Napisane przez: torlin | 22/05/2018

Biało-czarna historia z czerwonym refleksem

Przeczytałem bardzo ciekawy artykuł w „Gazecie Wyborczej” Marcina Ryszkiewicza pod tytułem: „Języki gorszego sortu. Prawda czy bluźnierstwo?” zawierający mnóstwo ciekawych tez, ale jeden akapit zdumiał mnie niepomiernie. Jak wiecie, w swoim blogu dzielę się z Wami tym, co mnie zaskoczyło, zdumiało, oburzyło, czyli piszę o wszystkim, nad czym się w tym momencie zastanawiam. A akapit ten brzmi:

Rozróżnianie całej palety barw jest w ogóle świeżej daty – w dawnych tekstach pisanych w wielkich językach (łacinie, grece, hebrajskim, sanskrycie) to ubóstwo barw jest bardzo wyraźne. Stary Testament, dzieła Homera czy Vedy są niezwykle oszczędne, gdy chodzi o opisy kolorów, i nawet niebo czy woda nie są tam niebieskie – świat zdaje się czarno-biały i jedynie czerwień pojawia się od czasu do czasu w opisach pól bitewnych.

W  podobnym artykule Piotr Cieśliński: „Co z nami robi kolor czerwony?” pisze:

Starożytny świat opisywany przez Homera jest zdumiewająco bezbarwny. Najwybitniejszy poeta starożytności bardzo rzadko używał przymiotników określających kolory. Wyjątkiem jest czarny i biały. William Ewart Gladstone – mąż stanu, premier Wielkiej Brytanii w drugiej połowie XIX wieku, ale też badacz twórczości Homera – precyzyjnie obliczył, że w Iliadzie i Odysei czarny pojawia się 170 razy, biały – 100, ale czerwony – ledwie 13, żółty – 10, a fioletowy – 6 razy. Brakuje pomarańczowego, różowego, nie ma też niebieskiego. W żadnym odcieniu! I to w Grecji, gdzie – jak się zdaje – najlepszy wzorzec tego koloru wisi dosłownie nad głową. U Homera niebo jest gwiaździste, podobne żelazu lub miedzi, ale nigdy lazurowe. A znowu morze jest „jak wino”.

I to jest zastanawiające, bo przecież wspaniałe barwy są w  mozaikach, na naczyniach, w szatach. To jak je określali? Autor artykułu pisze: „Starsze kultury wyróżniały mniej barw, bardziej rozwinięte – więcej. Co ciekawe, kolory pojawiają się w ściśle określonym porządku”. Wszystko zgoda, wiem, że pierwotne ludy znały tylko biały i czarny, a następny pojawia się zawsze czerwony. Ale Grecy, Arabowie, Żydzi to nie są pierwotne ludy, a u nich: „filolog Lazarus Geiger odkrył podobne braki w innych starożytnych dziełach. Na przykład próżno szukać niebieskiego w Koranie, opowieściach chińskich, sagach islandzkich czy w hebrajskiej wersji Biblii, w której przecież niebo pełni kluczową rolę”.

Postanowiłem zrobić własne badania i wziąłem dwa polskie dzieła, które są w wolnych lekturach i prześwietliłem pod względem kolorów. W „Kronice Polskiej” Galla Anonima ubóstwo kolorów jest nieprawdopodobne, nie ma żadnego, nawet białego i czarnego. Ciekawie jest w „Kronice Kadłubka”, w której kolor najczęściej jest związany ze związkiem frazeologicznym, np. niebieski(e) to jest: sklepienie, gwiazdy, moce, Uranidy, przestworza, ciała; zielony jest raz: „Wieniec z zielonego lauru”. Po sprawdzeniu słowa „biały” roześmiałem się, gdyż Mistrz Kadłubek używa go tylko przy opisie króla polskiego Leszka Białego.

Wyrafinowanie współczesne pod tym względem zaczyna być przerażające. Była u mnie sąsiadka, znakomita malarka i architektka wnętrz, żeby mi pomóc w kolorach ścian, obrazów, ponieważ zmieniam swoje gniazdko pod tym względem. I mówiąc o moim pokoiku komputerowym (nazwijmy go gabinecikiem) powiedziała, że najlepszy kolor w tym pomieszczeniu to byłby gołębi. Zgłupiałem.

I tak się zastanawiam, czy przypadkiem mężczyźni nie są ludem pierwotnym pod względem kolorów. No, ale skoro starożytni tacy byli, to mamy wspaniałych sojuszników.

Reklamy
Napisane przez: torlin | 19/05/2018

Równowaga w rzeczywistości VUCA

Przez wiele lat był krzyk, że ludzie korporacji (i nie tylko) za dużo pracują, a szczególnie ludzie prowadzący własne firmy. Psycholodzy stwierdzili, że każdemu potrzebny jest rozdział pomiędzy pracą a wolnym czasem, ukuli piękny termin work-life balance.  Zgodnie z definicją „Work-life balance (WLB) jest to koncepcja zarządzania czasem, stawiająca za cel odnalezienie równowagi pomiędzy „pracą” (kariera i ambicja) a życiem prywatnym (zdrowie, rozrywka, rodzina, duchowość).

Wszystko szło wspaniale, obowiązkowe urlopy, co najmniej jeden dłuższy w roku, spotkania bez telefonów, realizacja pasji, czas całkowitego oderwania się od pracy. I jak to jest we współczesnym świecie – wszystko diabli wzięli. Niektórzy zaczęli zauważać, że takie życie przy współczesnej technologii jest niemożliwe do przeprowadzenia. Jeszcze raz podkreślam, nie mówię o ludziach chodzących do pracy do 16 i mających później wolne.

Ale już od 2011 roku zaczęły się artykuły krytykujące work-life balance, najpierw John Beeson w artykule „Mit Work-Life Balance” napisał, że wyższa kadra menedżerska nie jest w stanie zachować równowagi pomiędzy życiem zawodowym i prywatnym z powodu potęgi nowoczesnych rozwiązań telekomunikacyjnych, ciągle napiętej sytuacji na rynkach finansowych, a przede wszystkim szybkiego tempa funkcjonowania globalnych organizacji. Zachowanie równowagi pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym jest nieosiągalnym ideałem lub kompletnym mitem, a niektórzy doszli wręcz do wniosku, że najefektywniejszymi menedżerami są ci, którzy angażują rodzinę w swoje decyzje i działania zawodowe.

Ale na to wszystko nałożyły się problemy, które zostały określone pięknym akronimem VUCA. VUCA jest to skrótowiec z języka angielskiego i pochodzi od słów: volatility (zmienność), uncertainty (niepewność), complexity (złożoność) i ambiguity (niejednoznaczność). Każdy dzień w pracy to nowe wyzwania i sytuacje nie dające się przewidzieć. Awaria linii produkcyjnej, wstrzymanie dostawy, wycofujący się z transakcji kluczowy klient,  i tym samym zaprzepaszczający w ten sposób kilka miesięcy naszej intensywnej pracy, właśnie tego typu przypadki opisuje środowisko VUCA. Sytuacje nas spotykające są na tyle zaskakujące, złożone i niejednoznaczne, że właściwie niemożliwe do przewidzenia. Ale wymagają od nas niestety szybkiej reakcji.

Stewart Friedman w bardzo ważnym artykule „Jak wygląda udana integracja pracy i życia” ukuł w 2014 roku nowy termin work‑life integration (lub „work-life integrity”), w którym „życie” składa się właściwie z interakcji pomiędzy czterema sferami: pracą, domem, społecznością i „własnym ja”, czyli że świat zawodowy i prywatny muszą ze sobą współistnieć.

Ale ten trend ma również niesłychanie ważne znaczenie dla przedsiębiorców, otóż promowane jest teraz nowe rozwiązanie – work-life blending. Otóż work-life blending jest to sprytne połączenie życia prywatnego i zawodowego. Zamiast kontynuować konwulsyjnie próby dzielenia na siłę dwóch pozornie oddzielnych światów należy wprowadzić równowagę między życiem zawodowym a prywatnym poprzez nowe podejście do wzajemnych stosunków: pracodawców i pracowników. Menedżer w czasie urlopu będzie odpowiadał na mejle i angażował się w wideokonferencje, ale o 12 w południe w poniedziałek pójdzie na występ syna w przedszkolu przygotowanym na Dzień Ojca.

 

 

Napisane przez: torlin | 16/05/2018

Ludność Polski w 2017 r. wzrosła o 566 osób

Ta mapka mnie zachwyciła. Wiem, że można w Internecie znaleźć dokładniejsze, z podziałem na powiaty, a nawet wręcz na miasta. Nie mogłem jej również znaleźć w Internecie, to sfotografowałem w dodatku Rzepy: „Życie regionów”. Tak nawiasem mówiąc czytając ten dodatek człowiek powinien dojść do wniosku, że nie ma bardziej prosamorządowej gazety niż Rzepa.

Pewne liczby mnie nie dziwią, olbrzymi spadek ludności w Świętokrzyskiem, rozumiem łódzkie i śląskie (ale nie o 1/10!!), pojmuję warmińsko-mazurskie i podlaskie. Ale Lubelskie o 7%? Nie dziwi również tak olbrzymi wzrost Mazowsza, bo to Warszawa ciągnie do góry statystykę, Mazowsze bez Warszawy przypuszczalnie też miałoby tendencję ujemną. Ale dlaczego spada ilość mieszkańców w całym zachodnim pasie: w zachodnio-pomorskim, lubuskim, dolnośląskim i opolskim?

Niespodzianką jest również wzrost ludności w Podkarpackiem, ale trzeba pamiętać, że wzrost ludności powodowany jest nie tylko napływem do regionu nowych mieszkańców z innych miejsc Polski i z zagranicy, ale również dodatnim saldem przyrostu naturalnego, a Podkarpackie raczej wygląda mi na region „rodzący” dużą ilość dzieci. Ale trzeba podkreślić wspaniałe wyniki województw: pomorskiego, wielkopolskiego i małopolskiego. Czyli można.

Ale też szalenie złe są prognozy miejskie, chodzi głównie o dawne stolice województw oraz miasta powyżej 100 tys. mieszkańców. Będą się one wyludniać w zastraszającym tempie.

Napisane przez: torlin | 13/05/2018

To nie na moje nerwy – bez komentarza

Dom Kanta, własność Kaliningradzkiego Obwodowego Muzeum Historii i Sztuki.

Подробная информация об объекте

Регистрационный номер: 391430097260005
Наименование объекта: Ансамбль „Усадьба пастора прихода Юдшен, связанная с жизнью и деятельностью философа Иммануила Канта, XVIII-XIX вв.”
Местонахождение объекта (адрес объекта): Калининградская область, Черняховский район, поселок Веселовка, улица Зеленая, дом 23
Категория историко-культурного значения: Регионального значения
Основная типология: Памятник истории
Сведения о дате создания: XVIII-XIX вв.
————-
Dla Gszczepy:
Szczegółowa informacja o obiekcie
Numer rejestracyjny: 391430097260005
Nazwa obiektu: Zespół „Dwór pastora parafii Judtschen Daniela Ernsta Anderscha, związany z życiem i twórczością filozofa Immanuela Kanta, XVIII-XIX w.”
Lokalizacja obiektu (adres obiektu): Obwód Kaliningradzki, powiat Czerniachowski, wieś Wiesiełówka (dawniej Judtschen), ul. Zielona, 23
Kategoria o znaczeniu historycznym i kulturowym: Znaczenie regionalne
Podstawowa typologia: Pomnik historii
Informacje na temat daty utworzenia: XVIII-XIX wieku.
Napisane przez: torlin | 10/05/2018

Turystyka wylana z kąpielą

Rzadko kiedy artykuły wyprowadzają mnie z równowagi, tak jak to zrobił Tomasz Ulanowski w artykule w GW pt. „Turystyka jest niezdrowa. Czas obłożyć ją podatkiem?”. Cały artykuł niewart jest cytowania, właściwym podsumowaniem jest jeden cytat: „Wszystko, co robimy jako turyści – każdy kufel piwa czy kieliszek wina, jaki wypijamy w podróży – wywołuje emisję gazów cieplarnianych”.

Wypływają z tego dwa wnioski, jeden prosty jak konstrukcja cepa, turystyka nie ma żadnego wpływu na gazy cieplarniane (może z wyjątkiem lotnictwa), bo jak słusznie napisał jeden z rozgniewanych komentatorów, jak wypiję kufel piwa w domu, to nie tworzę gazów? W turystyce robi się dokładnie to samo co w domu, człowiek śpi, je, oddycha, porusza się i przepraszam – wypróżnia się. Jedyną różnicę widzę w przemieszczaniu się.

Drugi jest bardziej skomplikowany. Cechą charakterystyczną, szczególnie osób zbawiających świat, jest niezauważanie okoliczności, które burzą ich jedynie słuszne poglądy. Tak było z wiatrakami, przy których „nie zauważono” rozbijających się o nie ptaków, tak było w Bangladeszu po zawaleniu się fabryki, wszystkie firmy tam szyjące zostały postawione pod pręgierzem. Nie zapomnę występu ministra spraw wewnętrznych Bangladeszu proszącego, aby nie wylewać dziecka z kąpielą, dla wielu dziewcząt była to pierwsza praca, pierwsze pieniądze, ubezpieczenie, żłobek, wprost cywilizacja.

I tutaj mamy dokładnie to samo. Turystyka zmieniła świat, a tak dokładnie Trzeci Świat. Miliony ludzi, dziesiątki milionów zarabia na turystach: właściciele hotelików, knajp, producenci pamiątek, cicerone, wiele biednych krajów żyje dzięki turystyce. Nie mogę też zapomnieć wypowiedzi burmistrza jakiegoś niedużego miasta na Luzonie w Filipinach, który powiedział, że turystyka jest głównym źródłem zarobków w jego mieście. Tylko że ja o tym mieście w życiu nie słyszałem.

Mści się puszczenie wszystkiego na żywioł, możemy jako przykład dać nasze Morskie Oko. Jest rzeczą normalną, że wszyscy to jezioro chcieliby obejrzeć, i przejechać się furką. Muszą też zostawić gdzieś samochód. Zamiast to wszystko ucywilizować, silniczki pomagające koniom, ubikacje, śmietniki często opróżniane ze względu na misie. Rozumiem wściekłość mieszkańców Dubrownika, Wenecji czy Barcelony, nie chcą takiej ilości turystów w swoich miastach. Ale jest mnóstwo państw, miast czy regionów zapraszających serdecznie, dla nich to jest życie.

Boracay. Wyspa na Filipinach, niesłychanie popularna wśród turystów ze względu na słoneczny piasek. I w ostatnich dniach dostaliśmy wiadomość o wprowadzeniu przez kontrowersyjnego prezydenta tego kraju kontrowersyjnej decyzji o zamknięciu na pół roku wyspy dla turystów. Ludzie zarabiający na turystach wpadli w panikę. I tu mamy wspaniały przykład, jak potrzebne jest wcześniejsze planowanie. Filipiny nie wiedziały, że wyspa nie ma kanalizacji? Że tonie w śmieciach, bo ich nikt nie zbiera? W Tunezji wszystkie pobocza szos, a szczególnie w interiorze, zasłane są plastikowymi butelkami. Przecież naprawdę nie jest trudno przewidzieć, czego potrzebuje turysta oprócz spania, jedzenia, widoków i atrakcji: wody (kanalizacji) i śmietnika. Można również w sposób administracyjny kierować rzeką turystów, np. ograniczając dostęp, jak to jest w jaskiniach, zwiększenie udziału publicznej komunikacji (nie zapomnę, jak w miejscowości Mira dowiedziałem się, że z kempingu jeździ autobus do odległej o 17 km Wenecji za 3,50 zł, abym nie pojechał tam przypadkiem własnym samochodem).

Ps. Bardzo ciekawa dyskusja rozgorzała pod dwiema ostatnimi moimi notkami, bardzo Wam dziękuję. Ale nie będę komentował. Wybaczcie.

Napisane przez: torlin | 07/05/2018

Niepodległość narodu i takie sobie niebagatelki

Oj, nazbierało się. Na początku wydawało mi się, że temat nie chwycił, aż tu nagle…

Może posegregujmy, Pań nie ma, to zaczynamy od chłopów i od razu chwytamy byka tymi ręcami:

Czy niepodległość dotyczy tylko państwa, czy też i narodu? PAK i Gszczepa stwierdzili, że sprawdzili, że tylko państwa. A jak mówimy o niepodległości dla Kurdów, a oni nigdy nie mieli (formalnie biorąc) żadnego państwa, to o czym mówimy? A jak o Abchazach? No to zajrzałem do swoich papierowych słowników, i cóż tam czytamy, ach cóż: Słowniki Języka Polskiego: pod red.  Mirosława Bańki z 2000 r. „Inny słownik języka polskiego”, PWN W-wa; Witolda Doroszewskiego „Słownik języka polskiego” 1958–1969 PWN W-wa i Mieczysława Szymczaka „Słownik języka polskiego” 1978–1981 PWN W-wa – właściwie jednakowo interpretują to słowo: „niezależność jednego państwa (narodu) od innych państw w sprawach wewnętrznych i stosunkach zewnętrznych; niezawisłość, suwerenność, wolność”. Dlatego nie mogę się zgodzić z PAK-iem i z Gszczepą, że niepodległość dotyczy tylko państw, bo to jest po prostu nielogiczne. Filolodzy bardzo silnie wiążą słowo „niepodległość” z wolnością. Nie podległy komuś, czyli wolny.

Kryterium nowoczesności. Naprawdę historykom szalenie trudno jest określić dokładne określenie dat procesów historycznych, rzadko bywa Bitwa pod Grunwaldem. Ale jest cały zespół procesów charakterystycznych dla danych dat, Wędrówka Ludów, Wiosna Ludów, przełom lat 80. i 90. ubiegłego wieku, i tak samo można stwierdzić, że w Europie na przełomie XVIII i XIX wieku zaczęły powstawać nowoczesne narody, dla których terytorium, język, naród, być może religia znaczyły coś więcej niż tylko podległość księciu lub królowi. Olbrzymi wpływ na ówczesną Europę miały myśli renesansowe, Oświecenie dokonało przewrotu kopernikańskiego w narodach i takich elementach państwa, jak trójwładza. Oczywiście trzeba podkreślić, że Brytyjczycy to wszystko mieli lata świetlne wcześniej.

W każdym fragmencie ludzkiej działalności można wytypować okresy przełomowe lub najważniejsze, może to być piłka nożna, plakat, pisarze czy malarze. Współcześnie patrząc, dlaczego akurat teram mamy znakomitą reprezentację w piłce nożnej, złożonej z zawodników grywających w najlepszych klubach Europy, a Holendrzy na odwrót? Dlaczego w Polsce lata 60. to jest wysyp znakomitych filmów? Dlaczego Rosjanie mieli raptem w tym samym okresie Nikołaja Rimskiego-Korsakowa, Modesta Musorgskiego, Aleksandra Borodina i Piotra Czajkowskiego?

Tak samo przełomowe mogą być daty „nowoczesności”, zależy o czym mówimy. Może to być pierwszy zbiór traw w Żyznym Półksiężycu, może to być pauperyzacja broni palnej u Sierotek, co w powiązaniu z taborami i lekkim rycerstwem położyło kres ciężkozbrojnemu rycerstwu, mogą to być komputery.

Vandermerwe – „Jeśli weźmiesz pod uwagę historię ludzkości, to tak właśnie jest po dzień dzisiejszy”. Ależ ja o tym wiem. Tylko wydawało mi się – o naiwny – że rozpoczynamy w Europie nową erę, że już tak nie będzie jak dawniej. Wg zasady subsydiarności najniższy element układanki, który to potrafi zrobić, to to robi. O oświetleniu chodnika do kościoła we wsi decyduje gmina, o budowie wałów przeciwpowodziowych województwo, a naród, czy chce mieć państwo czy nie. Tak to rozumiałem.

Tożsamość narodowa dotyczyła „elit politycznych”. Ależ tak PAK-u, i to bez cudzysłowu. Jak pisze Weber jeszcze w połowie XIX wieku polowa Francuzów nie mówiła po francusku, tylko po gaskońsku, normandzku, szampańsku, pikardyjsku czy liguryjsku. Jeżeli chodzi o niższe klasy społeczne, to przewrót nastąpił w II połowie XIX wieku, wystąpienia robotników, Wiosna Ludów. Tak już jest ułożony świat, że wszelka nowoczesność jest promowana przez największe umysły epoki od Sumerów i Asyryjczyków po dzisiejsze Stany Zjednoczone. Bardzo rzadko niższe klasy społeczne powodowały zmiany na lepsze, najczęściej walczyły o utrzymanie status quo.

Dodatek dla Celta – ja napisałem: „stworzyły nowoczesny naród polski”, a Ty piszesz: „tworzyło się nowoczesne państwo polskie”, a później mi zarzucasz, że wtedy nie było państwa polskiego. Celcie, to nie tak.

I druga sprawa – kara apostazji – z punktu widzenia logiki jest to bez sensu, karać można za apostazję, a nie apostazją. Zadzwoniłem do osoby zorientowanej w temacie i wytłumaczyła mi , że to chodzi o wieczne potępienie. Nie żądaj błagam ode mnie szczegółów, tak samo tego nie rozumiem.

„Ta przekora z niewywieszaniem flagi i robieniem tego w innych dniach to element Twojej natury, czy może to bardziej przekora wynikła z nostalgii za dawnymi czasami? – Ależ próbowałem to wytłumaczyć w podstawowym tekście, uważam dzisiejszą władzę za taką samą jak komunistyczna, więc występuję przeciw niej tak jak umiem. Jak władza żądała 1 maja, a 3 nie, to ja robiłem na odwrót. Dzisiejsza zabrania 1, a każe trzeciego, to ja znów na odwyrtkę.

Książki o walkach Polaków na Wschodzie – muszę przyznać, że ta dyskryminacja nie dotyczy tylko Polski. Ciągle się zapomina, że (piszę z pamięci) 86 Niemców zabitych w II Wojnie Światowej na 100 poległo na wschodnim teatrze działań. Mamy trochę dobrych wspomnień dowódców radzieckich, trochę niezłych „Tygrysów”, ale tak naprawdę Anders, Maczek czy Sosabowski nakrywają I i II Armię czapkami. Co tu porównywać, 1 brygada, 1 dywizja i 1 korpus.

„Gdy widzę „przekornych” to zawsze pytam: „wobec czego””. Wobec władzy. Wobec głupiej władzy. Wobec władzy narzucającej mi cokolwiek w zakresie moralnym, mentalnym, umysłowym. I historia należy do tej kategorii. A podatki nie.

„Od czasu, gdy Beata Szydło wystąpiła bez flagi unijnej, to zawsze w zestawie — flagi polskiej i unijnej obok siebie”, niestety nie mam flagi unijnej odpowiedniej wielkości, więc z takowąż w wersji mini chodzę na demonstracje. Dla mnie moim świętem jest 4 czerwca. Najlepsze jest to, że moja najmłodsza wnuczka 5,5 letnia Kasia dostała w przedszkolu flagę Polski normalnych rozmiarów z poleceniem wywieszenia w dn. 3 maja.

„który czas był prawidłowy w tej nocy z 8 na 9 maja”, a tak naprawdę kapitulacja Niemiec nastąpiła 7 maja 1945 roku

 

Napisane przez: torlin | 04/05/2018

Przekornym być flagi nie wywieszając

Od początku swojego dorosłego życia byłem przekorny wobec władzy. Może to spowodował komunizm, młodzież w prywatnych rozmowach była szalenie antykomunistyczna. A wszelkiego rodzaju rajdy, ogniska czy plenery kończyły się zawsze wykrzyczeniem jak Niemen w dziwnym świecie: „Nie oddamy Wilna, nie oddamy Wilna, nie oddamy naszego Wilna, pójdzie armia silna, i wrócimy znów do Wilna”. Jednocześnie miałem dostęp do materiałów historycznych objętych cenzurą w tzw. Bibliotece Wojskowej przy I Armii Wojska Polskiego. Człowiek robił takie może dziecinne demonstracje, nie wystawiał flagi 1 Maja, a wystawiał Trzeciego. Nie czytał książek o I i II Armii, a za to pochłaniał kolejne pamiętniki lotników z Bitwy o Anglię.

I raptem zaczynam się w to samo bawić. Wystawiam flagę 1 Maja, a Trzeciego nie. Czytam o lotnikach 1 Pułku Lotnictwa Myśliwskiego, a nie o Dywizjonie 303. I właściwie powinniśmy zacząć krytykować Konstytucję 3 Maja, nie jest ona tak znakomita, jak sobie ubzduraliśmy. Oczywiście przy takim zacofaniu większości szlachty, jakie ujawniło się w XVIII wieku, nic więcej nie można było uchwalić (władza degeneruje, władza absolutna degeneruje absolutnie). Pomijając już fakt bezprawnego powołania Konstytucji do życia, uchwalono ją z naruszeniem prawa – ówczesny regulamin sejmowy przewidywał, że projekt powinien wpłynąć do komisji parlamentarnej, zostać wydrukowany, a następnie przez 3 dni posłowie mieli prawo się nad nim zastanawiać.

Już samo zwołanie Sejmu było falandyzacją prawa, musimy w tym momencie wrócić do zapomnianej pewnie sprawy sejmów skonfederowanych. Posłowie mieli dość liberum veto (ius vetandi – prawo sprzeciwu), więc wykombinowali, że spotkania odbywać się będą według zasady konfederacji, gdzie obowiązywała większość głosów. Sejm prowadził obrady pod tzw. węzłem konfederacji. A początek obrad był pisowski aż do bólu zębów, po prostu posłowie opozycji, którzy nie podpisali umowy konfederacji, nie byli wpuszczani na salę. Konstytucja 3 Maja naruszyła prawa kardynalne, ograniczyła prawa szlachty, w tym przede wszystkim wolną elekcję. Ustawy okołokonstytucyjne pomogły mieszczanom, za to chłopstwu i plebsowi nie pomogła nic.

Pomijając fakt preambuły: „W imię Boga w Trójcy świętej Jedynego” Konstytucja pokazała nienawiść do odchodzących z Kościoła: „Przejście od wiary panującej do jakiegokolwiek wyznania jest zabronione pod karami apostazyi”, ale powiedzmy sobie szczerze, dzisiaj nie jest lepiej. Nie zmienia to jednak faktu, że była to jak na ówczesne warunki szalenie nowoczesna Konstytucja. I nie mogła iść za daleko, próbowała to zrobić Konstytucja Księstwa Warszawskiego, i spotkała się z nienawiścią szlachty. Ale nie możemy zapomnieć o tym, że te kilka lat 1791-1813 (22 lata) stworzyły nowoczesny naród polski. Można je porównywać z 21 latami Międzywojnia czy podobnym okresem po 1989 roku.

Ale flagi nie wywiesiłem.

Napisane przez: torlin | 28/04/2018

Wstydliwy temat

Dzisiaj zajmiemy się wstydliwymi sprawami, jak brak toalet na naszym kontynencie (a może na innych jest podobnie). Nie mogę zrozumieć, dlaczego władze miast uważają, że to jest rzecz zbędna. Chyba najbardziej złowieszcza jest sytuacja w Madrycie, nie ma dokąd pójść. Na popularnych trasach turystycznych ludzie usiłują coś wykombinować, niby najprostsze to jest pójście do lokalu, ale restauratorzy się wycwanili, i nie wpuszczą cię do toalety jeżeli nie usiądziesz i coś nie zamówisz. W ogóle ta kasta ludzi w Hiszpanii budzi mój wstręt, nie tylko że wykończyli konkurencję (jest zakaz sprzedaży żywności w budkach na ulicy – musisz pójść do knajpy, ale nie zjesz zapiekanki, parówki na ulicy czy w parku), ale też nie dają rachunków. W eleganckiej restauracji na głównym placu Madrytu kelner przyszedł z kartką wyrwaną z zeszytu z napisaną kwotą długopisem.

Zostałem zaproszony przez Polkę i Hiszpana na słynną noc w Madrycie, w trakcie której miasto to nie śpi, ludzie bawią się w rodzaj knajpingu (jako analogia do clubbingu), chodzą od lokalu do lokalu, tu coś obejrzą, tu się napiją kawy, tu zjedzą owoce morza. O 3 w nocy są korki na ulicach, i wszystkie sklepy są otwarte. Ponieważ Miguel nie zna angielskiego identycznie tak jak ja, więc świetnie nam się rozmawiało, że wręcz Monika stwierdziła, że nie jest potrzebna jako tłumacz, zadzwoniła do Polski do mamy i chyba z półtorej godziny gadała. W pewnym momencie Miguel się spytał, czy chcemy do toalety – i słuchajcie, piszę jak było, jak na spowiedzi – wjechaliśmy na trzecie piętro domu towarowego, przeszliśmy do sąsiedniego budynku, zeszliśmy piętro, do następnego budynku i piętro wyżej. Ukazała nam się toaleta, przy której tego rodzaju przybytki w Indiach są szczytem luksusu, wszędzie walające się brudne papiery, smród, syf. Kolejka ludzi nawet do męskiej.

Wszystko to skojarzyło mi się ze skargami ludzi mieszkających w Alei Trzeciego Maja w Warszawie, że imprezowicze z nowych nabrzeży załatwiają im się pod oknami. Nie rozumiem , dlaczego przy nowej inwestycji nie ma co 200 metrów obszernej toalety, przecież wtedy podłączenie wodno-kanalizacyjne jest tańsze. Jak można wprowadzać tysiące ludzi przy sprzedaży piwa i nie dać im dostatecznej ilości toalet – i to ładnych murowanych, a nie tego syfu w tojtojkach.

Jest rok 1986, lądujemy we trzech z promem w Hamburgu w celach handlowych, znaleźliśmy się w wielkim węźle komunikacyjnym, metro i S-Bahn i jest jedna toaleta i do tego zamknięta. Tysiące ludzi, a my do parku i pod drzewko. Teraz jak byłem w Berlinie, to było trochę lepiej, zaczęły się pokazywać wolnostojące toalety, ale też z przesadą – po każdym odwiedzającym dezynfekcja.

Jestem starym turystą, to się wycwaniłem, robię że tak powiem na wszelki przypadek, gdy jestem w muzeum, na kawie, w publicznej instytucji. Gdyby ktoś mi wytłumaczył, dlaczego w XXI wieku są rzucane pod nogi takie kłody. Rozumiem XIX wiek, że kobiecie nie wypadało nawet wyjść z sali, bo ktoś pomyślałby, że ona idzie do toalety. Biedne kobiety siedziały i trzymały. Ale dzisiaj? Czy to nie jest przypadkiem zrozumiałe, że tym tysiącom ludzi zwiedzającym miasto może się chcieć od czasu do czasu? Jestem pełen podziwu, i pod wrażeniem, decyzji warszawskiego metra, od wczesnego ranka do późnego wieczoru toalety są otwarte i bezpłatne 7 dni w tygodniu. W środku jest obsługa pilnująca porządku, dziesiątki ludzi tam wchodzi, tak samo się wykorzystuje wszystkie galerie handlowe. Więc można, dlaczego tego nie robią wielkie miasta w całości?

 

 

 

Napisane przez: torlin | 25/04/2018

Mojsza licencja jest licencniejsza niż Twojsza

Nie ukrywam, że tytuł notki ściągnąłem z komentarzy pod artykułem, inna rzecz, że ja te komentarze w Gazecie uwielbiam, są czasami tak dowcipne i przekorne (bywają też chamskie – przyznaję).

O całej sprawie słyszałem już jakiś czas temu. Polska przewodniczka Klaudia, prowadząca dwójkę klientów na Gerlach, została zaatakowana przez słowackiego przewodnika, który ją nie tylko uderzył, ale i zwymyślał. Cała sprawa opisywana była w Gazecie w dn. 17 kwietnia tego roku w artykule: „Polska przewodniczka została zaatakowana pod najwyższym szczytem Tatr„, a teraz jest dalszy ciąg tej sprawy (ale nie sądowy – to toczy się niezależnie). Z artykułu „Słowacy do Polaków w Tatrach: Możecie chodzić tylko z naszymi pozwoleniami” można wywnioskować, że głupi incydent na szlaku (inna rzecz, że to się odbywało na półce skalnej) może mieć olbrzymie skutki międzynarodowe, a raczej będzie zwierciadłem, w którym odbiją się problemy dzisiejszej Europy.

W związku z tym trzy cytaty wprowadzające:

  1. stanowisko Narodnej Asociacii Horskych Vodcov (NAHV), zrzeszającej słowackich przewodników wysokogórskich: „Chcemy, żeby w Tatrach panował porządek podczas wyjść wysokogórskich. Na Słowacji mamy przepisy, które jasno określają, jakie wymogi powinni spełniać przewodnicy, którzy prowadzą turystów na szczyty. Tylko Narodna Asociacia Horskych Vodcov może wydawać licencje przewodnikom, chcącym prowadzić turystów po słowackich górach. Niestety, coraz częściej zdarza się, że Polacy nie respektują tych zapisów i legitymują się uprawnieniami wystawionymi przez polskie ministerstwa”.

  2. oświadczeniu Polskiego Stowarzyszenia Przewodników Wysokogórskich: „Sytuacja prawna przewodnictwa górskiego na Słowacji i w Polsce bardzo się różni. (…) Prawdą jest, że P. Klaudia posiada Europejską Legitymację Zawodową wydaną przez Ministerstwo Sporu i Turystyki, zgodnie z bardzo ogólnie sformułowaną dyrektywą Komisji Europejskiej w sprawie usług transgranicznych. Nie jest to jednak ani certyfikat kwalifikacji ani licencja potwierdzająca europejskie standardy przewodnictwa, na których opiera się ustawa o usługach turystycznych w Słowackiej Republice. Dyrektywa jako akt prawny jest tylko wytyczną do wdrożenia pozostawiającą krajom członkowskim sposób jej wprowadzenia. Powinniśmy to rozumieć jako obywatele kraju, który prawo krajowe stawia przed unijnym. Słowacja wdrożyła dyrektywę w wyżej opisany sposób według standardów obowiązujących w większości górskich krajów UE.”.
  3. Pani Klaudia: „Stanowisko przewodników wysokogórskich nie zostało do mnie skierowane. Nie jestem członkiem tego stowarzyszenia, które nie jest skłonne do rozmowy, nikt nie odezwał się do mnie. To stowarzyszenie ma problem z uznaniem uprawnień innych przewodników. Nie honorują przepisów Unii Europejskiej. Nie mam z nimi żadnego sporu. Jestem przekonana, że to dążenie do uzyskania monopolu na usługi przewodnickie”.

Coś dziwnego dzieje się w Unii (a może to tylko u nas, we Wschodniej Europie (przestańmy się oszukiwać z tą Środkową)), zaczyna powracać Naszojść. Pięknym przykładem jest Cieszyn, który stał się faktycznie jednym miastem, ale nie pod względem instytucji. Żaden taksówkarz nie przejedzie na drugą stronę, autobusu nie ma, kolej zlikwidowali, na stronę czeską można tylko własnym samochodem lub per pedes. Nawet list z Cieszyna do czeskiego Cieszyna idzie przez Pragę i Warszawę.

No i cofamy się. Niestety. Moje marzenie o Europie póki co zamarło (zamarzło). A ponieważ się cofamy, to powinienem napisać zgodnie z polskim wzorcem: „cofamy się do tyłu”.

Napisane przez: torlin | 22/04/2018

Pucujemy

Nie chciałbym , aby mój blog zamienił się w stronę reklamową, ale dokonaliśmy szaleńczego zakupu z Adasiem, kupiliśmy sobie myjkę Kärchera K5. Szaleńczego, ponieważ mamy tyle wydatków niezbędnych dla domu, że głowa mała, ale ten Kärcher chodził nam po głowie od pewnego czasu. na domiar „dobrego” moja koleżanka z pracy po odejściu od nas zatrudniła się właśnie w tej firmie, więc dostaliśmy cynk, kiedy będzie promocja i do Janek.

Teraz pucujemy wszystko, własnego tarasu nie poznaję, plastikowy domek dla dzieci, rowery, stoły ogrodowe, alejki dojściowe, ciekawe, ile ja za wodę zapłacę. Młodzi sąsiedzi podpatrzyli i patrzę dziś – pucują wszystko włącznie z jezdnią, tak im się to spodobało. Dysza rotacyjna jest tak silna, że wyrywa tynk, po tym jak na próbę Adam skierował myjkę na dom. Świetna rzecz.

Older Posts »

Kategorie