Napisane przez: torlin | 21/08/2019

Jedyni

Rudolf Hrušínský. Wszyscy, którzy mają trochę lat pamiętają tę kreację.

David Suchet, drugi – niezastąpiony. Tak się zastanawiam, co takiego jest w poszczególnych aktorach, że tak umieli wpasować się w rolę i zaskarbić sobie taką miłość widzów. Dlaczego ich postaci siedzą w mózgach widzów, i każda kolejna ekranizacja, mimo najszczerszych wysiłków realizatorów, powoduje wzruszenie ramion i tekst mówiony po cichu: „to nie to”. Dlaczego jak myślimy o Szwejku, to przed oczami mamy Rudolfa, a jak zastanawiamy się, jak naprawdę wyglądał Poirot, przed oczami mamy dystyngowanego pana drobiącego małymi kroczkami i uchylającego kapelusza (nie znam się na tym, szukałem w sieci, co Herkules nosił na głowie, ale nie znalazłem). Przecież naprawdę te role odgrywali w przeszłości i później najznakomitsi aktorzy, jak np. sir Peter Ustinov, ale każdy, kto teraz obejrzy dokonania dwuoskarowego grubego Anglika natychmiast wzdycha – „to nie jest to”. A Albert Finney, Kenneth Branagh czy John Malkovich? Przecież to są słynni aktorzy, a David Suchet poza Poirot nie miał właściwie większych ról. Herkules jest jednak jeden.

 

Ilu było D’Artagnanów? Ten serial nakręcany był 21 razy, a D’Artagnan jest tylko jeden – Michael York.

Jak ktoś pomyśli o Atosie, to widzi przed sobą tylko i wyłącznie Olivera Reeda z tej samej ekranizacji Richarda Lestera z 1973 roku.

Wróćmy do Agaty Christie, drugą słynną postacią jej autorstwa jest wsadzająca wszędzie swój nos zgryźliwa panna Jane Marple. I znów dziesiątki ekranizacji, a w pamięci zostaje tylko kreacja Margaret Rutherford. Trzeba przy tym pamiętać, że jej rola to jest ramotka, 1962-64.

Zorra” można nie pamiętać, ale jak ktoś powie „sierżant Garcia”, to przed oczami natychmiast staje Henry Calvin. Pytam się dlaczego? I to jest też film bardzo stary, 1957-59.

Można by dawać jeszcze dużo przykładów, do głowy przychodzi mi np. Dyzma i Hrabia Monte Christo, ale nie chcę przesadzić. Jednak podstawowym powodem, dla którego zaprzątam sobie głowę tym problemem jest ekranizacja „Wiedźmina”. Ludzie szaleńczo zakochani w książkach o Białym Wilku tak jak ja na dźwięk słowa „Wiedźmin” widzą natychmiast przed oczami Michała Żebrowskiego w absolutnie dla mnie genialnej roli w serialu Marka Brodzkiego.

Netflix podał właśnie, że pod koniec roku na ekrany ma wejść ich wersja „Wiedźmina” o angielskiej nazwie „The Witcher„. Główną rolę ma odegrać Henry Cavill, niezły aktor, znamy go chociażby (zdaje się) z Supermena i Batmana. Strasznie jestem ciekaw, czy odmieni moje Michałowe przyzwyczajenie. Nie mogę się doczekać.

Ps. Obydwa filmy, w których bohaterami są:  D’Artagnan i Zorro, mają uwspółcześnione wersje. „Maska Zorro” to Antonio Banderas, Anthony Hopkins i Catherine-Zeta-Jones. A nowy D’Artagnan  zekranizowany znowu przez Netflixa będzie całkiem współczesny, ale zamiast awanturniczego filmu kostiumowego dostaniemy współczesne kino akcji a la „Mission: Impossible”.

Napisane przez: torlin | 18/08/2019

Agonia prasy. Czyżby?

To jest niesamowite, ja po latach pamiętałem ten artykuł i zapamiętałem również tytuł. W związku z tym bez trudu odnalazłem go w Internecie. „Agonia prasy” w Newsweeku Grzegorza Lindenberga z 2011. To nie jest byle jakie nazwisko, założyciel „Gazety Wyborczej” i „Super Expressu”. Po tylu latach pamiętałem, że autor podał konkretne terminy całkowitej agonii prasy drukowanej: „Wygląda na to, że trzeba się zastanawiać nad datą, kiedy gazety i tygodniki przestaną się ukazywać w postaci papierowej. I rozmaite daty przez specjalistów są proponowane – od roku 2014 do 2050. Ja bym obstawiał rok 2014, może 2016”. No i co, Panie Grzegorzu?

Vandermerwe!
Damianie!
Telemachu!

To jest notka w odpowiedzi na Wasze pytania i postawione problemy. Otóż generalnie nie zgadzam się z tak postawionym tematem. Można to – moim zdaniem – podzielić na dwa bloki: jak uratować prasę papierową, i jak wygląda aktualnie czytelnictwo prasy (krótkie notatki a sążniste artykuły). Otóż prasy papierowej nie da się uratować z bardzo prostej przyczyny, a raczej szeregiem przyczyn: drogich pojedynczych egzemplarzy, trudności w otrzymaniu numeru (trzeba pójść do kiosku lub czekać na prenumeratę), i w dzisiejszych czasach ograniczenie się tylko do tego numeru bez możliwości skonfrontowania z poprzednimi.

Prasy papierowej nie da się uratować w dotychczasowym kształcie. Ona będzie funkcjonować non-stop, bo zawsze znajdą się ludzie nieużywający mediów elektronicznych lub chcących mieć papier do czytania. Ale jest również inne rozwiązanie, o którym piszą Giuseppe Smorto i Jacek Tacik: „Internet nie jest odpowiedzialny za upadek prasy” we „Wszystkim Co najważniejsze” (artykuł jest dla czytelników wersji Premium, w związku z tym jest niedostępny ogółowi):

– Znam dziennikarzy, którzy urodzili się w świecie papierowej prasy i w tym świecie zamierzają też umrzeć.

– Codziennie toczymy walkę między dziennikarzami z „papieru”, a z Internetu. Ci, którzy zaczęli swoje kariery ponad czterdzieści lat temu, nie chcą pisać do portalu. Ci, którzy pracują w portalu, odliczają dni i tygodnie do zamknięcia ostatniej drukowanej gazety. Tego typu spory dzieją się nie tylko we Włoszech, ale też w Stanach Zjednoczonych i myślę, że również w Polsce. Czy mają sens? Nie! W papierowej wersji „Repubbliki” pracuje czterystu dziennikarzy, a w wersji online… zaledwie dwudziestu pięciu. Te proporcje zaczynają się zmieniać. Nasz portal, który jeszcze do niedawna był uboższą wersją gazety (pojawiały się na nim wybrane artykuły z dziennika, a resztę miejsca wypełniały agencyjne depesze), zaczyna być symbolem całego brandu. Zakładamy, że wszyscy dziennikarze, czyli 425 osób, w bliższej lub dalszej przyszłości będą pracowali jednocześnie i dla „papieru”, i dla Internetu.

– Dwa różne światy?

– Na portalu zajmujemy się informacjami w czasie rzeczywistym. Artykuły są bez przerwy aktualizowane, a następnie wypierane przez kolejne newsy: dużo jest polityki, gospodarki, zagranicy, ale też infotainmentu. Nasza publiczność jest znacznie szersza od gazetowej, stąd artykuły o pingwinach czy też o wężu, który znalazł się na Manhattanie. Musimy odróżniać się od drukowanej wersji „Repubbliki”, która zazwyczaj wybiera pięć najważniejszych newsów dnia i rozbudowuje je o analizy, wywiady i komentarze. Wokół nich tworzy kompleksowe historie. Na papierze jest też dużo więcej reportaży i felietonów. Jeżeli mamy ekskluzywnego newsa, to trzymamy go dla drukowanej wersji „Repubbliki”.

I to jest moim zdaniem wyjście z sytuacji, pożenienie dwóch światów, a nie obrażanie się nawzajem. Prasa internetowa będzie wygrywać, ale nie w 100 procentach. Prasa papierowa generuje nieprawdopodobne koszta, a całość biznesu opierała się jak dotąd na dochodach z reklam. Cena na okładce pokrywała małą część kosztów. Ponieważ zauważalny jest trend płacenia drobnych kwot za możliwość czytania czy korzystania z konkretnych serwisów internetowych, nic nie przeszkadza w takim razie, aby świetne dziennikarstwo również pobierało opłaty za możliwość przeczytania gazety lub artykułu. Widzę w tym same pozytywy, jako pierwszy i podstawowy to jest reklama, nieagresywna, dowcipna, ale trafiająca w punkt zainteresowania ewentualnego klienta. Badania wykazały, że jeżeli reklama ma cechy, które wymieniłem, to nie jest blokowana AdBlockiem i nie jest natychmiast gaszona przez zainteresowanego. Prasa papierowa funkcjonować będzie na zasadzie radia przy telewizji, teatru przy filmie czy kina przy mediach strumieniowych. Istnieć będzie zawsze, ale w ograniczonej postaci.

Jak wygląda aktualnie czytelnictwo prasy? Moim zdaniem zmienił się kompletnie system czytania. Musimy pamiętać, że nie tylko rzeczywistość wokół nas się zmienia, ale również my sami. Jeżeli chodzi o moją skromną osobę, to zauważyłem u siebie dwa rodzaje czytania, które się coraz bardziej krystalizują, nazwałbym to czytaniem niepoważnym i poważnym. I co najciekawsze te dwa światy w moim przypadku właściwie nie wchodzą sobie w drogę, nie są na kursie kolizyjnym. W telefonie używam np. gazety.pl, posługującej się skrótami myślowymi, krótkimi notatkami uszeregowanych w jednym ciągu, tak że sobie wybieram jedną z nich jak pozycję z menu w restauracji. Na pewno słusznie pisze Lindenberg rozpaczając:

„Nawet gdy już zdecydujemy się i ze 135 tytułów na stronie internetowej „GW” wybierzemy interesujący nas tekst, to rzadko kiedy udaje się przeczytać go do końca. Już w samym tekście pojawiają się odnośniki, na które klikamy. Czytając artykuł o zatonięciu promu w Indonezji, klikamy na odnośnik o katastrofach promów, stąd przechodzimy do tekstu (nieświadomi tego, że jest sprzed trzech lat) o zwodowaniu nowego promu w Szwecji, a już widzimy pod tym tekstem, że osoby, które go czytały, były też zainteresowane tekstami o chorobie wenerycznej szwedzkiej wokalistki, o łosiu albinosie, który spowodował wypadek pod Sztokholmem, oraz o tanich rejsach ze Skandynawii na morza południowe. Wszystko jakoś się ze sobą łączy… Potem wracamy. Zaczynamy czytać kolejny artykuł i zanim się obejrzeliśmy, minęło nam 30 minut na czytaniu o (niezmiernie interesujących oczywiście) rzeczach, które z bieżącymi wydarzeniami nie mają nic wspólnego i których w drukowanych pismach by nie było. A na ważne bieżące nie starcza już czasu”.

Tylko że my ciągle zapominamy, że tak jest od lat, i nic się nie zmienia. Tak jak dawniej wyrafinowany czytelnik sięgnie po cały obszerny artykuł i przeczyta go w całości. Ludzie rozpaczający cały czas uważają, że dotychczasowy świat się wali i będzie katastrofa. Świat się nie wali, tylko przekształca, a katastrofa jest tylko dla fundamentalistów tradycji, jak przysłowiowa babcia z „Samych Swoich”, która chciała likwidacji elektryczności, lub Pawlak, który wolał walić cepem, a inni wysługują się maszynami, „bo sił w ręcach nie mieli”. Ciągle powtarzam, że ludzi inteligentnych i zainteresowanych jest 5-10% w społeczeństwie, i to się nie zmienia na przestrzeni lat.

I to rozdzielenie będzie się poszerzać, będziemy korzystać z błyskawicznej informacji internetowej, ale będziemy płacić i czytać potężne eseje. Ci, którzy to dotychczas robili, tak łatwo nie zrezygnują.

Napisane przez: torlin | 15/08/2019

Prasa w wersji papierowej i moje refleksje na jej temat

Specjalnie dałem dawną „Politykę”, aby pokazać młodzieży, jak dawniej ten tygodnik wyglądał. Wielka płachta. Oprócz tego tygodnik „Polityka” jest doskonałym przykładem, jak z początku znienawidzone szefostwo ustawione przez kierownictwo KC PZPR staje się oazą liberalizmu. Taką samą przemianę dokonał Adam Hanuszkiewicz w Teatrze Narodowym, przecież zastąpił Dejmka po wystawieniu „Dziadów”.  Jak inteligencja nim wówczas pogardzała . Ale to tak nawiasem.

Torlin to jest takie zwierzę – zastanawiające się. Otóż przeczytałem wiadomość, że w pierwszym kwartale średni nakład niektórych tygodników przekroczył 100 tysięcy, a były to: „Gość Niedzielny” i „Polityka”. Zostawmy „Gościa” na boku, nie z powodu lekceważenia go, ale ma on charakterystyczną „czytelnię”. Zacząłem się   zastanawiać, jakie są proporcje wydań papierowych i elektronicznych, i dlaczego ktokolwiek te pierwsze kupuje. Na stronach zawodowo zajmujących się tym tematem jest podkreślona wyraźnie UWAGA: „Sprzedaż ogółem to suma sprzedaży egzemplarzowej wydań drukowanych, sprzedaży egzemplarzowej e-wydań oraz wszystkich form prenumeraty wydań drukowanych i prenumeraty e-wydań”. Na szczęście we własnej laurce pt. „Ponad 100 tys i pierwsze miejsce na pudle” „Polityka” przyznaje, że ma 12 tys. prenumeratorów „Polityki Cyfrowej”. Znowu nawiasem mówiąc, to jest niesamowity przekręt; „pierwsze miejsce na pudle”, a „Gość” ma 15 tys. więcej, ale wtedy drobnym drukiem napisane jest „wśród tygodników opinii” (obojętne, co to znaczy).

„Wirtualne media” podają ogólną sprzedaż „Polityki” w wysokości 94 tysięcy odjąć 12 internetowej to daje 82 tysięcy egzemplarzy sprzedaży papierowej. Coś niesamowitego. Powtarzam, „Gość” to jest coś innego, inni czytelnicy, rzadko posługujący się Internetem, ale czytelnicy „Polityki”? Przecież to jest przede wszystkim inteligencja. Dlaczego ona w takiej liczbie kupuje papierowe wydania, które w sumie są o wiele droższe? Przyzwyczajenie? Zapach farby drukarskiej? Miłość do redakcji? Ja czytam papierową „Politykę”, ale skąpię na zakupie. Mój Tata kupuje, a później nie wyrzuca, tylko daje mnie, a ja sobie czytam o tydzień opóźnioną.

Bardzo się cieszę z sukcesów „Polityki”, jestem z nią związany chyba z 50 lat, a w momencie powstania blogów redaktorów „Polityki” moja znajomość z tygodnikiem spowodowała, że poznałem osobiście poszczególne sławy tygodnika. W momencie przekształcania tygodnika w spółdzielnię dziennikarską wszyscy wieszczyli klęskę, dzisiaj prawicowym mediom występuje piana na ustach, że wszystkie „ich” tygodniki w sumie nie dają takiego nakładu jak „Polityka”.

 

 

Napisane przez: torlin | 12/08/2019

Wróciłem z pięknej Suwalszczyzny

Wróciłem wczoraj, bardzo zadowolony, wypoczęty, muszę powiedzieć, że sporo się działo. Towarzystwo było raczej rodzinne, z dziećmi, ale to nie przeszkadzało, bo dzieci 12-16 lat. Niedziele były raczej przyjeżdżające/wyjeżdżające, więc pozostało sześć dni, w trakcie których zrobiliśmy trzy wycieczki i jedną wyprawę kulturalną. W poniedziałek poszliśmy piechotą do Dworku Miłosza w sąsiedniej wsi Krasnogruda, a ponieważ za wcześnie skręciliśmy to zrobiliśmy 14-kilometrowa wyprawę.

Największe wrażenie na mnie zrobiła kawiarenka w gotyckiej piwnicy i macewy ukryte w trawie.

Następnego dnia pojechaliśmy na olbrzymią wyprawę samochodową. Na pierwszy ogień poszła zabytkowa stacja kolejowa w Trakiszkach, w stanie jest fatalnym, zaniedbana, prawie ruina. Tymczasem obok stoi olbrzymi nowoczesny dworzec kolejowy, trasa jest widać że nowoczesna i modernizowana, w kulturze że hej. Ponieważ nie podejrzewam, żeby dużo podróżnych wędrowało koleją tą trasą, to zapewne jest to towarówka. Patrząc jednak na nowoczesność i zadbanie linii musi pociągów towarowych jeździć tam sporo.

Stamtąd pojechaliśmy do stolicy polskiej Litwy, do Puńska. Zwiedziliśmy przed samym miastem litewski skansen etnograficzny, ale moją uwagę skupiły przede wszystkim jurty tatarskie. Na moje pytanie, czy byli tu Tatarzy czy Mongołowie oprowadzająca nas zaprzeczyła i powiedziała, że postawili takie, bo takie mieli. Kiedy ten naród się zmieni…

W samym Puńsku były o wiele ciekawsze izby ludowe koło Kościoła. Zachwyciła mnie wielka kolekcja krajek litewskich, pięknych, kolorowych, nawet Chrystus Frasobliwy ją ma.

Stamtąd pojechaliśmy do Smolnik, gdzie znajduje się najpiękniejszy widok na Suwalszczyźnie. Zafascynowany nim był również Wajda, gdyż w „Panu Tadeuszu” miejsce to sfilmował dwa razy: jak Tadeusz przyjeżdża bryczką do Soplicowa i tam też odbywa się przemarsz Wielkiej Armii. Potem jeszcze trójkąt polsko-litewsko-rosyjski i…

wiadukty w Stańczykach. Potęga. Zdjęcie fatalne, widać u Torlina za duży brzuch. W drodze powrotnej klasztor na Wigrach, ale ten zabytek to chyba każdy zna, my postanowiliśmy pokazać go młodzieży. Największe zainteresowanie u nich wywołały 300-letnie kości zakonników. makabra. A ostatniego dnia przed wyjazdem wspaniała muzyka klezmerska, półtoragodzinny koncert 26-osobowego zespołu – Orkiestry Klezmerskiej Teatru Sejneńskiego. Moje zdjęcie na górze. Była ósemka bardzo młodych muzyków, ale zafascynowała mnie może 10-12 letnia Milena Moniuszko, jej gra na bębenku i rodzaju tamburynu w duecie z perkusją wzbudziła entuzjazm słuchających. Od razu mówię, słabiutko znam się na instrumentach muzycznych.


Ultra, nie byliśmy w muzeum Grūto Parkas, ale tyle zwiedziliśmy, że mieliśmy aż nadto. Mnie bardziej fascynował Niemen.

——————-

Pawle! Jesteśmy jednak z innej gliny, z tej wioski szosa prowadzi w kierunku Sejn i Ogrodników i jest asfaltowa, ale jak się jedzie w kierunku Gib i Augustowa, to jest szutrowa. Ale ja się nakląłem, że jej nie wyasfaltowali. Na brzegu jeziora nie widziałem dacz, a domy do wynajęcia dla letników.

—————-

Gszczepa! Bo ono leży w pewnym oddaleniu od ciągów komunikacyjnych, tam po prostu trzeba specjalnie dojechać, a i tak brzegi są obstawione przez domki.


Aneks dla Pawła

Napisane przez: torlin | 03/08/2019

Jezioro Gaładuś

Informuję uprzejmie Wszystkich Moich Ukochanych Interlokutorów, że zostałem zaproszony do grupy osób spędzających tydzień urlopu nad pięknym jeziorem Gaładuś. Będziemy mieli domek 10-osobowy nad jednym z najpiękniejszych jezior w Polsce, drugim pod względem powierzchni po Wigrach na Suwalszczyźnie, a leży ono na pograniczu polsko-litewskim na wschód od Sejn i Suwałk. Marzę również o zobaczeniu Druskiennik*, na Litwie byłem dwukrotnie w Wilnie, w Kownie i na Żmudzi, a w Druskiennikach nie byłem. Słyszałem, że Litwini otworzyli tam przepiękny aquapark, więc będzie dodatkowa motywacja. Obiecuję pokaz fotografii z Druskiennik, jeżeli tylko tam dojadę. Żegnam się z Wami na cały tydzień, bo zgodnie z moim odwiecznym zwyczajem/postanowieniem na urlopie nigdy nie mam laptopa i odpoczywam od Internetu. Korzystam z niego tylko w wyjątkowych wypadkach, wtedy posługuję się telefonem. Oby tylko pogoda dopisała, mnie tam bardzo na temperaturze nie zależy, byleby nie padało (ja wiem, że z punktu widzenia hydrologii powinno lać teraz cały czas, ale może tak po moim urlopie!!!).

* – zastanowiło mnie, dlaczego ja napisałem nazwę Druskienniki przez dwa razy „n”, a w Wikipedii jest przez jedno. Całe życie źle pisałem? Poleciałem do Wielkiej Encyklopedii PWN z lat 60. – patrzę, a tam są dwie litery „n”. Nie musiałem grzebać w sieci, już pierwszy link był rozwiązaniem. Jeżeli kogoś tak jak mnie fascynuje polszczyzna, proszę zajrzeć TU.

Napisane przez: torlin | 01/08/2019

Niby zwykły dzień

Niby zwykły dzień, ale jak spojrzałem w kalendarium, to znalazłem mnóstwo faktów mnie interesujących. 1 sierpnia dla Warszawiaków jest datą jednoznaczną, tak jak jest jednoznaczna dla Europy jako dzień rozpoczęcia I Wojny Światowej (wypowiedzenie wojny Rosji przez Niemcy). Ale ja dzisiaj o pozostałych:

  •  w 1291 roku utworzono Konfederację Szwajcarską
  • wojska rosyjskie weszły do Smoleńska, rok 1514 jest uważany za kluczowy, jako zwornik potęgi Polski, do tego czasu nasz kraj się rozwijał. Świetnie to czuł Stańczyk, że Polska z utratą Smoleńska zaczyna się zwijać
  • 1520 -urodził się Zygmunt August
  • 1589 – zabito „naszego” Walezego
  • w 1701 roku zmarł Pasek
  • Akt Unii – 1800 – dzień szczęścia Anglików, a nieszczęścia Irlandczyków
  • urodziła się Deotyma w 1834 roku, dla mnie ważna osoba ówczesnego Krakowa
  • przyjęto herb i flagę w Polsce w 1919 roku (nie wiem, czy zauważyliście, że nawet w oficjalnych dokumentach państwowych mylone jest godło z herbem)
  • 1926 – zmarł Jan Kasprowicz
  • rozpoczęto budowę kolejki linowej na Kasprowy w 1935 roku
  • 1944 – Maczek wylądował w Normandii
  • zniesiono w 1989 roku kartki na mięso. I po co? Ludzie byliby zdrowsi

Oczywiście jest to tylko kilka przykładów, najczęściej na liście znalazły się fakty z wydarzeń, które mnie poruszają. Muszę przyznać, że jak na jeden dzień, to mi się podoba.


U Knezia poruszona została sprawa Powstania Warszawskiego, muszę, ale to muszę, powtórzyć swój komentarz z Kneziowiska:

Sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana i nieprzyjemna. Zauważyłem, że wiele osób poszło od lat na wewnętrzną emigrację, jeżeli chodzi o Powstanie. Przeżywają sami, wewnątrz siebie, lekceważąc otaczającą rzeczywistość. Powstanie jako obchody zostały nam zabrane, tak jak ja, jako Warszawiak twierdzę, że zabrana została mi Legia.
Urodziłem się siedem lat po Powstaniu w Warszawie i dorastałem w tej atmosferze. Przez wiele lat komuny chodziliśmy 1 sierpnia na Cmentarz, aby zamanifestować, że pamiętamy. I raptem zacząłem się źle tam czuć, a po pewnym czasie całkowicie obco. I przestałem. Pamiętam! – ale w swoim umyśle, w swojej psychice, i nie chcę mieć z realną rzeczywistością nic wspólnego.

Napisane przez: torlin | 29/07/2019

Nieobecne i zapomniane słowo – obiektywizm

Moja notka tematycznie pasuje do innej, z września ubiegłego roku, a dotyczącej Gomułki. Nieumiejętność stworzenia obiektywnej biografii, napisanej bez emocji, to jest nasza cecha narodowa.

Dzisiaj mija 55 lat od śmierci Wandy Wasilewskiej, która zmarła w Kijowie mając 59 lat. Dla mnie, jako domorosłego historyka, ze szczególnym uwzględnieniem relacji osobowych polsko-rosyjskich, jest to postać fascynująca. Czyż naprawdę nikogo w swojej nienawiści nie interesuje, że dla przykładu Dzierżyński pochodził z polskiej, ziemiańskiej rodziny szlacheckiej, tak jak i Jaruzelski. Wanda Wasilewska była córką jednego z przyjaciół Dziadka, ministra spraw zagranicznych Polski, jednego z architektów porozumienia w Rydze, Leona Wasilewskiego. Była kobietą świetnie wykształconą, skończyła polonistykę na UJ-ocie, i tam zrobiła doktorat.

Na czym polegał jej pech, że nie mogła nigdy doczekać się normalnej biografii, nawet za czasów PRL-u? Ponieważ była znienawidzona przez obie strony, i siły antykomunistyczne, i przez polskich komunistów. Młodzieży trzeba pewne rzeczy tłumaczyć, bo to się zaciera w pamięci, i dla nich Gomułka i Wasilewska to jedno. Jakby się oni oburzyli, gdyby to usłyszeli, oni się wręcz nienawidzili. Polscy komuniści przeżywający wojnę w Warszawie gardzili (może trochę za ostre słowo) komunistami przysłanymi przez Moskwę, mieli oni również w tym myśleniu poparcie sporej liczby wojskowych z Berlingiem na czele (to właśnie on słucha odezwy Wasilewskiej na zdjęciu u góry).

Każdy człowiek o wielkim nazwisku ma słabość do pewnych osób, i najczęściej trudno się zorientować, właściwie dlaczego. I taki właśnie był stosunek Stalina do Wandy. Ludzie jej niechętni za wszelką cenę próbują pomniejszyć znaczenie naszej bohaterki, ale odkrywane fakty świadczą o zgoła czymś przeciwnym. Wandę Wasilewską można wręcz ogłosić architektką polskiej państwowości i niepodległości (w pewnych oczywiście granicach). Pod koniec stycznia 1940 roku została przyjęta przez Stalina na Kremlu gdyż znał jej przedwojenną twórczość i wysoko ją cenił. Wasilewska wyszła z gabinetu obdarzona niemal bezgranicznym zaufaniem, z bezpośrednim dostępem do Stalina, a także bezpośrednim telefonem specjalnym (tzw. wiertuszką). Administracja państwowa i organizacje partyjne otrzymały nakaz honorowania wszelkich pism i zaświadczeń wydanych przez Wandę Wasilewską. Stalin miał oryginalny sposób sprawdzania wiarygodności osób stojących blisko niego, zabijał lub więził najbliższą rodzinę zainteresowanego, jak żonę Mołotowa. Wasilewską spotkało dokładnie to samo, jej męża „nieznani sprawcy” zabili serią z karabinu maszynowego w ich własnym mieszkaniu.

Jako polonistka przyciągnęła pod swoje skrzydła we Lwowie znane postaci, w tej grupie był: Boy-Żeleński, Watt, Janina Górska (a trzeba pamiętać, że była ona jedyną osobą, która wstrzymała się od głosu w czasie głosowania 19 listopada 1939 r. nad oświadczeniem pisarzy polskich witającym z satysfakcją przyłączenie Zachodniej Ukrainy do Związku Radzieckiego), Janina Broniewska, Julian Przyboś, Leon Pasternak, Putrament czy Ważyk. Może to dziwnie zabrzmi, ale Stalin wszystko konsultował z Wasilewską, jeżeli chodzi o sprawy polskie. W ostatnim wywiadzie tuż przed śmiercią Wasilewska ze smutkiem mówi, że wszystko, co zrobiła, jest nieważne, bo nie wywalczyła Lwowa. „Tego nie było możliwości załatwić”. Jako największe swoje osiągnięcia uważała założenie 1 Dywizji im. Tadeusza Kościuszki, a następnie  1 i 2 Armii Wojska Polskiego, wprowadzenie duszpasterstwa do żołnierzy, a także niesłychanie intensywny nacisk na Stalina, aby wycofał polskie oddziały spod Lenino, bo Stalin kazał wykrwawionym Polakom dalej walczyć. „Ty mnie molestujesz” – miał jej powiedzieć. Była twórczynią PKWN-u i „załatwiła”, że polska granica zachodnia jest na tej Nysie, a nie na tej drugiej, na której miała być pierwotnie.

Przy dyskusji o wielkości Gorkiego poskarżyła się Stalinowi, że boi się o swoją matkę i córkę, w związku z tym w grudniu 1939 r. do matki Wasilewskiej w Warszawie zapukał oficer gestapo z przepustką dla pięciu osób. Matka nie pojechała, ale za to siostra i córka tak, na moście w Brześciu zostały wymienione na piątkę Niemców. Na tyle, na ile mogła wyciągała znajomych z transportów. Że to jest prawda – są na to niepodważalne dowody w formie wspomnień ludzi, których nie można podejrzewać o zwierzęcy komunizm. Jan Kott wspominał, że siedział już w wagonie do wysyłki, na peron wtargnęła Wanda i wyciągnęła go z wagonu. A jednocześnie miała dużo odwagi cywilnej, Nikita Chruszczow pisał: „Energicznie przystąpiła do reprezentowania Polaków przed Stalinem. Słyszałem jak mówiła Stalinowi nieprzyjemne rzeczy. Mimo to słuchał jej”. A Jakub Berman: „Budowała relacje ze Stalinem na zasadzie partnerstwa. Zażyłość, jaka się między nimi wytworzyła, wymagała od Wasilewskiej dużo cywilnej odwagi i ona ją miała”.

Wstępna, ale bardzo ważna uwaga, przed dalszą dyskusją

Większość z Was może uznać ten tekst za hagiograficzny, ale jest to mój świadomy zamysł redaktorski. Atakować Wandę jest niesłychanie łatwo, szczególnie że ilość plotek na temat jej życia przekracza możliwości przyswajania, łącznie z mitem czyli łóżkiem Stalina. Opozycja, a szczególnie prawa strona, organicznie ją nienawidzi, dawni polscy komuniści delikatnie mówiąc traktowali ją z niechęcią. Bronią ją właściwie tylko osoby, z którymi współpracowała, lub którym pomogła. Napisałem ten tekst, gdyż jedynie prawda może być obiektywna, pozbawiona emocji i uprzedzeń. Wiem, że to jest trudne, więc chciałbym, aby mój wpis był zalążkiem rozmowy na jej temat. Spokojny, wyważony, bez dokuczań i złośliwości.

Ps. Czyli na święty nigdy.

Napisane przez: torlin | 25/07/2019

Pożyteczna stonka

Bardzo – dla mnie – ciekawa dyskusja rozgorzała pomiędzy Pawłem, Vandermerwe i mną na temat turystyki. Nie chcę się mądrzyć i wyważać otwartych drzwi, gdyż już ludzie o wiele mądrzejsi to dawno napisali TU w Encyklopedii Zarządzania. Piszę teraz na ten temat, bo my nie zdajemy sobie sprawy, jaką rewolucję na świecie spowodowała turystyka. Wiem, że było wiele ważnych kwestii (czynników) rozprzestrzeniających się po świecie i zmieniających całe narody, jak zielona rewolucja, motoryzacja, liberalizm, globalizacja, wyścig zbrojeń, działania poszczególnych państw, jak dla przykładu Chińczyków w Afryce, ale chyba żaden czynnik nie miał tak bezpośredniego wpływu na życie poszczególnej jednostki w pojedynczym kraju świata jak właśnie turystyka.

Musimy sobie szczerze powiedzieć, że najważniejszą rzeczą, myśląc ekonomicznie, było przetransferowanie pieniędzy z kraju bogatego do kraju biednego. Wyobraźmy sobie wioskę na skraju pustyni, bieda aż piszczy, nawet jeżeli przyjedzie lokalny nabab, to jest to bogacz na skalę miejscową, ma np. 60 wielbłądów. Tam nie ma po prostu kapitału. To samo, toutes proportions gardees, dotknęło Polskę w 1989 roku. I raptem do tej wioski zaczynają przybywać turyści mający pieniądze, i co najważniejsze transfer kapitału przebiega non-stop. Na początku jest to tylko nocleg w nędznych warunkach i ugotowanie strawy, ale ten nieprzerwany dopływ gotówki, nawet w małych transzach, powoduje że ludzie tam mieszkający zaczynają inwestować i myśleć o przyszłości. Żeby to dotyczyło jednej wioski, to byśmy tym się nie zajmowali, ale to dotknęło cały świat, począwszy od Paryża, a skończywszy na Bhutanie i Antarktydzie. Podkreślę jeszcze raz, najważniejszym faktem jest transfer kapitału od krajów bogatszych do państw biedniejszych.

Drugą najważniejszą rzeczą moim zdaniem jest aktywizacja zawodowa ludzi, począwszy od wynajmowania noclegów, gotowania, wszelkich usług, ale za tym idzie – jak to słusznie pisze EZ – ” jedno miejsce utworzone w turystyce powoduje powstanie czterech nowych miejsc w usługach towarzyszących i produkcji na potrzeby turystów”. Ludzie mieszkający w tej wiosce nie tylko mogą zaprezentować swoją kulturę, ale również skonfrontować ją z przybyszami, otwiera im się okno na cały świat, zwiększa się zainteresowanie innością. Turysta nie dziwi w małej wiosce na Uralu, w dżungli Panamy czy na wyspie Chatcham fotografujący Petrela reliktowego. Są wszędzie. Bardzo ważną rzeczą jest również zmiana mentalności często bardzo młodych ludzi, mieszkaniec tej wioski już nie myśli jedynie o przeżyciu do następnego dnia, tylko zastanawia się, co zrobić, żeby turysta wybrał właśnie jego. Może sprzedawać wodę? Może przewieźć mu bagaż na osiołku? Albo zaprowadzić go na szczyt dominujący nad wioską? Albo pokazać mu z bliska sępy brunatne?

Krytycy mówią o przesycie, a ja twierdzę, że to jest dopiero początek. Tak naprawdę nie ruszyli jeszcze Chińczycy i Hindusi. Gdzieś ostatnio czytałem, jakie galerie malarstwa mają największą ilość oglądających, i wpadłem w przerażenie, były to galerie japońskie, koreańskie i tajwańskie, mające kilkakrotnie więcej odwiedzających niż największe zbiory malarstwa w Europie czy w Stanach. Bo bogaci Chińczycy póki co wybierają się niedaleko, ale co będzie, jeżeli wyjedzie ich 100 milionów? Z tego np. 20 tysięcy do Warszawy?

Nie zgadzam się z moimi przedmówcami, że ta cała stonka to nie są turyści. Mam dla Was obydwu złą wiadomość – są! I obojętne, czy wędrują szosą do Morskiego Oka, czy przypływają sześciopiętrowym statkiem na Rodos, to są wszystko turyści. Zainteresowani, chętni, oglądający. Byłem akurat świadkiem, jak przypłynął do Marmaris w Turcji taki olbrzym pod banderą włoską, a ja chciałem – trzeba trafu – obejrzeć sobie lokalny zameczek. Wszyscy grzecznie kupili bilety, chodzili, oglądali, fotografowali, było ich mnóstwo, ale zachowywali się jak typowi turyści zainteresowani lokalnymi atrakcjami. Zresztą, w jaki sposób wartościować turystów, którzy są nimi, a którzy nie? W górach po obuwiu? W galerii po inteligentnym wyrazie twarzy? Czy np. wyjazd na koncert ulubionego zespołu w innym kraju jest wyjazdem turystycznym?

Walka z nimi nie powinna być administracyjna, należy przede wszystkim tworzyć alternatywę, wprowadzać nowoczesne usprawnienia.

Napisane przez: torlin | 22/07/2019

Mnie się pomysł z workami jutowymi podoba

Zdjęcie z krakowskiej GW, z artykułem i autorskim zdjęciem Marka Podmokłego.

Znowu mamy dyskusję pomiędzy racjonalistami i fundamentalistami. Ponieważ przeważnie jestem w pierwszej grupie, to bardzo cierpię czytając argumenty i dokuczanie drugiej. Sprawa wygląda tak: na kilku tatrzańskich szlakach położono worki jutowe wypełnione tzw. niesortem składającym  się z różnych frakcji kamienia, od tłucznia po piasek i glinę. 70 % materiału stanowi glina pochodząca bezpośrednio z danego szlaku, a pozostała część to żwiry i tłucznie, również z tego terenu. Worki jutowe jako surowiec naturalny po latach rozpadną się i pozostaną naturalne stopnie.

Pierwsza moja uwaga podstawowa jako człowieka chodzącego 50 lat po Tatrach – niektóre szlaki nie nadają się do przejść, mimo że nie są w trudnym terenie. Zbyt strome szlaki przy niestabilnym podłożu powodują erodowanie zbocza, turyści schodząc się ślizgają, a wchodząc nie mogą utrzymać równowagi. Te przyczyny powodują, że wędrowcy szukają z boku łatwiejszego wejścia/zejścia, i degradują teren na coraz większej powierzchni. Takich szlaków jest bardzo dużo w Tatrach, ale takim kolosalnym przykładem o czym mówię jest jedna z najpopularniejszych tras w naszych górach, żółty szlak Doliną Jaworzynki na Przełęcz między Kopami (czyli inaczej mówiąc jedna z dwóch tras z Kuźnic na Gąsienicową). Dopóki idzie się dnem doliny, jest w porządku, najgorzej jak na końcu, trzeba się ostro wspinać na Przełęcz. Podłoże stanowi jakiś rodzaj łupków, które pod butami się odrywają i szlak się coraz bardziej degraduje.

Naprawdę, chodzę po górach przez wiele lat, szczególnie (po Tatrach już nie chodzę) po Alpach. Tam szlaki są zrobione na pierwotne, nikt nie dopuściłby do degradacji, ta zagrożona część od razu zostałaby przerobiona. Pracownicy tłumaczą, że po pierwsze worki kładzione są tam, gdzie nie ma materiału na stopnie, a po drugie jest to eksperyment. Ich zdaniem materiał w workach zbije się w zwartą masę (a takie zjawisko już zaobserwowaliśmy na podejściu na Trzydniowiański Wierch), worki z czasem zdegradują się, a naturalne stopnie i progi przetrwają.

No i się zaczęło, komentarze:

  • Góry nie są dla każdego. Proponuję jeszcze wyasfaltować szlaki, lub zrobić ruchome schody.
  • Tylko schody… ruchome mogą rozwiązać problem pieszej turystyki górskiej
  • Można było od razu wyasfaltować i uruchomić linie autobusowe
  • perskie dywany byłyby lepsze. tak na bogato

Starczy. Przyznaję, że druga część wpisów jest za:

  • Wydaje się to świetnym pomysłem pod każdym względem
  • Droga z Wołowca na Łopatę – bardzo niebezpieczna! Szlak kompletnie się sypie, można tam łatwo runąć w dół, niezależnie od stopnia doświadczenia
  • Szlaki, na ktorych ułożono worki nie są wymagające technicznie – być może kondycyjnie nieco – ale worki nie stanowią sztucznego ułatwienia. Tak czy owak chodzi o trasy, które – w normalnych warunkach pokonuje się na dwóch nogach bez użycia rąk. Zadaniem tych worków – I być może np. asfaltu (gdyby ktoś się zdobył na tak obrazoburczy krok) – jest zapobieżenie erozji.

Ale są i tacy: „Technicznie prawidłowe, ale estetycznie – to częściowa degradacja Tatr”. Nigdy nie szedłem po jutowych workach, oglądam je tylko na zdjęciach, strasznie jestem ciekaw opinii szczególnie tych z Was, którzy po tych górach chodzą (chodzili).

 

Napisane przez: torlin | 19/07/2019

Zapomniane pierwowzory

Najważniejsze, najpierw posłuchajcie TU, zdaję sobie sprawę, że długie, to może część, albo wyrywkowo. Powiem szczerze, to wideo było dla mnie szokiem. Tyle znanych – co ja mówię – najsłynniejszych utworów, i to wszystko są covery.

Posłuchajcie kilka taktów STĄD. Znany utwór? To śpiewa Barry McGuire, kiedyś, w epoce dzieci-kwiatów bardzo popularny tzw. chrześcijański bard. On się tym różni od innych, że tę piosenkę nagrał najpierw sam, później z The Mamas & the Papas, a dopiero jeszcze później utwór ten zawładnął jedynie zespół M&P (gdyby to zrobiła tylko Michelle Phillips, tobym się zgodził z radością 😀 – powyżej na zdjęciu).

Naprawdę, nie sądziłem, że jest to taka ilość. Przeboje będące dla mnie od dawien dawna cudownymi oryginałami, okazały się być coverami. No po prostu siok.

Z moich uwielbianych

  • „The Man Who Sold the World” – myślałem, że to jest oryginał Nirvany, a to jest utwór Bowiego, i jeszcze wykonywany również przez Lulu,
  • „Where Did You Sleep Last Night” – dokładnie to samo, co powyżej (z wyjątkiem Lulu 😉 )
  • „Nothing Compares 2 U” – to utwór Prince’a dla zespołu Family, a wszyscy go znamy z wykonania tej cudownej wariatki,
  • pełne zaskoczenie Faith No More „Easy”, co najlepsze znałem przed laty grupę The Commodores,
  • zupełnie inaczej wygląda sprawa The Beatles „Twist and Shout”‚ oni od samego początku mówili, że tworzą covery.
  • dokładnie to samo z Animalsami z tak pięknym tytułem „Dom Wschodzącego Słońca” (a to jest o burdelu), też nie ukrywali pochodzenia utworu

Z grupy ładnych melodyjek, słynnych na cały świat, a niebędących moją miłością – zaskoczenie, że to jest cover – dla przykładu: „Self control”, „Love is All Around”, „Sailing”, „Alvays on My Mind”, „Love Hurts”, „Baby, i love your Way”, „Unchaired Melody” czy „Without You” Carey. Człowiek nawet nie wiedział, że „Unchaired Melody” nagrało 42 artystów.

Wniosek kontrowersyjny

To jest moje zdanie, nawet nie będę przekonywał do swoich racji. Mam po prostu swoje zasady, a one są trochę niedzisiejsze. W bardzo dawnych czasach artyści mówili, że tworzą covery. Tak postępowali właściwie wszyscy pierwsi rockandrollowcy w Stanach Zjednoczonych z Elvisem Presleyem czy Nicky Nelsonem (niezapomniany Kolorado z „Rio Bravo”) na czele. Tak samo czynili pierwsi wykonawcy mocnego uderzenia w Polsce, jeszcze z początków Niebiesko- i Czerwono-Czarnych, Tajfunów, Waweli, Szwagrów, Tarpanów, Dzikusów, a przede wszystkim „Rythm and Bluesa” z ich „Dianą”, „Jailhouse Rock” czy „Rock Around The Clock”. Bitelsi w Hamburgu na głos mówili, kto był wykonawcą tego utworu (to zresztą spowodowało, że postanowili sami komponować).

Teraz to zanikło. Młoda piosenkarka czy młody wykonawca nagrywa cover nie informując w ogóle, kto był pierwszym wykonawcą. Oczywiście bez trudu to można sprawdzić w Wikipedii, tam jest to wszystko napisane, ale kto tam będzie szukał. Ważna uwaga – ja w ogóle nie interesuję się prawami autorskimi twórcy tekstu i melodii, zakładam, że wszystko jest w porządku. Nie zajmuję się również kompozycjami podobnymi do już napisanych, to też jest inna bajka. Mówię tylko o coverze, z taką samą melodią i tekstem (chociaż tu to różnie bywa) i o tym samym tytule. Czy to nie ładnie by brzmiało, gdy występuje młody i mówi, że będzie śpiewał piosenkę z repertuaru np. The Who lub The Supremes. Nie mówią, bo młodzież nie wie, nie zna starych utworów z wyjątkiem 10-50 najsłynniejszych. Dla mnie to jest zwykła przyzwoitość.

Nawet nie bardzo chcę obciążać tym samych artystów, bo przecież bardzo rzadko słucham ich koncertów. Ale słucham radia i tam nikt nie mówi, w żadnej stacji, że ten nadawany utwór to jest cover. Nie podoba mi się to.

 

Older Posts »

Kategorie