Napisane przez: torlin | 16/02/2020

Średniowieczny Manhattan

Jest to dzieło Toniego Pecoraro, urodzonego na Sycylii we Włoszech w 1958 roku. Toni jest znanym włoskim rytownikiem, na górze jego dzieło z 2012 roku „Rekonstrukcja Bolonii we wczesnym średniowieczu ….”.

Wieże mieszkalne pojawiają się na całym świecie. Szczególnie popularne były w miejscach, które gospodarze nie uważali za najbardziej bezpieczne. Trzymano tam precjoza, walutę, wszelkie skarby rodzinne, a jak nieprzyjaciel (nawet sąsiad) napadał, to się człowiek barykadował w wieży i czekał, aż napastnikowi się znudzi. Polska Wiki podaje, że w XII wieku mogło być od 80 do 180 takich wież w Bolonii, włoska zaś, że ich było około setki. I tak sporo.

W Bolonii większość wież zburzono w XIII wieku, teraz najsłynniejsze są dwie wieże:  Asinelli (98 m) i Garisenda (48 m). znane jako „krzywe wieże w Bolonii”.

Jaką się oczom Garisenda zdaje,
Kiedy kto stanie pod jej nawisłością
I kiedy chmury ciągną nad jej szczytem,
A ona niby wstecz chmurom się wali,
Takim się właśnie wydał mi Anteusz,
Gdym, obłąkany, ujrzał jak się chylił.

Dante Alighieri, „Boska Komedia” – Piekło – Pieśń XXXI, tłumaczenie XIX-wieczne Antoniego Roberta Stanisławskiego, profesora z Odessy i Kazania. I przypis tłumacza: „Garisenda jest to wieża na stotrzydzieści stóp wysoka w Bononji, tak nazwana od imienia tego, który ją wystawić kazał. Wieża ta, jak się pokazuje już za czasów Dantego, była pochyloną, jak jest nią i teraz. Niektórzy twierdzą, że ta pochyłość była jej nadana przeż budowniczego, ale prawdopodobniej, że jest skutkiem osunięcia się podstawy z jednej z strony. Dziś nosi nazwisko Torre-Mozza”. A o wyższej Asinelli ani słowa.

Miastem wież jest również San Gimignano, małe miasto koło Sieny w Toskanii.

Ale notka jest przede wszystkim z dwóch powodów, zachwycił mnie ryt Włocha przedstawiający Bolonię z XII wieku, miałem od razu skojarzenie z Manhattanem, ale jest i drugi powód, na wpół prywatny.

Kiedy byłem w Gruzji wędrowaliśmy wzdłuż rzeki Terek w Stepancmindzie na Kaukazie, i takich wież było sporo. Kilka sobie sfotografowałem, to jest moje zdjęcie. Wolno je pobierać.

Dla mnie niesamowita jest ta praca Toniego. Nie musi ona być daleka od prawdy, bo pierwszym, który ostrożnie zajął się wieżami bolońskimi, był hrabia Giovanni Gozzadini, senator Królestwa Włoch, który w XIX wieku zajmował się obszernie historią miasta. Gozzadini przeprowadził badania oparte przede wszystkim na archiwach miejskich dotyczących dokumentów zakupu i sprzedaży, starając się zrekonstruować wiarygodną listę wież na podstawie aktów własności. Z jego obliczeń wyłoniła się niesamowita liczba 180 wież, nie wszystkie były gigantycznej wielkości, większość miała prawdopodobnie 24-25 metrów, co w porównaniu z niskimi domami z tamtych czasów robiło już ogromne wrażenie. Szacunki przeprowadzone nowocześniejszymi metodami zmniejszają tę liczbę do dziewięćdziesięciu –  stu wież, co jest nadal znaczną ilością, biorąc pod uwagę znaczny wysiłek nie tylko finansowy konieczny w tym czasie do budowy podobnych konstrukcji.

Ps. Bardzo głupio się dziś rano poczułem, bo przygotowywałem wczoraj notkę z dziełem Toniego i zdjęciami, a dzisiaj to wszystko znalazłem w polskiej Wikipedii. Zupełnie jakbym ją skopiował.

Napisane przez: torlin | 13/02/2020

Niekończąca się historia latarń morskich

Nieczynna, „nowa” latarnia morska w Rozewiu.

Żeby już skończyć (póki co 😀 ) tematykę latarń morskich chciałbym wspomnieć o naszym Rozewiu. Historia latarni jest pięknym przykładem z punktu widzenia ekonomii, że czasami słuszne działanie naprawcze, kosztujące dużo wysiłki i gotówki – nic nie daje.

W wielkim skrócie – Napoleon zdecydował o budowie nowoczesnej latarni morskiej „Rozewie”, została otwarta w 1822 roku. A wszystko to z tego powodu, że statki dowożące zaopatrzenie Wielkiej Armii mijały Rozewie i myśląc, że mijają Hel, wpadały na płycizny Półwyspu Helskiego. Pomysł znakomity, tylko że 1 sierpnia 1827 roku otwarto latarnię morską na Helu. I tu i tu zainstalowano te same lampy Argenta dające takie samo światło. I dalej statki mijające Rozewie wpadały na wydmy pomiędzy Chałupami a Jastarnią, ale tym razem myśląc, że mijają właśnie Hel.

Mnie jako ekonomistę zastanawia rozwiązanie problemu. Zacząłbym od zmiany częstotliwości świateł, może barwy, Prusacy, przecież tak racjonalni w swoich decyzjach doszli do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem odróżnienia Rozewia od Helu jest … zbudowanie drugiej latarni na przylądku Rozewie. Działała ona w latach od 1875 do 1910.

 

Napisane przez: torlin | 10/02/2020

Warownia na dębie niedaleko przyjaciela Konrada

Na początku wstęp, kilka słów wyjaśnienia. Jestem przepracowany, mam za dużo obowiązków. Teraz trochę odpuściło, bo oddałem obiecaną pracę zawodową i chociaż nie siedzę godzinami przy komputerze. Ale z kolei jedna wnuczka po drugiej ma po 40 st., a rodzice muszą do pracy. Teraz trzecia w kolejności jest chora, zaraz zabieram się za stanie przy kuchni. To tak gwoli wyjaśnienia, dlaczego milczałem. Nie miałem głowy.

Obraz ten pokazuje baśniową wersję założenia Torunia przez Krzyżaków, w konarach dębu. A sama notka dotyczy również obrony kolejnego władcy postponowanego przez pokolenia, Konrada Mazowieckiego.

Świadomość historyczna Polaków jest mierna, a plotki i fantasmagorie dotyczące poszczególnych historii i ich procesów biją rekordy. Dla przeciętnego Polaka Konrad to ten zły, co utrudnił naszym obrońcom w 1939 roku obronę przed Niemcami. Tymczasem wszytko to wyglądało zupełnie inaczej. Przede wszystkim Konrad borykał się z morderczymi najazdami Prusów, nawet ustawianie specjalnych obronnych oddziałów w Ziemi Dobrzyńskiej nic nie dawało. Nie pomagała pomoc brata Leszka Białego i Henryka Brodatego, nic nie dawały najazdy odwetowe. A w mózgu Konrada Prusowie to była taka upierdliwa mucha niepozwalająca mu zająć się rzeczą najważniejszą – zajęciem Krakowa i Małopolski. Krzyżaków nasz bohater sprowadził za namową Henryka Brodatego, a przede wszystkim jego żony, słynnej Świętej Jadwigi Śląskiej.

Polacy oczami wyobraźni widzą nieprzebrane hufce krzyżackie lądujące nad dolną Wisłą, oddział za oddziałem, karne, wyrównane szeregi, jak hitlerowcy w defiladzie. A tak naprawdę przybyło ich siedmiu, słownie siedmiu. I założyli warownię, preToruń – w konarach dębu. Okazało się to być prawdą, ślady takich warowni odkryto na terenie Niemiec. Jak pisał Peter von Dusburg w swoim dziele „Chronicon terrae Prussiae”: „Budowla ta została wzniesiona na pewnym dębie, na którym dla obrony postawiono obwarowania i mury; ze wszystkich stron otoczyli je ogrodzeniem; wejście do zamku było tylko jedno. Tych siedmiu braci miało zawsze przy sobie łodzie na wypadek ataku ze strony Prusów, aby mieć możliwość powrotu przez rzekę do Nieszawy, jeśliby w razie niebezpieczeństwa zaszła taka konieczność. A z upływem czasu wokół wspomnianego zamku wznieśli miasto, które potem, podczas gdy zamek pozostawał nadal na swoim miejscu, z powodu ustawicznego przyboru wód zostało przeniesione na to miejsce, gdzie zarówno zamek, jak i miasto Toruń znajdują się obecnie”.

Krzyżacy byli wtedy w przyjaźni i w sojuszu z Konradem Mazowieckim, a wspólne wyprawy z Henrykiem Brodatym na Prusy były na porządku dziennym. Trzeba przyznać, że Konrad zaniedbał sprawy krzyżackie, widząc tylko zajęcie Krakowa przed oczami. Ależ czy nie może mieć racji Maciej Rosalak piszący w krótkim artykuliku: „Trudno go winić za Krzyżaków”, że: „gdyby jednak udało mu się trwale opanować Kraków, być może Krzyżacy nie staliby się później tak groźni”.

 

Napisane przez: torlin | 02/02/2020

Ach, ta Turczynka

Już za kilka dni będę wolniejszy. Ale wieczorem siadam sobie najczęściej do laptopa filmowo, i coś tam oglądam. Zainteresował mnie nowy serial Netflixa zrobiony w Turcji, reklamowano go jako fantasy (fantastyka naukowa) z elementami kryminalnymi. Najczęściej nie zgadzam się z krytykami odsądzającymi wszystko co nieamerykańskie lub niebrytyjskie od czci i wiary. Bardzo lubię od czasu do czasu obejrzeć film dla przykładu perski, gruziński czy kirgiski. Film ma dwa tytuły, angielski „The Gift„, ale bardziej  znany jest pod imieniem głównej bohaterki „Atiye”. Zachwyciłem się nowoczesną Turcją w Stambule, samą bohaterką, dałem się wciągnąć w całą historię. Ale powiem Wam jako chłop, strasznie podoba mi się aktorka grająca główną rolę. Beren Saat ma ku mojemu zdziwieniu własną stronę w polskiej Wiki i okazała się być jedną z najpopularniejszych aktorek tureckich.

Pod tym zdjęciem jest podpis: „Netflix rozpoczyna kręcenie nowego serialu tureckiego”. Od razu zastrzegam, to nie jest opera mydlana. Chciałbym zrobić przyjemność Anabell uwielbiająca tanga, jest rozchwytywana strona turecka, na której ich ulubienica tańczy tango TU. Serial nazywał się „Zakazana miłość” i robił furorę nad Bosforem. Wiem, że to tango jest tak bardziej udawane niż tańczone, ale można zobaczyć Beren Saat.

Napisane przez: torlin | 29/01/2020

Przepowiednia losu

Zamek w Olesku na Ukrainie, 72 km od Lwowa. Nie mam czasu na robienie przepięknych notek, to postanowiłem dać cytat z książki Zbigniewa Wojcika „Jan Sobieski 1629 – 1696” PIW-u z 1983 r. Muszę nocować u Taty, więc wieczorem biorę jakąś książkę z olbrzymiej biblioteki Ojca i sobie czytam/przeglądam.

Olesko jest to miejscowość będąca własnością od początku XVII wieku rodu Daniłowiczów. W 1605 roku Jan Daniłowicz, wojewoda ruski, obrał Olesko na stałą siedzibę. Po jego śmierci zamek stał się własnością jego żony Zofii Żółkiewskiej (córki hetmana Stanisława Żółkiewskiego). Córką Jana i Zofii była Teofila, która poślubiła Jakuba Sobieskiego. I w dn. 17 sierpnia 1629 roku Teofila postanowiła odwiedzić mamusię i w trakcie wizyty urodziła syna Jana. Ach, cóż to był za poród.

„Urodziłem się w Olesku, leżącym niedaleko od Białego Kamienia, gdzie się też król Michał* urodził. Podczas urodzenia mego biły pioruny barzo. Tatarowie też podpadli w tenże czas pod zamek, któryś zaś ów sławny gromił Chmielecki”.
Późniejszy historyk udramatyzuje te słowa królewskie i napisze, może przesadnie, i na pewno w stylu już dziś niemodnym, ale jakże obrazowo i pięknie:
„Dnia 17 sierpnia 1629 roku wielka burza srożyła się dokoła wyniosłego zamku w Olesku, krwawe blaski pożogi wznieconej przez grasujący czambuł tatarski czerwieniły ogromne mury magnackiej siedziby. W potokach płynącej z niebios wody, w zimnym świetle trzaskających piorunów rozlegały się zewsząd jęki mordowanej lub pędzonej w jasyr ludności, raz po raz  dobiegały gardłowe okrzyki ordyńców,, gromionych przez cwałujące w gwałtownym pościgu chorągwie polskie.  Wśród szalejącej przyrody i zawieruchy wojennej, w cichym, ustronnym zakątku komnaty zamkowej, między godziną czternastą a piętnastą przyszedł na świat Jan Sobieski, późniejszy Jan III”.

Godzinę znamy doskonale, bo Pani Teofila zanotowała własną ręką: „Urodził mi się syn Jan, roku 1629, dnia 17 sierpnia, między godziną czternastą a piętnastą, w piątek, ostatniego dnia miesiąca (tj. fazy księżyca), nazajutrz nów nastał w Olecku”.

Chciałbym zwrócić uwagę Waszmościom i Białogłowom na nazwisko Chmielecki, jest to człowiek kompletnie zapomniany, acz niesłusznie. Stefan Chmielecki był słynny na kresach z niesamowitej wprost umiejętności walki z czambułami tatarskimi. Jego królewskim zwycięstwem było rozgromienie wojsk tatarskich pod Białą Cerkwią, przy stratach własnych – 40 zabitych. Poległo ok. tysiąca Tatarów, do niewoli dostało się wówczas 1.200 Tatarów, w tym ok. 40 murzów, a ok. 10.000 ludzi z jasyru mogło wrócić do domów. Więc jest wielce prawdopodobne, że właśnie Stefan Chmielecki uratował zamek w Olesku, a więc i naszego przyszłego króla.

* Michał Korybut Wiśniowiecki urodził się dokładnie mówiąc nie w Olesku, ale w Białym Kamieniu, leżącym milę od Oleska.

Napisane przez: torlin | 26/01/2020

Zamknięcie i refleksje

Ni stąd ni zowąd przeczytałem o zamknięciu Galerii Bernheim-Jeune. 150 lat wystaw, promocji sztuki, prowokacji artystycznych, nowych prądów – przychodzi rok 2019 i „już zamykamy, dziękujemy państwu”. Po otwarciu w 1863 roku rodzinna Galerie Bernheim-Jeune zyskała rozgłos dzięki swojemu przełomowemu programowi, jego założyciel, Alexandre Bernheim-Jeune, utrzymywał przyjaźnie z pionierami awangardy, zaczął od  Eugène’a Delacroix i Gustave’a Courbeta, a później został promotorem van Gogha i Cézanne’a i zrobił ich pierwsze wielkie wystawy.

Jak tylko to przeczytałem, od razu naszła mnie refleksja, chciałbym się skupić na roku 1912. Rok wcześniej, w 1911 przebywający w Paryżu Gino Severini, jeden z twórców Manifestu Futurystycznego (w lutym 1909 roku razem z Umberto Boccionim, Carlo Carrą i Luigim Russolo) spostrzega, że twórczość jego przyjaciół jest wtórna i zapóźniona wobec nowych tendencji paryskich. Severini pisze w swoich wspomnieniach: „zainteresowało mnie, jak wyglądają dzieła, które przygotowali na naszą futurystyczną wystawę. Zawiodłem się jednak bardzo i to bynajmniej nie dlatego, że brak było im uzdolnień, którymi byli przecież bogato i w różny sposób obdarzeni, lecz ze względu na kierunek, w którym pracowali. (…) Wyłożyłem najpierw swój punkt widzenia  Boccioniemu, z którym byłem blisko zaprzyjaźniony, dając mu do zrozumienia, że wizyta w Paryżu jest im bezwarunkowo konieczna, by na własne oczy mogli zobaczyć kierunek, w którym należy pracować”. Marinetti dal im pieniądze na 14-dniowy pobyt w Paryżu, a Severini zaprowadził ich do swoich sąsiadów: Utrilla i jego matki Suzanne Valadon, Braque’a, Picassa i Gleizesa.

Włoscy futuryści Umberto Boccioni i Filippo Tommaso Marinetti na pierwszej wystawie futurystycznej w Paryżu w Galerie Bernheim-Jeune w 1912 roku. Z tyłu wiszący „Śmiech” (wł. La risata), obraz namalowany w 1911 roku przez tego pierwszego. Ma swoją stronę w Wikipedii TU.

Po dwóch latach przygotowań, w dn. 5 lutego 1912 r. w Galerii Bernheim-Jeune otwarta została wreszcie pierwsza wystawa futurystów włoskich. Po prawdzie po wizycie w Paryżu wszyscy malarze albo przemalowywali stare obrazy, albo malowali nowe, zafascynowani nowym spojrzeniem na sztukę, ale nie przeszkodziło im na otwarcie wystawy napisać: „Chociaż tedy podziwiamy heroizm tych wielce utalentowanych malarzy (mowa o Picassie, Braque), którzy dowiedli chwalebnej pogardy dla artystycznego kramarzenia i potężnej nienawiści do akademizmu, czujemy się i obwieszczamy ich opozycjonistami. Uparli się bowiem, żeby malować to, co nieruchome i skostniałe oraz wszelkie statyczne stany natury. My natomiast z pełnym nastawieniem na przyszłość szukamy stylistycznej ekspresji ruchu, czego nikt jeszcze przed nami nie czynił”.

Paryż był zachwycony Wystawą, a przyjaciele odurzeni sukcesem, najwięksi chcieli ich poznać. Zyskali również wielką wielbicielkę, a jednocześnie Marinetti poznał groźnego przeciwnika ideologicznego, Valentinę de Saint-Point. Po przeczytaniu Manifestu Marinettiego, pełnego uwielbienia dla wojny, przemocy, siły męskiej postanowiła napisać „Manifest Feministki”, w którym tłumaczy, że każda istota składa się z elementów kobiecości i męskości, a całość daje istotę kompletną.

W marcu tego roku futuryści postanowili zdobyć nowe miasto – Londyn. 1 marca 1912 roku otwarto ich wystawę w Sackville Galery i znowu wzbudziła wielkie zainteresowanie.

Włosi postanowili pójść za ciosem i zdobyć kolejna wielką stolicę, lecz tym razem się im nie udało. Obrazy futurystyczne eksponowano w dniach 12 kwietnia – 31 maja 1912 r, w galerii „Der Sturm”, pisma poświęconego sztuce. Właściciel pisma, Herwarth Walden nie tylko dał im najlepsze sale, ale poświęcił mnóstwo miejsca w piśmie na rozreklamowanie wystawy i samych impresjonistów. Była to druga wystawa organizowana przez Waldena, pierwsza poświęcona była Kokoschce. Nawet tłumaczył wiersze Marinettiego. Niestety, jak pisał Boccioni do Carry: „Dziś przed południem otwarto wystawę w zaśnieżonym bielą mieście. Frekwencja była bardzo niska w porównaniu z tym, co widziałem w Paryżu i Londynie. Przyczyny tego to: bardzo zła pogoda, mało się sztuką interesująca publiczność” i dodajmy – reklama tylko w „Der Sturm”. „Musiałem wszystko pozmieniać, gdyż wieszano obrazy bez żadnego kryterium. Wbijałem gwoździe i jestem zmęczony” – żalił się Umberto.

Ps. Świadomie nie daję obrazów, bo to już kilkakrotnie robiłem. jeżeli chcielibyście zobaczyć obrazy z wystawy zapraszam do swoich poprzednich notek TU i TU.

PsII Może i wystawa w Berlinie cieszyła się mniejszym zainteresowanie, ale za to nasi bohaterowie wrócili do ojczyzny bez obrazów, bo wszystkie kupiono.

Napisane przez: torlin | 23/01/2020

Koński Blitzkrieg

No cóż! Rasputica!

A ja już myślałem, że wszystko wiem o II Wojnie Światowej. „Wszystko” oczywiście w generaliach, w rzeczach ważnych. Aż tu nagle zacząłem oglądać dokumentalny serial brytyjski „WWII in Numbers”, w którym to filmie pada mnóstwo liczb i tam zaczęto opowiadać o koniach. Nie mogłem w to uwierzyć, widać zostałem też zbałamucony widokiem pancernego blitzkriegu niemieckiego, pełnego czołgów, samochodów pancernych i motocykli. Tymczasem w filmie zaczęli podawać liczby dotyczące koni i powiem szczerze padłem z wrażenia. Ja o tym w ogóle nie wiedziałem. 400.000 żołnierzy niemieckich (ż.n.) zaatakowało Polskę na koniach, na 93 ż.n. przypadał 1 pojazd zmechanizowany, ale na 4 ż.n. przypadał jeden koń.

Ponieważ chciałem potwierdzić te rewelacje zacząłem szukać w Internecie i wszystko się zgadza. Jest bardzo ciekawa strona w Wikipedii „Horses in World War II„, można tam przeczytać mnóstwo niesamowitych faktów. Nikt nigdy mi np. nie powiedział, że jednym z głównych powodów upadku Paulusa było „niemanie” koni do przewiezienia artylerii. W oblężeniu Diemiańska Niemcy stracili 90.000 koni. Człowiek czyta i sam nie wierzy swoim oczom – 179 000 koni w służbie niemieckiej zmarło tylko w grudniu 1941 r. i w styczniu 1942 r. (jakoś nie umiem napisać – zdechło) podczas Operacji Barbarossa.

W filmie podano również, że wojska niemieckie w ataku na Polskę miały 9 dywizji pancernych po 328 czołgów (daje to ok. 3 tys.), ale na 157 dywizji tylko 16 było zmechanizowanych, reszta żołnierzy wjechała na koniach. Szczerze mówiąc nie słyszałem nigdy o polsko-niemieckiej bitwie kawaleryjskiej w dn. 23 września 1939 roku pod Krasnobrodem, ani o żadnych innych. Przy ataku na Rosję osiemdziesiąt procent przewozów to były konne wozy przewożące oporządzenie, zapasy żywności, kuchnie i amunicję, a pogłowie koni wojskowych wynosiło około miliona stu tysięcy.

Kawaleria radziecka wkracza do Wilna – 19 września 1939 r.

Naprawdę, cały temat jest dla mnie jednym wielkim zaskoczeniem. Okazało się np. że w porównaniu z wojskami niemieckimi wojska radzieckie były w mniejszym stopniu „zkoniowate”, tzn. mniejsza ilość koni przypadała dla przykładu na dywizję piechoty. Tak na logikę powinno być odwrotnie. To jest wyjątkowy wpis, ponieważ nic nie wiem na ten temat i możecie mnie krytykować do upadłego. Mogłem w tym wpisie zawrzeć mnóstwo błędów i przeinaczeń sam o tym nie wiedząc.

Napisane przez: torlin | 20/01/2020

Arabowie nie wygrają żadnej bitwy z Zachodem

To, że jest to prawda, czułem od dawna. Ale przeczytałem rewelacyjny artykuł z GW pt. „”Dlaczego Arabowie przegrywają wojny”. Na papierze są potężni, ale pieniądze i liczby to nie wszystko” i wszystko się potwierdziło. Ponieważ artykuły z gazety znikają jak kamfora będę od czasu do czasu wspomagać się cytatami z tego artykułu.

Od dawna wiedziałem, że różnice kulturowe są olbrzymie pomiędzy krajami muzułmańskimi a Zachodem, chociaż powinniśmy chyba oddzielić kraje arabskie i Iran z jednej strony, a Turcję z drugiej. pamiętając jednakże, że Turcja od dziesiątków lat nie toczyła wojny z którymś krajów europejskich i europopochodnych jak Stany czy Australia. Szczególnie kraje Zatoki Perskiej mają nieprzeliczalną ilość pieniędzy i stać ich na najnowocześniejszą broń amerykańską, kupują ją i … dooopa. Powód? Nieumiejętność posługiwania się nią, brak specjalistów, ale przede wszystkim różnice kulturowe. Cytat: „do prowadzenia sprawnych działań połączonych na modłę zachodnią potrzeba pewnych cech wśród żołnierzy: zdolności do podejmowania inicjatywy, działania w oderwaniu od sztywnych planów, kreatywności, zaufania wśród żołnierzy do podoficerów i oficerów, silnego korpusu tych drugich i płynnego przekazywania informacji. Całe siły zbrojne muszą być zwarte i dobrze współpracować”. Tymczasem w realiach to się wszystko wali, najlepszym podsumowaniem są tytuły podrozdziałów:

    1. informacja jako władza,
    2. problemy z edukacją,
    3. konflikt na linii żołnierze – oficerowie,
    4. niezdolność do podejmowania decyzji i podejmowania inicjatywy,
    5. problemy z logistyką i obsługą techniczną,
    6. niezdolność do prowadzenia działań połączonych.

Nie wiem, czy ma to coś wspólnego z religią, ale dwie sprawy zawsze rzucały mi się w oczy z kontaktami – akurat w moim przypadku – z Arabami, to honor rozumiany przez nich w sposób niezrozumiały dla Europejczyka i pewnego rodzaju kastowość. Całkowitą prawdę pisze redaktor artykułu dając przykłady: do czołgów M1 Abrams dla Egiptu wydano napisane po arabsku instrukcje obsługi, to zabrał je wszystkie do siebie egipski dowódca oddziału, wyszkolony w USA, żeby być niezastąpionym jedynym wszystkowiedzącym. Należy „unikać jak ognia zadawania wyrywkowych pytań swoim uczniom, ponieważ osoba pytana najczęściej traktowała to jako próbę ataku na swój honor i chęć upokorzenia. – Jeśli chce się zdać komuś pytanie, zwłaszcza oficerowi, to trzeba być najpierw pewnym, że zna dobrą odpowiedź”. Oficer jest władcą żołnierza.

Akurat Jordania ma dość dobre stosunki z Izraelem i dość dawno nie było pomiędzy nimi wojny, a armia tego kraju jest nowoczesna, i takież jest jej wyszkolenie, ale: „gdyby postawić naprzeciw siebie batalion (kilkuset ludzi) piechoty izraelskiej i jordańskiej (jedna z najbardziej zwesternizowanych armii arabskich), to walka byłaby wyrównana. Problem w tym, że Izraelczycy szybko by otrzymali wsparcie artylerii i lotnictwa, a zwiad czy wywiad wyszukałyby luki w linii obrony Jordańczyków, w które skierowano by na przykład oddział zmechanizowany złożony z czołgów i transporterów opancerzonych. W tym samym czasie strona jordańska nie byłaby w stanie adekwatnie zareagować i by przegrała”.

Co się stało z tym narodem? To jest to samo pytanie skierowane do Rosjan. Co się z Wami stało? Kiedyś wielkie narody w nauce, medycynie, astronomii, pełne odkrywców, nowych idei naukowych, wynalazków, nie mówiąc o dziełach kultury. Nie wiem, czy mam rację, ale czy to nie jest w przypadku Arabów wpływ religii? Może sama w sobie nie ma takiego wpływu, ale jeżeli dodamy do tego jej wielowiekowy wpływ, skutecznie paraliżujący jakiekolwiek ambicje i nowe prądy, bo „Allach zabrania”.

Napisane przez: torlin | 16/01/2020

Jedenastka stulecia

Reprezentacja Polski 100-lecia:

Józef Młynarczyk – Łukasz Piszczek, Władysław Żmuda, Jerzy Gorgoń, Antoni Szymanowski – Henryk Kasperczak, Kazimierz Deyna, Zbigniew Boniek – Grzegorz Lato, Robert Lewandowski, Włodzimierz Lubański.

Powiem szczerze, że bardzo mi się podoba ta reprezentacja, ale zdaję sobie sprawę, że jest ona uzależniona od wieku głosującego. Nie można po pierwsze w ogóle porównywać różnych okresów, a po drugie porównywać z ludźmi, których w ogóle się nie widziało. Ja np. pamiętam dla przykładu Pola i Brychczego, a mój Ojciec pieje do dziś nad Wilimowskim. Ten ostatni miał tak olbrzymie osiągnięcia, jak cztery bramki wbite Brazylii. No ale kto pamięta przedwojennych piłkarzy.

Tak że ta reprezentacja jest dla ludzi pamiętających medale mistrzostw świata. Najbardziej kuriozalne było obrażenie się tego bufona Tomaszewskiego o niewprowadzenie go na listę. Młynarczyk był lepszym piłkarzem, ale mimo wszystko nie wiem, czy nie postawiłbym jednak na któregoś współczesnego bramkarza.

Pawle i Telemachu – wiem, że nie lubicie rankingów. TEN RANKING JEST BEZ SENSU. Piszę to po to, abyście nie musieli pisać tego sami, zrobiłem to za Was 😀 . Pamiętajcie, to jest zabawa, a nie rozprawa sądowa.

Napisane przez: torlin | 13/01/2020

Józef K. w restauracji

Jestem jak wiecie liberałem, każdy odpowiada za siebie i za swoje czyny, a granicą liberalizmu jest wolność i niezależność drugiego człowieka. Ale czasami, Moi Mili zastanawiam się, czy w niektórych przypadkach w ogóle można rozpatrywać jakąś sprawę pod kątem liberalizmu. Czyli co dany człowiek może zrobić, do czego ma prawo, a do czego nie. Dla mnie – fascynujące.

Na pewno każdy słyszał, że istnieje coś takiego jak restauracyjny przewodnik Michelin. Bracia Andre i Edouard Michelin  postanowili wydać w 1900 roku przewodnik zachęcający kierowców do podróżowania, zawierał on informacje, gdzie można przenocować, gdzie zmienić oponę, gdzie zatankować i właśnie gdzie dobrze zjeść. I ta część przewodnika zrobiła międzynarodową furorę, poszczególnym restauracjom przyznawane są gwiazdki, a one przyciągają klientów, wszyscy chcą chodzić do restauracji wyróżnionych przez Michelina. Gwiazdki wydawane są na podstawie oceny dania przez tajemniczego klienta z ramienia firmy. I tutaj zaczynają się schody, sytuacja z 2019 roku i wyrok z 2020 wręcz wymusza na mnie zastanawianie się nad granicami liberalizmu.

A otóż i ona. Ta sytuacja. W styczniu 2019 roku francuska restauracja „La Maison des Bois” w Manigod w Alpach (powyżej) będąca własnością Marca Veyrata, straciła jedną z trzech swoich gwiazdek  w przewodniku Michelin. Właściciel restauracji nie mógł zrozumieć, co się stało, wg jego wersji wpadł w depresję i podał redakcję przewodnika do sądu domagając się przyznania zawrotnej sumy jednego euro zadośćuczynienia za straty niematerialne oraz aby sąd umożliwił mu zajrzenie do notatek osoby odpowiedzialnej za zbyt niską – jego zdaniem – ocenę jego restauracji w tym prestiżowym Czerwonym Przewodniku. Zaraz po otrzymaniu pozwu z kolei redakcja pozwała Marca Veyrata do sądu o zadośćuczynienie w wysokości 30 tysięcy euro za szkody, jakie wyrządził jej pozew skarżącego się właściciela restauracji. Ponieważ obydwa pozwy sąd odrzucił (argumentując chociażby, że strata jednej gwiazdki spowodowała wzrost obrotów restauracji o 7%, a nie ich spadek) Marc Veyrat zażądał wycofania jego restauracji z przewodnika, jednak firma Michelin odmówiła.

W związku z tym zaczyna się nasuwać kardynalny, pryncypialny i fundamentalny problem, co wolno w zakresie prowadzenia interesów, w ramach wolności gospodarowania danej firmie, a co nie wolno. Bo czy są właściwie prawidłowe odpowiedzi na poniższe pytania:

  1. Czy firma Michelin ma prawo oceniać jakąkolwiek restaurację bez zgody właściciela?
  2. Czy firma Michelin ma prawo ukrywać ocenę oraz metodę jej powstania przed właścicielem restauracji?
  3. Czy właściciel restauracji ma prawo żądać dodania jednej gwiazdki do jego opisu w przewodniku, skoro Czerwony Przewodnik nie jest jego własnością?
  4. Czy Marc Veyrat miał prawo podać redakcję Michelin do sądu? (błagam nie bądźcie świętsi…, ja wiem, że każdy ma prawo kogokolwiek o cokolwiek podać do sądu).
  5. Czy redakcja Michelin ma prawo odmówić „wypisania” danej restauracji ze swojego katalogu?

Na czarno Marc Veyrat.

To są bardzo skomplikowane sprawy, szczególnie w czasach Internetu. Czy lekarz obsmarowany w portalu „Dobry lekarz” ma prawo wycofania swojego nazwiska? Takich przykładów można dawać tysiące. Tutaj różnica jest jedna, w Internecie mamy świadomość istnienia hejtu, do wszystkich tych informacji podchodzimy z dystansem i z pewną niewiarą. Tymczasem Czerwony Przewodnik jest słynny z obiektywizmu. Tu hejtu nie ma. I co z tym zrobimy?

Ps. Ten wpis napisałem 2 dni temu, doszedłem do wniosku, że jednak może być on niezrozumiały, lub opacznie pojęty, więc postanowiłem zrobić małe résumé:
W tym momencie Michelin ma wszystkie prawa i wszystko może, tymczasem restaurator nie ma żadnych praw i nic nie może. Ma prawo się czuć jak Józef K., z jednej strony jest oskarżony i nie wie dlaczego, a do sądu musi się udać (czyli być dalej w przewodniku), tymczasem firma Michelin jest jak oskarżający sędzia niemuszący się tłumaczyć z zarzutów i trzymać oskarżonego pod kluczem (czyli w przewodniku). Moim zdaniem albo-albo, albo udostępniają zarzuty i trzymają go w przewodniku, albo nie pokazują ocen, ale za to pozwalają zniknąć z katalogu.

Older Posts »

Kategorie