Napisane przez: torlin | 10/02/2010

Trzeba było sobie postawić bańki

Zdjęcie ze strony autorstwa Emilii Białeckiej

Taki wpis mi się zrobi z lekka osobisty. Miałem niesłychanie męczącą chorobę, nazwałbym ją upierdliwą, niby taka jak co roku na przełomie jesieni i zimy, z potwornym katarem i kaszlem – na grypę to ja jestem genetycznie uodporniony. A tutaj zamiast zwyczajowo czuć się źle jeden dzień, później pokasływać przez trzy i Schluß, ja właściwie do dzisiaj nie wydobrzałem. Nie pomagały lekarstwa, antybiotyk, leżenie, jakieś takie uodpornione paskudztwo o dziwnej porze roku. I wtedy od różnych osób usłyszałem: „Dlaczego nie postawiłeś sobie baniek?”.

Starzy, Mili Mojemu Sercu Goście pamiętają ogromną dyskusję wywołaną moim wpisem o homeopatii, związana ona była z bezprecedensowym spisem w „Przekroju” noszącym tytuł „Obalamy 100 mitów, w które wierzą miliony”. Stawianie baniek znajduje się pod poz. 54 na 6 stronie, informacja jest krótka i bym rzekł treściwa: „Nie leczy. Zresztą nie wiadomo, dlaczego miałoby leczyć. W końcu bańki to nic innego jak robienie płytkich siniaków na plecach. Właściwie solidne lanie pasem na goły tyłek powinno mieć podobne działanie”. To samo mniej więcej pisze Wikipedia, tymczasem w Wielkiej Encyklopedii Powszechnej czytamy: „bańki – małe naczynka szklane, które przystawia się do skóry, rozrzedziwszy w nich uprzednio powietrze przez ogrzanie wnętrza płomieniem. Przystawiona bańka ma silne działanie ssące, pod wpływem którego pękają drobne naczynka krwionośne w skórze, dając okrągłe skupiska wybroczyn. Zabieg stawiania baniek, podobny w działaniu do autohemoterapii*, stosuje się w zapaleniach opłucnej i płuc i w ostrych nieżytach dróg oddechowych”.

Jednocześnie, jak się wpisze w naszym kochanym Googlu frazę „stawianie baniek” na samym czele znajduje się mnóstwo pozytywnych linków, jak to stawianie baniek wraca do łask, i to autentycznie w portalach poświęconych zdrowiu. Wielką zwolenniczką baniek były i moje babcie, i moja mama, i żona, a córka była jedną z osób wypowiadających tę kwestię przytoczoną w tytule wpisu. Wczoraj spotkałem sąsiadkę, standardowy zestaw pytań: „Co cię tak dawno nie widziałam?”, a później: „Trzeba było zadzwonić, wiesz że ja jestem specjalistką od baniek, postawiłabym cię na nogi w mgnieniu oka”. Piszą, że to jest placebo, ale nawet gdyby nim było, czy można używać tych słów w sposób lekce sobie ważący?

* – autohemoterapia – leczenie własną krwią chorego, polegające na domięśniowym wstrzykiwaniu krwi natychmiast po jej pobraniu z żyły (WEP)

Napisane przez: torlin | 08/02/2010

Nierozwiązywalna sprawa Berlinki

Opactwo cysterskie w Krzeszowie, w którym Niemcy złożyły zbiory Berlinki.

Zawsze wydawało mi się, że każdą sprawę można rozwiązać, że zawsze jest jakieś polubowne wyjście z sytuacji. I wydawało mi się, że jestem Europejczykiem, miłośnikiem Unii, a nie nacjonalistą polskim. Ale w tym wypadku….

Sprawę znamy doskonale, zbiory Biblioteki Pruskiej Niemcy w obawie przed zbombardowaniem wysłali na Dolny Śląsk, gdzie odnaleźli je Polacy. Od 40 lat Polacy nie chcą oddać bajecznych zbiorów Berlinki, dopóki Niemcy nie zrekompensują strat kulturalnych Polski w II Wojnie Światowej, Niemcy zaś każdą rozmowę zaczynają od stwierdzenia: „Ale najpierw oddajcie Berlinkę”, i jednocześnie zaczynają mówić o łupach i grabieży. Ale tutaj się mylą, bo Polska przejęła tereny Polski Północnej i Zachodniej w drodze porozumień międzynarodowych, nikomu tego nie ukradła.

Dla mnie osobiście sprawa „Berlinki” jest kompletnie nierozwiązywalna, nie widzę wyjścia z sytuacji.

Ciekawie pisze o tym GW.

Napisane przez: torlin | 04/02/2010

Wpis krótki, acz treściwy

Od dawna fascynowało mnie powiedzenie: „Litwo, ojczyzno moja” jak to napisał po polsku pewien Białorusin. Z jednej strony wszystkie odrębności kulturowe poszczególnych regionów dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów uważamy za część składową wspólnego dziedzictwa, z drugiej zaś wiemy świetnie, że wspólnota kulturowa ziem dawnej Rzeczpospolitej nie była wspólnotą etniczną i nigdy tak faktycznie nie wchłonęła ziem wschodnich. To był zawsze miejscowy koloryt, lokalna odrębność. Tworzyły one zestaw autostereotypów kulturowych powtarzanych bardzo konsekwentnie. Te „wstawki” białoruskie Orzeszkowej, ukrainizmy Sienkiewicza, ta “Święta Żmudź” Pola, jeszcze w końcu XIX wieku o pannach na wydaniu pochodzących z ziemiańskich dworów z Ukrainy Naddnieprzańskiej i z Podola mawiano w Warszawie „hoże Ukrainki”.

W dawnych wiekach nie raziły słowa „Litwo, ojczyzno moja”, gdyż kłopoty ze świadomością typu „gente Lithuanus – natione Polonus” (gens , gentis – ród, naród, szczep) zaczęły się dopiero wtedy, gdy odrzucił je narodowy, nacjonalistyczny ruch litewski.

Napisałem kiedyś, że sztuka nowoczesna momentami – moim zdaniem – jest bezwartościową szmirą, która jak celebryta jest znana dlatego, że jest znana. I dotyczy to wielokrotnie bardzo znanych nazwisk. Chciałbym, abyście koniecznie przeczytali komentarz Tadka Kuranda piszącego w blogu Defendo. Bardzo mądre są jego przemyślenia.

Od momentu kupienia Wielkiej Encyklopedii Powszechnej (czyli, jeżeli chodzi o tom 4, od 1964 roku) nie daje mi spokoju obraz Joana Miró pt. “Skrzydła ptaków muskające księżyc w locie ku gwiazdom”, z Galerii Maeght w Paryżu. Mija 46 lat, a ja nie mogę zrozumieć, dlaczego w Wielkiej Encyklopedii tego rodzaju obraz znajduje się na kolorowej wkładce (takie czasy) dotyczącej sztuki hiszpańskiej. Po jednej stronie jest El Greco, Diego Velázquez, Bartolomé Esteban Murillo i Francisco Goya, a po drugiej są trzy obrazy: Pabla Picassa, Salvadora Dali i właśnie powyższy.

Prześladuje mnie ten obraz, przepraszam za nędzne zeskanowanie, ale nie mogłem go znaleźć w Internecie, a z encyklopedii tak wyszło jak wyszło.

Dla mnie taki obraz maluje kilka tysięcy biznesmenów lub pracowników na nudnych konferencjach, mających do dyspozycji tzw. kolorowy długopis (kiedyś przed laty był on bardzo popularny, w jednym długopisie było nawet siedem różnych kolorowych wkładów)  i kawałek białej kartki.

Ja wiem, że o każdym dziele malarskim można powiedzieć, jak to ukryte są głębokie znaczenia obrazów i jakie wspaniałe myśli miał artysta podczas tworzenia, i trzeba być prawdziwym znawcą malarstwa, aby go zrozumieć – ale ja głośno krzyczę: “Król jest nagi”.

——————————————

Aneks czyli dodatek

Postanowiłem odpowiedzieć Wam wszystkim szerzej, i to właśnie w notce, bo tu jest wygodniej.

Z powodu permanentnego ostatnio braku czasu moje wpisy są momentami skrótowe, ja rzucam poszczególne swoje myśli „na papier” i nie zawsze jest to składne i wytłumaczalne. Ja ciągle i bez przerwy tłumaczę, że mój blog to jest jedynie uzewnętrznienie moich pragnień, miłości kulturalnych, przeczuć, obserwacji, złości. Telemachu, nigdy on nie miał być encyklopedią zawierającą jedynie słuszne teksty, sformułowane, przedyskutowane, uzgodnione – w wersji kanonicznej. Jak mnie coś gniewa lub cieszy – staram się o tym pisać.

W moim wpisie są dwie rzeczy istotne: to, że mnie ten obraz denerwuje od 40 lat i co pewien czas wyjmuję Encyklopedię i patrzę się na niego i ogarnia mnie coraz większa złość (normalne to to nie jest :D ), ale ważniejsza jest druga, w podstawowej notce widać za delikatnie zarysowana. I to nie chodzi tylko o malarstwo, dotyczy to także rzeźby, muzyki, architektury, design, mody, teatru, filmu, ale zatrzymajmy się w takim razie póki co przy malarstwie. Jest dla mnie rzeczą zrozumiałą, że malarze w pewnym momencie postanowili odejść od malowania fotograficznej rzeczywistości w stronę przedstawiania wrażeń i sugestii. Przecież to wszystko się zaczęło od impresjonistów, których sztuka zaliczana jest jako pierwszy etap właśnie malarstwa nowoczesnego (a wielu mówi: „ jako ostatni etap sztuki zrozumiałej” :D ). Ja naprawdę nie muszę być zgodny z artystycznym i encyklopedycznym podejściem do sław, ja mam prawo powiedzieć, że sztuka kogośtam jest pusta (tak jak piszę o filmach Kieślowskiego, że są puste jak wydmuszki). W powodzi prac genialnych, dających wiele do myślenia, które zastanawiają, jest wiele, o których ja mówię, że to krytycy autorytatywnie stwierdzili, że dzieło jest genialne i Schluß. W sztuce wielokrotnie coraz trudniejszej do zrozumienia przemycane są „dzieła” przypominające piękną bajkę „bo król jest nagi”. Nietoperzyca pokazała moim zdaniem piękny obraz Katarzyny Rakowskiej – Milanowskiej „Koncentracja czasoprzestrzeni”. Wspaniały. Naprawdę.

I w pewnym momencie do dzieł zaliczanych do arcydzieł zaczyna się dodawać nowe pozycje: pani obierająca ziemniaki w Zachęcie, Kozyra ustawiająca zwierzęta w formie piramidy, Rajkowska robiąca perfumy z pochwy, Abakanowicz ustawiająca ludzi bez głów. Do tej grupy zaliczam też genialnego malarza amerykańskiego, którego obraz pod tytułem „Genitiv” postanowiłem dać w swoim blogu. Wydaje mi się, że genialnie sparodiowała to Nonsensopedia na stronie poświęconej Malewiczowi z jego słynnym kwadratem..

Ja rozumiem, że już kiedyś dyskutowaliśmy na ten temat w moim poprzednim blogu, ochrzaniony wtedy byłem przez Dorę (Dorotę Szwarcman). Poczytajcie sobie.

Napisane przez: torlin | 28/01/2010

Siedlisko Majewskiego

Jak poprzednio było o Francuzie, teraz będzie o Polaku. Ja oczywiście jestem wielbicielem Wajdy (ale z okresu komunistycznego), Hasa czy Zanussiego, ale takim moim reżyserem, którego każda prawie propozycja jest miła mojemu serce – to jest Janusz Majewski. Na tapecie mam 9 odcinków serialu, który nazywam “inteligenckim” – to jest “Siedlisko”. Dialogi, sposób mówienia, podejście do świata – jest tak mi bliskie, że uważam ten miniserial za najważniejszy w moim prywatnym odczuciu kinematografii.

To właśnie Majewski nakręcił komedię wszech czasów “CK Dezerterów”, która bawi widzów od dawna, z niezapomnianymi kreacjami aktorskimi.

To Majewski nakręcił “Zaklęte rewiry”, film, który poziomem przewyższa wiele podobnych produkcji, a czlowiek pracujący przed wojną w restauracji opowiadał mi, że nie mógł oglądać tego filmu, tak był autentyczny.

Jednym z moich ulubionych filmów jest “Lokis”, taki stylizowany horror litewski.

A przecież należałoby napisać również o “Zazdrości i medycynie”.

Wrócę z pracy wieczorem, to poprawię wpis. Wszystkie zdjęcia z Filmu Polskiego.

Napisane przez: torlin | 25/01/2010

Graniówki

O tym, że ja kocham góry, wiedzą wszyscy będący ze mną w moim blogu. Ale są dwie wyprawy górskie, na dźwięk których szybciej zaczyna mi bić serce. Tą drugą wyprawą są trekkingi, najczęściej wielodniowe, ale na pierwszym miejscu stoją jednak graniówki.

Polakom jest stosunkowo łatwo zrozumieć, co to jest graniówka, gdyż jest nią nasza Orla Perć, więc termin ten nie wymaga specjalnych określeń. Ja byłem na terenie Niemiec na dwóch takich graniówkach, na których w niektórych miejscach serce stawało z przerażenia. Ja wiem, że na terenie Alp jest ich o wiele więcej (ja swoje zrobiłem w 1999 i 2000 roku, czyli 10 lat temu), ale moim kłopotem jest trudność ze znalezieniem kompana, a sam nie bardzo chciałbym, a po drugie przez ostatnie lata stać mnie było na wyjazd turystyczny, ale do Polski lub sąsiadów, Alpy nie wchodziły w grę.

Watzmann – jedna z najwspanialszych niemieckich gór turystycznych. Leży we wschodniej części Niemiec w kotle Berchtesgaden i słynna jest głównie ze swojej Ostwand (Wschodniej Ściany) o wysokości 1.600 metrów. Watzmann jest drugą pod względem wysokości górą Niemiec, ale najwyższą, która leży w całości na terytorium Niemiec (tak jak Kozi Wierch w Polsce). Poprzednie zdjęcie pokazuje, skąd startowaliśmy w kotle Berchtesgaden. Piękne jezioro Königssee o długości 8 kilometrów, po którym pływają statki, z cudownym kościółkiem St. Bartholomä założonym w 1134 roku i z jeszcze piękniejszą Die Ostwand der Watzmann.

Składa się z trzech wierzchołków (Hocheck – 2.651; Mittelspitze – 2.713; Suedspitze – 2.712), przez które poprowadzona jest bardzo trudna trasa turystyczna (w Polsce nie ma odpowiednika). Widać ją właśnie prawie w całej okazałości powyżej na poprzednim zdjęciu, ludzi widać trochę po prawej stronie.

Drugą, którą szedłem, była to Jubiläumsgratweg, idąca od najwyższego szczytu Niemiec Zugspitze do pięknego szczytu Alpspitze – to wszystko w rejonie Garmisch – Partenkirchen w górach Wetterstein. Powyżej na zdjęciu mój kumpel od gór Marcin, trasa Jubiläumsgratweg prowadzi momentami bez możliwości zejścia w doliny, w takich miejscach Niemcy pobudowali schrony turystyczne z trzema miejscami do spania, żywnością, lekarstwami i kocami. Kto co weźmie, ma obowiązek wpisać do zeszytu – nam się strasznie plastry przydały, bo nam się skończyły, a zaniedbaliśmy kupić w Ga-Pa.

Powyżej początek trasy widzianej ze szczytu Zugspitze.

Przyznaję szczerze, że na trzecią słynną graniówkę Niemiecką, tę w okolicach Oberstdorfu (Hindelanger Klettersteig od Nebelhornu), mam coraz mniej szans. Podejrzewam, że czas na graniówki typu ubiegłorocznych, kiedy to po dwóch godzinach wspinaczki zdobyłem Kiczorę 903 m i grzbietem Pasma Jałowieckiego po kilku godzinach wlazłem na Jałowiec (1.111).

Ale co mam wspomnienia, to mam.

Napisane przez: torlin | 22/01/2010

Sjesta chorobowa przedweekendowa

Sjesta zdaniem SJP to jest w pkt. 1 “odpoczynek południowy w niektórych krajach o ciepłym lub gorącym klimacie” czyli się wszystko zgadza. Doszedłem już dawno do wniosku, że większość komentarzy i tak się ma nijak do treści notki, w związku z tym postanowiłem dzisiejszy wpis poświęcić takim sobie oto lekkim wynurzeniom. Siedzę w domu, choruję od soboty, jeżeli jest jakaś poprawa, to iluzoryczna, a ponieważ jestem chodzący, niegorączkujący i w gruncie rzeczy poza potwornym kaszlem i morzem z nosa możnaby uznać mnie za zdrowego, postanowiłem od czasu do czasu zająć się tematami, na które od dawna miałem ochotę, ale za to zawsze mi brakowało czasu (lub szkoda mi było czasu). Takim czymś było pogrzebanie w YouTube.

Już pisałem, że mam słabość do śpiewających kobiet, napisałem kiedyś fajną notkę na temat Dam z Dawnych Lat, których słucham i zachwycam się do dnia dzisiejszego. Przeczytajcie, bo króciutka (wśród komentujących Nela i Grześ – jejku, ile my się znamy lat). Wśród dzisiejszych mam dwie swoje Ulubienice, które wprost uwielbiam: Dianę Krall i Norah Jones, posłuchałem sobie wczoraj kilkunastu nagrań, ale zwróciło moją uwagę, że obydwie nagrały którąś ze swoich piosenek z Willie Nelsonem. Bardzo lubię jego tembr głosu, a od czasu absolutnego hiciora nagranego z Iglesiasem “Wszystkie dziewczyny, które kiedyś kochałem” uważam, że jest świetny w duetach. No to na początek Diana Krall w cudownej kompozycji “Crasy” z nim właśnie i ze swoim mężem Elvisem Costello

A cała zabawa jest w tym, że jeżeli ktoś wie, że kompozytorem tej piosenki jest właśnie Willie Nelson, to ma dodatkowy smaczek. Nagrał ją specjalnie dla Patsy Cline w 1961 roku.

Drugą moją miłością muzyczną, “dla której ja jestem dla niej idolem, a ona moją wielbicielką” – jest Norah Jones. Jak Willie Nelson, to Willie Nelson

Ażeby Was pognębić całkowicie – jeszcze trzy piosenki z dawnych lat  z komentarzami. Pierwszą jest Lulu, dziewczyna o niesamowitym głosie, z polskich dzisiejszych wykonawczyń możeby dała sobie radę Chylińska, Przemyk, Kora czy Urszula, ale większość piałaby ją cienkim głosem

Kolejną wykonawczynią jest najpiękniejsza (moim zdaniem) piosenkarka przełomu lat 50. i 60., Sandie Shaw, głosem znacznie ustępująca Lulu, ale urodą…

I na sam koniec wspaniałe połączenie Rity Hayworth z Doris Day – autorstwa Fabiana Andre i Wilbura Schwandta “Dream a Little Dream of Me”

Przepraszam, jeżeli zanudziłem.

Napisane przez: torlin | 19/01/2010

Przedmurze chrześcijaństwa

Zdjęcie Kamieńca stąd

Kto pierwszy użył tego sformułowania „Polska – przedmurze chrześcijańskiej Europy”? Dlaczego dotyczyło to właśnie Polski, a nie Litwy, Węgier czy Austrii? Słowo to można było w Polsce dwojako rozumieć, jako cały kraj broniący Europy przed hordą barbarzyńców i tak określano największą twierdzę Rzeczpospolitej – Kamieniec Podolski. Samo słowo pochodzi z Pisma Świętego, gdzie zawarte są właśnie te dwa znaczenia – Jerozolima jako państwo – twierdza oraz jako mur obronny.

Temat jest jednak tak olbrzymi, że szczerze mówiąc nie bardzo wiem, z której strony zacząć. Kto pierwszy użył tego sformułowania? Jakie miało ono znaczenie w czasach jagiellońskich? A jakie za Wazów? Czy stosunek do Turcji nie był przypadkiem jednym z ładunków, które wysadziło naszą niepodległość? Ten powtarzany w każdym piśmie XVIII-wiecznym zwrot świadczyłby raczej o kompletnym niezrozumieniu przez ówcześnie rządzących Polską sytuacji geopolitycznej w Europie.

W sprawie „pierwszego użycia” mamy nawet datę dzienną (27 listopada 1462 roku), rzecz niespotykaną w historii; otóż po raz pierwszy tego sformułowania w stosunku do Polski użył Hieronim Lando, arcybiskup Krety, wysłany do Polski przez Papieża celem namówienia Kazimierza Jagiellończyka do zakończenia wojny z Krzyżakami, a rozpoczęcia z Turkami. Podaje to w swojej kronice Jan Długosz. Lando musiał użyć jakiś specjalnych słów, aby zdobyć zaufanie Kazimierza Jagiellończyka, bo jego sytuacja jako wysłannika nie należała – szczerze mówiąc – do najciekawszych. Powiedzmy to sobie szczerze, miał całkowicie pod górkę.

Po pierwsze – wysłał go Papież Pius II, który, zanim został Papieżem – był… biskupem warmińskim, ale tylko formalnie, bo faktyczne objęcie funkcji uniemożliwił mu … Kazimierz Jagiellończyk,

Po drugie – ten sam niechętny Polsce Pius II dopiero co przegrał z naszym królem walkę o obsadę biskupstwa krakowskiego. 24 listopada 1460 Pius II mianował Jakuba z Sienna biskupem krakowskim, za nowym biskupem opowiedziała się kapituła krakowska, nasz król zażądał, aby biskupem krakowskim został Jan Gruszczyński. Nowy biskup wbrew woli Kazimierza Jagiellończyka przyjął sakrę 31 maja 1461 na zamku w Pińczowie, Pius II bullą z 2 czerwca 1461 groził klątwą w razie nieuznawania biskupa Jakuba, z kolei król skazał Jakuba na banicję. Ostatecznie papież się wycofał i 16 stycznia 1462 odebrał zarząd diecezji krakowskiej Jakubowi z Sienna, a cały konflikt na miejscu w Polsce miał właśnie rozstrzygnąć legat papieski Hieronim Lando arcybiskup Krety.

Po trzecie – Kazimierz Jagiellończyk miał ciągle w pamięci śmierć swojego brata i wcale nie palił się do wojny z niewiernymi.

Po czwarte i najważniejsze – nasz Król uważał całe posłannictwo biskupa kreteńskiego za jeden wielki pretekst do uniemożliwienia mu walki z Zakonem i odciągnięcia Polski od spraw dla niej istotnych.

Dosyć ciekawy jest punkt piąty, dopisany po latach. Na skutek bardzo ostrego zatargu z papieżem Piusem II Włochy musiał opuścić Filip Kallimach, a schronienie uzyskał w Polsce w dobrach Grzegorza z Sanoka. Ten właśnie wspaniały myśliciel Odrodzenia w Polsce był głównym przeciwnikiem prowadzenia wojny z Turkami przez Jagiellonów, czemu dawał wyraz wielokrotnie będąc posłem królewskim do Rzymu (oczywiście po śmierci Piusa II).

Tak że kochany nasz poseł nie miał łatwego zadania, i oczywiście w ogóle sobie z nim nie poradził. Słowa, że walkę z niewiernymi powinno podjąć państwo będące tarczą, murem i przedmurzem (scutum, murus, antemurale), a w domyśle, aby dać spokój Krzyżakom, oczywiście nie dały żadnego efektu. W końcu dwa miesiące wcześniej odbyła się Bitwa pod Świecinem (17.IX.1462), zakończona zwycięstwem Piotra Dunina, a która to uważana jest przez polskich historyków za punkt zwrotny w działaniach wojny trzynastoletniej i nasz Król świetnie wiedział, co dla Polski jest najważniejsze.

Ale „Przedmurzem Chrześcijaństwa” nie nazywano tylko polskiego państwa, tytuł ten przypadał również twierdzy – Kamieńcowi Podolskiemu. Lata 1430 -1630 to dwieście lat świetności twierdzy, przez te wszystkie lata odparto tu czterdzieści najazdów tatarskich, tureckich i wołoskich. Nawet Chmielnicki dwa razy próbował bez efektu. Twierdza stała na rubieżach chrześcijańskiej Europy, na utrzymaniu Rzeczpospolitej, dofinansowywali ją też papieże. W roku 1621 Turcy, pod wodzą Osmana, otoczyli Twierdzę Kamieniecką, ale gdy Osman zobaczył 40. metrowe skały, na których stoi miasto, stwierdził, że “Twierdza jest zbudowana ręką Boga i przez Niego jest broniona. Niech Bóg ją zdobywa”, i odstąpił.
Dopiero w 1672 roku po 10. dniach oblężenia i wielu szturmach, Kamieniec Podolski zdobywa prawie stukrotnie liczniejsza armia turecka pod wodzą Mohammeda IV. Po 27 latach Turcy musieli na mocy traktatu w Karłowicach oddać twierdzę z powrotem, ale to już nie była dawna Turcja po strasznych porażkach: w bitwach pod Wiedniem i Parkanami, pod Mohaczem II (1687) i pod Sentą (1697).Ps. Niewiadomo dlaczego dwie ostatnie bitwy nazywane są w polskim piśmiennictwie jako „Bitwa pod Nagyharsány” oraz „Bitwa pod Zentą”. A i Kamieniec był już wtedy zrujnowany.

Napisane przez: torlin | 13/01/2010

Ostatnia zagadka przed przerwą

Al mio caro Amico BeBeBe!

Pewien ojciec postanowił wysłać swe dzieci w szeroki świat i powierzył je opiece i mądrości bardzo sławnego człowieka, który szczęśliwym zrządzeniem losu był jego najlepszym przyjacielem, jak Ty, który jesteś sławnym człowiekiem i moim najlepszym przyjacielem. Oto powierzam Ci moich sześciu synów – owoc długiego i pracowitego trudu.

Ośmieliła mnie do tego i zachęciła nadzieja, w której utwierdzili mnie przyjaciele, że trud ten, choćby częściowo, zostanie nagrodzony. Pochlebiam sobie, że te dzieła będą mi kiedyś pociechą.

Podczas Twej ostatniej bytności w stolicy, najdroższy przyjacielu, okazałeś mi swą życzliwość, a Twoje uznanie dodało mi otuchy. Dlatego właśnie oddaję Ci pod opiekę sześcioro mych dzieci w nadziei, że godne są Twej życzliwości. Przyjmij je z wyrozumiałością, jak ojciec, przewodnik i przyjaciel. Odtąd odstępuję Ci prawa do nich! Proszę, abyś z wyrozumiałością ocenił ich braki, których być może nie dostrzegły oczy ojca, i mimo tych wad, abyś wciąż darzył mnie swą przyjaźnią, którą tak bardzo sobie cenię, ponieważ, drogi mój przyjacielu, jestem z całego serca najbardziej Ci oddanym przyjacielem.

Vienna, il primo Settembre 1785

Twój CeDeCe

Pytanie jest złożone z trzech części, tradycyjnie proszę o podanie nadawcy i adresata, jednak ze względu na to, że list jest znany, proszę napisać, o jakich to sześciu synach pisze CeDeCe. Po tej zagadce robię przerwę do 15 lutego, będę pisał normalne wpisy.

Napisane przez: torlin | 10/01/2010

Popularyzacja archeologii

Archeolodzy mają nie tylko obowiązek publikacji swoich badań, wyjaśniania tego, co robią i dlaczego, ale winni również propagować archeologię wśród ludzi, a szczególnie wśród młodzieży. W Polsce takim sztandarowym stanowiskiem archeologicznym był zawsze Biskupin, przez ortodoksów odsądzany od czci i wiary, przez mnie krytykowany za sztuczność, teatralność, muzealność, pozbawienie jakiegokolwiek ruchu (życia). A można inaczej.

W 1976 roku York Archaeological Trust rozpoczął pięcioletnie wykopaliska pod fundamentami zburzonej fabryki słodyczy z czasów królowej Wiktorii, mieszczącej się w Yorku na północy Anglii przy jednej z jego głównych ulic – Coppergate. York w języku najeźdźców brzmiał – Jorvik i był stolicą północnego królestwa wikingów w Anglii. Archeolodzy natrafili na szereg warstw archeologicznych o grubości 9 metrów, a ponieważ wszystko było nasączone wodą, odkryto mnóstwo drewnianych budynków mieszkalnych i  warsztatów (metalurgia, tkactwo, garncarstwo). Ponieważ wykopaliska odwiedziło w tym czasie pół miliona osób, stąd już było niedaleko do pomysłu utworzenia parku archeologicznego.

Otworzone w 1984 roku Jorvik Viking Center jest ulokowane pod kompleksem handlowym. Zwiedzający schodzą na poziom ulicy wikingów, wsiadają do elektrycznych wózków i … zmieniają epokę. Widzą ludzi z epoki wikingów, domy, warsztaty, statki przy nabrzeżu, słyszą gwar ulicy, dzieci mówiące w języku staronordyckim, a nawet czują zapach z chlewa i latryny. Zajrzyj też TU.

Ja jestem całkowicie „za” pomysłem Jorkijskiego Towarzystwa Archeologicznego, w Polsce naprawdę brakuje tego rodzaju stanowisk archeologicznych. Niby dużo się mówi na temat dymarek, przecież tereny dzisiejszej Polski to było zagłębie metalurgiczne na skalę światową (megalomańscy patrioci, błagam o litość, ani Biskupin, ani dymarki to nie są Polacy (Słowianie), my przyszliśmy tu przypuszczalnie dopiero w VI wieku), ale będąc w Ziemi Świętokrzyskiej trudno „załapać” się na jakikolwiek pokaz, chyba, że jest akurat Święto Dymarek. Drugim takim zagłębiem były okolice podwarszawskiego Pruszkowa, zrobić stałą ekspozycję, podobnie ją rozreklamować jak w Yorku.

Koszty stworzenia muzeum w Yorku zwróciły się w ciągu 5 lat, popularność napisanych w sposób fachowy tanich przewodników zwróciła uwagę archeologów, że zwiedzający to nie tylko ludzie przeszkadzający w pracy, ale że istnieje duży społeczny „apetyt” na dowiadywanie się o szczegóły dotyczące archeologii, wykopalisk, prac badawczych, datowania, konserwacji. W Japonii wykopaliska udostępniane są publiczności następnego dnia po zakończeniu prac, a dzień wcześniej w lokalnej prasie zawarte są wszystkie szczegóły zarówno odkryć, jak i odwiedzin.

A wszystkie te myśli naszły mnie, gdy posłuchałem o rewelacyjnym odkryciu polskich młodych uczonych śladów polskiego „warana”, dzięki któremu znaleźli się na okładce „Nature”. Otóż natychmiast stwierdzono, że w tym miejscu powstanie „skansen archeologiczny”. Już się boję.

Starsze wpisy »

Kategorie