Napisane przez: torlin | 19/11/2009

Korpus a sprawa polska

Dzisiejsza notka jest elementem składowym, a jednocześnie dalszą częścią, mojego wpisu na temat sprawy Polski w Rosji w marcu 1917 roku. Tak jak napisałem w notce „24 marca – powstaje w Piotrogrodzie pierwszy Związek Wojskowych Polaków” i od tego momentu do maja 1918 roku mamy w postępowaniu Polaków przekrój polskości, naszych narodowych zalet i przywar, wzniosłości i podłości, wspaniałej organizacji i niemożności się porozumienia, działania grupowego i secesji bez sensu.

Bardzo trudno jest określić ilość Polaków w wojsku carskim, bo czasami ciężko jest jednoznacznie stwierdzić (pokazywałem to na przykładzie „prawdziwych Polaków”), kto jest Polakiem, a kto Rosjaninem. Bagiński określał tę liczbę na 700.000, w tym 119 generałów i ok. 20 tys. oficerów, oprócz tego w obozach jenieckich było ok. 100.000 Polaków z armii austriackiej i niemieckiej.

I już od samego początku zaczęły się pierwsze spory. Czy w ogóle organizować polskie wojsko? Z kim ma ono walczyć? Z Niemcami? Z Rosją? Kto je będzie utrzymywał? Dozbrajał? Lewica była przeciwna, Stronnictwo Demokratyczne w zasadzie też, Komitet Narodowy się wahał. Na wieść o tym, że kierownictwo większości polskich ugrupowań politycznych jest przeciwna tworzeniu polskich oddziałów, wojskowi Polacy zaczęli samorzutnie organizować zjazdy, pierwszy odbył się z Rzeżycy w dniach 10 – 16 kwietnia 1917 roku V Armii Frontu Północnego, drugi w Mińsku w dn. 27.04. – 4.05 załogi tego miasta należącego do Frontu Zachodniego. I Ogólny Zjazd Wojskowych Polaków w Piotrogrodzie rozpoczął się 7 czerwca 1917 roku, z obszarów całej Rosji Związki Wojskowych Polaków, Dywizja Strzelców Polski i Pułk Ułanów wysłały na Zjazd 384 delegatów i 67 przedstawicieli z głosem doradczym. Na Zjeździe byli przedstawiciele wszystkich sojuszniczych armii. Na tym to właśnie Zjeździe nastąpiła secesja, część posłów związanych z lewicą demonstracyjnie opuściła obrady. Ale centrum nie wiedziało, co począć. Z jednej strony instrukcje otrzymane od Piłsudskiego mówiły o współpracy z Niemcami, z drugiej zaś bardzo silne było nastawienie antyniemieckie. A wszystko przez zły przepływ informacji, jak to pisze Melchior Wańkowicz do „Kultury Paryskiej”: „Inżynier Skąpski (działacz POW dop. wł.) widział się w Sztokholmie z przedstawicielami z kraju i został nastawiony „aktywistycznie” tzn. proniemiecko. Te anachronistyczne instrukcje, jakie przywiózł do Rosji, były zupełnie nie do przełknięcia w chwili, gdy upadek Niemiec rysował się tak wyraźnie”. Dowbór – Muśnicki to w tych latach nie był chyba piłsudczykiem: „Twierdzę stanowczo, że ogromna większość delegatów na ten Zjazd o Piłsudskim, albo nic, albo bardzo mało słyszała, bo i skądże?”.

Na Zjeździe powstaje Naczelny Polski Komitet Wojskowy (Naczpol), któremu mimo bałaganu kompetencyjnego udało się stworzyć Korpus Polski pod dowództwem ww. Dowbora (a wszystko to zawdzięczamy Korniłowowi). Aby być bliżej żołnierzy dowództwo I Korpusu i Naczpol przeniosły się do Mińska, gdzie specjalna komisja przeprowadzała mobilizację do I Korpusu na obszarach operacyjnych Frontów Północnego, Zachodniego i Południowo – Zachodniego. I jak to zwykle bywa, zwykła mała iskierka (skra bym wręcz rzekł) spowodowała konflikt wręcz międzynarodowy.

Zwykła kłótnia pomiędzy polskimi i rosyjskimi żołnierzami w gospodzie „Ignatycze” w Mińsku spowodowała, że armia rosyjska 4 grudnia 1917 roku zajmuje to miasto i usuwa z niego wszystkie oddziały polskie. Polacy biorą odwet w dn. 19 lutego 1918 na wieść, że 13 lutego wojska niemieckie przystąpiły do ofensywy. Na tajnym zebraniu u szewca Dobraszczyca zapadła decyzja o ataku na Mińsk – tak typowo po polsku, z 343 ludźmi i 27 karabinami przeciwko 13 tysiącom Rosjan. A jak to się skończyło? Polacy Mińsk zajęli, Dowbor chciał mieć kartę przetargową w rozmowach z Niemcami, dlatego Polacy nie sprzeciwiali się wejściu Niemców do Mińska.

W maju 1918 roku wojska niemieckie podeszły blisko terenów zajętych przez I Korpus Polski i generał Dowbór – Muśnicki miał trzy wyjścia: odpowiedzieć pozytywnie na łagodną propozycję kapitulacji wystosowaną przez dowództwo  Ober – Ostu, podjąć walkę z Niemcami albo wycofać się za Dniepr. Generał postanowił podpisać kapitulację, ale na to nie chciała się zgodzić POW w osobach kpt. Lisa – Kuli i Matuszewskiego, na spotkaniu z Generałem poinformowała go o swoim istnieniu i zażądała zmiany decyzji. Dowbór przyrzekł, że broni nie złoży, a w razie czego przejdzie za Dniepr. Cały obóz niepodległościowy parł na walkę z Niemcami, zdawał sobie sprawę, że Korpus skazany jest na zagładę. Aby wspomóc Lisa – Kulę, tuż przed upływem kategorycznego ultimatum niemieckiego, przyjechał do Bobrujska szef POW na całą Rosję płk Barthel de Weydenthal, a po odmowie generała skierowania Korpusu do walki z Niemcami razem z kpt. Lisem – Kulą i Matuszewskim aresztował go. Słynna w tamtych czasach „noc majowa” w Bobrujsku trwała rzeczywiście tylko jedną noc, nazajutrz rano po odmowie udziału walce z Niemcami większości oddziałów przywódcy buntu oddali się do jego dyspozycji. Generał najpierw chciał ich aresztować, ale później, za pośrednictwem swego adiutanta por. Szebeki, poprosił ich, aby opuścili Bobrujsk i nie utrudniali mu sytuacji.

Teraz po latach łatwo jest mówić, co należało w tamtych czasach robić. Ale czy ja tam będąc wiedziałbym, co czynić? Z kim walczyć? Kogo uważać za sojusznika? Taki Korniłow – jest dobry czy zły? Co zrobiłbyś na miejscu Dowbora? Czy Barthel miał prawo to uczynić? Czy w Polskim Wojsku powinny działać nieformalne organizacje wojskowe? To są pytania – moim zdaniem – na które nie ma prawidłowej odpowiedzi.

Napisane przez: torlin | 16/11/2009

Atak palaczy na budżet

electronic cigarette

Jak już wszyscy wiedzą miałem gości urodzinowych, i ku mojemu zdziwieniu jedna z pań wyciągnęła takie coś, niby go zapaliła, coś wyrzuciła z ust w formie mgiełki – bez żadnego zapachu, z charakterystycznym ogienkiem na końcu czarnego papierosa. To był e-papieros (ale ja, jako zwolennik polskich przedrostków, będę nazywał ten przyrząd „elektronicznym papierosem” – robią to również Anglicy, tekst w angielskiej Wiki nosi nazwę „electronic cigarette”). I natychmiast naszły mnie refleksje ogólniejszej natury. Jak to jest z tym papierosem?

Zgodnie ze wszystkimi stronami, do których zajrzałem (najważniejsza), nie ma żadnych dowodów na to, aby elektroniczny papieros był szkodliwy. Jego podstawowym elementem jest glikol propylenowy  nie figurujący w ogóle w wykazie substancji niebezpiecznych, jego podstawową wadą jest, że uzależnia. I to jest moje pierwsze pytanie, czy jeżeli elektroniczny papieros uzależnia, a jednocześnie jest nieszkodliwy dla zdrowia, czy należy go zabraniać?

Moje drugie pytanie, dlaczego elektroniczny papieros jest zabroniony w wielu krajach świata? W Wiki jest cały spis krajów, od Australii poprzez Finlandię i Brazylię, aż po Kanadę, gdzie takie papierosy są zakazane. Dla mnie to jest schizofreniczne, papierosy normalne są dopuszczone do obrotu i nie są nielegalne, a elektroniczny papieros można palić tylko z przemytu i ukradkiem. Ja głęboko wierzę w to, że rządy i parlamenty zabraniają głównie z powodów budżetowych, bo to, co się dzieje we współczesnej technice spowoduje, że niedługo wysadzimy powietrze wszystkie budżety poszczególnych krajów. W Polsce w dochodach podatkowych budżetu państwa akcyza ma bardzo duży udział, wynosi ok. 50 mld zł, co stanowi 21 – 23 %.

To się tak mówi, ale elektroniczny papieros likwiduje jakiekolwiek wpływy do budżetu z racji akcyzy na papierosy. Wiele firm pracuje intensywnie nad nowymi możliwościami zastąpienia benzyny, załóżmy, że to będzie upragniony wodór, to co? Opodatkujemy ten lotny pierwiastek? A jak nam wymyślą, że można łyknąć pigułkę i się upić, to co? Opodatkujemy tę pigułkę? Czarno to widzę.

Ja wiem, że to brzmi humorystycznie, ale nie zmienia to faktu, że może to mieć katastrofalne konsekwencje dla budżetu, bo aby utrzymać status ludzi gorzej zarabiających i utrzymać wszystkie funkcje państwa, należałoby podnieść podatek VAT, albo PIT/CIF. A to może być ciężkie do przełknięcia. Ja zdaję sobie sprawę, że nie jest to prosta decyzja, tylko tak się zastanawiam, czy zabranianie jest najlepszym rozwiązaniem, i czy nie jest to chowanie głowy w piasek. Jak struś (który nawiasem mówiąc nigdy tego nie robi :D ).

A co z zakazem palenia w lokalach? Ten papieros można spokojnie palić w każdym pomieszczeniu.

Napisane przez: torlin | 13/11/2009

Muzyka odśrodkowa

Euterpe

François Voucher „Euterpe” (Chciałem zaprotestować, że nie ma osobnej muzy muzyki, ułatwiłoby to mi wybór :D ) (TU można ten obraz obejrzeć dokładniej).

PAKu Drogi, słowami Wachmistrza „…począłżem już rankiem responsu pisać na Twój wpis, aliści rozrastać mi się począł nad miary kommentarza, tedym póki co poniechał i notą własną odpowiadam”.

Segregacja muzyki postępuje w szaleńczym tempie, nowopowstałe rozgłośnie z góry zakładają, jaką muzykę będą grać i z góry zakładają typ słuchacza jej programów. Niewątpliwie jest to związane z projektowaniem akcji reklamowych, reklamodawcy nie lubią dawać pieniędzy w ciemno, chcą znać grupy docelowe.

To, co już dawno temu na ten temat pisałem, że ja (i podobni do mnie) nie jesteśmy atrakcyjną grupą docelową. Inteligencja nie ma za dużo pieniędzy, nie wydaje ich na głupstwa, a przede wszystkim podchodzi do reklamy jak pies do jeża. Dlatego tak jasnym światłem (i to nie odbitym) świeci Trójka, ciesząca się niesłabnącym powodzeniem od początków lat 70. Rozgłaszane mity, jakoby była ona popularna w latach 60. trzeba zapisać na karb pamięci i pragnień (słuchano wtedy właściwie wyłącznie Radio Luxemburg i Rozgłośnię Harcerską). Ona jedna nadaje zróżnicowaną muzykę, można posłuchać i beatu, i jazzu, i muzyki poważnej, ale jest i rap, techno czy disco. Pozostałe, albo cięgiem nadają muzykę poważną, albo – znienawidzoną już przeze mnie – muzykę środka. Specjalizują się w niej dwa kolosy: Radio Zet i RMF FM, nadające na okrągło te same utwory, słodkie i melodyjne aż do przesady.

Ale czy tak nie było przez cały okres historii? Czy zawsze muzyka była zróżnicowana we wszystkich grupach społecznych? Mnie się wydaje, że chyba najbliżej tego ideału były chyba lata 40. ze swą muzyką taneczną, w takt której bawiono się i na wielkich rautach i na deskach podmiejskiej gospody. Teraz drogi poszczególnych warstw społecznych i wiekowych rozchodzą się. Takim pięknym przykładem jest rap, ja żyję i pracuję wśród młodzieży, mamy wiele wspólnych zainteresowań, ale dwóch rzeczy nie mogę pojąć – miłości do rapu i gier „strzelankowych”. Muzyka ta działa mi w niepojęty sposób na nerwy, nie mogę jej po prostu znieść, budzi we mnie furię i nie mogę zrozumieć, jak czegoś takiego można godzinami słuchać. Mogąc wybierać, to ja już wolę Disco Polo.

Napisane przez: torlin | 10/11/2009

Katedra na Antarktydzie

Shackleton_s-hut_-Cape-Royd

Pozycja 15 na liście – chata sir Ernesta Shackletona w Cape Royds na Wyspie Rossa, zbudowana w lutym 1908 roku, odrestaurowana w styczniu 1961 r. przez Nową Zelandię.

Jestem wielkim wielbicielem ochrony przyrody, materii żywej i nieożywionej.

Jestem wielkim wielbicielem ochrony miejsc pamięci, obiektów historycznych i zachowania w pamięci wielkich ludzkich czynów.

Jestem wielkim wielbicielem uregulowania wszelkich spraw w układach międzynarodowych.

Ale jest pewna sprawa, która nie daje mi spokoju. Jak wszyscy wiedzą Antarktydą (a dokładniej mówiąc Antarktyką – zgodnie z definicją zawartą w Traktacie Antarktycznym za granicę Antarktyki przyjęto równoleżnik 60 stopni szerokości geograficznej południowej, a więc razem z morzami, wyspami i lądolodami) rządzi Traktat Antarktyczny, rozszerzony w 1991 o Protokół o Ochronie Środowiska Naturalnego, zwany Protokołem Madryckim (Protocol on Environmental Protection to the Antarctic Treaty). Jest to jeden z najważniejszych dokumentów dotyczących ochrony Antarktydy, nie wszyscy wiedzą, ż obejmuje m.in. takie punkty jak artykuł 4 o zakazie wprowadzenia gatunków niemiejscowych, pasożytów i chorób, to znaczy, że żadne gatunki zwierząt lub roślin spoza obszaru Układu w sprawie Antarktyki nie będą wprowadzone na ląd lub szelf lodowy albo też do wód obszaru Układu w sprawie Antarktyki, zakaz dotyczy również psów i drobiu. Protokół ten (wprawdzie w sposób tymczasowy) rozwiązał też sprawę wydobycia kopalin, zakaz jest ustanowiony na 40 lat.

A teraz Was bardzo przepraszam, ale muszę zacytować żywcem dokument, bo to jest ważne dla moich następnych wywodów:

Załącznik V do Protokołu o ochronie środowiska do Układu w sprawie Antarktyki pt.

„Ochrona i zarządzanie obszarem” w Artykule 3 mówi:

Szczególnie Chronione Obszary Antarktyki

1. Jakikolwiek obszar, w tym obszar morski, może zostać wyznaczony jako Szczególnie Chroniony Obszar Antarktyki w celu ochrony specyficznych walorów środowiskowych, naukowych, historycznych, estetycznych lub pierwotnych, wszelkiego połączenia wyżej wymienionych walorów bądź prowadzonych lub planowanych badań naukowych.

2. Strony będą dążyć do wyodrębnienia w ramach systematycznych badań środowiskowo-geograficznych oraz włączenia do grupy Szczególnie Chronionych Obszarów Antarktyki:

(a) obszarów wolnych od jakiejkolwiek ingerencji człowieka, co umożliwi w przyszłości porównanie z miejscami dotkniętymi ludzką działalnością;

(b) typowych przykładów większych lądowych, w tym lodowych i wodnych, ekosystemów oraz ekosystemów morskich;

(c) obszarów obejmujących istotne i niespotykane zbiorowiska gatunków, w tym większe kolonie rozmnażających się rodzimych ptaków i ssaków;

(d) miejsc typowych dla przebywania jakichkolwiek gatunków lub jedynie znanych ich siedlisk;

(e) obszarów będących obiektem szczególnego zainteresowania z punktu widzenia prowadzonych i planowanych badań naukowych;

(f) przejawów szczególnych form geologicznych, glacjologicznych i geomorfologicznych;

(g) obszarów posiadających szczególne wartości estetyczne i pierwotne;

(h) miejsc lub pomników o uznanej wartości historycznej.

I wreszcie jesteśmy w temacie notki – miejsca i pomniki o uznanej wartości historycznej. Na Antarktydzie. Przecierałem oczy ze zdumienia, bo Katedry Notre-Dame z Reims na tym kontynencie się nie spodziewałem. Mało tego, tej tematyce jest poświęcony w całości jeden artykuł, który postanowiłem przytoczyć in extenso (do pewnego stopnia):

Artykuł 8

Miejsca i Pomniki Historyczne

1. Miejsca lub pomniki o uznanej wartości historycznej, które zostały wyznaczone jako Szczególnie Chronione Obszary Antarktyki lub Szczególnie Zarządzane Obszary Antarktyki lub które znajdują się na terenie takich obszarów, powinny zostać zaliczone do Miejsc i Pomników Historycznych.

2. Każda Strona może zaproponować zaliczenie do Historycznych Miejsc i Pomników jakiegokolwiek miejsca lub pomnika o uznanym walorze historycznym, który nie został wyznaczony jako Szczególnie Chroniony Obszar Antarktyki lub Szczególnie Zarządzany Obszar (…),

3. Istniejące Historyczne Miejsca i Pomniki, zaliczone do takich przez dotychczasowe Spotkania Konsultatywne Układu w sprawie Antarktyki, zostaną umieszczone w wykazie Historycznych Miejsc i Pomników, zgodnie z niniejszym artykułem.

4. Umieszczone w wykazie Historyczne Miejsca i Pomniki nie mogą zostać uszkodzone, usunięte ani zniszczone.

5. Wykaz Historycznych Miejsc i Pomników może zostać uzupełniony zgodnie z ustępem 2. Depozytariusz prowadzi wykaz aktualnych Historycznych Miejsc i Pomników.

Pełen szok, ale jeszcze większy przeżyłem, kiedy zobaczyłem, że Polacy biorą w tym udział z pełnym zaangażowaniem. LISTA jest niestety po angielsku, może nasi Angliści pomogliby nam w zrozumieniu niektórych punktów, a szczególnie nr 45, 49, 50 i 51.  W każdym razie chronimy każdy ślad stopy Polaka odciśnięty na białym całunie antarktycznym.

Ciekawostką są również chaty, ponieważ np. Scott wybudował ich kilka, to zgodnie z logiką wszystkie powinny być poddane ochronie. A co zrobić z tranem, który dotychczas będąc zamrożony pod wpływem ocieplenia zaczyna śmierdzieć?

Poczytajcie sobie TAM, tylko znowu po angielsku, ale można sobie na tej stronie pooglądać antarktyczne zabytki. Nooooooo, Katedra Notre-Dame w Reims to to nie jest.

Napisane przez: torlin | 07/11/2009

Czy Kamień ma wrócić?

Kamień z Rosetty

Wiecie świetnie, że jestem wielbicielem CSI. W ostatnim oglądanym przez mnie odcinku Nowego Jorku Nasza Greczynka odnajduje w medalionie przemycaną złotą monetę z czasów Filipa II (przypominam – twórca potęgi Macedonii) i mówi słowa, które mną – no, może nie wstrząsnęły – ale mnie oburzyły i zastanowiły: „Jej miejsce jest w Muzeum Archeologicznym w Atenach”. Pierwsze co mi przyszło na myśl, że przecież Filip II nie był Grekiem, więc jeżeli już, to Macedonia powinna się upomnieć (co też nie jest prawdą, bo Macedonia Filipa to przede wszystkim Macedonia Grecka). Ale to jedno zdanie wywołało u mnie skojarzenia o wiele głębszej natury.

Czy rzeczywiście skarby archeologiczne i architektoniczne koniecznie muszą się znaleźć w miejscach, skąd pochodzą? Ja nie mówię o kradzieży Rubensów czy Rembrandtów (o sztuce malarskiej czy rzeźbiarskiej), ale o wywożonych skarbach właśnie przede wszystkim archeologicznych. Czy dla ogółu ludzkości, dla turystów, dla ludzi interesujących się tematem lepiej jest, gdy wszystkie skarby są na miejscu swojego odkrycia? Melina Kanakaredes grająca rolę Stelli Bonasery dała właśnie wspaniały przykład. Muzeum Archeologiczne w Atenach.

Muzeum Archeologiczne w Atenach. Budzi przerażenie turystów swoim ogromem, raduje ilością skarbów o absolutnie nieweryfikowalnej wartości, jest tego tak dużo, że właściwie nie można się na niczym skoncentrować. Ja nie jestem za nielegalnym wywożeniem zdobyczy archeologicznych, ale po co ta mała moneta w zbiorach numizmatycznych w Muzeum? Pewnie ma ich kilka. A nawet, jak jej nie ma, to wobec takiego nagromadzenia skarbów i tak zniknie w tłumie.

Mnóstwo państw żąda zwrotu zagrabionych dzieł, specjalizują się w tym państwa arabskie, takie jak Egipt, Liban, Syria. Te zabytki były rzeczywiście wywożone, ale czy lepiej, żeby one wróciły na miejsce? Kradzież miała miejsce 150 – 200 lat temu, czy to nie jest przesada? Mnie się wydaje, że o wiele mądrzejsze jest podzielenie się zbiorami z innymi muzeami, aby i inne narody (jak również turyści) mogli spotkać dawne skarby np. kultury cykladzkiej, minojskiej czy mykeńskiej nie tylko będąc w Atenach. Dałem u góry słynny Kamień z Rosetty, jeden z najsłynniejszych zabytków kultury europejskiej, dlatego europejskiej, bo odkryli go Europejczycy, oni również docenili jego znaczenie i odczytali hieroglify. Tymczasem Egipt żąda zwrócenia kamienia wywiezionego – ich zdaniem – nielegalnie z Egiptu. Mam jakieś dziwne wrażenie, że jest to po prostu chęć posiadania słynnego zabytku, ale rzeczywiście, czy fakt posiadania na swoim terytorium miejsca jego odkrycia jest wystarczającym powodem do żądania zwrotu dóbr kultury?

Napisane przez: torlin | 04/11/2009

Gdzie są blogi z tamtych lat?

Pierwszy zauważył to u siebie Wachmistrz, ja teraz. Pusto się robi wokół mnie, nie mam gdzie wchodzić. Pozostały niedobitki (jakże wspaniałe, ale jednak), większość jednak nic nie pisze. Komerski zamilkł całkowicie, Dru’ nie pisze, Napoleon coś tam bąknie raz na miesiąc, Hoko raz na 2 – 3 tygodnie, Defendo zamilkła, Geograf zlikwidował swój blog, Jacobsky się nie odzywa (obraził się?), Quake’a “Elektroniczny protokół” był z 6 października – i tak mógłbym wymieniać.

Zarozumiale sobie myślę, że może jest ktoś, komu zależałoby na pojedynczych moich wpisach i chciałby mnie zaprosić do swojego jako komentatora od czasu do czasu. Piszących blogi chcę zapewnić, że będę dalej uczestniczył w Waszych notkowych przedsięwzięciach.

A może trzeba zupełnie zmienić formułę. Może ja jestem po prostu nienowoczesny i oni wszyscy odeszli na jakiś wyższy poziom, o którym ja nie wiem.

———————

Dodatek (do Miłych Komentatorów)

Ja się głęboko zastanawiałem, w którym miejscu umieścić swoje wynurzenia: w komentarzu w swoim blogu, w blogu Edwara odpowiadającego mi u siebie czy też jako załącznik do podstawowego mojego wpisu. Wybrałem to ostatnie.

Tematem mojej notki było właściwie coś innego – zanik działalności ludzi, których tak bardzo lubiłem. Tęsknię za stanami Komerskiego, bardzo mądrymi notkami Dru’ czy opowieściach kanadyjskich Jacobsky’ego o Jego MOK. Ale jak to zwykle bywa, dyskusja w blogu zeszła na inny, ale nawet nie wiem, czy nie ważniejszy – tor.

Pod tym względem moja notka i komentarze są zgodne, gospodarz i blogowicze stanowią jakby rodzinę (może za dużo powiedziane – sorry :D ), ale w każdym razie grono bardzo dobrych znajomych. Ich wizyty są dobrowolne, nikt nikogo nie zmusza – ale powiem więcej – wymaga to jednak trochę czasu, skupienia, chęci i zainteresowania. I dlatego tęsknię za członkami tej grupy, z którymi się tak dobrze czułem. I poczułem to, o czym pisał Zeen, że niektórzy goście przyjęcia raptem wstali od stołu i bez słowa wyjaśnienia wyszli domu.

Ja też jestem w wielu blogach gościem jedynie czytającym, takim doskonałym przykładem są blogi Telemacha i Simon  Café, ja je czytam, są bardzo fajne, ale bardzo rzadko się wpisuję. Zupełnie czymś innym są blogi polityczne (Kuczyński, Szostkiewicz, Passent czy Paradowska), a jeszcze czymś innym blogi – ja je nazywam kawiarniane. My próbujemy chociaż dyskutować na temat wpisu, w tamtych temat jest absolutnie zbędny, już w pierwszym komentarzu jest podana ważna informacja, że dana osoba wstała, przeciągnęła się, robi śniadanie (i z detalami – co robi) i że zaraz pójdzie po zakupy (z detalami – co kupi). Dla osób postronnych jest to trochę nudnawe, ale dla uczestników – fascynujące.

Ja ze swej strony już pisałem, że moim marzeniem było założenie czasopisma kulturalnego. Zawsze wyobrażałem sobie, jakie to ja bym zamieścił w nim artykuły, miałem tyle przemyśleń. Ale przez 1.000 dni, jak prowadzę blog (najpierw w Interii, teraz w Łotrpressie), dając notkę co 3 dni, to się pewnie ukazało około 300 notek – ja mam wprawdzie mnóstwo jeszcze obrazów, które lubię, muzyki, której słucham, architektury, którą kocham oglądać; chociaż – jak mówi Wachmistrz – póki jedna osoba czyta (czy komentuje) – warto. Czy ja to robię dla siebie? Na pewno częściowo tak. Czy ja to robię dla poklasku? Chyba nie, chociaż przyznaję, że co pewien czas zaglądam do ilości oglądających,  z jakich blogów do mnie przybyli i po wpisaniu jakich słów mój blog najczęściej jest wyświetlany w Google.

Z drugiej strony jestem człowiekiem systematycznym, moja ciocia mówiła, że ludzie dzielą się na żyjących z otwartą i zamkniętą szufladą (co robisz z szufladą rano po wyjęciu z niej skarpetek?), ja nawet SMS piszę z polskimi końcówkami. Jeżeli się podjąłem jakiejś pracy (obojętne, czy to jest z obowiązku, czy z przyjemności) staram się ją wykonać jak najlepiej.

Ale mam czasami wątpliwości.

Napisane przez: torlin | 01/11/2009

Moja Natura

slonsk

Zdjęcie z rezerwatu “Słońsk” przypomina moją notkę na temat Ramsar.

Rzadko piszę na tematy aktualne, ale rzecz wydarzyła się bez precedensu i trzeba to koniecznie podkreślić. Nasze władze wyznaczyły granice prawie 1.000 obszarów chronionych “Natura 2000″, zajmujących ok. 21 % powierzchni kraju. Od dawna na to czekałem.

Ja szczerze mówiąc z podziwem patrzę na Unię. Europa pod względem przyrodniczym jest jednym z najciekawszych kontynentów Ziemi, najbardziej urozmaicony, o niesłychanie ciekawej linii brzegowej, ale jednocześnie z dużą ilością zwierząt, którym grozi wyginięcie ze względu na brak miejsca do życia. Dotychczasowy tradycyjny podział na parki narodowe, rezerwaty czy parki krajobrazowe jest utrzymany, ale tak jakby ochrona przyrody przeszła na wyższy poziom.

Już za czasów komunistycznych padła propozycja stworzenia tzw. “zielonych płuc Polski”. Pięciu wojewodów dawnych województw: białostockiego, łomżyńskiego, olsztyńskiego, ostrołęckiego i suwalskiego podpisało w Białowieży w dniu 13 maja 1988 roku porozumienie na mocy którego 19,4 % powierzchni Polski została otoczona opieką i kontrolą. Niby wszystko jest w dokumentach, są odpowiednie ustawy, regulacje, ale “to Polska właśnie”. Dopóki Unia się za to nie zabrała, to w Zielonych Płucach Polski można było zauważyć wzrost zanieczyszczeń, a nie spadek.

Ludzie niechętni Dyrektywom straszą, że nie będzie można na tych terenach inwestować, budować dróg czy prowadzić własnej działalności gospodarczej. To nieprawda. Całą zasadę można sprowadzić do słowa “rekompensacja”. Cały teren powinien mieć utrzymaną co najmniej dzisiejszą sytuację biologiczną – każda inwestycja jest związana z równoległymi działaniami rekompensującymi, aby “bilans wyszedł nam na zero”. Jeżeli jakiekolwiek działania rekompensujące w wypadku jakiejś inwestycji nie zwrócą poniesionych strat – inwestycja jest uznana za bezprawną. Tak właśnie było z Rospudą, utraty torfowisk nie można było zrekompensować żadnymi działaniami.

wodniczka

Moim zdaniem przyszłością Unii jest objęcie takimi regulacjami 100 % powierzchni Europy. Ja w każdym razie swoje 1 % podatku dałem na ochronę ptaków. I z chęcią bym się dowiedział, co robi Polska w sprawie wodniczki, która została naszemu krajowi “przypisana” do ochrony gatunkowej.

Napisane przez: torlin | 29/10/2009

Geniusz a szaleństwo

gwiaździsta noc

Z cyklu “Moje ulubione obrazy” – Vincent van Gogh “Gwiaździsta noc”, czyli tak naprawdę widok z okna szpitala psychiatrycznego “Saint-Paul-de-Mausole” w Saint-Rémy-de-Provence (w Prowansji).

Przedwczoraj ukazał się bardzo ciekawy artykuł w “Gazecie Wyborczej”, oprócz linku postanowiłem dać całą treść w swoim blogu, gdyż GW uwielbia dawać stare artykuły do archiwum, do którego to wstęp jest płatny. Robię to z myślą o następnych pokoleniach :D .

“Węgierscy badacze znaleźli genetyczny związek między schizofrenią a kreatywnością. To może wyjaśniać, dlaczego na schizofrenię chorowało lub było o nią podejrzewanych wielu znanych artystów i uczonych, np. malarz Salvador Dali czy filozof Georg Hegel

Na schizofrenię statystycznie zapada co setny człowiek. Z badań wynika, że w dużym stopniu decyduje o tym nasz garnitur genetyczny, ale wciąż nieznany jest dokładny model dziedziczenia tej choroby. Przeważnie uważa się, że bierze w nim udział wiele genów, z których każdy ma relatywnie niewielki wpływ, ale ich efekt się kumuluje (tzw. polimorfizm genetyczny). Ich przetrwanie w toku ewolucji mogło wynikać z tego, że wpływają one korzystnie na jakieś inne pozytywne cechy, pozornie niezwiązane ze schizofrenią.

Na pewno jedną z takich cech, skorelowaną z tego rodzaju zaburzeniami psychicznymi, jest zdolność twórczego myślenia. Wymaga ona otwartości umysłu, gotowości do wyjścia poza utarte schematy myślowe, umiejętności tworzenia niekonwencjonalnych rozwiązań czy niezależności i nonkonformizmu. Jest jednym z najważniejszych źródeł wynalazczości – to cecha korzystna zarówno dla każdego z osobna, jak i całych społeczeństw. Związku pomiędzy kreatywnością a psychozą dowodzi wiele dotychczas przeprowadzonych badań. Na przykład Nancy Andreasen z Uniwersytetu w Iowa w 1987 r. zbadała 30 pisarzy, wykazując, że 80 proc. z nich doświadczyło co najmniej jednego epizodu depresji, manii lub jej lżejszej formy – hipomanii. Z badań psychologów wynika też, że osoby szczególnie twórcze uzyskują istotnie wyższe wyniki na skali psychotyczności w porównaniu z resztą populacji.

Na schizofrenię chorowało lub było o nią podejrzewanych wielu znanych artystów i naukowców, np. malarze Salvador Dali i Vincent van Gogh, pisarze August Strindberg, Stanisław Ignacy Witkiewicz i Virginia Woolf, filozof Georg Hegel, fizyk Isaac Newton czy też znany z filmu “Piękny umysł” matematyk John Nash Jr. Ze względu na bardzo różnorodne i bogate urojenia często tę przypadłość określano mianem “choroby królewskiej”.

Zależności pomiędzy schizofrenią a kreatywnością domyślano się do tej pory przeważnie na podstawie badań biograficznych. W końcu jednak udało się znaleźć taki związek na poziomie genetycznym. Badania przeprowadził zespół naukowców, któremu przewodniczył prof. Szabolcs Kéri z Uniwersytetu im. Semmelweisa w Budapeszcie. Wyniki publikuje ostatni numer amerykańskiego czasopisma “Psychological Science”.

Za pomocą ogłoszeń Kéri zwerbował ok. 200 dorosłych ochotników, którzy uważali siebie za kreatywnych i utalentowanych. Zostali przebadani dwoma testami twórczego myślenia, a potem poddano analizie ich genotypy, a konkretnie gen o nazwie neuregulina 1. Jak wykazały bowiem wcześniejsze badania, niewielka mutacja tego genu zwiększa ryzyko schizofrenii. Wiadomo, że blisko połowa Europejczyków ma jedną kopię tej mutacji, a 15 proc. dwie.

- Gdyby się udało ustalić taki związek, to mogłoby wyjaśnić, dlaczego mutacje, które zwiększają ryzyko rozwoju chorób psychicznych, takich jak schizofrenia i zaburzenie afektywne dwubiegunowe, są utrwalane, a może wręcz preferowane u ludzi przez ewolucję – wyjaśnia prof. Kéri.

Jak się okazało, osoby uznane za najbardziej twórcze miały dwie kopie zmutowanego genu neureguliny 1 (około 12 proc. badanych). Osoby z jedną kopią zmutowanego fragmentu DNA zostały ocenione również jako bardziej twórcze niż ochotnicy bez mutacji. W sumie mutacja tego genu wyjaśniła od 3 do 8 proc. zaobserwowanych różnic w kreatywności badanych.

Jednak relacje pomiędzy neureguliną a schizofrenią i geniuszem nie były jednoznaczne. Badani z dwiema kopiami zmutowanego genu wcale nie przejawiali w większym stopniu zachowań czy emocji świadczących o skłonnościach psychotycznych. – Sugeruje to, że sama mutacja genu wraz z chorobą psychiczną nie stanowi klucza do większej kreatywności – stwierdza Kéri. Przypuszcza on, że zmutowany fragment DNA może wpływać na funkcjonowanie kory przedczołowej mózgu odpowiedzialnej za nastrój i zachowanie. Spowodowane w ten sposób zmiany mogą u jednych ludzi stymulować twórczość, a u innych wywoływać psychotyczne iluzje.

Co jednak sprawia, że zmutowana neuregulina czasami zwiększa kreatywność, a innym razem przyczynia się do zaburzeń psychicznych? Czynnikiem decydującym może być inteligencja.

Osoby poddane badaniu charakteryzowały się przeważnie wyższym poziomem inteligencji od przeciętnego. – Mój eksperyment pokazuje, że ludzie ze skłonnością do zaburzeń psychicznych i zarazem wysokim IQ wykazują więcej umiejętności w radzeniu sobie z doświadczeniami psychotycznymi – mówi Kéri. Inne badanie rodzin z genetycznie przekazywaną skłonnością do schizofrenii dowiodło, że taka sama mutacja w połączeniu z niską inteligencją owocowała zaburzeniami psychicznymi.

Z tym wnioskiem zgadza się dr Jeremy Hall z Uniwersytetu w Edynburgu (Wlk. Brytania), który po raz pierwszy wykazał zależność między mutacją w genie neureguliny 1 a psychozą. I dodaje, że – wbrew romantycznemu wyobrażeniu, iż szaleństwo i geniusz to dwie strony tego samego medalu – to pierwsze często nie ma żadnego genetycznego związku z wynalazczością.”

My już kiedyś zażarcie dyskutowaliśmy w moim blogu na ten temat, zapraszam na krótką podróż do mojego starego blogu i szczególnie interesujące wpisy Dory (Doroty Szwarcman) i Zygmunta Drugiego. Z aktualnych moich komentatorów zauważyć można Nelę. Mnie się ciągle wydaje, że wielkim artystą może być tylko człowiek “szurnięty”.

Napisane przez: torlin | 25/10/2009

Zagadka malarska nr 27

zagadka

Moje pytanie jest krótkie jak żołnierska komenda:

Z którego wieku pochodzi ten obraz?

Napisane przez: torlin | 22/10/2009

Powstanie ze Stycznia

Wiosna_roku_1905

Są tematy, z którymi walczę w swoim umyśle od bardzo dawna, i nie daję sobie rady. Są one po prostu dla mnie zbyt trudne, zbyt skomplikowane, niejednoznaczne, a jednocześnie z ładunkiem tak strasznego smutku, że odsuwałem je zawsze na zasadzie „od siebie”. Takim problemem jest dla mnie Powstanie Styczniowe. I dzisiejsza notka jest to jednocześnie cykl moich ulubionych obrazów, walką z mitami i z cyklu „osobiste”. Mój własny umysłowy triumwirat.

Jedno z najgłupszych powstań w historii Polski, bez żadnych szans na zwycięstwo, bez jakiegokolwiek wsparcia, po katastrofie olbrzymia emigracja, zabieranie majątków szlachcie popierającej Powstanie. I prawie trzydziestoletni okres marazmu w głowach Polaków, dół psychiczny, z którego wyszło dopiero następne pokolenie. Ale w tym wszystkim jest trochę mitów. Na początek – brak jakiegokolwiek wsparcia.

Muszę przyznać, że mam kłopot z Wiki, już po raz n-ty, notki są dobrze zrobione, szczegółowo opisane i mało co można dodać.  W TYM LINKU należy przeczytać „Tło  międzynarodowe” i trzeba przyznać rację autorowi, że przywódcom Powstania udało się zainteresować sprawą Polski większość stolic europejskich i naprawdę mała brakowało, aby propozycje francuskie zostały przyjęte przez stronę rosyjską. To nie jest tak, że Polacy walczyli samotnie, bez jakiegokolwiek zainteresowania ze strony innych państw. Ale z drugiej strony trudno się im dziwić, że nie chcieli umierać „za Gdańsk”. Ja „za Porto” też nie chciałbym umierać.

Drugim mitem jest świadomość  Polaków, że Powstanie Styczniowe to jedynie szereg drobnych potyczek powstańczych. A to nieprawda, Polacy potrafili stworzyć Podziemne Państwo – anonimowe, tajne władze cieszyły się na terenach polskich powszechnym posłuchem i respektem, płacono Rządowi Narodowemu podatki, powstańcze sądy wydawały wyroki, istniała poczta i prasa, sprawnie nawet działała intendentura, powstańcy próbowali nawet stworzyć służbę zdrowia.

Teraz troszeczkę refleksji odautorskich. Pierwszą z nich jest legenda (niestety prawdziwa), że mojej rodzinie po Powstaniu odebrano majątek i moi przodkowie musieli zostać mieszczanami – inteligencją miejską. Paradoksem jest fakt, że ww. majątek z rąk cara za nieduże pieniądze wykupił przodek człowieka, którego niezmiernie cenię, darzę olbrzymią sympatią i który jest jednym z filarów demokratycznych w dzisiejszej Polsce. Ja świetnie wiem, że jest on tyle winien zaistniałej sytuacji jak ja, którego przodek głosował przeciwko Konstytucji 3 Maja.

Drugą refleksją jest smutek. Wiersze Słowackiego, proza Żeromskiego (i najstraszniejszy z najstraszniejszych – „Rozdziobią nas kruki i wrony” – po 45 latach dalej odczuwam niepokój po napisaniu tych słów”), malarstwo Grottgera.

Wolność widziałem w Warszawie
Co mówię to nie jest bajką
Pędziła po Marszałkowskiej
I wywijała nahajką.

Anonim

Jest wiele wspaniałych obrazów dotyczących Powstania, pokazuję jednak jeden z mniej znanych i co najciekawsze, mówiący nie o tym powstaniu. Ale co to w gruncie rzeczy za różnica. Na samej górze „Wiosna roku 1905” z 1906 roku z Muzeum Narodowego w Warszawie Stanisława Masłowskiego – tak, wiosna w Warszawie w Alejach Ujazdowskich. Bardzo mi się ten obraz podoba.

Nie chcę oceniać Powstania, mimo, że upłynęło 145 lat, nie umiem być obiektywny.

Starsze wpisy »

Kategorie