krem-nivea

Podoba mi się taka polityka. Uwielbiam ludzi, którzy nie obrażają się na rzeczywistość, przyjmują ciosy z godnością.

Od razu mówię, nie jest to reklama, szczególnie podprogowa, ja po prostu bardzo lubię tę firmę. I muszę przyznać, że postępowanie koncernu budzi mój szacunek. W latach 90. Pollena-Lechia objęta była Programem Powszechnej Prywatyzacji, akcje tej firmy należały do Narodowego Funduszu Inwestycyjnego „Octava”. I ten właśnie fundusz we wrześniu 1997 roku podpisał umowę inwestycyjną z  Polleną-Lechią oraz Beiersdorf AG, w wyniku której ten ostatni stał się udziałowcem spółki. W listopadzie tego roku nazwę firmy zmieniono na Beiersdorf-Lechia S.A. Ale…

W Polsce w Międzywojniu produkty serii NIVEA wytwarzane były w filii Beiersdorf AG w Poznaniu, po II Wojnie Światowej zakłady te zostały znacjonalizowane, jednak Pollena podpisała umowę licencyjną z Beiersdorf na wytwarzanie kremów. Jednym ze sztandarowych produktów Polleny było Bambino, dla starszego pokolenia wręcz kultowy kosmetyk dla dzieci.

I to mi się podoba, to jest po kupiecku powiedziane – jak powiedział Grünspan do Moryca. Nie obrazili się, że im znacjonalizowali fabrykę,  w czasach komuny, kiedy nikt nie spodziewał się jej upadku, sprzedali im licencję, utrzymując kontakty, a w momencie, gdy można było przejąć swoją własną fabrykę, nie krzyczeli, że to jest ukradzione i że chcą ją z powrotem za darmo, tylko po prostu wykupili udziały.

Trzeba dużej klasy, aby tak postępować.

kladka-dla-nietoperzy

Kładka dla nietoperzy na S3 pod Szczecinem

Jak ja lubię, jak jesteśmy w czołówce europejskiej, a tak jest z kładkami dla zwierząt, i to nie tylko nad autostradami. Zaczęło się to w latach 90 .ubiegłego wieku, ale nie były to obiekty na miarę przyszłego XXI wieku. Zbyt wąskie, z trudnym podejściem i złym naprowadzeniem, złym wygłuszeniem i brakiem roślinności kryjącej. Korzystały z nich jedynie gatunki oportunistyczne, jak lis czy sarna, gatunki płochliwe i duże z przejść tych nie korzystały. Wielka krytyka, która spadła na drogowców ze strony przyrodników, na szczęście nie skończyła się obrażeniem się tych pierwszych na tych drugich, tylko antagoniści siedli do stołu i zaczęli kombinować, co tu zrobić. A jak wiecie, Unia jest niesłychanie proekologiczna, więc z przyjemnością dała pieniądze na kładki dla zwierząt.

 

przejscie-dla-zwierzat-na-autostradzie-a2

Dzisiejsze przejścia są jednymi z najnowocześniejszych w Europie, a i Ameryka nie powstydziłaby się ich. Świetnie wkomponowane w obszary leśne, szerokie, ze wspaniałym naprowadzeniem, wygłuszeniem z blachy falistej z nasadzeniami roślinnymi, wyłożone żwirem niepochodzącym z kopalń czy wyrobisk. Oczywiście są negatywy, ciężko jest zablokować przejście, aby nie przechodzili tamtędy ludzie, przeciwko samochodom na szczęście znaleziono rozwiązanie.

mapa-korytarzy-ekologicznych

Oprócz lokalnej potrzeby przemieszczania się zwierząt zaczęto brać pod uwagę korytarze europejskie, czyli wielkie transgraniczne wędrówki zwierząt. I wyobraźcie sobie, że to zaczęło działać. Czytam sobie w GW wywiad Aleksandry Stanisławskiej z dr. Robertem Mysłajkiem, wiceprezesem Stowarzyszenia dla Natury „Wilk” pt. „Wilki idą przez Polskę w poszukiwaniu żon i mężów”:

Na przeszkodzie stoją im też ogrodzone autostrady i drogi ekspresowe.

– Rzeczywiście, dla wilka to dodatkowe przeszkody ciągnące się z jednego końca kraju na drugi. Ale tu na szczęście pobudowano przejścia dla zwierząt.

I wilki rzeczywiście z nich korzystają?

– Tak! Naukowcy i organizacje ochrony zwierząt opracowali mapę korytarzy ekologicznych, czyli tras przemieszczania się zwierząt. Dzięki temu wskazali miejsca do stawiania przejść nad autostradami. Okazało się, że sprawdzają się świetnie. Brałem udział w badaniach, w ramach których monitorowano 16 przejść dla zwierząt nad autostradą A4 w Borach Dolnośląskich, na odcinku między Wrocławiem a Zgorzelcem. W tych okolicach żyje siedem grup rodzinnych wilków, czyli około 50 osobników. Sporo. Autostrada przecina terytoria dwóch z tych rodzin. Przez trzy lata nagrywaliśmy sekwencje wideo, używaliśmy pasów z piaskiem do monitorowania tropów zwierząt. Okazało się, że wilki regularnie użytkowały szerokie górne przejścia nad autostradą. Oprócz nich wędrowały tamtędy dziki, jelenie i sarny.

Ile zwierząt chodzi takimi mostami?

– Odnotowaliśmy średnio około 3 tys. osobników na każdym dużym przejściu w ciągu roku, na niektórych nawet więcej. Dla kontrastu: z małych przejść podziemnych w tym samym czasie korzystało 100 zwierząt. One po prostu boją się panującego w tunelach hałasu. Opłaca się więc budować górne przejścia”.

 I co najważniejsze, drogowcy i przyrodnicy zaczynają myśleć nad jeszcze większym projektem, mostami krajobrazowymi. Te mosty mają być zbudowane w ten sposób, żeby mogły z nich korzystać wszystkie zwierzęta, z gadami, płazami, owadami czy motylami włącznie. Większość małych zwierząt wymaga ciągłości siedliska lub płatów siedlisk pomostowych, płazy wymagają odpowiedniej wilgotności przejść, nietoperze struktur naprowadzających a motyle obecności roślin żywicielskich. Tylko mosty krajobrazowe umożliwią pogodzenie uwarunkowań siedliskowych dla wszystkich gatunków, i jak to mądrze i uczenie można napisać „duża powierzchnia mostów krajobrazowych pozwala na kształtowanie mozaiki mikrosiedlisk o odmiennych cechach ekologicznych odpowiednich dla wielu gatunków”.

Napisane przez: torlin | 20/09/2016

Teoria sił przestrzeni prywatnej

miejsca-w-autokarze

O tym, że Europejczycy mają tak zwaną przestrzeń prywatną, i bardzo nie lubią, gdy się ją narusza, jest to wiedza powszechna, jak aksjomat. Ale od dawna fascynuje mnie dość prosta teoria sił przestrzeni prywatnej, zafascynowany patrzyłem zawsze na wchodzące kolejne osoby do autobusu, tramwaju czy pociągu, które naruszały dotychczasowy układ. Wszyscy bez wyjątku przesuwali się w ten sposób, aby oddać odrobinę ze swojej przestrzeni prywatnej, ale jednocześnie zachować jej jak najwięcej. Wybuchnąłem cichuteńkim, nieuzewnętrznionym śmiechem, gdy wszedłem w czwartek do autokaru firmy PlusBus relacji Warszawa-Białystok i ujrzałem taki widok miejsc zajętych w autokarze (obrazek na górze).

Widok absolutnie odpowiadający mojej teorii, każdy chce mieć jak najwięcej przestrzeni prywatnej, z rozbawieniem oglądałem zajmowanie miejsc przez kolejne osoby. One burząc dotychczasowy układ jednocześnie się do niego dopasowywały, zabierając trochę przestrzeni prywatnej, jednocześnie zostawiając jej na tyle dużo, aby każdy czuł się komfortowo. Autokar do końca nie był całkowicie wypełniony, więc nie mogło dojść do granic, czyli jego całkowitego wypełnienia, ale w międzyczasie były przystanki, na których część ludzi wysiadała, a część wsiadała. W tzw. „międzyczasie” osoby siedzące – ich zdaniem – zbyt blisko innych przesiadały się. Nazwałbym to optymalizacją przestrzeni prywatnej.

Jak dla nas ważna jest przestrzeń prywatna odczuwałem w Tunezji i w Gruzji. Obejmowanie przez obcych mężczyzn, przytulanie i szeptanie na ucho dla Europejczyka jest niedopuszczalne. W Tbilisi jeden z Gruzinów, chcąc mnie gdzieś zaprowadzić, wziął mnie za rękę. Zupełnie nie wiedziałem, co zrobić. Moja teoria jest taka, ważny jest stosunek mieszkańców do swojej zbiorowości, czy traktują oni siebie jako członków zbiorowości, która jest dla nich nadrzędna, czy też zbiorowość jest zlepkiem ludzi całkowicie indywidualnych. Inaczej mówiąc, czy ważniejsza jest jednostka, czy zbiorowość. Jest to też typowy konflikt na linii liberałowie-konserwatyści, w Stanach Zjednoczonych czy w Polsce.

I co ciekawe, przeciętny Gruzin w ogóle nie może zrozumieć, o co ten obcokrajowiec ma pretensję. Przecież on całym sercem poszedł do sprawy.

Napisane przez: torlin | 17/09/2016

Religia a cywilizacja

islam2-600px

Maria wrzuciła wspaniały temat, inna rzecz, że nieskończony. Religia a cywilizacja. W tej naszej dyskusji będą niestety reprezentatywne dwie myśli, idee, w której pierwsza będzie przekonywać, że cywilizacji nie byłoby bez Boga, drudzy, że o cywilizacji decydowały przez wieku działania okołoreligijne, a nie sama wiara.

Pierwszy pogląd, pomijając fakt, że każda osoba mocno wierząca uważa to za aksjomat, ma bardzo silnych zwolenników. Arnold Toynbee, jeden z największych filozofów historii (historiozofii), specjalista właśnie od cywilizacji, rozwoju kultur, pisał: „Wierzę, że styl cywilizacji wyraża treści jej religii, (…) religia była źródłem witalności, które doprowadziło do powstania cywilizacji i następnie umożliwiło jej trwanie. Za każdym razem, gdy lud tracił wiarę w swoją religię, jego cywilizacja ulegała wewnętrznej dezintegracji społecznej i obcemu atakowi militarnemu. Cywilizację, która upadła w wyniku wiary, zastępowała nowa cywilizacja inspirowana przez inną religię”.

Po przeciwnej stronie barykady mamy Karola Marksa, czy Maxa Webera, że religia to jest opium dla ludu, jest to iluzja, czyli nasz świat zapakowany w formie paczuszki-niespodzianki pod nazwą „inny świat”.

No dobrze,  ale co to ma do cywilizacji. Ten sam Weber przecież wspaniale udowodnił, że cywilizacja protestancka brała pełnymi garściami z religii, a Émile Durkheim, że człowiek przeszedł od zwierzęcia do człowieczeństwa na zasadzie przejścia od profanum do sacrum.

Ciągle mi się wydaje że krążymy koło tematu, należałoby chyba rozróżnić religię od wiary w Boga. Ale czy można? Czy to jest możliwe? Bo dla mnie religia jest to wiara + zjawiska okołoreligijne. Co ma większy wpływ na budowę cywilizacja, sama wiara czy te zjawiska. Może należałoby napisać, co rozumiem pod terminem „zjawiska okołoreligijne” (świadomie piszę razem): dla mnie to są działania ludzi, ich tradycje, przyzwyczajenia, poglądy, formy działania, które nie mają żadnego punktu wspólnego z ich Bogiem, a jest jedynie wytworem ich własnej kultury. Ponieważ lepiej się czuję na gruncie katolicyzmu niż islamu czy buddyzmu, dam przykład tej religii – kiedy to Jezus kazał ubierać choinkę, chować pod nią prezenty, budować klasztory, fundować biblioteki, zabraniać in vitro. Kiedy Jezus powiedział, że papież jest nieomylny w sprawach wiary.

Co do tego, że utrata wiary powoduje utratę państwowości, to dzisiaj nikt chyba w to nie wierzy, można dać setkę przykładów, że to jest nieprawda. Ale powtórzę pytanie, czy decydujący wpływ na naszą cywilizację ma sama wiara w Boga, czy te czynniki okołoreligijne, które w gruncie rzeczy są wytworem samych ludzi. No dobrze – ktoś zapyta – ale czy sama wiara nie jest przypadkiem wytworem samych ludzi?

I jak wąż Uroboros pożeramy własny ogon. Ale jednocześnie bez przerwy się odradzamy.

Napisane przez: torlin | 13/09/2016

Rzecz o Czarnogórze i krainach jej podobnych

2016-09-06-13-49-12

Przepraszam za niezbyt ostre zdjęcie starówki Kotoru, ale niestety mój smartfon Sony zrobił aut i ma porysowany obiektyw. Ciekawe, czy z tym można coś zrobić.

Czarnogóra składa się z gór. Pozornie to stwierdzenie wydaje się być banałem, truizmem, ale tak jest. To są niekończące się góry, schodzące bezpośrednio do morza. Wiem, że istnieje nizinna dolina wzdłuż niewielkiej rzeki Zeta, ale poza tym to są góry, góry, bez końca ciągnące się góry.

Wiem, że jest mnóstwo bogatych państw górzystych, że o Szwajcarii czy Norwegii nie wspomnę, ale tak się zastanawiam, z czego ci ludzie mają żyć. Spotkałem Polaków, którzy przyjechali z Bośni i Hercegowiny, mówią, że tam jest jeszcze biedniej niż w Czarnogórze. Jak jechałem autokarem, widziałem kolosalne różnice pomiędzy poszczególnymi krainami (bo nie tylko państwami). Reasumując, najbiedniejsza jest Bośnia (o Albanii się nie wypowiadam, bo nie wiem), później jest Czarnogóra. górzyste rejony Serbii, północna Serbia, bo ma Wojwodinę ukradzioną Węgrom, a później same Węgry. Za każdym razem jakby otwierała się nowa cywilizacja, Czarnogóra – wszystko krzywe, połamane, zardzewiałe, i niekończące się kamienie; południowa Serbia – też biedna, ale ktoś próbuje coś tam naprawić, pomalować, ustawić prosto; północna Serbia – już prawie Europa;, i dopiero Węgry – widok mijanych wsi, miasteczek, magazynów świadczy o tym, że jesteśmy w Europie.

Czy o tym decyduje tylko przynależność do Unii Europejskiej i mniej górzysta powierzchnia? Nad tym samym zastanawiałem się w Gruzji, w Grecji i w Turcji, dlaczego jedne państwa nawet w biedniejszych regionach nie mają tak widocznej beznadziei, a inne są w rozpaczliwej sytuacji. Mafia? Mafioso Żabliaka, Il Padrino, zaprosił nas do domu, dał kieliszek rakii i powiedział, że kocha Polaków. Bosko. Państwo mogłoby również zarabiać na opodatkowaniu produkcji alkoholi, w każdym miejscu są budy sprzedające wino i alkohol w plastikowych butelkach. Oczywiście bez żadnych banderoli, takie są tylko w dużych sklepach.

A jednocześnie największe cywilizacje świata powstały w takich bidagórzystych krajach, w Grecji, Turcji, Iranie, Japonii, Gruzji, Armenii. Mieli więcej czasu na medytacje?


Dla Stokrotki

2016-09-06-11-44-06

Napisane przez: torlin | 12/09/2016

Durmitor i wspaniałe wakacje

2016-09-05-12-47-24

A więc wróciłem. Chory, ale szczęśliwy. Wszystko było jak w najlepszym porządku, że gdyby jeden nieudany element – to wakacje byłyby perfekcyjne. Ale mimo wszystko warte były tych pieniędzy i nie żałuję, że pojechałem.

  1. Sama organizacja wyprawy – idealna. Wszystko było zapięte na ostatni guzik, ustawiane co do 5 minut, z jednoczesnym zrozumieniem potrzeb poszczególnych członków wyprawy. Mieszkaliśmy w hotelu w małej miejscowości obok Żabliaka i dowożeni byliśmy do punktów wyjścia głównie naszym autokarem, tylko przy jednej wyprawie rozpoczynającej się z przełęczy – busami. Do Durmitoru jechaliśmy prawie 24 godziny przez Słowację, Węgry i Serbię, w drodze powrotnej tak samo, tylko w odwrotnej kolejności. Hotel nie zasługiwał wprawdzie na trzy gwiazdki, ale nie było bardzo na co narzekać, bo prośby i skargi realizowane były na bieżąco. Jedzenie, czyli śniadania i obiadokolacje, były w formie szwedzkiego stołu, smaczne i urozmaicone, pokoje 2- i trzyosobowe.
  2. Przewodnicy – Szymon Ciapała i Andrzej Śliwiński – młodzi, sympatyczni ludzie, z jednej strony trzymający całą grupę żelazną ręką, jednocześnie umiejący odpuścić tam, gdzie dyscyplina była nie najważniejsza. A mieli kim rządzić, bo grupa liczyła 40 osób. Głównie młodzież, tak mniej więcej do trzydziestki, 2-3 osoby w okolicach 40. i 5 geriatryków powyżej pięćdziesiątki. Pierwszego dnia Szymon nadał takie tempo, żeby każdy się zorientował, do której grupy się nadaje, że wytrzymałem w czołówce do połowy, a później odpuściłem, bo nie będę kopał się z koniem. Młodzież mniej więcej w połowie jej ilości była znakomicie przygotowana fizycznie do wyprawy, trenująca najrozmaitsze sporty, biegająca, sporty walki, siłownie, bardzo, ale to bardzo szybka i wytrzymała w górach. Starsi z kolei to zdobywcy najrozmaitszych szczytów, z Nową Gwineą i Aconcaguą włącznie. Śmiałem się do Andrzeja, że reklama Sport Events „Trekkingi dla każdego” jest to oszustwo w każdym słowie, ani to nie jest „trekking”, tylko wyprawa górska, ani „dla każdego”, bo 90% ludzi nie zaistnieje na takiej wyprawie.
  3. Można oczywiście zarzucić, że przewodnicy i najsilniejsi uczestnicy forsując tak niebywałe tempo nie zwracają uwagi na przyrodę, widoki, tylko zaliczają kolejne metry wysokości i kilometry odległości. Ale właśnie dlatego organizowana była druga grupa, złożona mniej więcej od 9 do 14 osób, która szła troszeczkę inną trasą, wolniej i z częstszymi odpoczynkami. Tak szczerze mówiąc nie pasowałem ani do jednej grupy, ani do drugiej. Dla pierwszej byłem za wolny, a dla drugiej za szybki.
  4. Grupa była wspaniała, zintegrowana, zaprzyjaźniona wakacyjnie ze sobą. A zaczęło się oczywiście od Torlina, w całej grupie najstarszego, który ze świeżo poznaną w autokarze młodą dziewczyną postanowił napić się z nią piwa w ogródku restauracji z tyłu hotelu. Zaraz potem dosiadły się do nas dwie siostry, Monika i Karolina, później trzech chłopaków, i od następnego dnia 20-30 osób balowało do 2-3 w nocy. Miałem wyczerpujące wakacje.
  5. Ponieważ w całej naszej wyprawie ważną rolę odgrywał punkt szósty, poniższy, kierownictwo wyprawy postanowiło zawieźć nas do Kotoru, za co byliśmy im bardzo wdzięczni, bo to jest bajeczne miasto.
  6. I punkt szósty, jedyny negatywny. Z wyjątkiem pierwszego dnia, i drugiego do 12 – lało non-stop. Całymi dniami chodziliśmy po górach smagani deszczem i wiatrami, było 12-15 stopni, zmęczeni, przemarznięci, zmoczeni. Jak wracaliśmy do Polski, to śmialiśmy się, że jedziemy do ciepłych krajów i ja sam osobiście usiądę pod palmą w Warszawie. Stąd moje zaziębienie, katar i kaszel, ale urlop mam do piątku, więc mam nadzieję na wyzdrowienie. Ale najważniejsze – wypocząłem tak, że zapomniałem o wszystkim, oderwałem się maksymalnie od spraw polskich i psychicznie odnowiłem się całkowicie. Ruch + psychiczny odpoczynek – cóż można żądać więcej.
Napisane przez: torlin | 02/09/2016

Durmitor i Montenegro czekają

Durmitor

Durmitor czeka, o 8.00 wchodzę do PolskiegoBusa – kierunek Kraków, skąd o 18 autokar do Czarnogóry i trekking po Durmitorze. Odpoczynek od pracy i kompa. Spotykamy się 11 późnym wieczorem.

Napisane przez: torlin | 30/08/2016

Robin Hood z Barnsdale

????????????????????????????

Wpadła mi w rękę (na ekran) krótka rozprawka rozprawiająca się (sic!) ze wstecznym poglądem, jakoby Robin Hood ukrywał się w Lesie Sherwoodskim. Otóż to jest nieprawda. jak popatrzymy na mapę, to lasy Barnsdale były odległe o 40 mil od Sherwoodu. Las Barnsdale na północy opierał się o rzekę Went i tam na przeprawie po raz pierwszy nie tylko Mały John spotkał Robin Hooda, ale jest to najstarszy zapis dotyczący tego rozbójnika. Brzmi on:  „‚Y mete hem bot at Went breg,’ s(e)yde Lytyll John” (‚I met him but at Wentbridge’, said Little John) ( „Poznałem go, ale w Wentbridge , powiedział Mały John).  W średniowieczu wioska Wentbridge nosiła nazwę Barnsdale, jako główna osada lasu.

Wentbridge-River-Went--27th-June-2009-l

Przyznać trzeba uczciwie, że rzeka Went nie należy do pokroju Wołgi, Dunaju czy Renu, ale…

niebieska plakietka

… na dzisiejszym moście władze samorządowe umieściły powyższą błękitną plakietkę.

John Leland, żyjący w Anglii w pierwszej połowie XVI wieku zamieszcza w swoich annałach archeologiczno-etnograficznych  – „… the woodi and famose forest of Barnsdale, where they say Robyn Hudde lived like an outlaw.” Robin Hood i Guy Gisborne” jest to ballada z XVII wieku, jednak jej brzmienie jest bardzo podobne do innej z 1475 roku. Cała akcja dzieje się w lesie Barnsdale, a sam Robin mówi przedstawicielowi króla: „I am Robin Hood of Barnsdale”.

Wentbridge_Viaduct_-_geograph.org.uk_-_718101

I kolejny mit powalony na kolana. A głównym traktem, na którym Robin zatrzymywał bogatych podróżnych prawie współcześni poprowadzili autostradę A1 (teraz ona idzie inną trasą, na zdjęciu most na rzece Went).

Napisane przez: torlin | 27/08/2016

Superprodukcja 2016

Powstanie Warszawskie

Czytam sobie taki esej (eseik) pod nazwą „Jak „Krzyżacy” podbili serca całej Polski” i zacząłem się zastanawiać, czy dzisiaj, w 2016 r., możliwa jest dobra, polska superprodukcja. Jak pamiętacie, kiedyś zastanawialiśmy się w moim blogu TU, jakie tematy byłyby najlepsze na wielki film o polskiej historii, teraz zacząłem się zastanawiać, czy jest w ogóle reżyser w Polsce, który umiałby zrobić taki film.

Z żyjących Andrzej Wajda skończył 90 lat (inna rzecz, że zapomniałem o tej rocznicy w marcu, i nie dałem notki, a bardzo chciałbym go uhonorować), ale tak po prawdzie Pan Andrzej stracił talent w połowie lat 80. ubiegłego wieku (a tak naprawdę w 1977), Jerzy Hoffman ma lat 84, i ten też talent ma daleko za sobą od lat 80 (chociaż wbrew krytykom „Ogniem i mieczem” uwielbiam – mam do tego prawo). Kawalerowicz od chyba najlepszej polskiej superprodukcji: „Faraon” nie żyje od 9 lat, Has od dawna, Passendorfer od 13.

Młodzi polscy umieją zrobić kameralne filmy, poetyckie, tymczasem superprodukcja wymaga panowania nad dziesiątkami statystów,  wielkimi plenerami. Wiem, że dzisiaj armię można rozdmuchać do niewiarygodnych rozmiarów przy pomocy komputerów, ale powiedzmy sobie szczerze, postęp techniczny nie pozwala na wierne rozmnożenia wojska, aby widz nie dostrzegł sztuczności.

Trzeba będzie poprosić o pomoc zagranicę. Jamesa Camerona? Ceniony przeze mnie portal histmag pisze na ten temat: „I choć filmom tym daleko do „Popiołu i diamentu” czy filmów Kieślowskiego, stanowią one bardzo ciekawe i kolorowe zjawisko polskiej kinematografii doby PRL. O ich wyjątkowości nie świadczy bowiem wartość artystyczna, ale ogromna popularność i wciąż silna obecność w świadomości Polaków”. Ja bardzo przepraszam, ale to jest wielkie nieporozumienie, nie można porównywać „Jasminum” z „Bitwą Warszawską, tak jak nie można zarzucać, że piosenka kabaretowa śpiewana na deskach nadmorskiego deptaka nie jest jazzem. To inna kategoria.

Potrafiłby ktoś w Polsce nakręcić taki film? I żeby nie był cały wyprodukowany w technice komputerowej.


Aneks – odpowiedź dla Wachmistrza

Popioły Wajdy

Moja „dysertacja” na temat Wajdy ma oczywiście niesłychanie osobiste podłoże, wiadomo, że jednemu podoba się to, a nie podoba tamto.

Zrobiłem kiedyś Wachmistrzu próbę skatalogowania 100 najlepszych polskich filmów, i na tej liście znalazło się aż jedenaście Wajdy, z tego dziesięć sprzed 1977 roku, a trzy zostały odnotowane w pierwszej czwórce. Najlepszym polskim filmem wszechczasów (jestem konsekwentny) jest dla mnie „Ziemia Obiecana”, na drugim „Rękopis znaleziony w Saragossie”, na trzecim „Wesele”, a na czwartym „Wszystko na sprzedaż”. W pierwszej setce znalazły się jeszcze „Niewinni czarodzieje”, „Popioły”, „Człowiek z marmuru”, „Kanał”, „Krajobraz po bitwie”, „Brzezina” i – będziesz pewnie zaskoczony – „Piłat i inni”. Jeden jedyny film późniejszy z mojej listy to jest „Danton” (1982).

Późniejszych filmów Wajdy generalnie nie trawię. Nie dałem rady obejrzeć ani „Wałęsy”, ani „Katynia”, ani „Panny Nikt”, ani „Zemsty”, ani „Pierścionka z orłem w koronie”, ani „Korczaka”, ani „Kroniki wypadków miłosnych”, ani „Dyrygenta”. To nie jest dla mnie wielkie kino.

Nie wymieniłem trzech filmów, które wprawdzie nie znalazły się na mojej liście, ale ich wielkość artystyczną muszę docenić, a nie przepadam za nimi z różnych powodów, które postanowiłem tutaj przedstawić:

  1. „Panny z Wilka” – specyficzny film, bardziej pasujący do dorobku Zanussiego, wielkie kino, ale nie moje klimaty. Bardzo przypomina mi film „Życie rodzinne” i co ciekawe, obydwu mężczyzn w tych filmach gra Olbrychski.
  2. „Człowiek z żelaza” – film jak dla mnie za bardzo publicystyczny, „na czasie”, ale mający wspaniałe momenty. Duże kino, ale nie wielkie.
  3. „Pan Tadeusz” – tutaj rozumiem będzie pomiędzy nami największa walka. Ten film uważałem za arcydzieło do połowy filmu, i tyle go teraz oglądam. Pierwsze sceny przyjazdu Tadeusza, Telimena, uczta, Olbrychski, Kondrat – absolutne cudo. Tragedia rozpoczyna się od kwestii Dobrzyńskich, cała reszta to nieprawdopodobna porażka. Gwoździem do trumny drugiej połowy jest przemarsz wojsk napoleońskich, już Ci kiedyś pisałem, że tę scenę powinien dać Hoffmanowi, on to umie robić. Jedynym miłym akcentem w II połowie są zaślubiny Zosi i Tadeusza.
Napisane przez: torlin | 24/08/2016

Nowy Hyde Park

Zachód słońca w Indiach

Zachód słońca w Indiach

Skyscanner zrobił nową funkcję w swojej wyszukiwarce, jeżeli to okaże się prawdą, dla mnie to będzie prawdziwa rewolucja. W pole „Dokąd” wpisuje się „wszędzie”, a w dni „cały miesiąc” albo „cały rok”, i wyszukiwarka pokazuje ci najtańsze połączenia międzykontynentalne. Dla takich ludzi jak ja to jest cudowne rozwiązanie, ponieważ zawsze miałem problem z wybraniem czegoś interesującego, trzeba było koniecznie podać miejsce przylotu i konkretne daty z dokładnością do trzech dni.


Legia awansowała do Ligi Mistrzów, ale do szału doprowadzają mnie wypowiedzi zawodników, że najważniejsze, że awansowaliśmy, i nikt po latach nie będzie pamiętał, w jakim stylu. Otóż będzie pamiętał. Cholery zarabiają takie pieniądze, i wstydu nie mają pokazując tak tragiczną piłkę nożną. Ja bym się spalił ze wstydu, a nie cieszył.


Zaczynam się bać o Warszawę, PiS wyraźnie wzmógł ofensywę w tym kierunku, aby przejąć stolicę. I znowu staję przed takim samym problemem, jak było w przypadku PO. I co z tego, że to wszystko się mówiło przez lata, sam pisałem w swoim blogu na ten temat. Teraz pozostaje mi albo przyznać prawdę PiSowi, albo poprzeć HG-W. Wybór między dżumą a cholerą.


To samo co z Legią jest z olimpijczykami. „Jesteśmy lepsi niż przedtem”. Tymczasem dla mnie olimpiada w Rio była tragiczna dla Polaków. Węgrzy mają 8 złotych medali.


Nadchodzą upały. Rychło w czas.


Jeziorki na mapie Ursynowa

Urząd dzielnicy Ursynów nareszcie zajął się najbardziej zaniedbanym obszarem urbanistycznym (jak to pięknie nazywa MSI, tymczasem są to osiedla w ramach dzielnic warszawskich) czyli Jeziorkami (z punktu widzenia formalnego istnieją Jeziorki Północne i Południowe). Olbrzymi obszar, obejmujący prawie połowę terenu Zielonego Ursynowa, żył jak w średniowieczu. Bez drogi jezdnej, kanalizacji, autobusu. Na terenie Jeziorek Południowych wprowadzili nowy autobus, mają zrobić porządek z dwoma „dworcami” Warszawa-Jeziorki i Warszawa-Dawidy i z całą trasą radomską, tak że powstał niedaleko mojego domu nowy przystanek autobusowy. Sam autobus chodzi wprawdzie raz na godzinę, ale zawsze.


Nie mogę doczekać się urlopu.

Older Posts »

Kategorie