, bo tam jest głęboko i utoniesz”, a cała młodzież i tak tam idzie.

Ale moja notka raczej nastawiona jest na ludzi dorosłych. Dlaczego oni postępują – że tak powiem – antyantycypacyjnie. Budowanie domów na terenach zalewowych, powyższy przykład z tsunami, gdzie poniżej kamieni było zbudowanych mnóstwo domów, identyczne inwestycje były przeprowadzone na stokach Etny, chociaż jest to ciągle czynny wulkan i w każdej chwili może dojść do erupcji, jeżdżenie samochodem po zamarzniętych jeziorach, wchodzenie do restauracji odstręczającej swoim wyglądem i higieną. Czy naprawdę za tym wszystkim stoi tylko pieniądz („bo tam jest taniej”), względnie lekceważenie niebezpieczeństwa („mnie się nic nie stanie”)?

Piszę o tym dlatego, że jest mi to całkowicie obce. Oczywiście nie żyję w ciągłej obawie i gotowości, ale po prostu nie mogę tego zrozumieć.

 

 

Napisane przez: torlin | 26/01/2019

Liberalizm a moja firma

Ukazał się w GW artykuł Marty Urzędowskiej pt. „W ramach walki z prostytucją nowojorska restauracja zabrania kobietom jeść przy barze„. Opisana jest historia pewnej bogatej pani dyrektor, która w znanej knajpie włoskiej „Nello” w Nowym Jorku została poproszona o przejście do stolika, gdyż w tym lokalu – decyzją właściciela lokalu – w ramach walki z nagabywaniem mężczyzn przez prostytutki samotnym kobietom nie wolno siadać przy barze, a tylko i wyłącznie przy stolikach.
Jak zwykle lubię komentarze, mieszanina z poplątaniem #metoo, liberalizmu, szowinizmu i seksizmu. Ale mnie od dawna zastanawia problem liberalizmu przy prowadzeniu własnej działalności gospodarczej. Jeden z komentatorów napisał: legeh 25.01.2019, 08:20
„”Stwierdził, że ma prawo prowadzić swój interes jak mu się podoba” – to właśnie kwintesencja tego buractwa. Ja mam prawo bo moje! Jak się prowadzi lokal publiczny to już przestaje być „moje”. „Moje” to jest w czterech ścianach domu, a jak robisz restaurację to jesteś oceniany przez publikę i mam nadzieję że prasa zjedzie równo tego delikwenta”.
No właśnie – naprawdę? No skoro jest oceniany przez publikę, to trzeba poczekać, aż oburzeni ludzie przestaną przychodzić. Ciągle mnie zastanawia, jakie są granice liberalizmu, i czy w ogóle ktokolwiek ma prawo takie granice stawiać. No dobrze, zaraz ktoś powie, a jak restaurator napisze: „Czarnych nie obsługujemy” – to ma do tego prawo, czy nie? Okazuje się, że nie. No drugie dobrze – a jak powstają taksówki tylko dla kobiet – to jest to dyskryminacja mężczyzn, czy też nie. Czy taki restaurator ma prawo zrobić swoją knajpę tylko dla palących? Albo z zakazem wejścia kobietom w spodniach. Albo tylko dla par – samotnym nie wolno wejść.
Mówimy o normalnym kraju, praworządnym, z przepisami mocno trzymającymi się życia, prawidłowym samorządem i pełną wolnością obywatelską. Torlin jest właścicielem pięknego lokalu przy jednej z głównych ulic miasta i zakłada w nim restaurację. Mogą być jakieś przepisy państwowe lub samorządowe co do sprzedaży alkoholu, bezpieczeństwa, czystości, to jest zrozumiałe – trzeba je spełnić. Ale są sprawy nieuregulowane żadnymi przepisami. Czy ja mam prawo wpuszczać do środka tylko osoby z aparatami fotograficznymi, bo mam taką fantazję? Albo tylko te osoby, które narysują moją karykaturę?
Nie ma dyskusji na temat rasizmu, tego nie wolno robić, nie wolno również ludzi w sposób deprecjonujący klasyfikować, byłoby im przykro (wpuszczamy tylko ładne dziewczęta, z waszej piątki cztery wchodzą, a ty nie). Ale kluby mają prawo wpuszczać ludzi nienoszących obuwia sportowego typu Adidas, i nikt się temu nie dziwi i nie protestuje. Gdzie jest ta granica? Kto ją uchwala? Zwyczaj? Czy ten człowiek mógł (miał prawo) wydać takie wewnętrzne postanowienie, że samotnym kobietom regulamin wewnętrzny restauracji zabrania siadać przy barze? Przecież jak tej kobiecie się to prawo nie podoba, niech znajdzie inny lokal. Jak mam Adidasy na nogach, to pójdę do takiego klubu, gdzie mnie wpuszczą.
I chyba najważniejsze pytanie, i do tego wielowątkowe – czy to jest lokal tego właściciela, czy miejski? Czy jak ktoś ma restaurację, to ona musi być ogólnodostępna? A czy przypadkiem każdy właściciel nie ma prawa robić ze swoją rzeczą to co chce?

Older Posts »

Kategorie