Napisane przez: torlin | 30/08/2016

Robin Hood z Barnsdale

????????????????????????????

Wpadła mi w rękę (na ekran) krótka rozprawka rozprawiająca się (sic!) ze wstecznym poglądem, jakoby Robin Hood ukrywał się w Lesie Sherwoodskim. Otóż to jest nieprawda. jak popatrzymy na mapę, to lasy Barnsdale były odległe o 40 mil od Sherwoodu. Las Barnsdale na północy opierał się o rzekę Went i tam na przeprawie po raz pierwszy nie tylko Mały John spotkał Robin Hooda, ale jest to najstarszy zapis dotyczący tego rozbójnika. Brzmi on:  „‚Y mete hem bot at Went breg,’ s(e)yde Lytyll John” (‚I met him but at Wentbridge’, said Little John) ( „Poznałem go, ale w Wentbridge , powiedział Mały John).  W średniowieczu wioska Wentbridge nosiła nazwę Barnsdale, jako główna osada lasu.

Wentbridge-River-Went--27th-June-2009-l

Przyznać trzeba uczciwie, że rzeka Went nie należy do pokroju Wołgi, Dunaju czy Renu, ale…

niebieska plakietka

… na dzisiejszym moście władze samorządowe umieściły powyższą błękitną plakietkę.

John Leland, żyjący w Anglii w pierwszej połowie XVI wieku zamieszcza w swoich annałach archeologiczno-etnograficznych  – „… the woodi and famose forest of Barnsdale, where they say Robyn Hudde lived like an outlaw.” Robin Hood i Guy Gisborne” jest to ballada z XVII wieku, jednak jej brzmienie jest bardzo podobne do innej z 1475 roku. Cała akcja dzieje się w lesie Barnsdale, a sam Robin mówi przedstawicielowi króla: „I am Robin Hood of Barnsdale”.

Wentbridge_Viaduct_-_geograph.org.uk_-_718101

I kolejny mit powalony na kolana. A głównym traktem, na którym Robin zatrzymywał bogatych podróżnych prawie współcześni poprowadzili autostradę A1 (teraz ona idzie inną trasą, na zdjęciu most na rzece Went).

Napisane przez: torlin | 27/08/2016

Superprodukcja 2016

Powstanie Warszawskie

Czytam sobie taki esej (eseik) pod nazwą „Jak „Krzyżacy” podbili serca całej Polski” i zacząłem się zastanawiać, czy dzisiaj, w 2016 r., możliwa jest dobra, polska superprodukcja. Jak pamiętacie, kiedyś zastanawialiśmy się w moim blogu TU, jakie tematy byłyby najlepsze na wielki film o polskiej historii, teraz zacząłem się zastanawiać, czy jest w ogóle reżyser w Polsce, który umiałby zrobić taki film.

Z żyjących Andrzej Wajda skończył 90 lat (inna rzecz, że zapomniałem o tej rocznicy w marcu, i nie dałem notki, a bardzo chciałbym go uhonorować), ale tak po prawdzie Pan Andrzej stracił talent w połowie lat 80. ubiegłego wieku (a tak naprawdę w 1977), Jerzy Hoffman ma lat 84, i ten też talent ma daleko za sobą od lat 80 (chociaż wbrew krytykom „Ogniem i mieczem” uwielbiam – mam do tego prawo). Kawalerowicz od chyba najlepszej polskiej superprodukcji: „Faraon” nie żyje od 9 lat, Has od dawna, Passendorfer od 13.

Młodzi polscy umieją zrobić kameralne filmy, poetyckie, tymczasem superprodukcja wymaga panowania nad dziesiątkami statystów,  wielkimi plenerami. Wiem, że dzisiaj armię można rozdmuchać do niewiarygodnych rozmiarów przy pomocy komputerów, ale powiedzmy sobie szczerze, postęp techniczny nie pozwala na wierne rozmnożenia wojska, aby widz nie dostrzegł sztuczności.

Trzeba będzie poprosić o pomoc zagranicę. Jamesa Camerona? Ceniony przeze mnie portal histmag pisze na ten temat: „I choć filmom tym daleko do „Popiołu i diamentu” czy filmów Kieślowskiego, stanowią one bardzo ciekawe i kolorowe zjawisko polskiej kinematografii doby PRL. O ich wyjątkowości nie świadczy bowiem wartość artystyczna, ale ogromna popularność i wciąż silna obecność w świadomości Polaków”. Ja bardzo przepraszam, ale to jest wielkie nieporozumienie, nie można porównywać „Jasminum” z „Bitwą Warszawską, tak jak nie można zarzucać, że piosenka kabaretowa śpiewana na deskach nadmorskiego deptaka nie jest jazzem. To inna kategoria.

Potrafiłby ktoś w Polsce nakręcić taki film? I żeby nie był cały wyprodukowany w technice komputerowej.


Aneks – odpowiedź dla Wachmistrza

Popioły Wajdy

Moja „dysertacja” na temat Wajdy ma oczywiście niesłychanie osobiste podłoże, wiadomo, że jednemu podoba się to, a nie podoba tamto.

Zrobiłem kiedyś Wachmistrzu próbę skatalogowania 100 najlepszych polskich filmów, i na tej liście znalazło się aż jedenaście Wajdy, z tego dziesięć sprzed 1977 roku, a trzy zostały odnotowane w pierwszej czwórce. Najlepszym polskim filmem wszechczasów (jestem konsekwentny) jest dla mnie „Ziemia Obiecana”, na drugim „Rękopis znaleziony w Saragossie”, na trzecim „Wesele”, a na czwartym „Wszystko na sprzedaż”. W pierwszej setce znalazły się jeszcze „Niewinni czarodzieje”, „Popioły”, „Człowiek z marmuru”, „Kanał”, „Krajobraz po bitwie”, „Brzezina” i – będziesz pewnie zaskoczony – „Piłat i inni”. Jeden jedyny film późniejszy z mojej listy to jest „Danton” (1982).

Późniejszych filmów Wajdy generalnie nie trawię. Nie dałem rady obejrzeć ani „Wałęsy”, ani „Katynia”, ani „Panny Nikt”, ani „Zemsty”, ani „Pierścionka z orłem w koronie”, ani „Korczaka”, ani „Kroniki wypadków miłosnych”, ani „Dyrygenta”. To nie jest dla mnie wielkie kino.

Nie wymieniłem trzech filmów, które wprawdzie nie znalazły się na mojej liście, ale ich wielkość artystyczną muszę docenić, a nie przepadam za nimi z różnych powodów, które postanowiłem tutaj przedstawić:

  1. „Panny z Wilka” – specyficzny film, bardziej pasujący do dorobku Zanussiego, wielkie kino, ale nie moje klimaty. Bardzo przypomina mi film „Życie rodzinne” i co ciekawe, obydwu mężczyzn w tych filmach gra Olbrychski.
  2. „Człowiek z żelaza” – film jak dla mnie za bardzo publicystyczny, „na czasie”, ale mający wspaniałe momenty. Duże kino, ale nie wielkie.
  3. „Pan Tadeusz” – tutaj rozumiem będzie pomiędzy nami największa walka. Ten film uważałem za arcydzieło do połowy filmu, i tyle go teraz oglądam. Pierwsze sceny przyjazdu Tadeusza, Telimena, uczta, Olbrychski, Kondrat – absolutne cudo. Tragedia rozpoczyna się od kwestii Dobrzyńskich, cała reszta to nieprawdopodobna porażka. Gwoździem do trumny drugiej połowy jest przemarsz wojsk napoleońskich, już Ci kiedyś pisałem, że tę scenę powinien dać Hoffmanowi, on to umie robić. Jedynym miłym akcentem w II połowie są zaślubiny Zosi i Tadeusza.
Napisane przez: torlin | 24/08/2016

Nowy Hyde Park

Zachód słońca w Indiach

Zachód słońca w Indiach

Skyscanner zrobił nową funkcję w swojej wyszukiwarce, jeżeli to okaże się prawdą, dla mnie to będzie prawdziwa rewolucja. W pole „Dokąd” wpisuje się „wszędzie”, a w dni „cały miesiąc” albo „cały rok”, i wyszukiwarka pokazuje ci najtańsze połączenia międzykontynentalne. Dla takich ludzi jak ja to jest cudowne rozwiązanie, ponieważ zawsze miałem problem z wybraniem czegoś interesującego, trzeba było koniecznie podać miejsce przylotu i konkretne daty z dokładnością do trzech dni.


Legia awansowała do Ligi Mistrzów, ale do szału doprowadzają mnie wypowiedzi zawodników, że najważniejsze, że awansowaliśmy, i nikt po latach nie będzie pamiętał, w jakim stylu. Otóż będzie pamiętał. Cholery zarabiają takie pieniądze, i wstydu nie mają pokazując tak tragiczną piłkę nożną. Ja bym się spalił ze wstydu, a nie cieszył.


Zaczynam się bać o Warszawę, PiS wyraźnie wzmógł ofensywę w tym kierunku, aby przejąć stolicę. I znowu staję przed takim samym problemem, jak było w przypadku PO. I co z tego, że to wszystko się mówiło przez lata, sam pisałem w swoim blogu na ten temat. Teraz pozostaje mi albo przyznać prawdę PiSowi, albo poprzeć HG-W. Wybór między dżumą a cholerą.


To samo co z Legią jest z olimpijczykami. „Jesteśmy lepsi niż przedtem”. Tymczasem dla mnie olimpiada w Rio była tragiczna dla Polaków. Węgrzy mają 8 złotych medali.


Nadchodzą upały. Rychło w czas.


Jeziorki na mapie Ursynowa

Urząd dzielnicy Ursynów nareszcie zajął się najbardziej zaniedbanym obszarem urbanistycznym (jak to pięknie nazywa MSI, tymczasem są to osiedla w ramach dzielnic warszawskich) czyli Jeziorkami (z punktu widzenia formalnego istnieją Jeziorki Północne i Południowe). Olbrzymi obszar, obejmujący prawie połowę terenu Zielonego Ursynowa, żył jak w średniowieczu. Bez drogi jezdnej, kanalizacji, autobusu. Na terenie Jeziorek Południowych wprowadzili nowy autobus, mają zrobić porządek z dwoma „dworcami” Warszawa-Jeziorki i Warszawa-Dawidy i z całą trasą radomską, tak że powstał niedaleko mojego domu nowy przystanek autobusowy. Sam autobus chodzi wprawdzie raz na godzinę, ale zawsze.


Nie mogę doczekać się urlopu.

Napisane przez: torlin | 21/08/2016

Noc z 20 na 21 sierpnia 1968 r.

21. srpen 1968, Praha

21 sierpnia 1968 r w Czeskiej Pradze

Noc z 20 na 21 sierpnia 1968 r.  Wojska Związku Radzieckiego, Polski, Węgier, Bułgarii i NRD wkraczają na terytorium Czechosłowacji, następuje zbrojna interwencja sił Układu Warszawskiego, idą z bratnią pomocą społeczeństwu (jak się wtedy mówiło) czechosłowackiemu (tak jak były Czeskie Tatry).

Noc z 20 na 21 sierpnia 1968 r., a raczej wczesny poranek. Torlin, mający wtedy 16 lat, razem z Mamą, siostrą, przyszywaną ciotką Alinką i jej synem Tomkiem, szykuje się do pójścia w Czeskie Tatry. Wydaje się, że na potrzeby młodego czytelnika należałoby określić, co to wtedy oznaczało przejście turystyczne na teren Tatr Słowackich. Zaczęło się to wszystko od 1925 roku, w którym Polska po przegranej bitwie dyplomatycznej o Jaworzynę Spiską miała do wyboru: zaognić spor, czy wręcz przeciwnie, nawiązać bardzo bliską współpracę turystyczną na terenach przygranicznych, obejmującą również mały ruch  graniczny ludności mieszkającej na tych terenach. W skutek zabiegów, co trzeba podkreślić – obu stron – została podpisana konwencja turystyczna pomiędzy Polską a Republiką Czechosłowacką, w wyniku której turyści posiadający specjalne przepustki mogli przechodzić na stronę przeciwną.

2016-08-21 11_11_25-Clipboard

Rzecz była bez precedensu w historii Europy, jeszcze nigdy żadne państwa nie stworzyły tak szerokiego obszaru przygranicznego dostępnego dla zwykłych turystów, obejmowała ona obszar prawie od Sudetów do Rumunii. Dotrwała ona do II Wojny Światowej, tuż po jej zakończeniu państwa raczej zamykały się, niż otwierały. Dopiero po odwilży w dniu 6 września 1955 roku w Pradze udało się przedstawicielom władz Polski i Czechosłowacji parafować nową umowę o turystycznym ruchu przygranicznym, zwaną potocznie konwencją turystyczną. Warunkiem korzystania z uprawnień umowy było posiadanie przez turystów tzw. karty turystycznej i przepustki. Ponieważ obszar możliwy do eksploracji w ramach nowej umowy był znacznie mniejszy niż przedwojenny, następowało olbrzymie ilościowo przekraczanie granic ujętych w umowie. W związku z tym w dniu 16 czerwca 1961 roku weszła w życie nowa polsko – czechosłowacka konwencja turystyczna, w ramach której Torlin właśnie przekraczał granicę.

Co pamiętam z tej wizyty? Kilkakrotne pytanie pograniczników, czy naprawdę musimy pójść w Wysokie Tatry. Opuszczoną flagę CSSR w schronisku. Słowacy zachowywali się wobec nas przyjaźnie, ale nikt nam nie chciał powiedzieć, co się stało. Dopiero jeden z nich powiedział prawdę, w związku z tym my podjęliśmy decyzję zejścia (wbrew konwencji) do najbliższego miasteczka. Pamiętam z niego trzy rzeczy: że nie było żadnych wojsk; plotkę, że czołgi radzieckie rozjeżdżały Czechów i Słowaków leżących na drodze, aby uniemożliwić przejazd wojsk, a polski dowódca wysiadł z czołgu i długo tłumaczył leżącym, aby go puścili, bo inaczej go rozstrzelają, i trzecią rzecz, na jezdni namalowaną gwiazdę, z której każdego rogu kapała krew,a te rogi były opisane: ZSRR, Polska, Węgry, Bułgaria, NRD.

I to wszystko, co pamiętam.

Napisane przez: torlin | 18/08/2016

Skomplikowany i tajemniczy człowiek

Julian

Dzisiaj mija 40 rocznica śmierci jednej z najbardziej zagadkowych postaci Międzywojnia, okresu II Wojny Światowej i okresu stalinowskiego. Mowa jest o Julianie Spitosławie Kulskim (powyżej on w 1919 roku). Sporo o nim wiem, ale posiłkować się będę dla ułatwienia Wikipedią. Od razu jednak mówię, nie szukam sensacji, w ogóle tego człowieka nie oskarżam, nie szukam sensacji, nie jestem oszalałym IPN-owcem., nie nazywam go ani bohaterem, ani zdrajcą. Tylko strasznie się zastanawiam.

W wielkim skrócie życiorys Kulskiego:

    • 1914-1917 – Legiony Polskie,
    • 1919-1920 – oficer wywiadu w wojnie polsko – rosyjskiej,
    • 1921 -1927 – Wojsko Polskie,
    • 1927-1935 – wysoki urzędnik Ministerstwa Skarbu,
    • 1935-1939 – wiceprezydent Warszawy, zastępca Starzyńskiego,
    • 1939-1944 – Burmistrz komisaryczny miasta Warszawy na zlecenie władz niemieckich,
    • „Od grudnia 1945 do czerwca 1946 na zlecenie Zarządu Miasta Warszawy pracował dla Archiwum Miejskiego przy archiwizacji sprawozdań z działalności Zarządu Miasta w okresie okupacji. Od marca 1946 do 1947 był kierownikiem oddziałów w Gdyni, Gdańsku i Elblągu Międzynarodowej Ekspedytury C. Hartwig. Od 1947 do 1948 pracował w Stołecznym Przedsiębiorstwie Budowlanym w Warszawie, a następnie w Gliwicach. Od 1951 do 1959 był dyrektorem w Dyrekcji Budowy Osiedli Robotniczych (od 1946 wicedyrektorem stołecznej Dyrekcji Osiedli Robotniczych). 31 grudnia 1959 przeszedł na emeryturę. Odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski (1929), dwukrotnie Złotym Krzyżem Zasługi (drugi raz w 1949)” (Wiki).

dokument Kulskiego
Początek typowy, znam to chociaż z Matuszewskiego, Legiony, Wojsko Polskie, praca w Ministerstwie Skarbu, później wiceprezydent Warszawy, ze Starzyńskim bawił się w dzieciństwie na jednym podwórku.

    • Ale jak to jest możliwe, że Niemcy rozstrzelali Starzyńskiego, a Otto zaproponował Kulskiemu stanowisko właściwie prezydenta od spraw polskich w Warszawie. Nie należy mylić Helmuta Otto z Alfredem Otto. Ten drugi był zbrodniarzem wojennym, komisarzem Gestapo, człowiekiem, który schwytał Bora. Helmut Otto, były burmistrz  Düsseldorfu, był wprawdzie członkiem NSDAP i SS od 1931 roku, ale do tego stopnia nic złego nie zrobił, że jak go sojusznicy złapali w Niemczech i przekazali stronie polskiej, to ta na niego nic nie znalazła, i puściła wolno. Otto był tylko kilka miesięcy Komisarycznym Prezydentem Miasta Warszawy, tak jak i jego zastępca, a po jego odejściu Komisaryczny Prezydent Oskar Dengel, też członek NSDAP i SS od 1931 roku, ale ten był po wojnie sądzony za zbrodnie wojenne. 26 marca 1940 roku gubernator Fischer wydał obwieszczenie, że od tego dnia on sam będzie zajmował się sprawami Warszawy, starostą Warszawy mianował zaś Ludwiga Leista. Tu Polacy się nie popisali, bo był to starosta sprzyjający Polakom, a ci go skazali po wojnie na 8 lat więzienia za „udział w organizacji przestępczej”. I co? Kulski przeżył wszystkich władców i sobie rządził? Coś nieprawdopodobnego.
    • Oficjalnie trzeba podkreślić, że Kulski podjął się tej funkcji po wyrażeniu zgody Państwa Podziemnego, jeżeli w ogóle w październiku 1939 roku możemy o czymś takim mówić,
    • I czasy powojenne, żadnego prześladowania, ani za Niemców, ani za AK, ani za wojnę bolszewicką, dyrektoruje sobie, i jeszcze jest odznaczany w 1949 roku (!!!).

Ja naprawdę nic nie sugeruję, ale powody tej łaski mogły być ukryte w… wolnomularstwie, Kulski był członkiem loży Kopernik, członkiem Wielkiej Loży Narodowej Polski był jego osobisty tłumacz w kontaktach z Niemcami, przedwojenny polski konsul generalny w Hamburgu – Emil Kipa. Norbert Wójtowicz, który z pozycji Kościoła prześladuje masonerię, ale jednak świetnym i cenionym historykiem pisze: „zdumienie musi budzić fakt udziału dawnych wolnomularzy w strukturach okupacyjnych władz stolicy w tym okresie. Byli to zresztą ludzie, których nazwiska bez trudu można było znaleźć w publikowanych w okresie międzywojennym kalendarzach wolnomularskich. Znany powszechnie jako urzędnik Wielkiej Loży Narodowej Polski Emil Kipa został wicedyrektorem Biura Prezydialnego Zarządu Miejskiego stolicy, a równocześnie był nieoficjalnym łącznikiem komisarycznego burmistrza miasta Juliana Kulskiego (nb. również wolnomularza) z niemieckimi władzami miasta. W tym samym czasie podobny brak prześladowań spotykał i innych znanych powszechnie wolnomularzy (m.in. Zbigniew Skokowski i Marian Ponikiewski, którzy znaleźli zatrudnienie w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych w Warszawie)”. I dalej: „Po wojnie wielu wolnomularzy znalazło się w nowych strukturach władzy aktywnie włączając się w budowę nowego systemu. Łukasz Kamiński wskazywał w swoich wyliczeniach, że spośród pozostałych w kraju „braci” aż 40,5% zajęło wysokie stanowiska w administracji państwowej (dyrektorzy departamentów, posłowie, a nawet ministrowie), 32,1% zostało wykładowcami wyższych uczelni, 9,5% objęło wysokie stanowiska w spółdzielczości. Swoistym symbolem przystosowania się wolnomularzy do nowej sytuacji stała się postać Henryka Kołodziejskiego, który odegrał znaczącą rolę przy tworzenia Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, a następnie był członkiem Krajowej Rady Narodowej i posłem na Sejm, w latach 1947-49 zajął eksponowane stanowisko prezesa Najwyższej Izby Kontroli, ponadto do śmierci był członkiem Rady Państwa”.

I mało kto wie, że Bierut wychowywał się w cieniu wolnomularstwa, jego mentorem był filozof Jan Hempel, komunista, marksista, ale jednocześnie mason. Norbert Wójtowicz twierdzi, że Bierut należał do masonerii w 1922 roku, przez pół roku, a później został tzw. „uśpionym bratem”. Potwierdzona jest jednakże wiadomość, że w 1945 roku Bierut przeprowadzał sondę w celu powołania loży w Polsce, ale bardzo oponował Jakub Berman.

Kulski ratował wielu ludzi podziemia wydając im dokumenty o zatrudnieniu w urzędzie i spółkach zależnych od samorządu, z których korzystali akowcy i przedstawiciele Delegatury Rządu na Kraj. I Bierut również miał takie zaświadczenie.

Napisane przez: torlin | 15/08/2016

Konwencja w Cleveland jak Kongres PiS-u

donald-trump-1276068_960_720

Na początek kilka słów. Znowu muszę przeprosić moich Czytelników, jestem tak zapracowany, że dobrze, że dzisiaj jest Święto Wojska Polskiego, to mam chwilę wytchnienia. Nie mam czasu czytać w poszukiwaniu tematów, pisać notek, odwiedzać innych blogów. Dziękuję Wachmistrzowi za wpis w starej notce poświęconej wojnie austriacko-rosyjskiej. Temat poniższy był niedawno przez nas poruszany, ale raczej w kontekście, że narody zwariowały.

Dostały się w moje ręce w miarę szczegółowe informacje na temat konwencji republikańskiej w Quicken Loans Arena w Cleveland w stanie Ohio. Czytam, i jakbym miał przed sobą materiały z Konwencji PiS-u. Po pierwsze miejsce, Cleveland nosi dumne miano najbardziej przygnębiającego miasta Stanów Zjednoczonych, bezrobocie, wysokie podatki, korupcja, a jednocześnie stan Ohio należy do grupy stanów „swingujących”, rozdartych w stosunku do obydwu partii. PiS chce za wszelką cenę zdobyć Warszawę.
Zjazd ma patriotyczna oprawę, weterani wnieśli do hali sztandary narodowe, a grupa młodzieży wyrecytowała przysięgę na wierność fladze amerykańskiej. Chór odśpiewał „Gwiaździsty sztandar” – hymn Stanów Zjednoczonych. Nie brzmi znajomo?

Później przemówiła żona Trumpa Melanie Knauss, słoweńska modelka, post factum media miały uciechę, bo swoje – świetne zresztą – przemówienie zerżnęła z mowy Michelle Obamy z 2008 roku.

A później było jak u PiS-u: co należy zrobić z Hillary: „Zamknąć ją”, „postawić przed plutonem egzekucyjnym”, „powiesić sukę”, „ukarać ją za asocjacje z Lucyferem”. Brzmi znajomo?

Trump proponuje kolejnym swoim współpracownikom wiceprezydenturę – „Czym się będę zajmować?” – „Będziesz prowadził politykę wewnętrzną i zagraniczną”. „To czym ty się będziesz zajmował?”, „Będę czynił Amerykę na powrót wielką”. Nie brzmi znajomo? Kaczyński nie wtrąca się do gospodarki, poszczególni ministrowie poza wielkimi hasłami prowadzą swoje ministerstwa w miarę poprawnie, a nawet oponenci Macierewicza mówią, że prowadzi świetnie swoją domenę. Mnie się wydaje, że z Trumpem będzie podobnie, cała polityka będzie poza nim, on będzie się zajmował Wielkim Krzykiem, tak jak Jarosław: hasła z Konwencji: „państwo islamskie jest już w 50 stanach Stanów Zjednoczonych”, „zagrożenie narasta, należy zacząć się bać muzułmanów, Meksykanów i Żydów”. Brzmi znajomo?

Trzy podstawowe obietnice Trumpa: wysiedlenie 11 milionów nielegalnych imigrantów, budowa muru na granicy z Meksykiem i obłożenie wysokimi cłami importu z Chin i Trzeciego Świata. Jeszcze jedna teza była podkreślana w przemówieniach – postulat renegocjacji układów o wolnym handlu zawartych przez USA, tak aby lepiej odpowiadały one interesom Ameryki. Trump krzyczał, że obecne układy – NAFTA (z Kanadą i Meksykiem) i TPP (z krajami regionu Pacyfiku) – są korzystne tylko dla innych państw i powodują ogromną ucieczkę miejsc pracy za granicę. Brzmi znajomo?

74 minut trwała mowa Trumpa, była ona z jednej strony majstersztykiem uwodzenia ludzi zawiedzionych i nieszczęśliwych, z drugiej potworną erupcją populizmu i demagogii, zmieszanej z bezczelnością i  hucpą. Jakby nie zwracając uwagi na wcześniejsze okrzyki, kogo należy się bać, ogłosił się obrońcą biednych, nieszczęśliwych i uciśnionych, Murzynów, Latynosów, gejów i lesbijek. Ale przede wszystkim podkreślał, że jego głównym pragnieniem jest bezpieczeństwo i  dobrobyt pracowników, a trzeba pamiętać, że jest to  biznesmen, który przez lata w sposób niebywale cyniczny i metodyczny oszukiwał swych pracowników i podwykonawców oraz studentów tzw. „Trump University”. Ale najważniejsze – mówił „pamiętajcie, to ja jestem obrońcą prawa i porządku”. Brzmi znajomo? „Pod moimi rządami kłamstwa nie będzie”. Urocze.

 

 

Napisane przez: torlin | 10/08/2016

Dni Przewodników i Ratowników Górskich

mountain-guides-965205_960_720, .

Dni, a nie Dzień? 10 sierpnia to jest Dzień Przewodników i Ratowników Górskich. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie różnice zdań w samym środowisku co do terminu obchodzenia ich własnego święta.

Urodziło się ono na początku lat 80. w beskidzkim oddziale GOPR-u, postanowiono dopasować święto Przewodników i Ratowników Górskich do postaci Świętego Wawrzyńca .  Ten jeden z najpopularniejszych świętych męczenników był słynny z tego powodu, że co piątek schodził do czyśćca, aby zbawić jedną duszę (jak ja to uwielbiam). Od trzydziestu kilku lat są spędy na Śnieżce, nabożeństwa, turyści.

Tymczasem podstawowy GOPR, czyli tatrzański (a może karpacki, tego ja nie wiem), uważa, że to jest święto dla turystów, a nie dla ratowników. Oni obchodzą swoje święto 29 października.

Wikipedia trochę oszukuje pisząc, że śmierć Karłowicza pod lawiną idącą z Małego Kościelca przyśpieszyła prace nad stworzeniem TOPR-u, bo to jest prawda, ale nie całkowita. Otóż nasz kompozytor od kilku lat działał razem ze swoim przyjacielem Marianem Zaruskim w Polskim Towarzystwie Tatrzańskim na rzecz stworzenia  Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego . Inna sprawa, jak się poczyta biografię Zaruskiego, to można docenić ludzi z przełomu wieków. To samo jest z biografią Karłowicza, nie dość, że kompozytor, to publicysta, społecznik, narciarz, alpinista, i do tego świetny fotograf.

Od 1900 roku lawinowo zaczyna wzrastać liczba nieszczęśliwych wypadków w Tatrach.. Do 1907 roku każdą wyprawę formowano dorywczo, z dużymi trudnościami, brakowało przede wszystkim pieniędzy, sprzętu oraz chętnych i wyspecjalizowanych ratowników. W 1908 roku Zaruski i Karłowicz mieli już konkretny plan założenia takiego stowarzyszenia, mieli już nawet wstępne zgody władz administracyjnych. Po śmierci Karłowicza w lutym 1909 roku Stowarzyszenie powstało prawie natychmiast, ciekawe jest tylko to, że działało ono już w lecie 1909 roku, a tymczasem data formalna powołania do życia TOPR-u to jest dzień 29 października 1909 roku. TOPR dzielił się wówczas na 3 części, na Straż Ratunkową, działającą w pierwszym okresie pod naczelnictwem  Mariusza Zaruskiego, na członków honorowych, i na członków wspierających (pod tą enigmatyczną nazwą kryli się ludzie wspierający Towarzystwo finansowo).

I dla tych ludzi świętem jest dzień 29 października, ale nie wiem, czy wygrają z 10 sierpnia. A może postępować wg zasady Młynarskiego – róbmy swoje.

Ale obojętne, czy 10 sierpnia, czy 29 października, życzę Wam samych sukcesów, i jak najmniej pracy.

Napisane przez: torlin | 07/08/2016

Bagażnik na haku na wakacje

rower-hak

No i moi w komplecie pojechali na wakacje. Ponieważ moje cztery wnuczki są wielbicielkami rowerów, każdy samochód został powiększony o cztery rowery. Mój zięć wybrał stary, podstawowy sposób, czyli 4 rowery na dachu. Mój syn zaś sam zamontował bagażnik na haku – jakim ja jestem wielbicielem nowoczesności. Stabilnie zamontowane 4 rowery, osobna tablica rejestracyjna, światła stopu i kierunkowskazy. Nowocześnie to wyglądało.

Można zadać pytanie, dlaczego obydwie rodziny razem jadą na wakacje, skoro widzą się bez przerwy. Źródło tej decyzji leży w przyjaźni dziewczynek, zostało to już sprawdzone wielokrotnie. Jak rodziny jadą osobno, pary dziewuszek siedzą u rodziców: „mnie się nudzi”, „nie mamy co robić”, „tato, zorganizuj coś”, tymczasem jak są we cztery – ich nie ma, przychodzą tylko na posiłki. I dorośli mają córki z głowy, i święty spokój. Rowery zostały wzięte głównie z powodu niekorzystnych prognoz pogodowych.

A dziadek został sam. Z psem😀.

Napisane przez: torlin | 04/08/2016

Danish West India Company i Burgerzy (Burgerowie)

Danish West India Company

Flaga Danish West India Company

Przez całe życie człowiek się uczy. Tak jak Wachmistrz zdziwiony był, że pierwszy raz w życiu usłyszałem o bitwie pod Kościuchnówką, tak teraz nie wierzyłem własnym oczom, jak przeczytałem zdanie: „4 sierpnia 2016 r. mija dokładnie 100 lat, jak Duńska Kompania Zachodnioindyjska i Gwinejska w imieniu rządu duńskiego sprzedała USA Południowe Wyspy Dziewicze”. ????????

Już nie mówię o Anglikach, Francuzach, wiem o Holendrach, ale Duńczycy?

Duńska Kompania Wschodnioindyjska

Można sobie poczytać TU w polskiej Wikipedii, jak widać kierunek był dokładnie ten sam co „naszego” Kurlandczyka z mojej opowieści, czyli Wyspy Indii Zachodnich i zachodnie wybrzeże Afryki. Różnica była tylko taka, że Duńczycy handlowali niewolnikami z Duńskiego Złotego Wybrzeża (dzisiejsza Ghana), wywozili ich do Indii Zachodnich, a Kettler nie.

8c4e7ddecfb739ef5c33c55621b27630_XL

I moje drugie zdziwienie – namiętnie rozwiązuję różnego rodzaju quizy, i w jednym z nich było pytanie, jak się nazywają potomkowie holenderskich osadników na Cejlonie? To tacy są? – zdziwiłem się. Oczywiście, jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku stanowili trzecią narodowość po Syngalezach i Tamilach, i nazywają się Burgerowie, często pisani jako Burgherowie (a może należałoby pisać Burgerzy (Burgherzy)?).

I że u brzegów Nikaragui grasowali duńscy piraci? Coś takiego.

Powstanie Warszawskie

Zlikwidować uroczyste obchody Powstania Warszawskiego w dotychczasowym stylu, bo za bardzo zaczynają być upolitycznione, i zaczynają przypominać przedwojenne spotkania z uczestnikami Powstania Styczniowego. Ta formuła się wyczerpała.

Zanim wszyscy zjedzą mnie żywcem, będę się tłumaczył, mimo że tego wcale nie chcę, ani nie uważam za potrzebne. Jestem synem kobiety uczestniczącej w Powstaniu, mój Tata był w tym czasie w Radomiu, ale przez wszystkie lata był członkiem władz Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, a ja sam urodziłem się 7 lat po upadku Powstania i wychowałem się w tej atmosferze.

Namiętnie powtarzane jest przez wszystkich, że jest to spotkanie z żyjącymi uczestnikami Powstania, cóż to za wierutna bzdura. Gdy ten młody ówcześnie człowiek miał w 1944 roku 18 lat, to teraz ma 90, i nie jest w stanie brać udziału w uroczystościach. A jak miał 16, to naprawdę trudno go teraz prezentować jako typowego Powstańca.

Koła ŚZŻAK umierają, powtarzałem swojemu Tacie, szefującemu jednemu z kół, że powinni otworzyć się na następne pokolenia, że my wszyscy będziemy z chęcią uczestniczyć w pracach koła. Nie było zgody ani członków, ani władz ŚZŻAK . I mój Tata do 95 roku życia sprawnie to jeszcze trzymał w garści, teraz się wprawdzie dobrze czuje, ale już nie wychodzi z domu. Jeszcze rok czy dwa, w kołach nie będzie nikogo.

I rozpocznie się targowisko próżności na grobach Powstańców, czego zaczyn już mamy. I dlatego proponuję zlikwidowanie oficjalnych obchodów rocznicy Powstania, niech każdy przeżywa rocznicę jedynie w swoim sercu.

Ps. Dodatek – zupełnie o tym zapomniałem. Mnie jest wstyd, gdy wymieniane są najróżniejsze oddziały biorące udział w Powstaniu, a nikt nie bąknie nic na temat Armii Ludowej. To jest hańba. Nie były to liczne oddziały, mieli również słabe uzbrojenie, ale walczyli chłopcy na barykadach, i na nich ginęli. Zginął na Freta również cały ich sztab. Największy oddział, „Czwartacy” liczył ok. 300 żołnierzy, i tak jak przemilczane przez lata AK teraz doczekało się swoich czasów (i NSZ niestety również), tak udział AL w Powstaniu przemilczany był zarówno wówczas, jak i teraz. A przecież Lech Kobyliński „Konrad”, słynny ich dowódca, przystąpił do Powstania wbrew kierownictwu. Pamiętano o nim za rządów Pawlaka, był  członkiem Honorowego Komitetu Obchodów Pięćdziesiątej Rocznicy Powstania Warszawskiego w 1994 roku. A teraz już o nim zapomniano, a Profesor przecież żyje (warto przeczytać Jego biografię w Wiki).

Older Posts »

Kategorie

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.