Napisane przez: torlin | 13/08/2018

Nie, Panie Piotrze, co ma piernik do wiatraka!

Znacie mnie, czasami dostaję cholery po przeczytaniu dwóch słów, tym razem szlag mnie trafił po czterech. Ale najpierw kończący artykuł akapitowy cytat z Piotra Bratkowskiego (którego notabene bardzo lubię) o kontrowersyjnej biografii Ingmara Bergmana „Portret artysty jako potwora”, zamieszczony w Newsweeku nr 32:

„Może dobrze się stało, że tę biografię napisał ktoś taki jak Thomas Sjöberg – dziennikarz, którego zainteresowało raczej stworzenie bestsellera, a nie praca analityczna. Gdyby napisał ją ktoś z nabożnym stosunkiem do sztuki, pewnie by mu przy opisie rozmaitych krzywd uczynionych bliskim przez Bergmana parę razy mocniej zadrżała ręka. Bo przecież, pomyślałby, choćby ta jedna scena z „Siódmej pieczęci’, gdy bohater gra w szachy ze Śmiercią, warta jest wszelkich świństw.
Nie, nie jest warta”.

Co ma piernik do wiatraka – Panie Piotrze. Samej biografii nie czytałem (i nie wiem, czy mam na to ochotę), ale z opisu Bergman był to potwór. Kilkanaście skrzywdzonych kobiet, dziewięcioro odtrąconych dzieci, świadome pognębianie byłych partnerek, wręcz sadystyczny do nich stosunek.

Wszystko zgoda, tylko co to ma wspólnego z jego filmami? Mógł być potworem w życiu prywatnym, a genialnym reżyserem w życiu artystycznym. Ja akurat jestem wielkim zwolennikiem filmów Bergmana, szczególnie z jego pierwszego okresu twórczości. Przyznaję, bardzo dawno żadnego z nich nie oglądałem, może już dzisiaj nie mógłbym na nie patrzeć, tak się zestarzały. Ale nie zmienia to faktu, że scena ze Śmiercią miała olbrzymi wpływ na moje życie, i przez kilkadziesiąt lat uważałem ten film za najlepszy na świecie. Uwielbiałem wprost „Wakacje z Moniką”, „Wieczór kuglarzy”, „Tam, gdzie rosną poziomki” i bardzo smutne „Źródło”. Od „Milczenia” i „Persony” Bergmana nie trawiłem (podobny proces u mnie dotknął Wajdę i Polańskiego).

Inna rzecz, że stwierdzenie, że dziennikarza „zainteresowało raczej stworzenie bestsellera” świadczy bardziej o „brukowcowatości” 😉 .Dlaczego taki temat nie ma być poprowadzony jak praca analityczna?

Przez całe życie protestowałem przeciwko wrzucaniu do dyskusji oczywistości, ale niezwiązanych z tematem. Jak się pisze o autostradach Hitlera niekoniecznie trzeba pisać o obozach koncentracyjnych i Holokauście. Tadeusz Łomnicki był nieprawdopodobnym komuchem, ale był genialnym aktorem. Z tym związana jest również sprawa pozbawienie ulicy Kruczkowskiego, jego „Niemców” pamiętam do dziś. I ten sposób rozumowania zagościł również w głowie kierownika działu kulturalnego „Newsweeka”.

Ps. Minęło już tyle lat od oglądanych moich miłości filmowych, że zaczynają mi się mylić. Wymieniając ulubione filmy Bergmana na początku zamiast „Wakacji z Moniką” wpisałem „Przygodę”, która przecież była Antonioniego. Jak ja kochałem wtedy filmy właśnie Antonioniego, Pasoliniego, Felliniego, Viscontiego, Bertolucciego, i podobnych z innych krajów: Bergmana, Wajdy, Kurosawy i Francuzów: Godarda i Truffauta.

Reklamy
Napisane przez: torlin | 10/08/2018

Reinkarnacja mojej ruszczyzny

Wczorajszy dzień z różnych powodów musiałem spędzić w domu. Jak zwykle z braku laku zacząłem przeglądać korespondencję e-mailową, natrafiłem w niej na nowy filmik na Youtubie z Pauliną Mikułą, której programy  prenumeruję (polszczyzna), a obok w podpowiedziach był film Ukrainki: „dlaczego Polska tak bardzo mi się podoba?” Od dłuższego czasu subskrybuję dwa podobne filmiki obcokrajowców mieszkających w Polsce: „Gruziński po polsku”, o dwóch dziewczynach Mai i Mimi, które po czterech latach mówią lepiej po polsku niż niejeden Polak; i „Helen Mazanova w Polsce”, a to ze względu na urodę prowadzącej.
Obejrzałem jeden, drugi, piąty, a później natrafiłem na filmiki Mazanowej po rosyjsku i zacząłem tego słuchać. Na początku nie wszystko rozumiałem, ale później zacząłem wyłapywać filmy po rosyjsku z radami dla Rosjan, Białorusinów i Ukraińców (Rosjanek, Białorusinek i Ukrainek), co zrobić, żeby w Polsce osiągnąć sukces. Im dalej w las więcej rozumiałem, a po obejrzeniu n-tego odcinka różnych youtuberów swobodnie słuchałem ich wypowiedzi.
Mój problem polega na tym, że nie używałem rosyjskiego od 23 lat. Kiedyś sprawnie posługiwałem się tym językiem, mówiłem płynnie i komplementowano mnie, że godom z niezłym akcentem. Od tego czasu tylko wyjątkowo rosyjskie słowa wychodziły z moich ust, czy to w Gruzji, czy do Rumuna – kierowcy autokaru campingu w Mirze podwożącego mnie do Wenecji, od czasu do czasu w pracy.

„Gruziński po polsku” – cudowne dziewczyny, jak mówią same o sobie – spolszczone Gruzinki.
Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jaką odczuwałem satysfakcję, że prawie wszystko rozumiałem. Niektóre słowa bardzo mnie denerwowały, bo wiedziałem, że kiedyś znałem ich tłumaczenie, a teraz ni cholerę nie wiem, co dany wyraz oznacza. Obłożyłem się słownikami i tak spędziłem całe popołudnie. Wszystko zależy oczywiście od szybkości mówienia, są ludzie dla mnie za szybko mówiący. Zdaję sobie sprawę, że powinienem raczej uczyć się teraz angielskiego, a nie wracać do rosyjskiego, ale satysfakcję miałem olbrzymią. I dużo się dowiedziałem, co Ukraińcy sądzą o Polakach (bo to co mówią po polsku może być nieobiektywne).

Napisane przez: torlin | 07/08/2018

Chwila zastanowienia, wejść na pięterko?

Jak wiecie doskonale o tym dział „Chwile” mówi o momentach w historii ludzkości, w których chciałbym uczestniczyć. Być w danym momencie, w konkretnym miejscu.

W 1943 roku w Chicago wydarzyła się dla mnie bardzo ciekawa historia. Moja najbardziej ulubiona wokalistka jazzowa Dinah Washington grała w tym czasie w klubie jazzowym Three Deuces, kiedy przyjaciel zabrał ją, by posłuchać Billie Holiday w barze Garrick Stage. Właściciel klubu, Joe Sherman, był pod takim wrażeniem jej śpiewu „Rozumiem” („I understand”), wspieranego przez „Cats and the Fiddle”, którzy pojawili się w pokoju na górnym piętrze Baru Garrick, że ją zatrudnił. Podczas swojego roku w Garrick Stage Washington śpiewała na górze, podczas gdy Holiday występowała w pokoju na dole.

Billie Holiday śpiewa w Garrick Stage Bar.

Cóż to musiała być za mieszanka, te artystki dzieliło wszystko z wyjątkiem uwielbienia muzyki jazzowej i bluesa. Począwszy od sposobu śpiewania, Holiday była raczej zwolenniczką tzw. miękkiej odmiany wokalistyki jazzowej, „miejskiego” swingu, śpiewała delikatnie, widać było, że nie wyrosła z gospel. Washington tymczasem była świetną wokalistką w kościołach baptystów. Holiday walczyła przez całe życie z uzależnieniami (narkotyki), można powiedzieć, że Washington też walczyła z uzależnieniem, ale od środków odchudzających – żarła, a nie jadła, tyła i zażywała tonami środki na odchudzanie. I obydwa uzależnienia artystki zabiło. Billie Holiday  żyła jak „ofiara” życia, mieszkała w biednych hotelikach, zewsząd wyrzucana, tymczasem Washington prowadziła luksusowe życie, będąc jednocześnie piętnowana przez krytyków za komercję i zły smak.

™™™

Ważny też był kolor skóry, Washington była najprawdziwszą Murzynką, dobrze się czującą „w sobie”, tymczasem Holiday była na rozdrożu. Była córką Murzynów, ale miała tak jasną skórę (patrz zdjęcie), że można było się pomylić. Gdy w 1938 roku Billie śpiewała z orkiestrą Artie Shawa, złożoną z samych białych muzyków, to miesiącami wchodziła jako jedyna z zespołu drzwiami do służby, wyrzucano ją z hoteli, w których zatrzymywał się zespół, i z restauracji. Mając w końcu tego dosyć nawiązała współpracę z jednym z najbardziej ukochanych moich zespołów jazzowych lat 40., czyli Orkiestrą Count Basie’ego, i teraz z kolei wszyscy ją traktowali jako białą wokalistkę, gdyż Orkiestra Basie’ego składała się z samych … czarnych muzyków. A ponieważ znowu było źle, to Billie używała ciemnej szminki.

No i jestem w 1943 roku w Garrick Stage Bar w Chicago (na zdjęciu mnie nie ma, jestem akurat przy barze 😉 ). I muszę sobie odpowiedzieć sam na pytanie, idę do Dinah na pięterko, czy zostaję na dole u Billie?

Ps. jeszcze jednym się różniły, Washington miała siedmiu mężów, a Billie tylko trzech.

Ps 2 – mam konkurs dla ludzi znających doskonale język angielski – co oznacza po polsku nazwa klubu „Three Deuces”. Słownik angielsko-polski podaje tyle możliwości, że się pogubiłem. Nagrodą będzie uściśnięcie dłoni Torlina 😉

Zdaję sobie sprawę z prawniczej (nowo)mowy, żargonu, tekstów czasami tak skomplikowanych, że без пол-литра не разберёшься. Rozumiem, że muszą być dawane formułki prawnicze, dziwne i skomplikowane. Moje dzieci co rusz przychodzą do mnie z pismami z Urzędu Dzielnicy dotyczącymi naszych działek, w których organ wstrzymuje decyzję podjętą na odwołanie odwołania (mimo że nie jestem prawnikiem, umiem czytać tego rodzaju teksty).

Raptem mój Tata wyciął mi ogłoszenie sądowe z Gazety Wyborczej, przedstawione na powyższym zdjęciu. Pomijając wszystkie inne osoby, ale na czele jest małżeństwo Berty i Gustawa Cucmanów (Cocman, Zozmann), których sąd wzywa, „aby w terminie 3 miesięcy od ukazania się ogłoszenia zgłosili się do Sądu Rejonowego dla Łodzi Widzewa w Łodzi przy ul. Kopcińskiego 56, gdyż w przeciwnym razie mogą zostać uznani za zmarłych”.

Cały dowcip polega na tym, że Gustaw urodził się w 1876 roku, a Berta 1883 czyli mieliby dzisiaj odpowiednio 142 i 135 lat. Z Wiki: „Najdłużej żyjącym człowiekiem, którego metryka została jednoznacznie potwierdzona, była Francuzka Jeanne Calment (1875–1997), która przeżyła 122 lata i 164 dni. Najstarszym mężczyzną był Japończyk Jiroemon Kimura (1897–2013), który żył 116 lat i 54 dni” (nawiasem mówiąc mój Tata ma 98 i dobrze się czuje).

Naprawdę zastanawiam się, co jest ważniejsze, formułka prawnicza, czy sens zdroworozsądkowy. Przecież można było to ubrać w inne słowa: „ktokolwiek wie o okolicznościach śmierci Berty i Gustawa Cucmanów”, „ktokolwiek wie o losach rodziny Berty i Gustawa Cucmanów”. Wzywanie Gustawa Cucmana do sądu, Żyda z Łodzi, jest surrealizmem godnym Ionesco.

Sąd wzywa Mikołaja Kopernika, syna Mikołaja i Barbary z domu Watzenrode, aby w terminie 3 miesięcy od daty ukazania się niniejszego ogłoszenia zgłosił się do Sądu Rejonowego w Toruniu, Fosa Staromiejska 12/14, gdyż w przeciwnym razie może zostać uznany za zmarłego. Wiem, że śmierć Kopernika jest potwierdzona, a nie chciało mi się szukać osoby z historii Polski, której zwłok nikt nie widział. Może jakieś propozycje. Nawet fajny test mi się zrobił – jaką postać proponujecie na miejsce Kopernika, aby miało to ręce i nogi? 😀

Napisane przez: torlin | 01/08/2018

Zapoznani kolonizatorzy

Fort Dansborg w Tarangambadi, za czasów duńskich miasto to nazywało się Tranquebar i mieściło się w Indiach „naprzeciwko” Cejlonu. Ale Hindusi fajnie postępują, w 2004 roku odnowili wszystkie zabytki.

Bedzie znowu kłótnia z Pawłem i Telemachem, że narody nie mają czegoś takiego jak pamięć. A ja twierdzę w dalszym ciągu, że nie tylko narody mają wybiórczą pamięć, ale i prowadzą politykę edukacyjną, aby jeszcze większa amnezja opanowała społeczeństwo. Porozmawiajcie z Austriakami na temat współpracy z Hitlerem, Amerykanami na temat Alamo, Polakami o koloniach polskich na Wschodzie, Rosjanami o paradzie w Brześciu. Mamy tak demokratyczny i liberalny kraj, jak Dania, która wyparła z narodowej świadomości swoją historię kolonialną. Sprytnie to zrobili, w odpowiednim czasie sprzedali swoje kolonie, nic nie wspominali na ten temat, w szkołach na temat kolonialnej przeszłości cicho sza,  w periodykach nic nie ma, bo inni byli „więksi” (mieli więcej za uszami). Duńskie Imperium Kolonialne.

Kto dzisiaj wie o tym, że Duńczycy mieli swoją Duńską Kompanię Wschodnioindyjską, obsługującą Daleki Wschód,mającą właśnie siedzibę w Tranquebar oraz Duńską Kompanię Zachodnioindyjską zarządzającą Duńskimi Indiami Zachodnimi, a więc wyspami na terenie Morza Karaibskiego. My nie wiemy, ale Duńczycy? Wspaniały artykuł autorstwa Magdy Działoszyńskiej zamieściła GW pt. „Niewolnik zamieciony pod dywan. Jak Duńczycy wypierają kolonialną przeszłość”, boję się, że jest on zakodowany, a przez to niedostępny. Oto najwspanialsze fragmenty: „Ponad dekadę temu La Vaughn poznała duńskiego kuratora sztuki. – Powiedział, że jest z Danii, a ja na to: o rany, a ja z Wysp Dziewiczych! Zupełnie nie wiedział, o co mi chodzi. No wiesz, z duńskich Indii Zachodnich, mówię mu, a on wciąż nic. Opowiedziałam mu, że u nas, na St. Croix, wszędzie są ślady po duńskiej obecności w nazwach własnych, architekturze, czyli ruinach budynków z charakterystycznej żółtej cegły, w sposobie zagospodarowania przestrzeni, kiedyś podzielonej na 150 plantacji.

Rok później kurator przyjechał na St. Croix, by zobaczyć, o czym mówiła. A ona dzięki jego pomocy dostała stypendium duńskiego rządu i spędziła dwa miesiące w Kopenhadze. Wędrówki po mieście zaprowadziły ją do wielkiego sklepu Royal Copenhagen – producenta ikonicznej dla Duńczyków porcelany. Na trzecim piętrze wystawiono jej stare wzory, nawet z XVII wieku. Tam po raz pierwszy La Vaughn obejrzała całość, której kawałki znajduje wokół swojego domu”. (…)

„Ale o ile na Karaibach każde dziecko wie, skąd się tam wzięło – La Vaughn pokazuje podręcznik do nauk społecznych, z którego jej córki już w szkole podstawowej uczą się o niewolniczej historii wyspy – w Danii wstydliwe karty z przeszłości są skrzętnie ukryte. – Niby wiedziałam, bo w duńskiej szkole uczyłam się o historii kolonizacji i niewolnictwie. Ale nie do końca uświadamiałam sobie, że Dania w niej uczestniczyła, bo mówiło się głównie o wielkich imperiach kolonialnych, winny zawsze był ktoś inny. W naszej narodowej narracji funkcjonuje motyw pięknych wysp, raju utraconego… Nic poza tym – mówi”.

Tak mógłbym ciągnąć cytaty, może napisalibyście mi, czy macie dostęp do artykułu, bo jak nie, a Was ciekawi, to zerżnę jeszcze trochę. W Dużym Formacie czytałem też na temat drętwienia rdzennych mieszkańców Grenlandii na dźwięk słowa Duńczyk. Trzeba przyznać, że Duńczycy zrobili to perfekcyjnie, przy słowach „obrzydliwi kolonizatorzy” Ziemianie mają przed oczami Anglików, Francuzów, Hiszpanów, Portugalczyków, Holendrów, Belgów, Włochów czy Niemców, ale nigdy Duńczyków. Tymczasem w Ghanie „na jej wybrzeżu stoi fort Prinzenstein, a raczej to, co z niego zostało – białe kiedyś mury dziś są szarobure, zrujnowane przez upływ czasu i napór fal. Na nich napis: „Zbudowany przez Duńczyków w 1784 roku”. A w lochach inny: „Witajcie na drodze ponownego, duchowego spotkania z przodkami, brutalnie wyrwanymi ze swojego miejsca na ziemi”. Fort Prinzenstein był od połowy XVII przez następne dwa stulecia jednym z kolonialnych przyczółków Królestwa Danii i Norwegii na tzw. Złotym Wybrzeżu. – Przewodnik w Ghanie powiedział nam, że w lokalnym języku wciąż występują duńskie słowa, np. „trappe”, oznaczające schody.

Schodami w dół, do podziemi owych twierdz, prowadzono niewolników, którzy potem trafiali potem z zachodniego wybrzeża Afryki do Nowego Świata. W szczytowym momencie w duńskich Indiach Zachodnich dla 1,5-2 tysięcy białych kolonizatorów pracowało na plantacjach 18-20 tysięcy czarnych niewolników. Owoce ich pracy – cukier, rum czy kawa – trafiały z powrotem na statki płynące na Stary Kontynent. A budynki, w których je magazynowano, do dziś stoją na kopenhaskim nabrzeżu”.

Na koniec ciekawostka – w XVII wieku  wraz ze Szwedzką Kompanią Wschodnioindyjską importowała do Europy więcej herbaty niż Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska i przemycała 90% do Anglii, gdzie ją sprzedawała z dużym zyskiem.

Napisane przez: torlin | 29/07/2018

Wspólnie przeciwdziałajmy ateizacji Polski

Przedstawiciele Kościoła Latającego Potwora Spaghetti poinformowali, że ich skarga do Naczelnego Sądu Administracyjnego na odmowną decyzję resortu spraw wewnętrznych dotycząca wpisania naszego Kościoła Latającego Potwora Spaghetti do rejestru Kościołów i związków wyznaniowych została oddalona.

Trzeba się tylko pocieszać, że takie samo zdanie miał Sanhedryn na temat religii chrześcijańskiej, ich zdaniem była to li tylko sekta żydowska nazarejczyków, szerząca zarazę i wzbudzająca niepokoje wśród wszystkich Żydów na świecie. Każda religia ma na początku pod górkę, mam nadzieję, że lwom na pożarcie nie będą nas rzucać.

Nie ukrywam, że kocham ideologiczne opisy podstaw tej religii, bliskie są one kabaretowym opisom: „do czego służy dana rura”. „Skoro bóg istnieje w nieskończoności, to nasze lokalne logiki nie mają znaczenia. Bóg nie musi w sposób zrozumiały do nas przemawiać, o ile w ogóle musi”, „Dlaczego bóg ma działać na zasadach dla nas zrozumiałych? Z punktu widzenia ogromu możliwości „tak samo prawdopodobne” jest to, że bóg biegał w sandałach po ziemi, jak to, że jest wielkim makaronowatym stworem”.

Może właśnie tego oczekuje od nas nasz rozum, byśmy napiętnowali religijne nadęcia czy jakieś dziwaczne mitologie. Nie wiem dlaczego, ale wielką przyjaźnią darzę twórców tego ruchu, przyklaskuję ich działaniom. Ale jest jeszcze jeden aspekt – prawny. Polska jest krajem demokratycznym, w którym życie jest regulowane przepisami i normami prawnymi. I jak to jest w życiu są sytuacje, które nie mieszczą się w przepisach prawnych, oględnie mówiąc, wyrok jest zgodny z prawem, ale nie ze zdrowym rozsądkiem. Im bardziej państwo jest praworządne, tym mniej daje sobie radę z tego rodzaju sytuacjami. Michał Drzymała wykorzystał lukę w przepisach niemieckich i Niemcy w gruncie rzeczy mogli mu nagwizdać, pokonali go w końcu, ale po ilu latach. W zaborze rosyjskim wóz nie stałby jednego dnia, przyjechaliby Kozacy i nahajkami wybiliby mu z głowy wykorzystywanie niedoskonałości systemu prawnego Rosji.

Ale my jesteśmy krajem typu Prusy i wszelkie odrzucanie wniosku jest sprzeczne z prawem, i tylko ideologią. Wszyscy wiemy, że to jest żart i kpina, ale przepisy tego nie wiedzą. Jest przepis regulujący, co jest religią, a co nie, i wnioskodawcy z tego korzystają. A kolejne odpowiedzi negatywne resortów i sądów tylko je bardziej kompromitują. Dla mnie jest to cudowna intelektualna zabawa, mam propozycję, szczególnie dla posłów spod skrzydeł Ojca Tadeusza: „Wspólnie przeciwdziałajmy ateizacji Polski”.

Napisane przez: torlin | 26/07/2018

To nie PiS zaczął

Dostaję czasami kretyńskie podarunki książkowe, dlatego tak uwielbiam od początku swojego życia prezenty sterowane, że ja mówię, co chciałbym dostać. Ale jak jest ktoś rzadko widziany, to głupio mówić cokolwiek, więc gość przychodzi najczęściej z książką „bo ty lubisz książki”, a człowiek bardziej zorientowany w moim życiu z książką historyczną „bo ty lubisz historię”. Dlatego mam mnóstwo pocztów królów Polski czy historii Polski będących tak ogólnymi opracowaniami, że właściwie nie wiadomo, do kogo są one skierowane. Ostatnio jedną z nich chciałem dać wnuczce, i zacząłem przeglądać, była to „Historia Polski” z podtytułem: „tysiąc lat burzliwych dziejów” wydawnictwa „Carta Blanca”, należącej do grupy wydawniczej PWN. No – mówię – to nie jest źle. Część historyczna jak cię mogę, plusem są odrębne opracowania sytuacji ekonomicznej w konkretnych okresach, i identycznie ukazane sprawy kulturalne. Każdy rozdział jest opracowany na dwóch stronach, jest kilka akapitów, i kilka zdjęć. I podczas przeglądania książki ze zrozumiałych względów szalenie ogólnej, bo zmieścić całą  historię Polski na 170 stronicach nie jest łatwo, mój wzrok padł na rozdział „Kultura w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”, po przeczytaniu którego dostałem furii.

W tekście wytłuszczonym pod tytułem jest zdanie: „władze PRL chciały kontrolować wszelkie dziedziny życia mieszkańców, także kulturę. Działania te zakończyły się fiaskiem – obok oficjalnego nurtu przez cały czas istniały nielegalne wydawnictwa podziemne oraz emigracyjne”. W tekście jest sześć akapitów, pierwszy mówi o socrealizmie, drugi „jedynymi ośrodkami, w których mogła rozwijać się polska kultura, były instytucje działające na emigracji”, trzeci mówi o odbudowie Zamku Królewskiego, czwarty mówi o tym, że reżim komunistyczny „próbował (z częściowo pozytywnym skutkiem) indoktrynować społeczeństwo, szczególnie jego młodsze pokolenie, za pomocą atrakcyjnych seriali telewizyjnych” (to chodzi o „Pancernych”), piąty o bojkocie artystycznym i – ku mojemu zdziwieniu – jest pozytywne zdanie o Jarocinie. Szósty jest o cenzurze, jako przykład dany jest fakt zamazania w „Kalendarzu Warszawskim” w 1946 roku zdania o rzezi Pragi dokonanej przez wojska rosyjskie w insurekcji kościuszkowskiej (listopad 1794 r.). Zdjęć jest pięć, przemawiający przed mikrofonami RWE (RFE) Zbigniew Brzeziński (jako fotografia przewodnia), Pietrzak „Pod Egidą”, Jarocin, odbudowa Zamku Królewskiego i budowa Pałacu Kultury. I to wszystko z osiągnięć PRL-u na niwie kultury.

Zdrętwiałem. To jest kultura w PRL-u? Jak można dokonać tak nieprawdopodobnej manipulacji? I to taka firma jak PWN? Film, teatr, plakat, wzornictwo przemysłowe, książki. A w tym rozdziale jest jedno zdanie: „Wielu polskich twórców filmowych i literackich znalazło uznanie za granicą” – i to wszystko. Tekst wygląda na manifest programowy jakiegoś nawiedzonego prawicowca PiS-owskiego, napisał go Dominik Kaźmierski, a redaktorką prowadzącą była Katarzyna Kucharczuk. I kiedy myślałem, że to znowu „dobra zmiana” dokonuje rewizji polskiej historii kulturalnej mój wzrok padł na rok wydania – 2010. Załamałem się.

Notka Mojego Przyjaciela Szymona, wielkiego wielbiciela kolei oraz spraw portowo-kontenerowych. Muszę przyznać, że w dość łatwy sposób przejmuję miłości swoich kumpli, i też zaczytuję się w danej tematyce. Sprawy, o których pisze Szymon, nie są mi – jako byłemu historykowi II RP 😉 – obce, ale też bez takiej szczegółowości. Fascynujące. Dziękuję. I to bardzo.

 

Scalanie sieci kolejowych byłych zaborów – punkt wyjścia

Literatura dotycząca historii kolejnictwa w Polsce wskazuje na wyraźne dysproporcje w zakresie rozwoju sieci pomiędzy zaborem pruskim (bardzo dobrze rozwinięty układ połączeń, wykazujący jednak wyraźną koncentrację w kierunku ośrodków zewnętrznych: Berlina, Wrocławia czy Królewca), zaborem austriackim (stosunkowo dobrze rozwinięta sieć, jednak w wielkim stopniu podporządkowana celom strategicznym i – poza Lwowem – niewykazująca tendencji do ciążenia ku krajowym ośrodkom miejskim) oraz zaborem rosyjskim (świadome blokowanie rozwoju kolei przez władze rosyjskie – zwłaszcza na lewym brzegu Wisły – oraz ignorowanie sieci osadniczej przy trasowaniu linii położonych dalej na wschód). Paradoksalnie, do scalenia systemu kolejowego na ziemiach Polskich doszło już w znacznym stopniu w l. 1914 – 1918, gdy wkraczające na teren Kongresówki armie Państw Centralnych połączyły (szybko, acz niedbale i oczywiście ignorując istniejącą sieć osadniczą) Tarnobrzeg z Ostrowcem Świętokrzyskim, Rozwadów z Lublinem (p. Kraśnik), Rawę Ruską z Rejowcem (p. Krasnystaw) i Hrubieszowem (p. Zamość) czy Toruń z Nasielskiem (p. Sierpc i  Płońsk). Powstały także – zamknięte w międzywojniu i reaktywowane dopiero w czasie II Wojny Światowej – nowe połączenia Prus Wschodnich z Mazowszem i Podlasiem (Wielbark – Ostrołęka, Olecko – Suwałki, tymczasowo nawet Pisz – Kolno). Ponadto, zbudowana została spora liczba wojskowych linii wąskotorowych, nigdy później nie przekutych na rozstaw normalny, z których niektóre miały jednak utworzyć w Międzywojniu dość rozbudowane systemy i odgrywać istotną rolę w lokalnej gospodarce, niekiedy aż do okresu transformacji lat ’90-tych (np. Kujawy, Kurpie, Ponidzie).

Priorytety inwestycyjne – połączenia międzyregionalne i eksport węgla

Za scalanie sieci kolejowej „na serio” (a więc z uwzględnieniem potrzeb gospodarczych nowo powstałego państwa, a nie tymczasowych wymogów transportowych walczących armii) zabrano się na początku lat ’20-tych, wraz z zakończeniem działań zbrojnych. Korzystając ze „spadku” w postaci istniejącej sieci, zbudowano szybko magistralę Warszawa – Poznań (gdzie wystarczyło jednak ułożyć raptem 111 km toru od Kutna do dawnej granicy niemiecko-rosyjskiej w Strzałkowie, w płaskim jak stół terenie pozbawionym większych przeszkód terenowych). Z innymi połączeniami międzyregionalnymi sytuacja przedstawiała się już jednak o wiele gorzej: magistralę Warszawa – Kraków (100 km z Warszawy do Radomia p. Warkę i 52 km z Tunelu do Krakowa p. Miechów; środkowy odcinek p. Kielce powstał jeszcze pod zaborem rosyjskim) otwarto dopiero w roku 1934, a alternatywną trasę łączącą okręg łódzki z Pomorzem (Widzew – Zgierz – Kutno – Płock – Sierpc – Brodnica) ukończono w roku 1938, po wybudowaniu mostu przez Wisłę w Płocku. Południowe obejście Warszawy (Skierniewice – Pilawa – Łuków) zrealizowano natomiast dopiero w roku 1954, zaś projektowana magistrala Śląsk – Wołyń nie powstała nigdy (czy jak wolą niektórzy: powstała w roku 1979, pod nazwą LHS…).

Pragnienie pełnego wykorzystania dostępu do morza oraz nastawienie gospodarki na eksport surowców (głównie węgla) sprawiało, że najwyższy priorytet uzyskała w tym czasie budowa połączenia przyznanego Polsce skrawka Śląska z przyznanym Polsce skrawkiem Pomorza, czyli… powiązanie dwóch oddalonych fragmentów dawnych ziem pruskich przez peryferyjne tereny dawnego zaboru rosyjskiego. Czasochłonność planowanej inwestycji oraz równoczesna pilna potrzeba udrożniania dowozu węgla do Gdyni z pominięciem Niemiec i Gdańska sprawiły, że przed jej pełną realizacją wybudowano „protezę” Kalety – Wieluń – Wieruszów Podzamcze (1925), pozwalającą połączyć Górny Śląsk z Pomorzem okrężną trasą przez Wielkopolskę, podczas gdy przewozy na właściwej trasie Magistrali Węglowej ruszyły dopiero w roku 1933 (patrz rysunek). Nie miejsce tu na szerokie rozpisywanie się na temat tej linii; warto wspomnieć jednak o ewidentnych błędach w jej trasowaniu, zarówno w skali lokalnej (ominięcie Pajęczna, Szadka, Poddębic czy Radziejowa) jak i regionalnej (ominięcie Łodzi), które sprawiły, że nigdy nie odegrała ona istotnej roli w ruchu pasażerskim ani w aktywizacji zapóźnionych gospodarczo ziem wschodniej Wielkopolski i południowych Kujaw. Za swoiście paradoksalny skutek inwestycji „węglowych” na ziemiach II RP uznać można też zagęszczenie w tym czasie sieci na terenach już uprzednio bogato w nią wyposażonych, ale przeciętych po wojnie granicami państwowymi (Górny Śląsk i Śląsk Cieszyński, Pomorze).

Pozostałe inwestycje zrealizowane w okresie międzywojennym

Jeśli nie liczyć paru linii zbudowanych w tym okresie głównie (Goleszów – Wisła) czy częściowo (Puck – Hel) w celu obsługi ośrodków turystycznych, za najważniejszą „niemagistralną” inwestycję kolejową II RP uznać należy kompleksową przebudowę węzła warszawskiego, w skali europejskiej porównywalną jedynie z analogicznym projektem zrealizowanym wówczas w Brukseli. W okresie przed I wojną światową węzeł ten – w zasadzie jedyny „porządnie” rozwinięty na ziemiach zaboru rosyjskiego poza Białymstokiem – koncentrował 6 linii dalekobieżnych (2 na lewym i 4 na prawym brzegu), z dworcami czołowymi spiętymi linią obwodową biegnącą przez jeden z zaledwie dwóch mostów przez Wisłę powstałych w zaborze rosyjskim. Przebudowa węzła obejmowała przede wszystkim budowę linii średnicowej wraz z nowym mostem na Wiśle i tunelem pod centrum miasta, zastąpienie dworców czołowych przelotowymi (z wyjątkiem petersburskiego, od teraz zwanego wileńskim) oraz elektryfikację nowej „średnicy” wraz z wylotami z węzła w trzech kierunkach (Grodzisk Maz., Mińsk Maz. i Otwock). W szerszym kontekście przebudowy węzła warszawskiego można też uwzględniać utworzenie jego północnej obwodnicy (Legionowo – Tłuszcz) czy linii Zielonka – Rembertów, umożliwiającej zjazd na „średnicę” z kierunku Wilna i Białegostoku, powstanie WKD (wówczas będącej de facto przedłużeniem sieci tramwajów warszawskich w kierunku południowo-zachodnim) czy wreszcie dołożenie siódmego kierunku dalekobieżnego (wspomniana linia radomska).

Międzywojenne inwestycje kolejowe a współczesna sieć kolejowa Polski

Niemal wszystkie inwestycje kolejowe zrealizowane w latach ’20-tych i ’30-tych ubiegłego wieku można uznać za niezwykle istotne dla funkcjonowania systemu kolejowego Polski w obecnych granicach – i to zarówno w okresie PRL jak i w III RP. Za wyjątki mogą uchodzić jedynie rozbudowane lub powstałe w tym czasie systemy linii wąskotorowych, północna część Magistrali Węglowej (Maksymilianowo – Kościerzyna – Gdynia, obecnie oczekująca jednak modernizacji i elektryfikacji), odcinek Sierpc – Brodnica czy wyjątkowo pechowa, alternatywna trasa mająca połączyć Warszawę z Pomorzem (Legionowo – Nasielsk; otwarta w czerwcu 1939, zniszczona w trakcie kampanii wrześniowej i nigdy nie odbudowana). Z drugiej strony, inwestycje te wypadają dość blado nie tylko w stosunku do potrzeb i planów (tu wiele można by zrzucić na karb fatalnej sytuacji międzynarodowej i gospodarczej, zwłaszcza po roku 1929), ale także w porównaniu z niedaleką Czechosłowacją (konkretniej: ze Słowacją), gdzie podobne, odziedziczone po czasach austro-węgierskich zróżnicowanie w rozwoju sieci kolejowej rozwiązywano szybciej, mimo znacznie trudniejszych warunków terenowych.


Aneks dla Szymona i dla wszystkich

W związku z budową CPK opracowano zestaw linii kolejowych, które mają tworzyć sieć w nowej postaci. To Warszawa – Olsztyn, Warszawa – Ostrołęka – Pisz – Giżycko, Warszawa – Białystok – Suwałki (w ramach Rail Baltica), Warszawa – Terespol (Brześć), Warszawa – Lublin – Zamość – Hrebenne (Lwów), CPK – Kielce – Tarnów – Nowy Sącz, Warszawa – Katowice/Kraków/Bielsko-Biała, CPK – Częstochowa – Opole – Nysa, Łódź – Sieradz – Wrocław, Łódź – Sieradz – Kalisz – Leszno – Głogów – Zielona Góra, Łódź – Sieradz – Kalisz – Poznań – Szczecin, CPK – Poznań – Gorzów Wlkp., CPK – Płock – Włocławek – Bydgoszcz – Koszalin/Kołobrzeg, CPK – Radom – Rzeszów oraz CPK – Gdańsk.

Napisane przez: torlin | 21/07/2018

Miły mojemu sercu cytat – bez komentarza

Aleksander Brückner „Dzieje literatury polskiej w zarysie”, t. 1, Instytut Wydawniczy Bibljoteka Polska, Warszawa 1924, str. 35.

„Kunszt dziejopisarstwa Długosza jest niewielki. Nieodrodny syn wieku, jego okiem i duchem widzi i ocenia najodleglejsze dzieje. Nie upatruje żadnego rozwoju. Szlachecka, a od Mieszka I, katolicka Polska Popielów i Piastów, to projekcja w przeszłość Polski Jagiełłowej.

Trzymając się porządku lat nie zna i dla czasów zamierzchłych, dziejowej perspektywy. Jego figury i zdarzenia są wszystkie jednej wielkości, na tem samem tle; kieruje niemi opatrzność, nagradzająca dobro, karząca występek, lecz to opatrzność katolicka; strzeże niewzruszenie czystości wiary, powagi duchowieństwa, znaczenia stolicy apostolskiej. Fakty, niezgodne z tym duchem, omawia Długosz półgębkiem i niejedno przemilcza, aby nie wywołać zgorszenia.

Poda za fakt samo życzenie np. że spalono księży husyckich w Zbąszyniu i zbyt łatwo swym źródłom daje się w błąd wprowadzać; krytyka, niegłęboka, godzi po swojemu sprzeczności źródeł; styl nie wykwintny, a wysłowienie jednostajne. Ale imponuje Długosz rozmiarami (…). Jego dzieło ma być źródłem, z którego orzeźwią się spracowani i wysileni; podjął się jego na chwałę Boską i dla sławy narodu polskiego.  Przetrwało ono wieki. Późniejsi zadowalali się streszczaniem, okradania Długosza, nie wnosząc wielu poprawek.. Nikt przed Naruszewiczem nie powtórzył, nie sprawdził pracy Długoszowej, on utrwalił i ustalił pojęcia, a nawet jego pomyłki, np. co do  złamania przysięgi przez Warneńczyka, nabrały wagi kanonicznej”.

Napisane przez: torlin | 18/07/2018

Efekt dżumy

Znowu skojarzenia. I to tak obszerne, że aż boję się, że za wielkie. Nałożyły się dwie sprawy, obejrzany przeze mnie film z gatunku „komedia romantyczna” (kompromitująca mnie słabość filmowa, uwielbiam je po prostu), i przeczytany artykuł w „Polityce”.

Komedia przeze mnie oglądana to „Holiday”, w której jedną z głównych ról zagrał ówcześnie 91-letni Eli Wallach jako Arthur Abbott. Według scenariusza Arthur Abbott jest jednym z najwspanialszych scenarzystów świata, posiadacz Oskara. Na wielkim wieczorze poświęconym jego osobie opowiada, jak przed ponad 60 laty przyjechał do Fabryki Snów jako Żyd uciekający do Ziemi Obiecanej i zaczął pracować jako goniec. Cała ta historia koresponduje wspaniale z historią samego Eli Wallacha, którego rodzice byli sklepikarzami w Polsce i tak samo wyemigrowali do Stanów. Mam jeszcze jedno wspaniale skojarzenie związane z Wallachem, ale o tym na końcu, w Ps.

Druga część to artykuł Rafała Wosia w „Polityce” pt. „Perły Peerelu”, w którym opisuje wspaniałą koncepcję zaproponowaną przez Marcina Piątkowskiego i niezależnie od niego przez Gavina Rae, że istnieje niesłychanie paradoksalne zjawisko w historii ekonomii – efekt dżumy. W wielkim skrócie dżuma wybiła tak straszną ilość mieszkańców w Europie Zachodniej, że  ludzie zaczęli być szanowani jako pracownicy i uwolniona została energia potrzebna do generowania postępu. To dało tym państwom supremację na wieki. Jako przykład odwrotny pokazują I Rzeczpospolitą, gdzie dżumy nie było. Opisują to w związku z Peerelem, który doprowadził do eksplozji talentów, wykształcenia, dam jeden przykład, przed wojną było 7 tys. inżynierów, po wojnie 110 tys. Ilu bardzo zdolnych ludzi siedziało po wsiach i suterenach w miastach, nie mogąc (lub nie potrafiąc) osiągnąć należnego sukcesu w życiu.

Polska przedwojenna była i dla Żydów miejscem, w którym nie mogli się uaktywnić. Mówię oczywiście o tej bardzo szerokiej masie biednych ludzi, niemających żadnych perspektyw. I to nawet nie z winy Polski, ale raczej otoczenia żydowskiego. I raptem ci ludzie wyjeżdżają do Stanów Zjednoczonych, w której robią oszałamiające kariery. Nawet nie chce mi się wyszukiwać przykładów, bo są ich setki. Samuel Goldwyn urodził się w Warszawie jako Szmul Gelbfisz, najstarszy z szóstki dzieci Abrahama i Hanny Gelbfisz (z domu Jarecka), w domu panowała bieda. Louis Burt Mayer, jego ojciec założył firmę złomową, imigrant niewykwalifikowany w jakimkolwiek zawodzie, walczył o utrzymanie. Marcus Loew urodził się w biednej żydowskiej rodzinie w Nowym Jorku. To tylko przykład Metro-Goldwyn-Mayer.

Tak sobie myślę, ilu znakomitych architektów, wynalazców, techników, artystów szlaja się w tym momencie w bezsilnej złości po ulicach i placach Kairu, Bombaju, Bagdadu, Lusaki czy przedmieściach Marsylii.

Ps. Eli Wallach, Eli Wallach, skąd ja znam to nazwisko? Wiem, że grał w którymś ze wspaniałych filmów, ale w którym? Skąd ja znam to nazwisko? Ale od czego Wikipedia. To jest ten zły przywódca bandy z „Siedmiu Wspaniałych”.

Older Posts »

Kategorie