Rzeczą powszechnie znaną i w Polsce i w Europie – przyznaję – że to najczęściej mężczyźni pozostawiają kobiety same z dzieckiem. Nigdy tego nie mogłem zrozumieć, jak można nie chcieć być razem z własnym dzieckiem, patrzeć, jak rośnie, kształtować go, uczyć, zaciekawiać. Ja się wstydzę za takich mężczyzn.
Ale może być inaczej, to kobieta zostawia mężczyznę z dzieckiem, i do tego małym i ułomnym. W bibliotece przez przypadek wpadł mi w ręce wiersz Homera w tłumaczeniu z 1923 roku (na Tuwima to on raczej nie wygląda):
Hymn do Pana
Hermesa, niebian gońca, śpiewają chyżego,
którego nawet wichry w locie nie ubiegą.
Wywodzą, jako niegdyś owce pasł i skopy
i do córy Driopsa wzdychał Penelopy.
Wywodzą, jako zdobył jej serce czerwone
i szczęśliwy, szczęśliwą uczynił z niej żonę.
Obdarzyła go piękna Penelopa synem,
co trochę na mieszkańca niebieskich roztoczy:
przerażał, zaciekawiał i zachwycał oczy.
Dwa rogi miał na czole, kopytka u nogi,
na ustach uśmiech słońcu podobny i błogi.
Ujrzała dziecię matka, krzyknęła, pobladła,
uszła z domu i w lesie głębokim przepadła.
Podjął niemowlę Hermes, obejrzał przytomnie
i synem swym rogatym ucieszył ogromnie.
Posadził go na ręce, opatulił skórą
tchórzliwego zająca miękkuchną i burą
i w olimpijskie poniósł ochoczo świetlice.
Tam syna tuż przy Zeusie posadził, władyce,
i wszystkim nieśmiertelnym pokazywał z bliska.
Było też w niebie, było śmiechu z widowiska,
śmiał się Dzeus i Apollon, śmiały się boginie
i wielką rokowały potęgę chłopczynie.
A i że wszystkim z pańska narzucił wesołość
dało mu na imię Pana nieśmiertelnych koło.




















