Napisane przez: torlin | 28/10/2020

Krowy kontra autorytety

Od dawna piszę na temat upadku autorytetów. Teraz mamy znowu awantury o przymusowe szczepienia, trasy autostrad, wpływ G5 na zdrowie ludzkie. Gdzie jest prawda? Kto jest jej nosicielem?

Od wielu lat planowany był zbiornik retencyjny Kąty-Myscowa na Wisłoce, naukowcy są właściwie jednomyślni, on musi być zbudowany. Najważniejszy argument przedstawiony został najlepiej w odpowiedzi na interpelację posła Kazimierza Ziobry:

Rzeka Wisłoka jest prawobrzeżnym dopływem Wisły o długości 164 km i powierzchni zlewni 4110 km2. Wisłoka w obszarze dorzecza górnej Wisły wyróżnia się dużą zmiennością przepływów oraz najmniejszym minimalnym odpływem jednostkowym wynoszącym 1 l/s/km2. Jest to powodem występowaniem zarówno długotrwałych okresów posuchy z niskimi stanami, jak i gwałtownych powodzi. Jedyną skuteczną metodą wyrównania przepływu rzecznego w odpowiedniej skali oraz w warunkach hydrogeologicznych fliszu karpackiego jest budowa zbiorników retencyjnych.

   Planowany zbiornik wodny Kąty – Myscowa zlokalizowany jest w Beskidzie Niskim na obszarze powiatu jasielskiego w woj. podkarpackim. Obszar zbiornika rozciąga się od wsi Kąty w gminie Nowy Żmigród, przez wieś Myscowa, do wsi Polany i Krempna. Górna część zbiornika przylega do obszaru Magurskiego Parku Narodowego. Unikatowe warunki przestrzenne tego zbiornika pozwalają na pogodzenie potrzeb ochrony przyrody z potrzebami gospodarki wodnej. Zalesiony w 70% obszar zlewni i ograniczony istnieniem Magurskiego Parku Narodowego stopień zainwestowania terenu pozwalają uzyskać wysoką jakość wody, a warunki topograficzne umożliwiają budowę zbiornika o pojemności optymalnej z punktu widzenia wykorzystania zasobów wodnych.

Ludność okoliczna protestuje, uważa go za niepotrzebny. Ze względu na koronawirusa akcja protestacyjna została przeprowadzona w sposób oryginalny, otóż wykorzystano krowy. Krakowska artystka, Cecylia Malik wraz z kobiecym Kolektywem Siostry Rzeki, z mieszkańcami Myscowej, a także Fundacja Greenmind i Koalicja Ratujmy Rzeki zorganizowała nietypowe artystyczne wydarzenie – protest krów ‚Krowy mówią NIE zbiornikowi Katy-Myscowa’, pisze o tym GW w artykule Agata Kulczycka ze zdjęciami Bogdana Krężela.

Pisałem kiedyś na ten temat, powstała duża i moim skromnym zdaniem ciekawa notka na temat zapór. Piszę tam:

„Wpadło mi w ręce (…) znakomite opracowanie – Raport Światowej Komisji ds. Zapór (z ang. World Commission on Dams). WCD założona w maju 1998 roku jako jedna z nielicznych na świecie Komisji doprowadziła do sytuacji, że jej raport nie został zapomniany i do dzisiaj brany jest pod uwagę przy podejmowaniu decyzji. Komisja wykonała tytaniczną i benedyktyńską pracę, zbadała 1000 wielkich zapór w 79 krajach (na 45.000 istniejących) i doszła właściwie do wstrząsających wniosków. W większości wypadków Wielkie Zapory są źle zbudowane, negatywy ich istnienia przeważają nad pozytywami, dziesiątki milionów ludzi zostało wysiedlonych, większość z nich nie dostała rekompensaty, zapory miały fatalny wpływ na środowisko naturalne, Wielkie Zapory zaprojektowane w celu zapewnienia wody do nawodnień zwykle nie osiągnęły zakładanych celów, nie zwróciły kosztów budowy i były mniej rentowne pod względem ekonomicznym niż oczekiwano. Komisja podkreśliła również znaczenie fizycznej trwałości Wielkich Zapór w przyszłości, zapewnienie im bezpieczeństwa będzie wymagało dodatkowych inwestycji, problemem jest zamulanie i w konsekwencji utrata możliwości retencyjnych zbiorników, a także występuje nadmierne podnoszenie się poziomu wód gruntowych i zasolenia gruntów”.

No i żeby mi ktoś powiedział, jaka jest prawda. Zapora na Wisłoce zapewne do wielkich nie należy, ale czy jest potrzebna? Kto wyda autorytatywną opinię? Bank Światowy daje na to pieniądze. Zaczynam w dzisiejszej rzeczywistości być coraz bardziej głupi.

Samotność jest ciężka. Samotność jest smutna. Ale samotność covidowa to tragedia, dno piekła. Wpadli w nią starsi ludzie.

Już sama samotność jest ciężka, ale można ją osłodzić wspólnym pójściem z przyjaciółką do kawiarni, kina czy teatru, spotkaniem się w grupce znajomych w czyimś mieszkaniu, wyjechaniem na majówkę, a w ostateczności zawsze można pójść do galerii handlowej, erzac rozrywki, ale człowiek nie siedzi sam w domu. Covid to wszystko zmienił.

Bardzo współczuję samotnym ludziom, niemającym do kogo ust otworzyć. Czasami to nie jest ich wina, partner/partnerka zmarli, dzieci, chociaż kochające, daleko, często za granicą, lub wręcz na innym kontynencie. I stary człowiek siedzi w domu, nie wolno mu wyjść – dla jego dobra – chociaż on sam w momentach kryzysu krzyczy: „ja chcę zachorować, bo ktoś się wtedy mną zajmie”. Czasami miła sąsiadka zrobi zakupy, ale siatkę da do ręki poprzez próg i wymiga się pod byle pretekstem od zaproszenia do środka. To samo z opieką społeczną. Jeszcze jak się ma 65 lat… Ale jak się ma 85?

Zgodnie z nowym § 26 ust. 2a rozporządzenia: „Osoby, które ukończyły 70. rok życia, mogą się przemieszczać wyłącznie w celu:

1) wykonywania czynności zawodowych lub służbowych;

2) zaspokajania niezbędnych potrzeb związanych z bieżącymi sprawami życia codziennego;

3) sprawowania lub uczestniczenia w sprawowaniu kultu religijnego, w tym czynności lub obrzędów religijnych”.

Czyli można pójść do kościoła, ale do parku już nie. „Obawy w związku z zaleceniem niewychodzenia z domu mają też specjaliści. Zwracają uwagę na ryzyko depresji, na którą już i tak cierpi wiele starszych osób z powodu samotności. A depresja, nadmierne obciążenie psychiczne i stres mogą być także przyczyną spadku odporności”. Informuję, że jak ja skończę 70 w przyszłym roku i będą obowiązywać te przepisy, to będę miał je w dipie.


Jestem absolutnym wielbicielem Alexandrii Ocasio-Cortez, pisałem na jej temat kiedyś, teraz jest nowy filmik . Naprawę warto. Ci sami ludzie co Kaczyński. Ted Yoho, republikański kongresmen z Florydy, nazwał Ocasio-Cortez „pieprzoną suką” i to jest jej odpowiedź.


Znalazłem wspaniały artykuł Macieja Jarkowca w GW pt. „W USA padają firmy energetyczne. Prąd z wiatru i słońca już jest tańszy niż z węgla”. Są dwie wiadomości, dobra i zła. Zacznijmy od dobrej: ropę przestaje się opłacać wydobywać na Dalekiej Północy, po zniszczeniu prowincji Alberta w Kanadzie i Dakoty Północnej jest szansa, aby uratować Alaskę, bo Trump się na wszystko zgadza, o co poprosi przemysł. „W zeszłym roku bankructwo ogłosiła Murray Energy, jedna z największych firm węglowych w Stanach. Wcześniej bankrutowali inni amerykańscy potentaci: Peabody Energy, Arch Coal czy Cloud Peak Energy. Mimo wsparcia rządu amerykański węgiel nie jest w stanie utrzymać się na powierzchni, bo energia z czystych źródeł jest już w USA tańsza”.

Zła jest taka, że węgiel wraca do łask biedniejszych krajów: „Nic z tego. W Chinach nadal 68 proc. energii pochodzi z węgla. W skali całego globu konsumpcja węgla wzrasta. Dzieje się tak, bo ciągle rośnie zużycie prądu. Dziesiątki krajów produkują go przede wszystkim z węgla i wiele ma w planach kolosalne węglowe inwestycje. Należą do nich potężne gospodarki, takie jak Indonezja, Indie czy Turcja. Węgla do swojego mikstu energetycznego dorzucają też m.in. Malezja, Chile, Korea Południowa i Japonia, w której maleje udział atomu po katastrofie w Fukushimie. W Europie węgiel pozostaje najważniejszym paliwem do produkcji prądu w Polsce, Czechach i Niemczech. Ale tylko ten ostatni kraj zamierza wygaszać bloki. Kilkadziesiąt krajów z globalnego Południa chce doganiać rozwinięty świat z pomocą węgla. Inwestycje ruszają m.in. w Kenii, Senegalu, Tanzanii, Egipcie, Maroku, Bangladeszu, Kambodży, Panamie czy Salwadorze. Niektóre prognozy mówią, że w 2040 r. paliwa kopalne będą nadal stanowić aż 85 proc. światowego mikstu energetycznego”.

Napisane przez: torlin | 20/10/2020

Uczymy się nowego słowa – syndemia

Może będę zarozumiały, ale ja przez skórę już dawno doszedłem do tych wniosków, jakie teraz wyciągają naukowcy. Mój wpis będzie fragmentami kontrowersyjny, ale tak już jest czasami u mnie. Syndemia (ang. syndemic) wg ang. Wiki to: „Epidemia syndemiczna lub synergistyczna to agregacja dwóch lub więcej równoczesnych lub sekwencyjnych epidemii lub skupisk chorób w populacji z interakcjami biologicznymi, które pogarszają rokowanie i obciążenie chorobą”. Mówiąc po polsku jest to spotkanie się kilku epidemii. Nie ukrywam, że do tych wszystkich wniosków doszedłem po artykule w „The Lancet” ujawniającym wszystkim powiązanie koronawirusa z chorobami cywilizacyjnymi.

To, że przyroda się zbuntuje, było wiadomo od dawna. Człowiek się tak rozbestwił, że to przestało być śmieszne. Popatrzmy na samych siebie, chcemy rozrywek, wolności, pełnych sklepów, wycieczek, ciszy i spokoju z jednoczesną imprezą. I nad tym wszystkim wisząca żądza zysku. Nawet dzisiaj – mam zaprowadzić najmłodszą wnuczkę do szkoły (II klasa) z koleżanką i muszę je zawieźć samochodem, bo one (600 metrów) nie pójdą piechotą w pełnym słońcu – bo „za zimno” (9 st.C). Dwa pokolenia chodziły piechotą i nic się nie stało – do minus dwudziestu.

„The Lancet” słusznie pisze , że spotkało się kilka epidemii, z czego poza tym nieszczęsnym wirusem i rakiem właściwie pozostałe sami żeśmy stworzyli. My – ludzie. Ten cytat jest niestety wiele mówiący (tłumacz – Google bez poprawek):

„Gdy świat zbliża się do miliona zgonów spowodowanych COVID-19, musimy zmierzyć się z faktem, że przyjmujemy zbyt wąskie podejście do zarządzania tą epidemią nowego koronawirusa. Przyczyną tego kryzysu była choroba zakaźna. Wszystkie nasze interwencje koncentrowały się na odcięciu linii przenoszenia wirusa, kontrolując w ten sposób rozprzestrzenianie się patogenu. „Nauka”, która kierowała rządami, była kierowana głównie przez twórców modeli epidemii i specjalistów od chorób zakaźnych, którzy, co zrozumiałe, opisują obecny stan zagrożenia zdrowia w odwiecznych kategoriach dżumy. Ale to, czego dowiedzieliśmy się do tej pory, mówi nam, że historia COVID-19 nie jest taka prosta. Dwie kategorie chorób oddziałują na siebie w określonych populacjach – zakażenie koronawirusem z ciężkim ostrym zespołem oddechowym 2 (SARS-CoV-2) oraz szereg chorób niezakaźnych (NCD). (…) To syndemia. Syndemiczny charakter zagrożenia, przed którym stoimy, oznacza, że ​​jeśli mamy chronić zdrowie naszych społeczności, potrzebne jest bardziej zniuansowane podejście”.

Można by w tym rozumieniu pójść dalej – żyjemy coraz dłużej i coraz bardziej niezdrowo. Jak podaje „The Lancet” w „The Global Burden of Disease Study 2019„:

w 2019 r. najwięcej ludzi zabiły kolejno:

  1. nadciśnienie krwi (10,8 mln zgonów – to zabójca przede wszystkim kobiet)
  2. palenie tytoniu (8,71 mln – zabija głównie mężczyzn)
  3. zła dieta (7,94 mln)
  4. zanieczyszczenie powietrza (6,67 mln)
  5. zbyt wysoki poziom cukru we krwi (6,5 mln)
  6. nadwaga lub otyłość (5,02 mln)
  7. wysoki poziom LDL, czyli złego cholesterolu (4,4 mln)
  8. niewydolność nerek (3,16 mln)
  9. niedożywienie (2,94 mln)
  10. nadużywanie alkoholu (2,44 mln)

Z kolei główne powody utraty zdrowia to:

  1. choroby noworodków
  2. niedokrwienność serca
  3. udar
  4. infekcje dolnego układu oddechowego
  5. biegunki
  6. przewlekła obturacyjna choroba płuc (jej główną przyczyną jest palenie)
  7. wypadki drogowe
  8. cukrzyca
  9. ból pleców w odcinku lędźwiowo-krzyżowym
  10. wady wrodzone

Większość z powyższych przyczyn śmierci i chorób to zatem tzw. problemy cywilizacyjne, związane m.in. z brakiem ruchu, objadaniem się i używkami. To głównie z ich powodu, choć żyjemy dłużej, to starzejemy się gorzej – w niepełnosprawności.

A teraz najcięższa część tekstu – boję się, że zostanę źle zrozumiany. Przez wieki człowiek umierał z różnych powodów: jako niemowlę przy porodzie, w wojnie, w wypadkach, z powodu epidemii i innych chorób, wreszcie jako starzec. To, że my potrafimy teraz tych ludzi wyciągnąć z tych kłopotów, jest wielką zasługą medycyny. Ale czy wahadło nie przeniosło się na drugą stronę? Czy nie ratujemy niemowlaków niemożliwych do uratowania? Czy nie ratujemy obłożnie chorych będących nawet w formie roślinki? Czy nie utrzymujemy przy życiu ludzi np. po wypadkach tylko przy pomocy aparatury? Starców niemogących samodzielnie żyć?

Teraz proszę mnie naprawdę dobrze zrozumieć, nie nawołuję do odłączania aparatur i opuszczania starców. Chodzi mi tylko o to, że to przyroda się mści za nasze postępowanie, gdyż z jej punktu widzenia – jak mniemam – jest to działanie naruszające odwieczny porządek rzeczy i spraw.

Tak sobie pomyślałem. Polskość. Co to jest tak naprawdę? Wiecie, że od dawna uważam, że Polakiem jest ten, kto czuje się Polakiem. Ale słyszymy: „Polska za Jagiellonów to była prawdziwa Polska. I wielka”. A na to inni: „Co wy opowiadacie? To byli potomkowie Litwina i Rusinki, prawdziwymi Polakami byli Piastowie”. No to zobaczmy.

Musimy uzgodnić jakąś bazę, podstawę, jakiś mocny punkt, w stosunku do którego będziemy robić analizę. Tak jak nie można obliczyć szybkości nie mając punktu odniesienia. My przyjmujemy jako pewnik – Mieszko I był Polakiem.

Bolesław Chrobry miał ojca Polaka i matkę Czeszkę, więc był w 50% Polakiem i w 50% Czechem. Mieszko II miał za matkę prawdopodobnie Czeszkę, to był w 25% Polakiem i 75% Czechem. Kazimierz Odnowiciel miał matkę Niemkę, więc był w 12,5% Polakiem, 37,5% Czechem i 50% Niemcem, Bolesław Śmiały i Władysław Herman mieli za matkę Rusinkę, więc mieli 6,25% polskiej krwi, 18,75% czeskiej, 25% niemieckiej i 50% ruskiej.

I na słynnym Bolesławie Krzywoustym skończymy. Miał za matkę Czeszkę, więc był w 3,125% Polakiem, w 12,5% Niemcem, 25% Rusinem i 59,375% Czechem.

A co będzie, jak dojdziemy do Kazimierza Wielkiego? Musimy pamiętać również, że matki też nie były „czyste”. Matką Dobrawy była przypuszczalnie Niemka lub Bułgarka, a Judyta, żona Hermana, a matka Krzywoustego była córką Czecha i Węgierki. Bez komputera (bez pół litra) tego nie razbieriosz. Oto prawdziwie polska dynastia, jakbyśmy dalej poprowadzili nasze rozważania, to może doszlibyśmy do 1% polskiej krwi.

Napisane przez: torlin | 13/10/2020

Nie wiem, co na ten temat sądzić

Podstawowy temat moich rozmyślań w tym momencie to jest ten nieszczęsny wirus. Zupełnie nie wiem, co na ten temat sądzić. Z jednej strony wszystkie państwa nie mogą się mylić, oszustwo nie może być na taką skalę, z drugiej zaś ja w ogóle nie widzę koronawirusa kolo siebie. Nie znam nikogo zarażonego, nawet o nim nie słyszałem w moim życiu. Grzecznie noszę maseczkę, ale staram się żyć normalnie, chodzę na kursy językowe, do restauracji, jeżdżę komunikacją miejską, teraz mieszkałem w hotelu. Wielu inteligentnych ludzi mi powtarza, że to ściema. Protestuję, ale z coraz mniejszym zapałem.

Głupi jestem.

Napisane przez: torlin | 08/10/2020

Wyrafinowane obniżenie

Ze słynnymi pisarzami, po wielokroć moimi ulubionymi, dzieje się coś dziwnego. Rozpoczynają z górnej półki, chłonę wszystko, co napiszą. I raptem spostrzegam się, że coraz rzadziej po nich sięgam, nie rzucam się na nową pozycję, a wręcz po przeczytaniu pewnej ilości stron rezygnuję z dalszego czytania. Przecież tak bywa – powie ktoś – przecież sam pisałeś o Wajdzie, że wraz z III RP Pan Andrzej stracił talent.

Pamiętam pierwsze książki Pérez-Reverte, to było coś odkrywczego, wspaniałego. Zacząłem od „Szachownicy flamandzkiej” – arcydzieło, później był „Fechmistrz”. Ale im dalej, tym gorzej. To samo było z Markiem Krajewskim. Zaczytywałem się w nim, wsiąkałem w jego Breslau Nie mogę już go czytać, stał się parodią samego siebie.

Zawsze kochałem Borisa Akunina, zarówno jego Fandorina, jak i Siostrę Pelagię, dla mnie na zawsze z cyklu o potomku Holendra Kordeliusa van Dorna był „Gambit turecki” i „Koronacja”. Jak przeczytałem, że Akunin wydał zestaw trzech opowiadań (mikropowieści) pt. „Planeta woda”, to sobie ją przeczytałem. I rozczarowanie. Pierwsze dwa opowiadania nieprawdopodobne, dla mnie nieciekawe, ale przede wszystkim szykowałem się na trzecie, pt „Dokąd płyniemy?”, bo rzecz dzieje się w Polsce i dotyczy spotkania Lenina ze Stalinem, o którym to pisałem już u siebie TU dokładnie rok temu. Naprawdę, nic ciekawego. Jedynymi fragmentami, które mnie zainteresowały, były opisy ówczesnej Polski. na początku ciekawa jest rozmowa Erasta Pietrowicza w pociągu z żoną (w skrócie):

– Doprawdy, w polskim syczeniu jest coś złowieszczego – szepnęła żona. – Oni nas, Rosjan, nie lubią.

– Niby za co mają nas lubić? Był sobie kraj Polska. My g-go zagarnęliśmy i zamieniliśmy w jakiś bezosobowy Kraj Nadwiślański.

– Ale zapomniał pan, że Polacy pierwsi chcieli nas ujarzmić. Wzięli do niewoli cara rosyjskiego i patriarchę.

I jeszcze jeden fajny fragment: „Fandorin, który nigdy przedtem nie był w Kielcach, (mieście gubernialnym), z ciekawością rozglądał się na boki. Nie zobaczył niczego szczególnie interesującego. Zwyczajne zachodniorosyjskie miasto średniej wielkości: piętrowe kamienice z szyldami w języku polskim, rosyjskim i w jidysz; kościoły, cerkwie, synagogi; na peryferiach przeważali rzemieślnicy i Żydzi, bliżej centrum pojawiło się „czyste towarzystwo”. (…) Dworzec w Kielcach był imponujący: monumentalny, klasyczny budynek, należący do tych, które wznoszono za poprzedniego panowania we wszystkich zachodnich miastach gubernialnych, żeby robiły wrażenie na podróżnych z Europy”.

A o Leninie i Stalinie nawet nie ma co cytować. Porażka.

Ps. Łotrpress zmusił mnie do posługiwania się nową metodą konstrukcji wpisu i po prostu nie daję sobie rady. W starym wszystko wiedziałem, co i jak, teraz jestem bezradny. Ten nowy typ jest od dłuższego czasu, ale u góry był taki czarodziejski guziczek „stary typ blogu”, i ja z tego korzystałem, naciskałem, i miałem poprzedni typ. Teraz niestety zniknął. Nie umiem moderować wpisu, nie umiem zaznaczać kategorii, teraz wszystkie wpisy będą pod „Cywilizacja”. Łotrpress idzie drogą komórek, komputerów, różnego rodzaju stron, że za każdym razem masz multum możliwości, wszystko możesz robić na dziesiątki sposobów, tylko za nic nie można dojść do (dojrzeć) rzeczy najprostszych, najpotrzebniejszych. Tak samo jest z procesorami tekstu, programami graficznymi, aparatami fotograficznymi; dziesiątki przycisków, możliwości, gdzie gubią się rzeczy najpotrzebniejsze.

Napisane przez: torlin | 05/10/2020

Polski spaniel myśliwski

Już raz PISAŁEM o polskich rasach, w 2007 roku o gończym polskim, jakie to Polacy czynili starania, aby tę markę uznało FCI. Nie będę wklejał zdjęć polskich „marek” psów, możecie sobie obejrzeć i poczytać w mojej notce z 20 października 2007 roku. A w tym momencie…

mamy nową walkę, o nową rasę. Należy jednak sobie zadać pytanie, czy o nową? To jest bardzo stara polska rasa myśliwska – polski spaniel myśliwski. Nie bardzo chcę przepisywać (kopiuj/wklej) artykułów ze stron branżowych, chyba lepiej, aby dać tylko LINK. Nie jest ona uznawana przez FCI, ale od grudnia 2016 roku została zatwierdzona na poziomie krajowym przez Związek Kynologiczny w Polsce.

To ciekawe, że najwięcej polskich ras związanych jest z przestrzeniami i polowaniem. Kłaniają się zapewne bezkresy Dzikich Pól i wielkich latyfundiów. Do takich należy również polski spaniel myśliwski.

Z jednej strony – jak piszą autorzy – nastąpił wielki rozwój hodowli tych zwierząt, z drugiej trudno nie zauważyć, że rozszerza się wysyp egzotycznych ras dla Polski, chociażby moja córka ma Westa. Muszę obiektywnie powiedzieć, że przeciętny Polak ma małą szansę na utrzymanie polskiego charta lub ogara, a szkoda.

Mamy tych ras pięć, może będzie szósta.

Napisane przez: torlin | 02/10/2020

Hymn kolejarzy normalnotorowych

Hymn kolejarzy wąskotorowych

Przyznaję szczerze, że jestem wielkim wielbicielem staroci, o które ktoś dba. Jeżeli chodzi o kolej, to z wielką skrupulatnością szukam wszelkich informacji (i usiłuję tam dotrzeć) o starych dworcach, wiaduktach, mostach, tunelach, lokomotywach, a szczególną miłością otaczam kolejki wąskotorowe. Kiedyś nawet dałem swój 1% na ten cel (na ratowanie kw), co spotkało się z generalną krytyką zwolenników kolejnej fundacji ratującej dzieci i psy. Jak byłem na Sejneńszczyźnie pojechaliśmy zobaczyć dworzec w Trakiszkach z XIX wieku.

I z wielkim smutkiem przeczytałem artykuł w GW Tomasza Cylki pt.: „Unikatowa w skali świata parowozownia Wolsztyn zagrożona. Co dalej z zabytkowymi lokomotywami?”. Coś się niedobrego dzieje we współczesnym świecie. Przez tyle lat walka ludzi dbających o przyrodę, historię, dawny przemysł przynosiła efekty, coraz więcej było miejsc pod ochroną. I raptem, tak mniej więcej od początku wieku, lub 2010, wszystko to się zaczęło cofać. Już nie ma szans na nowe parki narodowe, wręcz przeciwnie, trzeba pilnować, aby istniejących nie rozwalili (Trump – „i po co tyle terenu trzymać w zamknięciu, jak go można wykorzystać”), wszystko jest niepotrzebne, szkoda na to pieniędzy, są ważniejsze rzeczy. Byłem w Wolsztynie i robi to niesamowite wrażenie. Chciałbym, aby kiedyś pojechały tam moje wnuczki i na własne oczy zobaczyły lokomotywę, ciężką, ogromną, z której pot spływa – tłusta oliwa.

Znowu wracamy do okrutnej rzeczywistości. Pieniądze winne jest PKP Cargo (1,4 mln), a to dla takiego muzeum jest niewyobrażalną kwotą. Niestety, nastały w Polsce czasy, że prawo nie działa. Co z tego, że podpisali umowę, nie damy i co nam zrobicie?

I jeszcze do tego dobija całe to przedsięwzięcie (jak i nas) ten koronawirus. Warszawa ma być żółtą strefą. Tak naprawdę tego rodzaju przedsięwzięcia winne być finansowane przez samorząd, ale teraz w czasach epidemii i ograniczania funduszy przez PiS…


Vandermerwe (bardzo dziękuję) przysłał mi ciekawe zdjęcie i komentarz:

W związku z Twoimi najnowszymi rozważaniami i kolejowymi zmartwieniami ( masz racje w tym, co piszesz) przesyłam pierwszą stronę artykułu (www.dailymaverick.co.za) o zniszczeniach  infrastruktury kolejowej w RPA. Wymieniana w artykule PRASA to agencja   zajmująca się kolejami pasażerskimi włączając  w to również kolej podmiejską Metrorail.  Wraz z wprowadzeniem lockdown  Prasa zerwała kontrakty na ochronę infrastruktury kolejowej i na wyniki nie trzeba było czekać, tym bardziej , że problem dewastacji jakiejkolwiek infrastruktury, choć nie na taką skalę, jest zjawiskiem właściwie powszechnym. Warto dodać, że rząd wyprowadził na ulice 90 tys. wojska oraz oddziały policji “wszelkiej maści”.  I pomyśl sobie, że wszystko to razem nie ochroniło ani kolei ani też +- 1000 zdewastowanych szkół.  Nigdy nie jest tak źle, by nie było gorzej.

Napisane przez: torlin | 29/09/2020

My, Fenicjanie

Moje pytanie (wątpliwości) dotyczyły przede wszystkim tego, czy mogę przedrukować artykuł z gazety. Ma mój skromny rozum można przy działalności blogowej non-profit, z podaniem autora i źródła tekstu. Ale szczerze mówiąc nie wiem. W każdym razie – pismo „Wszystko co najważniejsze”, organ Klubu Jagiellońskiego, z 27 września 2020 r. Autor – Jan Rokita. Tytuł: „Fenicjanie północy”.

Historyczna zasługa dla kraju tego nieustannie aspirującego do szlacheckości, ale chłopskiego narodu – to unikalny polski „duch przedsiębiorczości”, zrywający z inteligencką tradycją międzywojnia, za to nawiązujący do prawdziwie dawnej polsko-szlacheckiej tożsamości – pisze Jan ROKITA

Właściwie to zakrawa na paradoks, że u końca zeszłego wieku staliśmy się w naszej Europie kimś na kształt nowoczesnych „Fenicjan Północy”. My – Polacy, czyli naród z gruntu wiejski, gdyż genetycznie w swej obecnej masie wywodzący się z chłopstwa, a kulturowo absolutnie zdominowany przez ethos polskiej szlachetczyzny. Jeśli za granicą – mimo że mamy silnych wrogów na wschodzie i zachodzie Europy – ciągle pokazują na nas palcem z niejakim podziwem i zazdrością, to dzieje się tak z jednego i tylko jednego powodu. Tego, że ktokolwiek by u nas rządził (postkomuniści, platformersi czy pisowcy) i jakąkolwiek by wyznawał ekonomiczną wiarę (liberalną czy etatystyczną) – to i tak polska gospodarka prze naprzód. A miliony Polaków własną zaradnością, sprytem i pracowitością zdobywają taki standard życia, o jakim jeszcze dwie dekady temu trudno było u nas w ogóle marzyć. Co więcej, wszystko to dzieje się pomimo naturalnych dobrych i złych cykli, które przechodzi globalny kapitalizm, a nawet głębokich i rujnujących dla co niektórych kryzysów, które zdarzyły się dekadę temu.

W naszej własnej wizji narodowej historii „polskość” w żadnym razie nie kojarzy się z „duchem przedsiębiorczości”. Przeciwnie. Kiedy na przełomie XVI i XVII wieku tworzyło się w Europie pierwsze państwo przedsiębiorczego mieszczaństwa (były to Niderlandy), a monarchowie Francji czy Szwecji oddawali władzę nad gospodarką swoim „merkantylistom”, polski sejm nakładał ustawami restrykcje na kupiectwo i rzemiosło, zakazywał polskim kupcom posiadania ziemi i prowadzenia handlu zagranicznego, a na produkty rzemiosła wprowadzał ceny urzędowe (jak nazwalibyśmy dziś sławetne „taksy wojewodzińskie”).

Mówiąc współczesnym językiem, aż dziw bierze, skąd taka zawziętość w tworzeniu barier dla małych i średnich firm w rozległym, ale w porównaniu z Zachodem biednym kraju. Panujący u nas wzorzec osobowy szlachcica i obywatela zakładał, że (jak pisał prof. Janusz Tazbir): „Grzech i sromota kupczyć, a rzemiosło Deus non displicet”. Ale tak rzeczy miały się tylko w teorii. Albo mają się nadal w niektórych nie najlepszych podręcznikach historii. Społeczne realia dawnej Polski ujawniają bowiem fakt, iż szlachta tak bardzo rwała się sama do biznesu i handlu, że to z tego powodu forsowała ustawy przeciw kupcom i rzemieślnikom.

Nie może zatem dziwić, że Jan Kochanowski labiedził, iż „nie masz już w Polsce, jeno rataje i kupce”. A ksiądz Szymon Starowolski (ten sam, co nieskutecznie ukrył przed Szwedami wawelski ołtarz św. Stanisława) skarżył się, że wszyscy co zamożniejsi szlachcice „kupczą wołami, końmi, winem, miodem, gorzałkami, pieprzem, śledziami, rybami, wieprzami, słodami i zbożem wszelakiem”.

Trudno przecenić znaczenie tych faktów dla kształtowania się polskiej tożsamości. Jak się bowiem okazuje, niszczenie miejskiej przedsiębiorczości nie brało się w istocie z hipokrytycznej szlacheckiej ideologii, lecz było praktycznym przejawem nieuczciwej konkurencji ze strony mniejszościowej, ale politycznie dominującej grupy społecznej.

Jednak w końcu XIX, a zwłaszcza w ciągu XX wieku miało się dobitnie okazać, że z dawnej Polski ani mieszczaństwo (może z wyjątkiem miast pruskich z Gdańskiem na czele), ani chłopstwo (pewnie z wyjątkiem góralszczyzny) nie przeniosło w nowe czasy żadnego modelu polskości. Dlatego tylko to, co utrwaliła szlachetczyzna, zyskało moc kształtowania powszechnej i nowoczesnej formy polskości.

Podskarbi litewski Antoni Tyzenhauz, który „powołuje do życia całe ośrodki przemysłu, młyny, olejarnie, browary, huty, warsztaty tkackie, fabryki sukna” (cytat za Wańkowiczem), czy kasztelan łukowski Jacek Jezierski, zakładający na Mazowszu pierwszą fabrykę kos – są już oświeceniowymi dziedzicami tamtej dawnej szlacheckiej żyłki do biznesu. Z kolei XIX-wieczna fundamentalna dla nowoczesnej polskości transformacja części szlachty na przedsiębiorców stanie się (co znamienne) wątkiem dla dwóch najlepszych powieści obyczajowych w polskiej literaturze: „Lalki” i „Ziemi obiecanej”. Dwóch szlachciców – idealistę Wokulskiego i cynika Borowieckiego – łączy to, że nim poniosą (każdy z innych powodów) druzgocące życiowe porażki, obaj będą owładnięci „demonem rynkowego sukcesu”. Z kolei Reymontowski chłop Karczmarek, który podobnie jak owi szlachcice zrobi majątek w biznesie, zmieni swoje nazwisko na „Karczmarski” i sprytnie zaplanuje, że ze swojego syna uczyni prawdziwego dziedzica. Bo innego niźli szlachecki wzoru dostatniego Polaka i obywatela po prostu nie zna.

Drugą Rzeczpospolitą prof. Tomasz Zarycki nie bez racji nazwał unikalną „republiką inteligencji” (i oficerów – można by dodać). Ale właśnie ten czas, wbrew częstym dziś zmitologizowanym wyobrażeniom, przyniesie Polsce doświadczenie ekonomicznej porażki, tym bardziej spektakularnej, że następującej po krótko trwającym gospodarczym „złotym wieku” ziem polskich pod pruskim i rosyjskim zaborem.

Z badań prof. Witolda Orłowskiego wiemy, że na przestrzeni ostatnich czterystu lat mamy tylko dwa okresy, kiedy rozwijamy się szybciej niż Europa Zachodnia. Pierwszy – to druga połowa XIX wieku, czyli czas uprzemysłowienia ziem polskich w końcówce zaborów, a drugi następuje dopiero po roku 1990 i trwa (a nawet przyspiesza) do dziś dnia. Stagnacja czasu międzywojnia była w dużym stopniu skutkiem czynników stricte historycznych, jak ruina Reymontowskiej Łodzi nagle odciętej od rynku wschodniego, przewlekła hiperinflacja po I wojnie światowej, wielki kryzys i moda na keynesowski etatyzm, która zapanowała w finale światowego kryzysu. Ale czynnikiem niedocenionym tamtej porażki był również antybiznesowy wariant mitu szlacheckiego, który przejęła inteligencja, zwłaszcza lewicowa, tworząca polski mainstream panujący nad krajem aż gdzieś do lat 70. wieku XX. Społeczna pogarda dla „badylarza” i „prywaciarza” była jego widomym przedłużeniem w PRL-u, wzmocnionym dodatkowo przez komunistyczną propagandę.

Całkiem inaczej rzecz się miała z chłopstwem, które po okrucieństwach II wojny stało się solą polskiej ziemi, czyli warstwą, z której na nowo odbudował się naród. Świetną intuicję miał prof. Franciszek Bujak (ludowiec i minister rolnictwa w rządzie Grabskiego), gdy w latach 30. pisał, że „chłop polski pod względem politycznym przypomina szlachtę z dawnych wieków”. Chłopski naród, stworzony na nowo przez komunizm, przy pierwszej nadarzającej się historycznie okazji podążył ścieżką Reymontowskiego Karczmarka vel Karczmarskiego: polsko-szlacheckiej chytrości i żyłki biznesowej. A okazją rychło stał się gnijący komunizm, w którym półlegalna „turystyka handlowa” nabrała cech „narodowego sportu” Polaków.

Worki z kawą na promie z NRD, śpiwory i srebrne łańcuszki nad Balaton, kapy do Bułgarii, kożuchy z Turcji, jeansy do Sowietów, a magnetowidy z Berlina Zachodniego, w końcu wódka, benzyna i papierosy z Ukrainy, gdy zaczął się już realny rozpad sowieckiej państwowości. Dwa pokolenia polskich handlarzy ukształtował ów proceder. A gdy abdykujący polscy komuniści ogłosili pełną wolność przedsiębiorczości, owi handlarze, podobnie jak „cinkciarze” spod Pewexu, stali się pierwszym pokoleniem polskiego biznesu pełną gębą. W przeciwieństwie do komunistycznej nomenklatury, która uwłaszczyła się na państwowych firmach, oni błyskawicznie dorabiali się ciężką pracą, wspartą sprytem wykształconym wcześniej na handlu. GUS podaje, że zarejestrowali aż trzy miliony małych biznesów (tzw. „indywidualnych działalności”).

Owi chłopscy spadkobiercy ducha szlachetczyzny wkrótce przystąpili do wznoszenia dla swoich rodzin pseudodworków z kolumienkami, hurmą runęli do kin na „Pana Tadeusza” Wajdy oraz zaczęli celebrować długie weekendy, będące (jak zauważył Jakub Wojas) iluzją „niekończącej się niedzieli” ziemiańskich dworów. Chłopskość tego narodu widać może najdobitniej w jego braku wyczucia piękna, przez co nowa Polska, szybko bogacąc się, stawała się coraz schludniejsza, ale nie ładniejsza. Lecz historyczna zasługa dla kraju tego nieustannie aspirującego do szlacheckości, ale chłopskiego narodu – to unikalny polski „duch przedsiębiorczości”, zrywający z inteligencką tradycją międzywojnia, za to nawiązujący do prawdziwie dawnej polsko-szlacheckiej tożsamości. Ideologiczny klimat końca XX wieku, gdy Polska odzyskiwała niepodległość, stworzył dodatkowo żyzną glebę dla zakorzenienia i okrzepnięcia tego nowoczesnego modelu polskości. Był to klimat tryumfu wolności i rozprzestrzeniającego się liberalizmu. A jeśli ów „nowy Polak” mimo to nie przepadał nigdy za Balcerowiczem, to nie z powodu zaprowadzonego przezeń rynku i konkurencji, ale raczej zbyt długo trwającej polityki hamowania zarobków i patologicznej dystrybucji własności.

Rynek stał się bowiem integralną częścią polskiej tożsamości, tak wyraźnie odróżniając dziś nas, Polaków, od współczesnych niemieckich, a zwłaszcza francuskich „tłustych kotów”. A reformy liberalizujące kodeks pracy, które w Paryżu wywoływały uliczną rewoltę, w Warszawie były przyjmowane przez Sejm jako najzupełniej oczywiste, wieczorem, przy pustej sali sejmowej i nikłym zainteresowaniu mediów.

Tak właśnie w ciągu trzydziestolecia niepodległości zbudowaliśmy naszą godną podziwu „Fenicję Północy”. Nie mamy oczywiście gwarancji, że taki stan rzeczy utrzyma się raz na zawsze, albowiem zła polityka zdolna jest na dłuższą metę zniweczyć nawet największy sukces. A przemiany kulturowe, które obserwujemy zwłaszcza w pokoleniu tzw. „milenialsów”, każą ostrożnie postawić nad przyszłością niejaki znak zapytania. Ale dziś przynajmniej dwie rzeczy nie ulegają wątpliwości. Tak, w ten polski sukces państwo miało swój niebagatelny wkład. Ale ważniejszym i trwalszym źródłem naszej przewagi okazały się cechy charakteru narodowego współczesnych Polaków.

Napisane przez: torlin | 26/09/2020

Ale cyrk z tymi punktami!!!

Dzisiaj będzie mnóstwo do czytania. Powiem szczerze, tak jak nie znoszę nawiedzionych prawicowców, identycznie nie trawię skrajnej lewicy. Jest w takim samym stopniu upolityczniona, usiłująca na siłę zmusić cały naród do postępowania zgodnie z ich ideami. I tak jak prawica natychmiast rzuca oskarżenia, że nie jesteś prawdziwym Polakiem, tak lewica szermuje hasłami, że jesteś za dręczeniem zwierząt itd. Kaczyński po zorientowaniu się, że wśród wyborców 19-29 lat PiS jest dopiero na czwartym miejscu, postanowił kontratakować. Wymyślił kolejną Piątkę Kaczyńskiego:

Założenia projektu ustawy PiS – „piątka dla zwierząt”:

1. Humanitarne traktowanie

  • Zakaz hodowli zwierząt futerkowych,
  • Ubój rytualny jedynie na potrzeby krajowych związków wyznaniowych.

2. Kontrola społeczna ochrony zwierząt

  • Większe kompetencje dla organizacji społecznych,
  • Możliwość asysty policji przy odbieraniu źle traktowanych zwierząt.

3. Precyzyjne prawo. Większa ochrona

  • Definicja kojca w polskim prawie,
  • Inspekcja Weterynaryjna z prawem do nakładania mandatów,
  • Koniec z trzymaniem zwierząt w złych warunkach.

4. Bezpieczne schroniska

  • Tylko jednostki gminne oraz organizacje pożytku publicznego chroniące zwierzęta z prawem do prowadzenia schronisk,
  • Wymóg niekaralności oraz nieposzlakowanej opinii wobec osób prowadzących i pracujących w schroniskach,
  • Częstsze kontrole schronisk.

5. Koniec z łańcuchami

  • Zakaz trzymania zwierząt na krótkiej uwięzi,
  • Ograniczenie stosowania kolczatek.

Nie będę się zajmował pierwszym punktem, który spowodował takie zamieszanie, że sami posłowie PiS głosowali przeciwko. Nie będę się zajmował schroniskami, bo to jest pic fotomontaż, a zwiększenie uprawnień samorządów i organizacji społecznych? Dane przez PiS? Wolne żarty. Nie ze mną te numery Kaczyński. Śmieszą mnie te kolczatki, kojce, krótkie uwięzie, kto to będzie sprawdzał, szczególnie na wsi. A ponieważ Pis znam jak zły szeląg to najbardziej obawiam się ostatniego podpunktu punktu trzeciego – „koniec z trzymaniem zwierząt w złych warunkach”. Prawo oparte o niedomówienia: krótki, odpowiedni, zły, należyty – jest żadnym prawem. A jednocześnie znając tę partię możemy się spodziewać niespodziewanych interpretacji – i IMO ten punkt będzie dotyczył ogrodów zoologicznych i cyrków.

Miałem kiedyś przyjemność napisać notkę na ten temat, wyłożyłem tam wszystkie swoje argumenty. Ponieważ Komentatorzy są solą blogów, to muszę przyznać, że wtedy – 21 czerwca 2008 roku – zachowali się wspaniale. Potoczyła się tak wspaniała dyskusja, że chciałbym ją jeszcze raz upublicznić. Tekst z komentarzami jest niestety długi, i muszę z żalem przyznać, że większość była przeciw mnie, tylko Cyprian Vaxo mnie popierał. Jeżeli możecie i macie chęć, to zajrzyjcie TU.

Ja tylko krzyknę na koniec – ręce precz od zoologów i cyrków. Cywilizować warunki, ale nie likwidować.

 

Older Posts »

Kategorie