Napisane przez: torlin | 22/07/2017

Wielki mały naród

Mapka współczesna.

Komentowałem ostatnio wpis Wachmistrza na temat „Przebiegłości hospodarskiej…” czyli rzecz o pewnej delegacji polskiej do Stambułu i przebiegłości Bazylego Lupu, hospodara mołdawskiego. Napisałem w komentarzu m.in., że jest pochodzenia arumuńskiego, opowiadam o tym w pracy, i okazuje się, że nikt w historii nie słyszał o takim narodzie.

Inna rzecz, że męczą się naukowcy ze stwierdzeniem pochodzenia tego jednego z najstarszych ludów w Europie. Arumuni są jak Baskowie albo Celtowie, żyją na naszym kontynencie od tak niepamiętnych czasów, że trudno sobie to wyobrazić. Może to wszystko, co napiszę, nie jest w 100-procentach udokumentowane, ale wielce prawdopodobne. Zaczyna się to wszystko od plemion iliryjskich, tak starych Indoeuropejczyków, że pamiętają epokę brązu. Zamieszkiwali oni rejon dzisiejszych Bałkanów, ze wskazaniem na dzisiejszą Albanię, Kosowo, BiH, płd. Chorwację i Serbię. Ale to plemię miało zawsze pod górkę, najpierw zaatakowali ich Celtowie, później Rzymianie, a na samym końcu Słowianie. Dodali swoje Wizygoci, na sam koniec Turcy. Jednak Ilirowie mieli jedną podstawową zaletę, taką jak Wikingowie, wszędzie się czuli jak u siebie w domu. Oni nie wywoływali powstań, tylko przepoczwarzali państwa obce, zachowując silne poczucie wolności (Illiria – „kraj wolnych ludzi”).

Olbrzymi rzymski wpływ na ten naród spowodował, że Ilirowie podzielili się na dwie części, i … przestali się nazywać Ilirami. Część Ilirów niezromanizowana została Albańczykami, zaś zromanizowana – no właśnie – Arumunami czy Wołochami? To zależy, kto ich tak nazywał, dla Rzymian byli to Aromanie, czyli plemiona leżące tuż za granicą Imperium, z czasem ta nazwa przekształciła się w Arumunów. Tymczasem Goci takie same plemiona nazywali Vlachami (germańskie valch – obcy, nieznajomy, późniejsze Welsh lub Walsche, Celcie – Celtowie zaanektowali ten wyraz tak nazywając Walijczyków), co z czasem przekształciło się najpierw w Wołchów, a później w Wołochów. Okres od początku naszej ery do mniej więcej końca III wieku jest najistotniejszy dla tego narodu-nienarodu, przedstawiciele Ilirów zaczęli zajmować najważniejsze funkcje w państwie, okazali się znakomitymi żołnierzami i administratorami. Potrafili nawet założyć własną dynastię cesarską, zw. „cesarze iliryjscy„, z tego narodu wywodzą się tak znakomici cesarze rzymscy i bizantyjscy jak : Aurelian, Klaudiusz II, Dioklecjan, Justynian I. Iliryjczykiem był słynny Tłumacz Biblii – Św. Hieronim ze Strydonu.

Ilirię odwiedził w I wieku naszej ery Św. Paweł, mamy świadectwo w W Biblii – w Liście do Rzymian czytamy:

  • „(19) Przez moc znaków i cudów oraz przez moc Ducha Świętego, tak iż, począwszy od Jerozolimy i okolicznych krajów aż po Ilirię, rozkrzewiłem ewangelię Chrystusową.”,
  • (20) A przy tym chlubą moją było głosić ewangelię nie tam, gdzie imię Chrystusa było znane, abym nie budował na cudzym fundamencie).

I od V wieku naszej ery epoka szczęśliwości się skończyła, najazdy Słowian, Turków, pomniejszająca się jakość życia, likwidacja wyższych warstw społecznych spowodowała, że duża część Wołochów powędrowała na północ, dotarła nawet do Polski (polscy Wołosi to Łemkowie i Bojki (Bojkowie)). Największa ich grupa dotarła na teren Dacji i zgodnie z zasadami kierującymi grupą Wołosi zmieszali się z Dakami, powstała w ten sposób grupa DakoRomanie. Rumuni to nie są żadni Rumuni, tylko DakoRomanie, Rumunów Rumuni wymyślili sobie w XVIII wieku. Wołosi rozprzestrzenili się po całej Europie Wschodniej i Południowschodniej, łącznie z Grecją.

A Arumuni to są Wołosi, którzy zostali w miejscu ich pierwotnych siedzib, na styku trzech państw: Albanii, Kosowa i Macedonii. I przykro mi czytać mojego ukochanego Brücknera, w jego II tomie „Encyklopedii Staropolskiej” na str. 934 czytamy: ” Wołoszy (Rumuni) chełpili się pochodzeniem od prowincjałów rzymskich (…), nie prowincjali to rzymscy, lecz dzicz pasterska”. Wydaje mi się, że jedno nie przeszkadzało drugiemu, mogli być i cesarze i prości górale.

Ps. To od nich wzięliśmy określenie narodu „Włosi” i państwa „Włochy” (tak dokładnie to wzięliśmy od Niemców).

Napisane przez: torlin | 20/07/2017

Kwestia perspektywy – most Eshima Ohashi w Japonii

Tymczasem

Most Eshima Ohashi łączy japońskie miasta Matsue i Sakaiminato, jego długość wynosi 1440 m. Widziany z odpowiedniej perspektywy most wydaje się wręcz pionowy, a w rzeczywistości jego nachylenie wynosi 6,2 proc., a z takim podjazdem każdy samochód poradzi sobie bez wielkiego bólu. Trzeba jednak przyznać, że przed wjazdem na Eshima Ohashi można dostać dreszczy z przerażenia.

Jerzy Sosnowski

Postanowiłem zrobić z tego nową notkę, bo nie zmieszczę się w zwykłym komentarzu. Wachmistrz napisał bardzo groźne słowa na temat wad polskiego wywiadu przedwojennego. Jestem daleki od bronienia go, bo bez wątpliwości był slaby. Ale… Żeby oskarżać wywiad o beznadzieję, należałoby najpierw przyjrzeć się warunkom, w jakich wywiadowi przyszło działać. A tu naprawdę było mu pod górkę.

Strona rosyjska – prowadzenie akcji wywiadowczej było niezwykle utrudnione ze względu na ustrój ZSRR oraz warunki życia panujące w tym państwie. Władze rosyjskie skutecznie doprowadzały do izolacji społeczeństwa od jakichkolwiek wpływów płynących z Zachodu. Równolegle  narastał wewnętrzny terror, kary za kontakty z cudzoziemcami, ograniczenia możliwości podróży,  zbiorowa odpowiedzialność wszystkich członków rodziny w przypadku szpiegostwa – zniechęcały do kontaktów ze służbami wywiadowczymi, a w związku z tym szalenie trudno było zdobyć agenta. Jednocześnie szalała cenzura, wietrząca wszędzie spisek i akcje obcego wywiadu – to nie są warunki do prowadzenia normalnego wywiadu. Po tym, co wiem, to nawet biały wywiad był bardzo trudny do prowadzenia w Związku Radzieckim, Polacy skupiali się na działalności prowadzonej z ambasad, konsulatów.

I tutaj trzeba koniecznie napisać o MOCR-Trust, bo bez tej operacji nie można zrozumieć problemów polskiego wywiadu. Z bólem serca piszę, że cała radziecka organizacja kontrwywiadowcza została wymyślona i założona przez renegatów – Polaków. Wszystko świadczy o tym, że sam pomysł urodził się w głowie Dzierżyńskiego, jednak jeszcze inni uważają, że pomysł narodził się w przewrotnym umyśle por. Wiktora Steckiewicza, byłego szefa siatki polskiego wywiadu w Piotrogrodzie, zwerbowanego przez Rosjan, a który później zrobił zawrotną karierę w Czece. Operacja „Trust” była to wielka, wielopoziomowa akcja Czeki, w ramach której ta organizacja utworzyła w 1921 roku fikcyjną organizację podziemną – Monarchistyczną Organizację Centralnej Rosji (MOR). W wyniku tej akcji wielu „białych” przywódców uwierzyło, że MOR utworzy podziemny, antybolszewicki rząd, a następnie zorganizuje powstanie zbrojne przeciw Sowietom, a trzeba pamiętać, że kilka milionów „białych” wyemigrowało po wojnie domowej na Zachód, wierząc non-stop, że w każdej chwili wybuchnie powstanie antykomunistyczne,  że w Rosji istnieje ogromna organizacja spiskowa, która przygotowuje się do antybolszewickiego przewrotu. Dzięki operacji udało się bolszewikom spenetrować zachodnie służby wywiadowcze, w tym polskie. Wprawdzie por. Misiewicz – oficer łącznikowy Oddziału II Sztabu Generalnego WP przy „Truście” w Moskwie w latach 1921–1923 – spostrzegł się, że coś tu nie gra, co potwierdził również zwerbowany przez niego agent, ale – choć dzisiaj wydaje się to nieprawdopodobne, to GPU, a później OGPU, okłamywało Zachód (z Polakami włącznie) przez prawie siedem lat, ogłupiając go i pokazując  jedynie bezmyślność, karierowiczostwo, a także najzwyklejszą prywatę i skłonność do zdrady ówczesnych oficerów służb specjalnych. W wyniku tej intrygi „dwójka” straciła całą sieć wywiadowczą (operacyjno-strategiczną) na ZSRR, a sowiecki kontrwywiad dogłębnie spenetrował jej strukturę organizacyjną oraz metody pracy.

Strona niemiecka – można powtórzyć to samo, sprawa Jerzego Sosnowskiego zatrzęsła II Oddziałem, po klęsce z Sowietami oskarżenia idące w kierunku naszego najlepszego agenta doprowadziły do tego, że już nikt w nic i nikomu nie wierzył. Jerzy Sosnowski był najlepszym polskim agentem w Niemczech, mówi się, że był pierwowzorem Bonda, po wielu latach świetnej działalności (nikt nie podważał wagi i autentyczności przekazywanych przez niego wiadomości) został aresztowany przez Gestapo wraz z dwiema swoimi agentkami. Cywilizowani Niemcy ścięli głowy agentek toporem w obecności Sosnowskiego, a jego samego wymienili na agentów niemieckich. Ale… Zrobili to samo, co Rosjanie, tak łatwo przekabacili kierownictwo II Oddziału, że ci uwierzyli, że Sosnowski od wielu lat był podwójnym agentem i działał na rzecz Niemców. Zrobię w tym momencie wtręt współczesny, ale dzisiejsza Polska staje się taką Polską z końca Międzywojnia, gdzie sądy, sprawiedliwość, prawda – nie działają. Boję się, że już niedługo będzie można każdego wsadzić do obozu koncentracyjnego, nie dopuszczać dowodów, nie przesłuchiwać świadków, nie dopuszczać obrońców pod pozorem tajemnicy stanu. To właśnie spotkało Sosnowskiego, po wymianie został aresztowany i postawiony przed polskim sądem pod zarzutem zdrady Rzeczpospolitej. Proces poszlakowy mjr. Jerzego Sosnowskiego, byłego kierownika berlińskiej placówki II Oddziału In.3, toczył się w Warszawie od marca 1938 r. do czerwca 1939 r. i na podstawie zupełnie niewiarygodnych dowodów Sosnowski został skazany na 15 lat więzienia. I doszło do tego, że takie osoby jak marszałek Edward Rydz-Śmigły – generalny inspektor Sił Zbrojnych, gen. Wacław Stachiewicz – szef Sztabu Głównego Wojska Polskiego II Rzeczypospolitej, jak i kpt. Jerzy Niezbrzycki – kierownik Referatu Wschód – zgodnie stwierdzili, że od „sprawa Sosnowskiego absolutnie i kategorycznie odrzuca mnie od Oddziału II”.

I jak w takich warunkach można było prowadzić prawidłowy wywiad? A nakłada się na to niezbyt duże umiejętności kierownictwa i pracowników będących w Polsce. Nie wzięto w ogóle pod uwagę „białego wywiadu”, jednej z najpoważniejszych broni wywiadowczych na świecie. Dla osób, które nie wiedzą, co to jest, to „biały wywiad” jest metodą zdobywania informacji szpiegowskich pochodzących z ogólnie dostępnych źródeł, w której wywiadowcy posługują się wyłącznie jawnymi i etycznymi metodami pozyskiwania informacji. Przed wojną najpoważniejszym źródłem „białego wywiadu” była prasa, a szczególnie rauty i nekrologi, jacy oficerowie są z którego pułku, gdzie stacjonują, kto z kim bywa, w jakiej miejscowości itp.

Dlatego Wachmistrzu, mimo że zgodzę się z określeniami „dno dna” stwierdzam, że jednak cała wina leży po stronie ludzi będących w Polsce, a nie za granicą. Te polskie piekiełka, obecne przed wojną, dzisiaj znowu się odzywają, jak np. artykuł w „Uważam rze”, w którym autor (Tomasz Wawer, którego kiedyś tak ceniłem) opisuje, że już poprzednik Sosnowskiego, porucznik Józef Gryf-Czajkowski, szef ekspozytury wywiadu polskiego w Berlinie przed Sosnowskim, był agentem Niemcom i to on im powiedział o odwołaniu ze stanowiska i podał namiary na swojego następcę. Nasi zachodni sąsiedzi postanowili to wykorzystać i dali Sosnowskiemu duże pieniądze na konie i wystawne życie. Dzisiaj wszyscy historycy stwierdzają, że Sosnowski jest niewinny i skazany bez dowodów, ale polskie piekiełko dobrze się ma nawet po 80 latach.

Napisane przez: torlin | 13/07/2017

Grzybowski poniżon, azaliż recte?

Wachmistrz zagrzmi na moją próbę języka staropolskiego, ale to jest tylko zabawa. A tematyka jest nie do zabawy, nawiązuje do naszej poprzedniej rozmowy na temat stosunków polsko-rosyjskich, i jaką rolę odegrał w tym wszystkim Wacław Grzybowski, ambasador Polski w Moskwie w latach 1936-1939.

Ambasador Wacław Grzybowski podczas ceremonii złożenia listów uwierzytelniających Michaiłowi Kalininowi, przewodniczącemu Centralnego Komitetu Wykonawczego ZSRR, Kreml, w dn. 4 lipca 1936 r. (Instytut Sikorskiego).

W generaliach Wacław Grzybowski jest potępiany właściwie ze wszystkich stron. Człowiek, który nie zauważył grożącego Polsce niebezpieczeństwa, siedząc w Moskwie na placówce, mając za przyjaciół innych ambasadorów. W czasach, w których nie można było nawet wspomnieć o Pakcie Ribbentrop-Mołotow, praca Grzybowskiego nie mogła była być prawidłowo oceniona, w dobie prawicy odsądzany jest od czci i wiary. Trzeba przyznać, że Grzybowski zasłużył na potępienie. Jego ocena stosunków rosyjskich i samego Paktu zadziwia bezmyślnością, cytaty:
– po podpisaniu paktu Grzybowski telegrafuje szyfrowo: „ewentualny pakt o nieagresji z Niemcami nie stoi na przeszkodzie do kontynuowania rokowań angielsko-francusko-sowieckich, dotyczących wypadków agresji, tym bardziej, że każdy tego rodzaju pakt upada w razie agresji na państwo trzecie”,
– zawarty w dn. 23 sierpnia pakt o nieagresji ma ograniczone znaczenie polityczne i że z obu stron został wywołany względami natury taktycznej,
– posunięcie Niemieć obliczone jest przede wszystkim na efekt na Zachodzie, zaś Sowiety wróżą sobie możność zachowania wolnej ręki i całkowitą zgodę Francji i Anglii na swoje cele wojenne,
– zaangażowanie się Sowietów po stronie Niemiec uważam za nieprawdopodobne,
– formuła szantażowa układu będzie prawdopodobnie zbliżona do dania Anglii i Francji do zrozumienia, że cele imperialistyczne Sowietów w stosunku do państw bałtyckich i innych sąsiadów mogą być także zrealizowane przez ewentualne porozumienie z Niemcami. Osobiście wykluczam nadal tego rodzaju możliwości.

Spróbujmy go ratować, trzeba przyznać, że argumenty jego zwolenników są silne – Grzybowski był powszechnie oszukiwany. Przez wszystkich. Rosjanie toczyli tak wyrafinowaną grę wobec Grzybowskiego, że niejeden dałby się oszukać, natychmiast zlikwidowane zostały jakiekolwiek oskarżenia pod adresem Polski w sterowanych centralnie gazetach rosyjskich, Polska została poproszona  o rozważenie sprzedaży surowców Rosji, a ważne figury rosyjskie wręcz sugerowały wręcz, że dotychczas zawarte umowy bilateralne między Moskwą i Warszawą obowiązują nadal, co więcej, jest możliwa nawet intensyfikacja stosunków wzajemnych, zwłaszcza na polu gospodarczym.

Ambasador Francji Naggiar pisze do swojego rządu: „tajny protokół niemiecko-sowiecki ma na celu przesądzenie o losach państw bałtyckich i Polski” – Grzybowskiemu nic nie przekazał. To samo z ambasadorem amerykańskim – Laurence Steinhardt stwierdził jedynie w rozmowie z  Grzybowskim, że układ wywołał u niego „głęboki niesmak”. To samo z Brytyjczykiem, Japończykiem i Niemcem.

Grzybowski nie miał łatwo.

 

Napisane przez: torlin | 10/07/2017

Malarskie echo serca Torlina

Frederick Morgan 1847-1927 – „Młody galant”.

Napisane przez: torlin | 07/07/2017

Czasy rozedrgane

O tempora, o mores! Żyjemy w tak rozedrganych czasach, że właściwie człowiek sam nie wie, gdzie leży i oddycha obiektywna prawda. Czytam artykuł w GW na temat węgla, kamiennego starczy nam na 20 lat, brunatnego na 30. Przy tym drugim wrzask (i słuszny) podnoszą ekolodzy, samorządy też są przeciw. Jedynymi wielkimi polskimi złożami węgla brunatnego są odkrycia w rejonie Gubina, ale to nie przejdzie. Co nam zostaje? Odkrycie wielkich złóż gazu lub wiatr i słońce. Pierwszego i trzeciego jest mało w Polsce, ale za to tego drugiego jest mnóstwo.

No dobrze, to może powinniśmy go wykorzystać, ale co? Zastawić całą Polskę wiatrakami? Już budzą protesty, że tworzą bóle głowy, zabijają ptaki, szpecą krajobraz. No to może gaz? Sen o łupkach się skończył, czego bardzo żałuję, wątpię, żeby u nas odkryto coś dużego, może na dnie Bałtyku.

Ale nawet, gdybyśmy coś odkryli, to pod względem katastrofy ekologicznej stalibyśmy nad przepaścią, najmniejsza awaria zamienia sadzawkę pod nazwą Morze Bałtyckie w śmierdzącą kałużę. No to musimy ten gaz kupić – Ruscy robią z nas idiotów, załatwiając nas – mówiąc wulgarnie – bez gumki, sprzedając słabej jakości drogi gaz, a jednocześnie otaczając nas rurociągami wokół. To może u Norwegów (Duńczyków), albo w Stanach? Amerykanie sprzedadzą nam chętnie, ale już mówią, że ich gaz jest za tani, że musi podrożeć. Wilcze prawo kapitalizmu, trochę się nie dziwię, że wszystkie władze, od SLD poprzez PO aż po PiS nie bardzo wie, co robić. Ja bym też nie wiedział.

Ja mimo wszystko byłbym za elektrownią jądrową, jest ich sporo na świecie, w dzisiejszych czasach są bezpieczne, u nas trzęsień ziemi nie ma (wiem, że są, ale naprawdę rzadko, i nie o tak strasznej sile niszczycielskiej, największy w ostatnich latach był na Suwalszczyźnie 21 września 2004 roku, ale był on o magnitudzie 5 w skali Richtera).

I tak moglibyśmy omawiać temat za tematem, nie ma obiektywnych prawd, opinii, wniosków. W jednym momencie wszyscy mają rację, i jej nie mają. Na kim polegać? Czyjej słuchać opinii?  O tempora, o mores!

Napisane przez: torlin | 02/07/2017

Po co?

To nie jest wpis polityczny, mimo że dotyka deklaracji mojego wroga publicznego nr 1. Jarosław Kaczyński na zjeździe PiS-u w Przysusze zadeklarował odbudowę zamków Kazimierza Wielkiego. Można potraktować tę deklarację żartobliwie, że sprowadzi również Krzyżaków, że będzie się w nich bronił przed armią rosyjską i niemiecką. Można potraktować to jako skutek polityki historycznej, wracającej jak bumerang do pięknych chwil historii polskiej, tworzącej łatwe analogie w rodzaju: „my jak Kazimierz Wielki odbudowujemy Polskę”, „zastaliśmy Polskę drewnianą, a zostawimy murowaną”. Można się śmiać, że dużo zamków jest poza granicą dzisiejszej Polski, to w jaki sposób Jarosław chce je odbudować, albo że zamki były głównie (stosując skrót myślowy) antykrzyżackie i antyrusińskie, tymczasem było ich bardzo mało na granicy z Brandenburgią. Zostawmy to trefnisiom.

Pytam się – po co? Powtarzam, zostawiamy powyższe argumenty na boku, i przeprowadzamy jedynie racjonalną analizę. Dajmy na to Pyzdry, co tej miejscowości przyniesie odbudowa zamku, z wyjątkiem odrobinę większej ilości turystów? Potrafię zrozumieć odbudowę zamku w Tykocinie, wielka inwestycja, duży zamek, sporo turystów. Ale dla przykładu byłem ostatnio w ruinach zamku w Muszynie, normalnie M-2, parafrazując Rosiewicza malutko, króciutko, cieniutko. Powtarzam, jaki jest sens odbudowa tych zamków? Nie obchodzą mnie w tym momencie argumenty polityczno-propagandowe, jedynie realne i realistyczne, jaka będzie korzyść z tej odbudowy?

Bo – powtarzam- jeżeli w tym wszystkim chodzi o turystykę, to zaniedbania w tej dziedzinie są tak nieprawdopodobne, że głowa mała. Może to powiedzieć człowiek niemający samochodu, proponuję jakiemukolwiek turyście zjechać z Przełęczy Krowiarki (sprzedaż biletów do Parku, bufet – oczywiście), ale o żadnym transporcie mowy nie ma. Spróbujcie przejechać z Palenicy Białczańskiej do Bukowiny. Wiem doskonale, że jest to w gestii samorządów, a im się to nie opłaca. Tak jak nie opłacają się trasy kolejowe, szczególnie na szeroko rozumianym pogórzu. Jeżdżę bardzo dużo i twierdzę, że mamy bardzo dużo zapóźnień: informacja turystyczna, szlaki, transport do ciekawych zabytków, mapki, przewodniki, kempingi na poziomie. jeżeli chodzi o szlaki – czasami są nie tylko źle oznakowane, ale i nieciekawie poprowadzone. Ostatnio w Wieliczce straciłem 1,5 godziny na znalezienie żółtego szlaku wychodzącego z miasta. Na wejściu był, a później znikł jak kamfora. Chociaż w ten sposób dobrze zwiedziłem miasto. Punkty informacyjne są bardzo źle oznaczone, pracują tam niezainteresowane swoją pracą – najczęściej panie. Powtarzam – wiem, że to jest w gestii samorządów, ale zamiast na zamki polski rząd mógłby dorzucić grosiwa samorządom na rozwój bazy turystycznej, szczególnie że turystów zagranicznych naprawdę jest mnóstwo.

Ciekaw jestem Waszej oceny.

Napisane przez: torlin | 30/06/2017

Lęk

Od pewnego czasu czuję obłędny lęk przed zestarzeniem się. I nie mówię o śmierci, ale o zniedołężnieniu. Mówi się zawsze, że starość jest źle wymyślona, ale ona jest straszna. W pracy po wielokroć widziałem osoby niemogące nie tylko samodzielnie się poruszać, ale i myśleć. Sterowane przez dzieci, które rozmawiają ze swoimi rodzicami jak z małymi dziećmi. Podziwiam swojego ojca, który mając 96 lat, sam mieszka, sam się kąpie, ubiera, je, jest w pełni władz umysłowych. Stale sobie to powtarzam, że przecież mogę mieć geny od ojca chociaż w tym względzie, bo wygląd, charakter i psychikę mam zdecydowanie po Mamie.

I tym chyba należy tłumaczyć ten mój obłędny stosunek do sportu, wysiłku, wszelkiej aktywności fizycznej – lęk przed starością i zniedołężnieniem. Ale to chyba ma każdy człowiek na zakręcie, zaczyna się zastanawiać nie tylko nad swoim dotychczasowym życiem, ale i nad przyszłością. Chyba lepiej (nie chcę napisać – wygodniej) mają ludzie wierzący w Boga, cały swój los powierzają w jego ręce i sami biernie oczekują, co los im przyniesie.

Nie wiem dlaczego, ale nie mogę spokojnie o tym myśleć. Spotykam na swojej drodze setki, tysiące ludzi, z którymi rozmawiam czasami również na te tematy. I wśród nich jest mnóstwo ludzi pogodzonych z losem: „proszę pana, mam 200 na 140, ale w tym wieku to jest normalne, muszę nauczyć się z tym żyć”, „pan w moim wieku każe mi się schylać”. Tak sobie pomyślałem, że poprzez dobrą formę fizyczną i umysłową, zdrowe, własne jedzenie, i kontrole lekarskie, utrzymam dotychczasową sprawność. Ale z drugiej strony i tak ciśnie się na usta pytanie – na jak długo? Czy te  wszystkie działania to nie jest zatykanie łokciem wyciekającej wody z tamy, która i tak runie?

Napisane przez: torlin | 26/06/2017

Ćwiczenia aerobowe i wypoczynek

Uczę się całe swoje życie nowych słów. Teraz przeczytałem TU o ćwiczeniach aerobowych. Zaniedbuję swój blog, jestem przepracowany, ale widzę już światełko w tunelu. Tytułowy „wypoczynek” to jest informacja o mojej decyzji przejścia na wcześniejszą emeryturę z dniem 1 października. Słowo „wcześniejsza” jest niesłychanie dwuznaczne, bo ja 65 lat skończyłem w listopadzie ubiegłego roku, a odnosi się ono do terminu przedłużonego przez PO (u mnie do 1 marca 2018 r.).

Powodów jest kilka, wszystkie jednakowej wagi, kolejność jest właściwie dowolna i przypadkowa:

  1. jestem przepracowany. Generalnie, w ogóle i w szczególe, nie mam już siły pracować z taką intensywnością, w trakcie wolnych dni właściwie leżę i nic nie robię, bo nie mam siły. To jest bez sensu, a z tego wynika punkt drugi
  2. zaniedbuję właśnie ćwiczenia aerobowe, czyli bieganie, ostre marsze, pływania czy jazdę na rowerze, w górach też jestem już wyraźnie słabszy,
  3. strasznie chcę sobie pojeździć po świecie, nawet na kilka dni, zobaczyć np. Islandię,
  4. nie mam czasu ani siły na spotkania towarzyskie, pójście na dobry film czy do teatru, brakuje mi również spotkań towarzyskich, świat ostatnio skurczył się do rozmiaru pracy, i tylko pracy,
  5. będę miał wyższą emeryturę, niż teraz zarabiam,
  6. moja ukochana wnuczka Zuzia idzie do szkoły i będzie się uczyła na zmiany. Nie chciałbym, aby siedziała w świetlicy przez cały dzień,
  7. atmosfera w pracy stała się trudna do zniesienia, dyrekcja narzuca na nas coraz więcej obowiązków, a ja już nie trawię słuchania powtarzania ciągle tych samych kwestii, że muszę to i to.

Poczułem taką ulgę, że sobie nie wyobrażacie, już nic nie muszę. Najgorsze tylko to załatwianie, nie wiem jak to będzie, jak 330 tysięcy ludzi rzuci się na oddziały ZUS-u.

Napisane przez: torlin | 19/06/2017

Szok po prostu

Niniejszy miniesej nawiązuje do mojej notki sprzed lat, jakie polskie głowy wykułbym w górze Rushmore, przypominam, że chodziło o osoby diametralnie zmieniające Polskę, którzy występowali przeciwko środowisku, w którym zostali wychowani, którzy tak zmienili Polskę, że była ona nie do poznania. Dla mnie było takich czterech: Mieszko I, Władysław Jagiełło, Józef Piłsudski i Lech Wałęsa (uzasadnienie w linku jw.).

Równolegle do tej tematyki zafascynowany jestem zmianami, jakie występowały w tysiącletniej historii Polski, gdy w przeciągu dla przykładu 15 lat nasz kraj zmieniał się tak gruntownie w sensie cywilizacyjnym, że nie do uwierzenia. Przykłady powyższe należą do tej grupy, ale jest jeden taki okres olbrzymich, gruntownych zmian, zachodzących można rzec w mgnieniu oka, a niezwiązanych z żadną z wielkich polskich postaci.

Takim okresem są lata 1791 – 1808, wyobraźcie sobie człowieka żyjącego w 1790 roku, pełnia feudalizmu, prymasi, szambelani, faworyci, prawa jednostki nie istnieją. I raptem wchodzi do Polski 1 maja 1808 roku Kodeks, wprowadza przepisy liberalne, minimalną ingerencję państwa w stosunki cywilno-prawne ze szczególnym uwzględnieniem wolnych interesów jednostki, a wszystko to z zachowaniem podstawowej zasady prawa cywilnego – świętej i nienaruszalnej własności prywatnej. Dla wielu szokiem było wprowadzenie równości wobec prawa wszystkich obywateli bez względu na pochodzenie społeczne i przynależność klasową. Trzeba przyznać, że trzy punkty zostały zakwestionowane przez Polaków: laicyzacja kraju, przekształcenie małżeństwa w umowę prywatno-prawną i wolność dla chłopów, ale mimo wszystko Polska zmieniła się diametralnie. Olbrzymi wpływ w realu na nasz kraj miał Ludwik Davout , pełniący wprawdzie jedynie funkcję dowódcy wojsk francuskich na ziemiach polskich, ale wywrócił on do góry nogami administrację, finanse, armię, sądownictwo, a nawet więziennictwo (pisałem o nim TU). Dla wielu mogło to być olbrzymim szokiem, ale prawdą jest również fakt, że mimo powrotu państw zaborczych tych zmian do końca nie udało się wszystkich odkręcić. W ciągu 17 lat powstał naród polski i nowa Polska.

Jeżeli mówimy o Mieszku, to te zmiany były odczuwalne nie przez cały naród, a li tylko przez elity. Ale mimo wszystko potrafię wejść w skórę lokalnego możnowładcy, mającego 7 żon, wierzącego w Peruna, gdy tu nagle każą mu wierzyć w jakieś nieznane mu bóstwo.

Cudownym okresem dla Polaków musiał być okres od 1378 roku do 1396.

W 1378 roku kujawskie władztwo obejmujące Bydgoszcz, Inowrocław, Gniewkowo i Ziemię Dobrzyńską otrzymała jedna z najbarwniejszych postaci XIV-wiecznej Polski – Władysław Opolczyk. Człowiek mający również w zarządzie Ruś Halicką i właśnie w tym roku Ludwik inkorporuje Ruś do Węgier. Władysław, człowiek-orkiestra, ze wszystkimi w przyjaźni i w wojnie, zdradzający i kombinujący na wszystkie strony, ale jego losy odzwierciedlają moją myśl. I raptem Polska traci te wszystkie ziemie, kształt naszej ojczyzny nie poraża wielkością, państwo zaczyna się zwijać z terytorium, ma ze wszystkich stron złych sąsiadów, jest małym europejskim krajem z kłopotami. Tak wyglądała Polska pod koniec panowania Ludwika Węgierskiego, jak jest to przedstawione na powyższej mapce. I raptem w przeciągu 9 lat Polska z małego kraiku robi się mocarstwem europejskim. W 1387 roku Jadwiga przyłącza Ruś do Polski, a Kujawy przejmuje Jagiełło, w 1392 Bydgoszcz zostaje wcielona do Królestwa Polskiego. Ja wiem, zdaję sobie doskonale sprawę, że są to drobne fakty, że najważniejsze jest przyłączenie Litwy do Polski (to nieszczęsne słówko „applicare” – pisałem o nim TU), jej chrystianizacja, połączenie sił dwóch lokalnych potęg, olbrzymie terytorium, ale mimo wszystko uważam, że losy Władysława Opolczyka dobrze oddają moją myśl.

Sam przeżyłem tego rodzaju zmianę, człowiek zasypiający w 1985 roku, a budzący się w 1995 przecierałby oczy ze zdumienia. Są tacy, którzy teraz to kwestionują, a ja jednak piszę swoje, zgodnie z zasadą Wojtka Młynarskiego, z którym miałem przyjemność ładnych kilka razy rozmawiać – „róbmy swoje”.

 

Older Posts »

Kategorie